Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Ducha nie gaśmy

 


Część piąta o SI. (Ostatnia)

Zamierzałem wykonać wpis o Sztucznej Inteligencji podzielony na cztery części. Azaliż życie jest wielką niewiadomą, tudzież zdania nie zmienia tylko martwy lub głupi.

Jako że nie poczuwam się do należenia do żadnej z wymienionych wyżej grup, dziś publikuję część piątą o SI, czyli o przyszłych Nadzorcach człowieka.   

Jak widzimy, świat jest podzielony, a pokrewne energie się przyciągają. Uczciwy szuka uczciwych, złodziej trzyma ze złodziejem, a dobro od zarania dziejów walczy ze złem. Oraz wydarzenia falują od minimum do maksimum, co obserwujemy między innymi na rynkach finansowych, gdy wykresy cenowe podążają od krańcowego wyprzedania do wykupienia, a potem na odwrót.

Popatrzmy na świat i Polskę z perspektywy ostatnich kilkudziesięciu lat. Z takiego dystansu widać, że to Polska po stanie wojennym zainicjowała pozytywne przemiany, przynajmniej w Europie. Atoli zawsze ktoś jest pierwszy, ktoś inicjuje trend, dlatego nie lubię dętych rozmów o tak zwanej „Misji Dziejowej”.

    To jest poronione hasło wszelkich oszołomów. Już bliżej mi do tezy Hegla o Duchu Świata, który co pewien czas wstępuje w jakiś naród i popycha go ku rozpoczynaniu zmian, na dobre, albo w kierunku zła. „Żeby było lepiej, najpierw musi być gorzej”.

      To samo hasło w wykonaniu inwestorów giełdowych brzmi: „Żeby wzrosło, musi najpierw spaść. I vice wersal”

                Bunt wobec tego co jest.

 Francuska Rewolucja na przykład była inicjacją – rozprawą ze zroślakiem, chimerą: - zdeprawowany kk + wynaturzona władza, z czego niestety wyszedł falstart.

Falstart, lub tak miało być, ponieważ rzeczy dzieją się w odpowiednim czasie, czyli czas nie tylko powinien, ale musi być dojrzały do zmian. Azaliż masy były jeszcze zbyt ciemne, co nie dziwi, ponieważ kk od wieków pracował nad utrwalaniem owej ciemnoty, oraz wpisywaniem do ludzkich mózgów kodów posłuszeństwa, grzechu i konieczności poniesienia kary.

Minęły lata i kk na Zachodzie Europy został zagoniony do kruchty, tam, gdzie jego miejsce. Tymczasowe miejsce.

    W każdym razie zawsze ktoś jest pierwszy, ktoś pierwszy zaczyna, inspiruje do buntu wobec niechcianej rzeczywistości. Popatrzmy na rok 1968, kiedy fala niepokojów wśród młodych rozlała się po świecie.

A dziś? Zawsze należy patrzeć w przyszłość z nadzieją. Polska znowu inicjuje zmianę w stronę demokracji.

   Czyli mamy dualizm – lewo, prawo – zimno, ciepło i szerzej: zło - dobro.

Dzięki głupiemu, możemy zdiagnozować, że głupim nie jesteśmy, czyli owemu należy się szacunek, ponieważ przy jego braku, nie byłoby poziomu odniesienia.

    Wracając do meritum: - w czwartej części rozważań o sztucznej inteligencji, pisałem o „białej dżumie”.  (Książka z 2005 roku o epidemii SARS -Radykalna Ewolucja – czy człowiek ulepszony przez naukę i technikę będzie jeszcze człowiekiem?).

 

Broń biologiczna. 

Każdą broń, przed masowym użyciem należy:

- Po pierwsze primo wypróbować.

- Po drugie primo: - zmodyfikować, czyli poprawić skuteczność. Skuteczność zabijania w tym przypadku.

Bill Joy wspomina o wojskowych laboratoriach biologicznych i pracach nad zarazami tak zwanej „białej dżumy”, kiedy jedna nacja stara się zesłać Armagedon na drugą, potencjalnie wrogą.

Wydaje się, że takie próby zaczęły się w czasach nowożytnych od Afryki. Pomińmy w tym miejscu nazwy chorób. Potem tę broń unowocześniono, lub tylko nad tym pracowano. W Chinach na przykład pracowano, gdzie w najnowocześniejszym tajnym laboratorium biologicznym wyposażonym przez Francję, nastąpił wypadek. Albo to nie był wypadek. W efekcie zostaliśmy obdarowani Covidem.

Czyli co? Ano to, że biali wymyślają choroby na czarnych, a żółci na białych. Nieciekawa perspektywa.

    Wracamy do tematu SI.

 

Ponadczasowe proroctwa.

- Po pierwsze primo Tybet – pisałem o malowidle ze ściany pałacu Potala, na którym setki lat temu uwieczniono przyszłość.

        „Na innym malowidle łańcuchy pokrytych śniegiem szczytów szczelnie otaczały królestwo Szambali, z którego wyruszały armie wojowników na wielką bitwę z dziwnymi maszynami w wojnie, która według przepowiedni kalaćkary-tantry wybuchnie w przyszłych stuleciach.

Malowidła były zbyt dziwne, żebym zdołał je pojąć w tak krótkim czasie. Co więcej, czułem się jak intruz, wiedząc, że zmarł tam XIII Dalajlama”.

 

- Po drugie primo Nostradamus – dziś ten jego dar można śmiało nazwać łaską dostępu do „Chmury” – pola morfogenetycznego otaczającego Ziemię, czyli Kroniki Akashy.   

Jasnowidz pisał, że nadejdzie Era Numeryczna, podczas której Maszyna obejmie rządy nad nielicznymi ludźmi, zamkniętymi w „indywidualnych klatkach mieszkalnych”, ludźmi, którzy przetrwali eksterminację. Era skończy się w roku 3786, kiedy garstka buntowników wymyśli sposób na zniszczenie Maszyny.

Wszystko przebiega bowiem według zasady filozoficznej: - Nic nie trwa wiecznie, a w siebie wierzyć trzeba.

   Przed wakacjami pisałem – ducha nie gaśmy, wiary nie traćmy i 15 października ta nadzieja oblekła się w ciało. Okazało się, że dzięki sumie jednostkowych decyzji można zmienić przyszłość kraju i pokazać innym narodom (powtórka z lat osiemdziesiątych?) że to możliwe także u nich.

 

 

 

 

 

wtorek, 21 marca 2023

Williamson Diamonds


 Rosjanie zawsze chwalili się wielkimi osiągnięciami i to w każdej dziedzinie. Owszem, były i sukcesy, ale spod podszewki przebija się jakąś podła mania wielkości. Oni zawsze musieli być pierwsi, najwięksi i odnosić same zwycięstwa. A tak naprawdę jest to propagandowy sposób ściemniania, mający ukryć rzeczywistą małość. Paradoksem jest, że wymieniony sposób postępowania jest charakterystyczny także dla innych nacji, mianowicie widzimy go u wszystkich ludzi władzy o mentalności mafijnej.

      Nie inaczej było z powojennymi poszukiwaniami diamentów w Jakucji. Rosjanie wymieniają nazwiska kilku odkrywców, ale nie przyznają się, że najpierw wysłali do Afryki szpiegów, do tamtejszej kopalni diamentów „Williamson Diamonds” w Mwadui, aby podpatrzeć co i jak.

     John Thoburn Williamson przyjechał do Rodezji w 1934 roku.  Wszystko traktował naukowo, ukończył Uniwersytet McGill i napisał rozprawę doktorską. Po przyjeździe do Afryki pracował dwa lata dla Tanganyka Diamonds and Gold Development, więc po prostu wiedział, gdzie trzeba szukać diamentów.

      Te wszystkie bajki, opowiadania o cudownym znalezieniu diamentów, o przypadku, czy też zrządzeniu losu, o jednym jedynym kopnięciu, czy zawadzeniu butem o grudkę, która okazała się diamentem, czy o tubylcach grających w kamienie, które okazały się diamentami, to wszystko wyssane z palca. Williamson był po prostu znakomitym, doświadczonym geologiem i znał się na tych rzeczach.

       Sowicie opłaceni szpiedzy pracujący dla Rosjan, przez kilka lat niuchali, aż dowiedzieli się, że trzeba szukać kominów kimberlitowych. Chodzi o bardzo stare wulkany, sprzed wielu milionów lat. A jako że stare, wiec uległy naturalnej i silnej erozji i już w niewielkim stopniu przypominają wulkaniczny krater. Ponieważ upłynęły całe milionlecia, krawędź takowego wulkanu może mieć tylko kilkanaście metrów przewyższenia ponad otaczający teren, do tego sam krater jest niewielki (afrykański ma rozmiar 140 ha) i dlatego trudno go było dostrzec nawet w afrykańskim pustkowiu, a co dopiero powiedzieć o poszukiwaniach w syberyjskiej tajdze. 


 Jako że książki nie są dla idiotów, polecam Czytelnikom zapoznanie się z frapującą historią odkrycia afrykańskich diamentów i ją pominę. Napiszę natomiast jak wyglądały liczby dotyczące wydobycia diamentów z Mwadui w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Liczby przemawiają do mnie bosko, jako do zapalonego matematyka

     Otóż koparka jednorazowo zagarniała łyżką sześć ton ziemi i wrzucała urobek na 32. tonową wywrotkę. W ciągu godziny napełniano sześć wywrotek. To dawało dziennie 13 tysięcy ton. Rocznie trzy i pół miliona ton.

     Jeśli dobrze poszło, w jednej sześciotonowej szufli urobku mogło znajdować się pół karata diamentów.

W urobku rocznym natomiast było tych diamentów sto kilogramów. Ktoś powie, że to szaleństwo podobne do poszukiwania szpilki w stogu siana. Zgoda, jednak ta szpilka była bardzo cenna, bo ważyła sześćset tysięcy karatów.

Wydobycie opłacało się i to bardzo. Diamenty nie były duże, największy znaleziony w opisywanych latach miał 256 karatów. Azaliż nie tylko wielkość się liczy.

W październiku 1947 roku znaleziono w Mwadui diament, który przeszedł do historii, choć ważył tylko 54 karaty. To był unikat z powodu swego koloru. Nazwano go „różowym goździkiem”. John Williamson podarował  ten diament królowej Elżbiecie w prezencie ślubnym. „Różowy goździk” po oszlifowaniu ważył 23,6 karata i stanowił środek broszy – kwiatu, którego płatki były również diamentami z Mwadui.

       Inne historyczne diamenty

Piggot. Został przywieziony do Anglii w 1775 roku przez lorda Piggota, gubernatora Madrasu i natychmiast sprzedany. W 1818 kupił go Ali Pasza, wicekról Egiptu. Piggot stał się jego ukochanym diamentem, choć miał innych niemało. Pewnie Ali Pasza wiązal z tym diamentem jakieś nader miłe wspomnienia ze Szkatułki Cennych Chwil, bo zażądał, aby po jego śmierci diament zniszczono i tak się też stało – został rozbity na proszek.

Orłow – zdobił berło rosyjskich carów.

Szach – znaleziony w Indiach w XVI wieku, to nim Persowie okupili zamordowanie posła carskiego dworu.

Pasza Egiptu, Gwiazda Polarna, Wielki Mogoł, Florentinne, Nassak, Hope, Jubileusz – ofiarowany królowej Wiktorii w szesnastą rocznicę jej koronacji.

Regent, Gwiazda Południa, Kohinoor z brytyjskiej korony.

 

Sancy – kupiony w Konstantynopolu w 1870 roku przez francuskiego ambasadora dla dworu Ottomana. Jakub II sprzedał go w 1695 roku Ludwikowi XIV. 17 sierpnia 1792 roku diament został skradziony ze skarbca i ślad po nim na wiele lat zaginął. Dziś własność Luwru.

Tak więc i diamenty mają swoje życiowe rysy.


czwartek, 16 lutego 2023

Gepard

 


                      Prawa natury są prostsze w wyższych wymiarach

 Peter Freund, profesor fizyki teoretycznej w Instytucie Fermiego, stał się jednym z pionierów prac nad teoriami hiperprzestrzeni. Zawsze podkreślał, że prawa natury stają się prostsze i bardziej eleganckie, kiedy formułujemy je w wyższych wymiarach, będących ich naturalnym miejscem. Mało tego – tylko w wyższych wymiarach jest możliwe zjednoczenie wszystkich fizycznych oddziaływań, czyli unifikacja.

      Wyjaśniając, czemu wyższe wymiary tak pobudzają wyobraźnię naukowców, Freund posługuje się analogią pod tytułem Gepard.

Otóż popatrzmy na geparda – piękne, zwinne zwierzę, jedno z najszybszych na Ziemi, wędrującego swobodnie po sawannach Afryki. W swoim naturalnym środowisku to wspaniałe zwierzę jest dziełem sztuki, niezrównanym pod względem prędkości i wdzięku.



Teraz przyjmijmy, że gepard został schwytany i umieszczony w ciasnej klatce w zoo. Pokazywany dla naszej rozrywki stracił swój niepowtarzalny wdzięk i piękno. Zamiast właściwej mu siły i elegancji widzimy jedynie smętne widmo geparda.

Teraz możemy porównać geparda do praw fizyki, które są piękne jedynie w swoim naturalnym środowisku, a jest nim wielowymiarowa czasoprzestrzeń. Jednak mierzyć prawa fizyki potrafimy tylko wtedy, gdy znajdują się w sterylnej klatce, którą jest nasze trójwymiarowe laboratorium.

                Sawanna aż po horyzont







Nic dziwnego zatem, że oglądamy prawa fizyki - geparda wtłoczone do więzienia ciasnej klatki, a więc pozbawione gracji i wdzięku. Tak jak dla geparda domem jest sawanna aż po horyzont, tak dla praw fizyki właściwym miejscem jest hiperprzestrzeń.

     Aby zilustrować, w jaki sposób dodanie wyższych wymiarów może uprościć zagadnienie, przypomnijmy sobie wojny prowadzone przez starożytny Rzym. Wielkie wojny rzymskie, składające się z wielu mniejszych bitew, przebiegały zawsze w sporym zamieszaniu, wśród plotek i mylnych informacji napływających do obu walczących stron. Rzymscy wodzowie działali często na ślepo, ponieważ bitwy toczono na kilku frontach jednocześnie. Rzym wygrywał bardziej dzięki brutalnej sile, niż elegancji swojej strategii. Dlatego jedną z naczelnych zasad sztuki wojennej jest zdobycie wyżej położonego terenu, czyli wzniesienie się w górę, w trzecim wymiarze, ponad dwuwymiarowe pole bitwy. Z dogodnego miejsca na wzgórzu, czy po prostu optymalnej wysokości, mamy panoramę pola bitwy. Wtedy chaos wydaje się znacznie mniejszy. Jednym słowem ten chaos mniejszych potyczek oglądany z trzeciego wymiaru – wysokości, wydaje się znacznie mniejszy. On scala się w spójny, jednolity obraz.

      Innym zastosowaniem opisanej zasady, że natura staje się prostsza w wyższych wymiarach, jest główna idea szczególnej teorii względności Einsteina, a więc odkrycie, że czas jest czwartym wymiarem połączonym z trzema innymi – z przestrzenią. Co zostało zawarte w słynnym równaniu fizyki  E= mc kwadrat, wyrażającym jedność materii i energii.  



środa, 2 listopada 2022

Na luziczku o skoku kwantowym



Osho, jeden z największych nauczycieli duchowych ubiegłego wieku, gloryfikował poznanie, a więc także naukę. Powoływał się często na osiągnięcia fizyki kwantowej używając zwrotu skok kwantowy, które to pojęcie było dla niego równoznaczne z oświeceniem.


 „Człowiek pozostaje duchowo ubogi dopóki biegunowe przeciwieństwo nie stanie się jego częścią. Wtedy staje się bogaty. Jeśli jesteś tylko artystą i nie masz umysłu naukowego, twoja sztuka musi być biedna. Bogactwo przychodzi tylko wtedy, gdy jest przeciwieństwo. Jeśli w pokoju będą tylko mężczyźni, czegoś temu pokojowi będzie brakowało. Gdy tylko wejdzie do niego kobieta, ten pokój staje się duchowo bogaty. Teraz są oba biegunowe przeciwieństwa. Ta całość staje się większa.

Umysł nie może być sztywny. Matematyk będzie bogatszy, jeśli zdoła wejść w świat sztuki. Gdy jego umysł ma wolność odejścia od swoich głównych fiksacji, a potem wrócenia do nich, będzie on bogatszym matematykiem. Poprzez przeciwieństwo następuje skrzyżowanie gatunków. Zaczynasz na wszystko patrzeć w inny sposób. Twoja totalna perspektywa staje się bogatsza.

Człowiek powinien mieć umysł religijny razem z naukowym wykształceniem, umysł naukowy razem z duchową dyscypliną. Nie widzę w tym obiektywnych niemożliwości. Przeciwnie, sądzę, że umysł będzie żywszy, gdy potrafi przemieszczać się od jednego do drugiego. Będzie żywszy, gdy posiądzie zdolność głębokiego poruszania się we wszystkich kierunkach. Uzyska wtedy wolność od fiksacji.

Jeśli to zrozumiesz - wykonałeś umysłowy skok kwantowy”.

                                                  OSHO

 


Obiecałem nie przynudzać fizyką, więc dziś zgodnie z tytułem posta podam opis skoku kwantowego, na który natrafiłem w książce podróżniczej. To historia z safari, lata 50. ubiegłego wieku. 

Tytuł w gazecie londyńskiej: - „Dwadzieścia jeden lwów wzięło udział w party przy ognisku”.



"Lwy z Serengeti miały złe obyczaje, tak złe, że w pogoni za gazelą wpadły całą gromadą na podjazd schroniska w Seronerze, gdzie strudzeni turyści popijali „whisky and soda”, siedząc wokół ogniska. Lwy w pogoni z impetem uderzyły w bus turystów, odbiły się od niego i dalej kontynuowały pogoń, a bus tymczasem przewrócił się z hukiem. Wszyscy turyści jak na rozkaz poderwali się z miejsc i na wyprzódki uciekli do pobliskiego baru.

     Wśród turystów znajdowała się mocno zreumatyzowana stara pani Pennycuick z Bristolu. Pomimo braku sprawności zdrowotnej i wiekowej, pani Pennycuick, gubiąc prawy but wyprzedziła w ucieczce wszystkich, po czym będąc na prowadzeniu, jednym susem przeskoczyła przeszło metrowej wysokości ladę bufetową". 
























wtorek, 9 listopada 2021

Mądrość Czarnego Człowieka

 




Polska wyprawa do Afryki Zachodniej. Lata 1926-27.

Czarny Ląd. Dziś takiej Afryki już nie ma. Ani takich podróżników jak Ferdynand Ossendowski, drugi po Henryku Sienkiewiczu najbardziej znany na świecie  polski pisarz, czego dowodem są 142 przekłady jego książek na języki obce.


Biali najeźdźcy uważali kiedyś, że Czarny Człowiek jest naiwny jak dziecko. A on tylko chłonął  wszystko to co widział i co mu  opowiadano. Co nie znaczy, że postradał swój Czarny Rozum.

Bystre jednostki szybko zrozumiały, że cywilizacja białego człowieka opiera się na kłamstwie i wykorzystywaniu drugiego.

Oto mieszczańska pruderia narzuca zakazy i nakazy, a obcy kapłani nie zawsze postępują zgodnie z tym, co mówią.

Do tego doszły okresowe wybuchy nienawiści klasowej i rasowej do Czarnych ze strony białych „wyższych warstw społecznych”.

       Tak działo się na wszystkich kontynentach, gdzie kolorowi ludzie zauważyli, że chrystusowa nauka miłości jest tylko maską dla prawa pięści, a prawdziwym fetyszem białych jest nie jakiś Bóg, ale pieniądz.

      


Ossendowski pisze:

 

„Pewien inteligentny Murzyn, spotkany przed laty w Nowym Jorku, zawsze z pogardą i nienawiścią mówił mi, że biała rasa przynosi do kolonizowanych krajów syfilizację.

     Natomiast w Moskwie, na carskim Kremlu miał miejsce ciekawy przypadek podczas międzynarodowego zjazdu komunistów. Otóż przybyli tam Murzyni ze Stanów Zjednoczonych, uważający się za szczyt postępowej inteligencji. Jeden z nich, szczerząc białe zęby, usiadł na tronie Romanowów i żeby zamanifestować swą pogardę dla zaatakowanej przez Sowiety części społeczeństwa, oparł nogi na stoliku wzorem niektórych Amerykanów i zapalił papierosa, patrząc drwiąco na umieszczonego na oparciu tronu dwugłowego orła bizantyjskiego.

     Murzyn-komunista wziął wzór od Amerykanów, soczyście plujących przed siebie i trzymających nogi na stole?

Być może, ale także odezwała się w nim dusza anarchicznych zbuntowanych szczepów.

     Biali zbrodniarze przychodzący od morza, zakuwali żelazem ręce i nogi czarnych kobiet i mężczyzn, gwałtem wlekli ich do nieznanych krajów, na mękę, hańbę, śmierć.

I niewolnicy umierali na wygnaniu w milczeniu.

Potem przyszedł dzień, w którym w duszy białych wybuchł płomień wstydu.

 Zniesiono niewolnictwo.

Jednak do Afryki, razem z białymi przyszła nieprawda, krzywda, wyzysk i okrucieństwo.

Niewolnicy słońca podnoszą już głowę".



piątek, 15 listopada 2019

Bajka o chmurze i wydmie


Podczas burzy na środku Morza Śródziemnego narodziła się chmura.
Nie miała zbyt wiele czasu by w tym miejscu się rozbudować, gdyż wiatr zaczął spychać wszystkie chmury w kierunku Afryki.


      Gdy dotarły nad kontynent, zrobiło się gorąco, a na dole zajaśniały złote piaski Sahary. Wiatr pchał chmury w kierunku dżungli, ponieważ nad pustynią deszcz prawie wcale nie pada.
      Młoda chmura, wzorem zbuntowanych młodych ludzi, postanowiła poznać świat i odłączyła się od innych chmur.
- Co ty robisz? – zaprotestował wiatr. - Przecież pustynia jest wszędzie taka sama! Popycham wszystkie chmury w stronę gór i przepięknych lasów. Wracaj do szeregu!
      Jednak młoda chmura nie posłuchała, gdyż z natury młodzi są niepokorni. (Czasami niepokorni bywają nieliczni starsi, pod warunkiem, że są młodzi duchem).



Chmura schodziła ku ziemi, aż osiadła na zefirku - lekkim, przyjaznym wietrze powiewającym nad samymi piaskami.
Chmura rozglądała się z ciekawością, aż zauważyła niewielką młodą wydmę, która patrzyła na nią.
Wydma i chmura patrzyły na siebie badawczo, aż po chwili wydma zajaśniała uśmiechem.

Chmurze zrobiło się ciepło w sercu. Obserwowała niedawno usypaną przez wiatr radosną wydmę i …... w jednej chwili zakochała się w jej złotych włosach!
- Witaj – powiedziała chmura – jak ci się wiedzie tam w dole?
- Żyję wśród innych wydm, słońca, wiatru i karawan, które tędy przechodzą - odpowiedziała wydma.
Jest gorąco, ale ja ciepło lubię. A jak ci się żyje tam w górze?
- Tutaj też jest słońce i wiatr i to dzięki niemu mogę się przechadzać po niebie i poznawać świat - rzekła chmura. 
- Moje życie jest krótkie – poskarżyła się wydma – gdy wiatr powróci z dżungli, zniknę.
- Bardzo cię to martwi? - zapytała chmura.
- Wydaje mi się, że nikomu nie jestem potrzebna - powiedziała wydma ze smutkiem.
- Ja czuję to samo, bo także jestem zależna od wiatru. Gdy ten zawieje, polecę na południe i zamienię się w deszcz. Taki mój los - zakończyła chmura.
                                                                                                                      Wydma myślała i w końcu zdecydowała się powiedzieć: - Czy wiesz, że tu na pustyni deszcz nazywamy Rajem?
- Nie przypuszczałam, że mogę zamienić się w coś tak wspaniałego – rzekła z zachwytem chmura.
- Słyszałam – kontynuowała wydma – jak stare wydmy opowiadają, że po deszczu stajemy się zielone, obrastają nas zioła i kwiaty. Mnie to nigdy nie spotka, deszcz na pustyni jest wielką rzadkością …....
     Chmura myślała, chwilkę się wahała, wreszcie nieśmiało się uśmiechnęła mówiąc: - Jeśli chcesz, mogę okryć cię deszczem. Kocham cię i chcę zostać z tobą na zawsze.
- Kiedy zobaczyłam jak się zniżasz, też się w tobie zakochałam – rzekła wydma cichutko i zrobiła się jeszcze bardziej żółta ze wzbierającej miłości.
- Tylko że ty umrzesz gdy zamienisz się w deszcz!
- Miłość nigdy nie umiera! - Powiedziała chmura – ona się tylko zmienia, a ja tak chcę pokazać ci Raj!

I zaczęła pieścić wydmę małymi kropelkami. Długo były razem, aż pojawiła się tęcza …...

Następnego dnia wydmę obsypały drobniutkie kwiaty. Zobaczyły to sunące w głąb Afryki inne młode chmury i pomyślały, że tu zaczyna się dżungla, której od dawna wypatrywały. Dlatego upuszczały na młodą wydmę po parę kropel, lecz że ciągle nadpływały nowe, po dwudziestu latach obok wydmy powstała oaza, użyczająca podróżnym cienia pod drzewami.


A wszystko dlatego, że pewna chmura nie zawahała się poświęcić życia z miłości.