Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Osobisty grajdołek

 


Największym wrogiem człowieka jest ignorancja.
    

Dlatego aby zobaczyć i usłyszeć coś nowego, trzeba odrzucić

stare struktury myślenia i wiary, które stworzyły głęboko

Wyjeżdżoną Koleinę Życia.

 

Czy zdarzyło ci się jechać zimą, wiejską, wąską, oblodzoną drogą w

której wyciśnięte są głębokie koleiny?

Kiedy wpadniesz kołami w takie tory, możesz puścić

kierownicę – koleina ciebie prowadzi.

   Jedziesz i naraz widzisz z naprzeciwka światła - to ciężarówka, która

zbliża się szybko i jest także uwięziona w tych samych koleinach

co ty.

Ciężarówka zbliża się, trąbi i mruga światłami, a ty nic nie

możesz zrobić – lodowa koleina nie pozwala zjechać na bok.                             

Jeśli jedziesz, czyli żyjesz szybko, trudno jest wyjechać z

takiej koleiny.

Ona przytrzymuje, nie chce wypuścić.

Kiedy natomiast może nie tyle, że żyjesz niespiesznie, ale jednak od czasu do czasu potrafisz zatrzymać pęd i dopuścić refleksje – wtedy wyjeżdżoną koleinę uda ci się opuścić jednym krokiem.             

     Albo inaczej: - Warto czasem spojrzeć na swoje życie, jak na zdjęcia w cudzym albumie. Takie patrzenie niesie refleksje, tudzież inicjuje przemianę. Bo jak wiesz, świata nie zmienisz, ale możesz zmienić siebie.          

Tę przemianę nazywam Wyskoczeniem Z Osobistego

Grajdołka.

Trzeba tylko chcieć.


Tybetańska Księga Snów - Ignorancja.

 „W Tybecie świeże skóry rozkłada się na słońcu i naciera masłem, aby nadać im miękkości. Azaliż masło jest również przechowywane w takich skórzanych torbach. Jednak po wielu latach skóra, z której zrobiona jest torba, staje się twarda jak drewno i już nie zmiękczy jej nawet tona świeżego masła.

Ktoś, kto przez wiele lat studiuje nauki, przyjmując je jedynie na poziomie intelektualnym, posiadając niewielkie tylko doświadczenie w praktyce, jest podobny do takiej zesztywniałej skóry.                                                                  

Wiedza nie jest do tego, żeby ją gromadzić, lecz ścieżką, którą należy podążać.                                                                                                                 

Ignorancja kulturowa wymusza wierność określonym wartościom.                                             

Ignorancja wrodzona tworzy pragnienie, aby rzeczy były inne, niż są”.

 

 Czerwona Królowa: - „Kto się nie zmienia, ten się cofa”. 

 Osho: - „Zdania nie zmienia tylko martwy, albo głupi”.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Ducha nie gaśmy

 


Część piąta o SI. (Ostatnia)

Zamierzałem wykonać wpis o Sztucznej Inteligencji podzielony na cztery części. Azaliż życie jest wielką niewiadomą, tudzież zdania nie zmienia tylko martwy lub głupi.

Jako że nie poczuwam się do należenia do żadnej z wymienionych wyżej grup, dziś publikuję część piątą o SI, czyli o przyszłych Nadzorcach człowieka.   

Jak widzimy, świat jest podzielony, a pokrewne energie się przyciągają. Uczciwy szuka uczciwych, złodziej trzyma ze złodziejem, a dobro od zarania dziejów walczy ze złem. Oraz wydarzenia falują od minimum do maksimum, co obserwujemy między innymi na rynkach finansowych, gdy wykresy cenowe podążają od krańcowego wyprzedania do wykupienia, a potem na odwrót.

Popatrzmy na świat i Polskę z perspektywy ostatnich kilkudziesięciu lat. Z takiego dystansu widać, że to Polska po stanie wojennym zainicjowała pozytywne przemiany, przynajmniej w Europie. Atoli zawsze ktoś jest pierwszy, ktoś inicjuje trend, dlatego nie lubię dętych rozmów o tak zwanej „Misji Dziejowej”.

    To jest poronione hasło wszelkich oszołomów. Już bliżej mi do tezy Hegla o Duchu Świata, który co pewien czas wstępuje w jakiś naród i popycha go ku rozpoczynaniu zmian, na dobre, albo w kierunku zła. „Żeby było lepiej, najpierw musi być gorzej”.

      To samo hasło w wykonaniu inwestorów giełdowych brzmi: „Żeby wzrosło, musi najpierw spaść. I vice wersal”

                Bunt wobec tego co jest.

 Francuska Rewolucja na przykład była inicjacją – rozprawą ze zroślakiem, chimerą: - zdeprawowany kk + wynaturzona władza, z czego niestety wyszedł falstart.

Falstart, lub tak miało być, ponieważ rzeczy dzieją się w odpowiednim czasie, czyli czas nie tylko powinien, ale musi być dojrzały do zmian. Azaliż masy były jeszcze zbyt ciemne, co nie dziwi, ponieważ kk od wieków pracował nad utrwalaniem owej ciemnoty, oraz wpisywaniem do ludzkich mózgów kodów posłuszeństwa, grzechu i konieczności poniesienia kary.

Minęły lata i kk na Zachodzie Europy został zagoniony do kruchty, tam, gdzie jego miejsce. Tymczasowe miejsce.

    W każdym razie zawsze ktoś jest pierwszy, ktoś pierwszy zaczyna, inspiruje do buntu wobec niechcianej rzeczywistości. Popatrzmy na rok 1968, kiedy fala niepokojów wśród młodych rozlała się po świecie.

A dziś? Zawsze należy patrzeć w przyszłość z nadzieją. Polska znowu inicjuje zmianę w stronę demokracji.

   Czyli mamy dualizm – lewo, prawo – zimno, ciepło i szerzej: zło - dobro.

Dzięki głupiemu, możemy zdiagnozować, że głupim nie jesteśmy, czyli owemu należy się szacunek, ponieważ przy jego braku, nie byłoby poziomu odniesienia.

    Wracając do meritum: - w czwartej części rozważań o sztucznej inteligencji, pisałem o „białej dżumie”.  (Książka z 2005 roku o epidemii SARS -Radykalna Ewolucja – czy człowiek ulepszony przez naukę i technikę będzie jeszcze człowiekiem?).

 

Broń biologiczna. 

Każdą broń, przed masowym użyciem należy:

- Po pierwsze primo wypróbować.

- Po drugie primo: - zmodyfikować, czyli poprawić skuteczność. Skuteczność zabijania w tym przypadku.

Bill Joy wspomina o wojskowych laboratoriach biologicznych i pracach nad zarazami tak zwanej „białej dżumy”, kiedy jedna nacja stara się zesłać Armagedon na drugą, potencjalnie wrogą.

Wydaje się, że takie próby zaczęły się w czasach nowożytnych od Afryki. Pomińmy w tym miejscu nazwy chorób. Potem tę broń unowocześniono, lub tylko nad tym pracowano. W Chinach na przykład pracowano, gdzie w najnowocześniejszym tajnym laboratorium biologicznym wyposażonym przez Francję, nastąpił wypadek. Albo to nie był wypadek. W efekcie zostaliśmy obdarowani Covidem.

Czyli co? Ano to, że biali wymyślają choroby na czarnych, a żółci na białych. Nieciekawa perspektywa.

    Wracamy do tematu SI.

 

Ponadczasowe proroctwa.

- Po pierwsze primo Tybet – pisałem o malowidle ze ściany pałacu Potala, na którym setki lat temu uwieczniono przyszłość.

        „Na innym malowidle łańcuchy pokrytych śniegiem szczytów szczelnie otaczały królestwo Szambali, z którego wyruszały armie wojowników na wielką bitwę z dziwnymi maszynami w wojnie, która według przepowiedni kalaćkary-tantry wybuchnie w przyszłych stuleciach.

Malowidła były zbyt dziwne, żebym zdołał je pojąć w tak krótkim czasie. Co więcej, czułem się jak intruz, wiedząc, że zmarł tam XIII Dalajlama”.

 

- Po drugie primo Nostradamus – dziś ten jego dar można śmiało nazwać łaską dostępu do „Chmury” – pola morfogenetycznego otaczającego Ziemię, czyli Kroniki Akashy.   

Jasnowidz pisał, że nadejdzie Era Numeryczna, podczas której Maszyna obejmie rządy nad nielicznymi ludźmi, zamkniętymi w „indywidualnych klatkach mieszkalnych”, ludźmi, którzy przetrwali eksterminację. Era skończy się w roku 3786, kiedy garstka buntowników wymyśli sposób na zniszczenie Maszyny.

Wszystko przebiega bowiem według zasady filozoficznej: - Nic nie trwa wiecznie, a w siebie wierzyć trzeba.

   Przed wakacjami pisałem – ducha nie gaśmy, wiary nie traćmy i 15 października ta nadzieja oblekła się w ciało. Okazało się, że dzięki sumie jednostkowych decyzji można zmienić przyszłość kraju i pokazać innym narodom (powtórka z lat osiemdziesiątych?) że to możliwe także u nich.

 

 

 

 

 

czwartek, 20 kwietnia 2023

Medycyna wschodnia

 

We wczorajszym wpisie Osho wypowiedział się na temat nieprawidłowych, czy błędnych myśli, które dziwnym trafem także moja babcia nazywała myślami złymi i powtarzała, że wiele chorób bierze się właśnie z takich myśli.

     W tym samym tekście, Osho przytoczył rzecz o lekarzu, który obudził w pacjencie „osobistego wewnętrznego lekarza”.

      Tak się złożyło, że w ostatnim czasie kilka osób pytało mnie o skuteczność leczenia z pomocą medycyny chińskiej, czy też mongolsko-tybetańskiej. Osoby te kierowałem do placówki leczniczej w Warszawie, stosującej ten rodzaj leczenia. Nie byłem zdziwiony, gdy okazywało się jak poprawiało się zdrowie u tych osób, ponieważ   …. No właśnie, mam prawo pisać tylko o sobie.   


Otóż trzydzieści lat temu przyprowadziłem do Temudżina (nie jest to tekst sponsorowany) moją przyszłą drugą żonę, która cierpiała od maleńkości na uporczywe i niezwykle silne bóle głowy.

       Wiedziałem, że lekarze medycyny wschodniej traktują człowieka holistycznie – jako całość.

Mędrcy tybetańscy mówią: - Martwisz się? Uważasz, że masz dużo problemów? To dlatego jesteś chory. Nie martw się, staraj się dostrzegać dobre strony spraw, bo w każdym problemie jest promień światła. Bądź zadowolony, a nawet szczęśliwy – to jest najlepsze lekarstwo.

      Jak wyglądało postawienie diagnozy? Weszliśmy oboje. Nic się nie mówi. Chińska lekarka poprosiła, aby zdjąć biżuterię z rąk, po czym ujęła moją przyszłą za oba nadgarstki. Patrzyła na twarz pacjentki, wyczuwała puls. Trwało to ze trzydzieści sekund. Poprosiła o pokazanie języka. Po tym niezwykle krótkim badaniu, bez pytania o cokolwiek, bez oglądania wyników badań krwi, czy moczu, usłyszeliśmy: (Chinka mówiła do polskiej lekarki, która tłumaczyła)

– Ma pani za gęstą żółć. Przyczyną tego jest przebyte w dzieciństwie wirusowe zapalenie wątroby. Wątroba jest w części nieczynna i stąd ta gęsta żółć. Z tego też powodu często boli panią głowa.

      Zdumienie ogarnęło mnie i pacjentkę.

Po wyjściu z gabinetu, narzeczona zarzuciła mi, że uprzedziłem lekarkę z czym przychodzimy. Kiedy rozwiałem jej wątpliwości, z kolei ja zapytałem, co z tą jej wątrobą?

     Okazało się, że jako dziecko, rzeczywiście miała wirusowe zapalenie wątroby i tylko cudem, po ściągnięciu lekarstwa z zagranicy, uratowano jej życie.

 Co jeszcze mówiła chińska lekarka?

Powiedziała: - Dostanie pani ziołowe pigułki, będzie je pani łykała przez trzy tygodnie. Bóle głowy ustąpią. Nie tak, żeby całkowicie. One będą już sporadyczne i takie „normalne” z którymi da się żyć spokojnie. I niech pani nie chodzi do żadnego innego lekarza, bo nikt pani już bardziej nie pomoże. Szkoda pieniędzy. I do mnie proszę już nie przychodzić, bo poza tym jest pani zdrowa i szkoda pieniędzy na dalsze wizyty.

      Efekt? Przez dwadzieścia lat mego związku z drugą żoną problemu bolącej głowy nie było.

 Nic dziwnego więc, że przyszłą trzecią żonę, także z bolącą głową, bez zbędnej zwłoki zaprowadziłem do Temudżina, instruując, że ma się nie odzywać.


 Poczekalnia.

      Tu już była sama. Przyjmował lekarz. Nie ma teraz tłumacza, swobodnie mówią po polsku. Badanie wygląda identyczne jak trzydzieści lat temu. (Pewnie tak samo jak i trzysta lat temu). Diagnoza jest bezbłędna - lokalizuje źródło zawirowań zdrowotnych. Dostaje się zioła (proszek, granulki) do łykania. Trzy lata minęły od wizyty - głowa nie boli. Przy okazji znikł wianuszek innych, już nieco drobniejszych dolegliwości.

       W poczekalni miło pachnie tymi samymi lekami ziołowymi, które pacjent zażywa, sprawdzałem. Od samego zapachu człowiek zdrowieje, nawet jak mu nic nie dolega. Nie ma lipy w postaci dymu kadzidełek

  Wniosek osobisty? - Medycyna zachodnia wysiada przy wschodniej - chińskiej, ponieważ traktuje człowieka jako całość, a nie dzieli go na kawałki płuca-serce itp. Do tego dochodzi porównanie skuteczności (i działań ubocznych) chemicznych lekarstw medycyny zachodniej z mikroskopijnymi ilościami naturalnych preparatów chińskich. Odpowiednio dobrane lekarstwa ziołowe regulują cały organizm.

     Być może odsuwają też głupie myśli.

I na koniec o diagnozowaniu: - W gabinecie jest tylko lekarz, pacjent, dwa krzesła i biurko. Nie ma tomografów komputerowych (kosztownych), nie ma żadnych innych drogich wynalazków. Jest tylko prawdziwy chiński (mongolski?) lekarz i jego niebywała wiedza - umiejętność, czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu. No i ta trafność diagnozy – siadasz, nic nie mówisz, chwila moment i słyszysz z jakim problemem przyszedłeś.

      Nie jest tak, że pieję z zachwytu nad medycyną wschodnią, a rodzimej nie doceniam. Doceniam na przykład polskich chirurgów, bez pomocy których od wielu lat bym nie żył. W 1995 roku składali mnie pracowicie w całość, a reanimacją przytrzymali zbyszkową duszę w ciele. Dzięki temu mogłem opisać sprawę w poście „Po drugiej stronie”. Dziś obrazek pasujący do moich wspomnień ze śmierci klinicznej.


 

czwartek, 23 lutego 2023

Dwaj sąsiedzi

 


Dawno temu w pewnej tybetańskiej wiosce, w stojących obok siebie domach mieszkało dwóch sąsiadów. Jeden z nich był bogaty, a drugi biedny. Bogaty sąsiad nazywał się Cering i był wyniosły, butny i skąpy, a biedny zaś, imieniem Czampa, miał dobre serce i chętnie dzielił się ze wszystkimi tym, co posiadał.

Zdarzyło się, że para wróbli zbudowała sobie gniazdo na gzymsie nad drzwiami biednego sąsiada i po jakimś czasie wykluły się tam pisklęta. Pewnego dnia, zanim jeszcze młode wróbelki nauczyły się latać, ich rodzice pofrunęli na poszukiwanie pożywienia. W tym czasie jedno z piskląt wyleciało z gniazda, upadło na ziemię i złamało sobie nóżkę.

Kiedy niedługo potem biedny sąsiad wrócił do domu, zobaczył leżącego na progu bezbronnego wróbelka. Zabrał go do domu, starannie obwiązał nicią złamaną nóżkę, a potem wdrapał się ponad gzyms i włożył pisklę do gniazda.

Ten mały wróbelek, o czym Czampa nie wiedziała, był w istocie wróżką.

       Wróbelki podrosły i wyleciały z gniazda. Któregoś pięknego dnia do swego darczyńcy powrócił atoli wróbelek-wróżka z dziewięcioma ziarenkami w dziobie. Wysypał ziarenka na stół i powiedział: - Daję ci te ziarna w podzięce za okazaną dobroć. Zasiej je w swoim ogródku, a zobaczysz, co z nich wyrośnie.

To powiedziawszy odfrunął.


Biedny sąsiad wielce się zdziwił, że wróbel potrafi mówić i pomyślał sobie: - Ależ ten wróbelek pięknie mi podziękował za okazane serce, niezależnie od tego, co z tych ziarenek wyrośnie. Zrobię tak, jak on powiedział.

Wysiał przeto ziarno na przygotowanej grządce przed domem, po czym zupełnie o tym zapomniał.

Jakiś miesiąc później ziarno wykiełkowało, a potem rosło i rosło, aż zaczęły formować się ciężkie kłosy. Któregoś dnia Czampa przyjrzał się kłosom i zobaczył, że w każdym kłosie zamiast ziarna znajduje się drogocenny klejnot.

    Ucieszył się ogromnie Czampa ze swego odkrycia. Zabrał wszystkie 9 klejnotów i poszedł z nimi do miasteczka, aby na początek jeden spieniężyć. Odtąd nie zaznał już więcej biedy, żył sobie w wygodzie i dostatku.

      Wszelako  nagła zmiana jego położenia nie uszła uwagi bogatego sąsiada. Cering zauważył przypływ bogactwa u Czampy i pewnego dnia wybrał się do niego w odwiedziny, by wybadać, co sprawiło, że tak dobrze mu się teraz wiedzie. Zabrał ze sobą dzban piwa, które jak wiadomo rozwiązuje język, a gdy tak obaj popijali i gawędzili, zapytał niby mimochodem o ten nagły dostatek u biednego do tej pory sąsiada.

     Czampa, który był z natury ufny, odparł, że to nie jest sekret i opowiedział szczerze o wróbelku, ziarenkach i klejnotach.

Po powrocie do domu bogaty sąsiad nie mógł spać i całą noc rozmyślał, jaką korzyść mógłby wyciągnąć dla siebie z tej opowieści.

    Rano, niewyspany wyszedł przed dom i zauważył, że na gzymsie nad jego drzwiami, wróbelki również uwiły sobie gniazdo, a sądząc z ćwierkania, znajdowały się tam pisklęta. Bogaty sąsiad pilnie obserwował, kiedy odlecą po pożywienie rodzice pisklaków. Kiedy tylko to się stało, wszedł na przygotowaną drabinę i posługując się pałeczką do ryżu, wypchnął jedno pisklę z gniazda.

Ptaszek spadł na ziemie i złamał sobie nóżkę. Bogaty sąsiad podniósł ostrożnie pisklaka, obwiązał mu nóżkę nicią i pieczołowicie włożył do gniazda mówiąc przy tym, że spodziewa się wdzięczności za okazaną dobroć.

  W samej rzeczy – kiedy pisklę urosło, pewnego dnia przyfrunęło do domu bogatego sąsiada, przysiadło przed nim na stole, a następnie, zaćwierkawszy parę razy, rzekło:

     - Przyniosłem ci jedno ziarno jako prezent za okazaną dobroć. Posadź to ziarno w ogrodzie, a zobaczysz, co z niego wyrośnie.  

Po czym wróbelek odfrunął.


Cering był nieco zawiedziony, a to z powodu że wróbelek przyniósł mu tylko jedno ziarno, lecz zaraz sobie wytłumaczył, że na pewno wyrośnie z tego ziarna ogromny klejnot.

Ucieszył się ogromnie tym pomysłem, po czym starannie przygotował grządkę urodzajnej ziemi, a potem posadził ziarno nie za głęboko i nie za płytko, tak w sam raz.

Ziarno nad wyraz szybko wykiełkowało i rosło dosłownie w oczach. Akurat kiedy zaczynał formować się kłos, Cering musiał wyjechać na pewien czas do miasta w sprawach urzędowych. Gdy po kilku dniach zbliżał się ponownie do swego domu, nie mógł się doczekać widoku dojrzałego klejnotu na grządce.

Jakież było jego zdumienie, kiedy zamiast klejnotu i kłosa, zobaczył siedzącego na grządce groźnie wyglądającego mężczyznę, ze zwojem dokumentów pod pachą.

Bogaty sąsiad przestraszył się srogiego nieznajomego i zapytał, kim on jest.

- W jednym z twoich poprzednich żywotów – odparł nieznajomy – pożyczyłem ci wiele pieniędzy, a ty nigdy mi ich nie oddałeś. Jesteś moim dłużnikiem, przybyłem tu teraz, by zażądać zwrotu długów. Mam ze sobą wszystkie potrzebne dokumenty.

    To powiedziawszy, wierzyciel przejął dom bogatego sąsiada, jego bydło, owce, ziemię i cały pozostały dobytek, degradując Ceringa do pozycji swego sługi.

    

piątek, 17 lutego 2023

Chłopiec z płaską głową

Bajka z Tybetu.

Żyło kiedyś biedne, ale kochające się małżeństwo. Długo nie mogli doczekać się potomka, aż wreszcie Los się do nich uśmiechnął i na świat przyszedł chłopiec. Wszelako był jeden szkopuł, bo ich syn urodził się z płaską głową i wyglądał zupełnie inaczej niż inne dzieci. Dodatkowo jego uszy były wyjątkowo duże, albo tak się tylko wydawało, gdy wystawały na boki, jeszcze bardziej podkreślając płaskość czaszki. Rodzice boleli nad tym, ale syna bardzo kochali i wychowywali go z wielką troską. Kiedy chłopiec podrósł, codziennie wyprowadzał na pastwisko jaki i spędzał z nimi całe dnie na zboczu góry.



I tak szczęśliwie płynęło mu życie, aż skończył piętnaście lat i zapragnął, by tak jak inni młodzi mężczyźni mieć żonę. Martwił się jednak, że na skutek szpetnej głowy żadna dziewczyna go nie zechce.

Pewnego dnia chłopiec prowadził jaki na nowe bujne pastwisko nad brzegiem jeziora. Siedząc na brzegu, zobaczył, że na wodę sfrunął piękny łabędź. Łabędź wylądował, po czym opłynął jezioro trzykrotnie w prawo, a potem trzykrotnie w lewo. Po czym odleciał.


Bohater naszej opowieści przyglądał się z ciekawością poczynaniom łabędzia. Nigdy przedtem  nie widział podobnie pięknego ptaka, który dodatkowo dziwnie się zachowuje.

Nazajutrz młodzian znowu usadowił się nad brzegiem jeziora i wypatrywał łabędzia. Nie czekał zbyt długo – łabędź pojawił się rychło i ponownie zachowywał się jak poprzednio. Rzecz trwała dni kilka, młodzian był zaciekawiony coraz bardziej.

W końcu wymyślił, że złapie łabędzia, zaniesie do zagrody rodziców i tam ugotują z niego łabędziową zupę.

Co postanowił, tak i zrobił: - uplótł misterną sieć z włosia jaka, zarzucił ją na wodę i kiedy łabędź przyfrunął kolejnego dnia, schwycił go sprawnie.

Niósł już łabędzia pod pachą do domu, gdy ten przemówił ludzkim głosem:

 - „Wypuść mnie młodzieńcze, a nie pożałujesz. Jestem ci ja bowiem Czarodziejskim Królem, a mam trzy córki. Jako Czarodziejski Król wiem także o twojej chęci posiadania żony. Kiedy mnie wypuścisz, dam ci rękę jednej z nich. Ty tylko wybierz, którą chcesz – najmłodszą, średnią, czy najstarszą”.

- Zgoda – odrzekł młodzieniec i zaczął intensywnie myśleć, którą wybrać. Jako że najmłodsza mogła być za młoda, a najstarsza za stara, wybrał średnią i wypuścił łabędzia, który niezwłocznie pofrunął do swego Czarodziejskiego Królestwa, gdzie oznajmił średniej córce, że będzie żoną młodzieńca o płaskiej głowie.

     Nic dziwnego, że córka nie była zachwycona decyzją ojca, atoli nic nie odrzekła, ponieważ była wychowana w posłuszeństwie. Jednakowoż wieczorem, po cichutku gorzko zapłakała nad swoim losem.

Poczyniono stosowne przygotowania, gdyż obowiązywał specjalny ceremoniał, kiedy ludzie poślubiali istoty z Czarodziejskiego Królestwa.

I stało się. Łabędź – Czarodziej przyleciał z drugim łabędziem, a ten dotknąwszy ziemi przeobraził się w śliczną panienkę.



 

W czasie krótkiej uroczystości zaślubin, Król – łabędź wyjawił młodzieńcowi jeden obowiązujący warunek:

 - Moja córka będzie mogła mieszkać z tobą na ziemi przez dziewięć lat. Po tym okresie musi wrócić do swego czarodziejskiego domu.

Młody zgodził się na ten warunek, bo cóż miał zrobić. Król - łabędź odleciał, a żonkoś powiódł swoją wybrankę do domu rodziców.

Zaczęła się sielanka, ponieważ żona młodzieńca znając czarodziejskie zaklęcia szybko wzniosła wspaniały pałac od razu z wyposażeniem i służbą. Cała rodzina zamieszkała w tym pięknym pałacu i wiodła szczęśliwe życie. Mijały lata, żona nie tylko przyzwyczaiła się do szpetoty męża, ale nawet z każdym rokiem zaczynała na niego patrzeć z coraz większą miłością, bo to był dobry człowiek, a ona jako czarodziejka dobrze znała zasadę: „Zawartość jest ważniejsza od opakowania”.

      I tak płynął czas, aż w końcu nadszedł ostatni dzień z tych wspomnianych wyżej dziewięciu lat. Mężczyzna nie wierzył, że sielanka może się nagle skończyć. Ostatniej nocy jak zwykle położył się do łoża pod baldachimem i otoczony bogactwem przespał mocno całą noc, a kiedy się zbudził rano, że zdumieniem odkrył, że pałac, służba – wszystko zniknęło, a on leży na stoku na gołej ziemi.

 

Ludzie mówią, że wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Pewnie tak jest, jednak ja bym wysnuł inny morał z tej tybetańskiej bajki, mianowicie: - Nawet gdy ktoś ma płaską głowę, może trafić na 9 lat szczęścia.

czwartek, 20 stycznia 2022

Złoty robak

 




W połowie lat osiemdziesiątych w Tybecie zapanowała polityczna odwilż. Chińczycy nieco odpuścili, zajęci kapitalistycznymi przemianami dozwolonymi już przez komunistyczną wierchuszkę.



Tybetańczycy odkryli wtedy niszę rynkową, którą zagospodarowali całkowicie, mianowicie zaczęli handlować leczniczymi roślinami. Zarówno chińska, jak i tybetańska medycyna, powszechnie korzystały z ziół, a wiele z tych najcenniejszych rosło właśnie na płaskowyżu tybetańskim. Na przykład beimu, czyli szachownica żółta (Frittillaria cirrhosa).



Stosowano ją przy kaszlu, rosła na wysokości powyżej trzech tysięcy metrów n.p.m., a tybetańscy nomadzi najlepiej się nadawali do jej zbierania.

Jednak największe zyski przynosił „grzyb gąsiennicowy”, inaczej kordyceps chiński (Ophiocordyceps sinensis). Polska nazwa „maczużnik chiński”. Rzecz niezwykle ceniona w medycynie tradycyjnej jako środek wzmacniający odporność, witalność, poprawianie wydolności płuc i nerek. Tybetańczycy nazywają go jarca gunbu, co znaczy „letnia trawa, zimowy robak”, albo po prostu bu czyli robak.




Ten grzyb-robak żywi się larwami gąsienic. W dawnych czasach występował powszechnie, a Tybetańczycy zauważyli, że osłabione po zimie konie i jaki, w zadziwiająco szybkim tempie odzyskiwały siły po zjedzeniu owocników. Podobna terapia zastosowana u ludzi dawała równie nadzwyczajne rezultaty. Obudziło się ogromne zapotrzebowanie na ten specyfik ze strony Chińczyków, które niebotycznie wywindowało  cenę grzybka.

Chińscy trenerzy sportowi mający ambicję, by ich zawodnicy zdobywali złote medale, podawali go zawodnikom, starzejący się majętni mężczyźni spożywali grzybka dla podniesienia potencji. W pewnym momencie kordyceps najwyższej jakości wart był swojej wagi w złocie, a jego cena dochodziła do dziewięciuset dolarów za uncję.

Tybet zachował naturalny monopol na kordyceps, ponieważ tylko Tybetańczycy dysponowali odpowiednią wiedzą i dostateczną pojemnością płuc, aby wytrzymywać grzybobranie na tak dużych wysokościach. Najlepsze robaki można było znaleźć w Goloku na północny zachód od Ngawy. Rodziny nomadów zabierały ze sobą potomstwo i wiosną, pomijając obowiązek szkolny, wyruszali na pastwiska i grzybobranie. Dzieci najlepiej się sprawdzały w tym rzemiośle - z powodu niskiego wzrostu, dobrych oczu i kondycji łatwiej im było wypatrywać i zbierać te małe grzybki w trawie i chwastach. Z powodu wysokości i nadmiaru promieni ultrafioletowych, zbieranie gąsiennicowych grzybków jest ogromnym wysiłkiem dla oczu i płuc.  Sezon zbierania trwa około czterdziestu dni i rozpoczyna się wczesną wiosną, zaraz po stopnieniu śniegów, gdy brązowe wzgórza zamieniają się dosłownie z dnia na dzień w gąbczasty dywan. Tybetańskie rodziny obozowały w górach przez te kilka tygodni, a taka przeciętna rodzina mogła w tym czasie zarobić więcej niż chiński robotnik w fabryce przez cały rok.



Partia komunistyczna przechwalała się potem, że to dzięki jej polityce rozwinęła się tybetańska gospodarka, atoli prawda jest taka, że stało się tak głównie za sprawą kordycepsu. Według niezależnych badań, grzybek przynosił Tybetańczykom 40% dochodów gotówkowych. Nomadzi mieli dość zasobów, aby wspierać powstawanie nowych sklepów, czy kawiarni. Złoty robak stał się częścią cyklu rosnącego dostatku i dalej tak jest, jednak z powodu nadmiernych zbiorów i rosnących temperatur podaż się zmniejsza.

                                                 (Barbara Demick – Zjadanie Buddy).

 

 

środa, 19 stycznia 2022

Flaga ze śnieżnymi lwami

 



Każdy medal ma dwie strony: -
Tybetańczycy uciekali do Nepalu i Indii. Nepal jest biednym państwem i Chiny łatwo uzależniły go ekonomicznie i politycznie. Indie również starają się pokojowo współżyć z tym za chwilę pierwszym mocarstwem światowym. Tybetańczycy na wygnaniu nie mają życia usłanego różami, jak to na wygnaniu. Tak jak kiedyś struga uchodźców zasilała Dharamsalę, tak obecnie trend się odwraca: - Tybetańczycy wracają do ojczyzny. 




Protesty samospaleń ucichły, Chińczycy trochę odpuścili prześladowania, jednak perspektywy na rok 2020 nie były ciekawe: - poinformowano rodziców dzieci z Ngawy, że szkoła podstawowa numer 3 zmienia język nauczania na chiński. A była to ostatnia szkoła w kraju z językiem tybetańskim. Także narzucono wirusowe ograniczenia: - aplikacja w telefonie z kodem zielonym, żółtym lub czerwonym. Jak w całym kraju służy to do zarządzania epidemią, ale także do zakazu wstępu do różnych obszarów i władze planują pozostawić ten środek kontroli ludności na stałe.


Chiny dość szybko stają się tym, co politolog Stein Ringen, nazwał dyktaturą doskonałą. Kontrola państwa jest wszechstronna, nadzór nad komunikacją online dokładny, kamery monitoringu wszechobecne (jedna kamera przypada na dwie osoby), biometryczne  śledzenie ludności tak zaawansowane, że zachowanie „porządku” przebiega praktycznie bez zakłóceń. Olbrzymia baza danych i sławne algorytmy spowodowały, że chińska wersja Pegasusa potrafi rozpoznać stan emocjonalny nie tylko szpiegowanej pojedyńczej osoby, ale i całej grupy potencjalnych buntowników. Wydaje się, że za chwilę z pomocą AI zaczną odczytywać myśli.  Jednak tak totalne podejście Chin jest niewątpliwie mniej barbarzyńskie od metod kontrolowania niezadowolenia społecznego stosowanych przez inne reżimy, na przykład gaz trujący aplikowany opozycji przez Asada w Syrii.






Według brytyjskiej technologicznej firmy konsultingowej, już w 2020 roku Chiny miały osiągnąć pełen sukces w rozpoznawaniu twarzy dowolnej osoby.  Ten system „zaufania społecznego” w połączeniu z biometrycznymi dowodami osobistymi ze skanowaną tęczówką, pozwala władzom na natychmiastowe karanie obywateli za najdrobniejszy sprzeciw, poprzez odbieranie przywilejów, do blokady konta pieniężnego włącznie. Chiny zbliżają się do technologicznej dystopii - społeczeństwo jest chwycone za krtań, przez co stało się podejrzliwe i nieufne, a chińskie macki zastraszania wykraczają już daleko poza granice kraju – dotarły na przykład do Watykanu – oto papież Franciszek w 2014 roku odmówił udzielenia Dalajlamie audiencji.




Dalajlama się zestarzał. Teraz główną polityczną sprawą będzie następca Dalajlamy. Jak wiemy kolejnej inkarnacji poszukuje się na drodze duchowych wierzeń, jednak rząd chiński ma tu od dawna ustalony plan: - chcą mieć decydujący wpływ na wskazanie „odpowiedniego” następcy. Wiadomo bowiem: - jest prawo, ale ono musi być po właściwej stronie. Konsekwencje ewentualnej chińskiej ingerencji w tym obszarze będą tragiczne.