Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziesiąty wymiar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziesiąty wymiar. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 grudnia 2025

Mrugaj gwiazdko mała

 


Źródło promieniowania kosmicznego ciągle nie jest znane, ono jest ukryte gdzieś głęboko w przestrzeni kosmicznej, poza naszą Galaktyką. To promieniowanie ma energię o wiele większą niż jakiekolwiek promieniowanie odkryte w laboratorium. Ma ono nieprzewidywalną energię i nie uwalnia jej na żądanie. W pewnym sensie to tak, jakbyśmy próbowali gasić ogień czekając na burzę. Burza z intensywnym deszczem mogłaby bowiem ugasić ogień natychmiast, tylko jest jedno „ale”. Moment nadejścia takiej burzy jest trudny do przewidzenia. Niektórzy twierdzą nawet, że pogoda ma wiele zmiennych i bardziej przypomina żywą, a więc kapryśną istotę, niż dające się opisać zjawisko fizyczne.

        Co ciekawe promieniowanie kosmiczne zostało odkryte 80 lat temu przez księdza Theodora Wulfa, podczas eksperymentu na szczycie wieży Eiffla w Paryżu. Ksiądz łowił tam promieniowanie w butelki lejdejskie. Przez pierwsze 30 lat po wspomnianym odkryciu, odważni fizycy wzlatywali w balonach, aby rzecz zmierzyć dokładniej. Zainteresowanie przygasło, gdy Ernest Lawrance wynalazł cyklotron i wytworzył w laboratorium wiązkę silniejszą iż promieniowanie kosmiczne.

      Promienie kosmiczne, których energia wynosi około 100 milionów elektronowoltów, są powszechne jak krople deszczu – uderzają w atmosferę Ziemi w tempie kilku cząstek na centymetr kwadratowy na sekundę, natomiast wynalazek Lawrance’a umożliwił osiąganie energii dziesięć razy większej.

Dziś miejsce fizyków w balonach zajęły satelity, które niosą w swych wnętrzach liczniki promieniowania, a naukowcy wymyślili następujący ambitny projekt służący badaniu zjawiska:

Na powierzchni 2,5 kilometra kwadratowego pustyni rozłożono olbrzymi układ detektorów, które miały oczekiwać na deszcz promieniowania kosmicznego. Teren był idealnie odosobniony: - to Dugway Proving Grounds, 150 km. na południowy zachód od Salt Lake City w stanie Utah.

     Jak obliczono, ten układ detektorów był wystarczająco czuły, aby określić źródła najbardziej energetycznych promieni kosmicznych. Dość szybko zlokalizowano dwa potężne źródła emisji – to Cygnus X-3 i Herkules X-1. Oba źródła określono jako wirujące gwiazdy neutronowe, albo czarne dziury, które powoli wchłaniają gwiazdę towarzyszącą, tworząc olbrzymi wir energii rozsyłający silne promieniowanie.

      Największy zanotowany impuls energii wynosił 10 do dwudziestej potęgi elektronowoltów. To olbrzymia liczba, przekraczająca 10 milionów razy moc cyklotronu SSC, gdyby oczywiście to urządzenie pracowało. (Kongres USA wstrzymał projekt). W obecnym stuleciu nie ma szans na uzyskanie energii potrzebnej do zbadania dziesiątego wymiaru. Natomiast w kosmosie występuje taka energia – jest ona ukryta we wnętrzu czarnych dziur z naszej Galaktyki.

Tylko jeszcze drobnostka: - Należy podlecieć do czarnej dziury, wykonać skok kwantowy do jej środka - lub dać się po prostu do niej wciągnąć trzymając w rękach kabel energetyczny przez który nastąpi przepływ energii Plancka na Ziemię. Więc utopia.

W każdym razie fizycy kombinują, marzą i nie poddają się, ponieważ jak wiemy nie tylko warto, lecz wręcz należy walczyć o realizację marzeń. Pomimo tego, że Kongres zatrzymał budowę SSC, fizycy wierzą, że rozwiązanie tajemnicy 10 wymiaru leży w kosmosie.

Przecież w XIX wieku niektórzy uczeni twierdzili, że nigdy nie dowiemy się z czego zbudowane są gwiazdy. Na przykład francuski filozof August Comte w 1826 roku pisał, że gwiazdy na zawsze pozostaną tylko nieosiągalnymi punktami świateł na niebie. Dowodził, że nigdy nie potrafimy opuścić Ziemi i dosięgnąć gwiazd.

Jednocześnie w tym samym czasie fizyk niemiecki Joseph von Fraunhofer określał skład chemiczny gwiazd, rozczepiając za pomocą pryzmatu i spektroskopu białe światło wysyłane przez gwiazdę. Każdy pierwiastek bowiem emituje charakterystyczne widmo świetlne, będące swoistym „odciskiem linii papilarnych palca”. Fraunhofer dokonał więc niemożliwego i określił wodór jako główny pierwiastek gwiazd.

Odkrycie Fraunhofera zainspirowało z kolei innego fizyka o zacięciu artystycznym do napisania wiersza:

Mrugaj, mrugaj, gwiazdko mała,                                                      

Wiem już, z czego jesteś cała;                                                         

Na podstawie światła wzoru                                                             

Wiem, że składasz się z wodoru.

I choć energia potrzebna, by dotrzeć do gwiazd za pomocą rakiety, była ciągle poza zasięgiem Comte’a i ortodoksyjnej części ówczesnej nauki, okazało się, że problem można obejść i rozwiązać nie ruszając się z miejsca.

Podobnie może być z potencjalną niemożnością osiągnięcia na Ziemi energii Plancka. Rozwiązanie może przyjść z kosmosu, albo z jakiegoś źródła, jeszcze nieznanego nauce.


 

 

 

środa, 6 listopada 2024

Małpy na beczce prochu

 


Największym źródłem energii dostępnym naszej cywilizacji jest bomba wodorowa. Atoli technologia, którą rozporządzają ludzie jest tak prymitywna, że energię syntezy wodoru potrafimy wyzwolić tylko w wybuchowy sposób. Na syntezę kontrolowaną w reaktorach, musimy jeszcze poczekać. Zwykły huragan wytwarza energię setek bomb wodorowych. Dlatego kontrolowanie pogody jako jedna z cech cywilizacji typu I, wyprzedza dzisiejsze umiejętności o przynajmniej sto lat.

Tu pewna ciekawostka: - W powieści Dana Browna „Anioły i Demony”, grupa przestępcza chce wysadzić Watykan za pomocą bomby zbudowanej z antymaterii skradzionej z genewskiego CERN. Czemu z antymaterii? Ano z powodu wydajności: - bomba wodorowa ma przy całej swej niszczycielskiej potędze „tylko” jeden procent wydajności, a bomba z antymaterii osiąga wydajność stu procent!

Pamiętamy kultowe powiedzenie z pewnego polskiego filmu – Ile procent cukru jest w cukrze?

Otóż przestępcy jak wiadomo są bezwzględni i przed inwestowaniem w cokolwiek wybierają pewność zamiast wątpliwości – tu za pewnik przyjęli, że dopiero bomba z antymaterii przemieniająca sto procent materii w energię obrazuje prawdziwe piękno równania Einsteina!

Jak będzie wyglądał dalszy rozwój naszej cywilizacji, ocenianej przez Carla Sagana na 0,7? A może dokładnie 0,62?

 Cywilizacja typu I jest wtedy, gdy zbada już większą część swojego systemu gwiezdnego. My, kolejne kroki rozwoju dotychczasowej techniki podboju kosmosu mierzyliśmy w dziesięcioleciach, dlatego jakościowe skoki, polegające na kolonizacji innych planet będziemy odmierzać stuleciami.

Niestety mamy poślizg w prognozach krótkoterminowych, bo na przykład pierwsi ludzie na Marsie mieli lądować według przewidywań NASA w roku 2020. Potem, gdy Elonowi Muskowi uda się lądowanie pierwszych ludzi na Marsie, upłynie jeszcze 50 lat, zanim będziemy nazywać rzecz kolonizacją, a podbój całego Układu Słonecznego potrzebuje co najmniej stu lat.

    Dla porównania przejście od cywilizacji typu I do typu II może zająć już "tylko" tysiąc lat. Biorąc pod uwagę wykładniczy rozwój cywilizacji możemy oczekiwać, że w ciągu tysiąca lat wzrastające potrzeby energetyczne takiej rozwijającej się cywilizacji wymuszą konieczność bezpośredniej eksploatacji Słońca.

Tu następna ciekawostka: - kilkanaście lat temu astronomowie zaobserwowali (są zdjęcia) ogromny obiekt „tankujący” bezpośrednio z naszego Słońca. Jak wiemy tego typu informacje bywają ukrywane, a jeśli przeciekną, są wyciszane, lub ośmieszane.

Typowym przykładem cywilizacji typu II jest Federacja Planet przedstawiana w serialu Star Trek. Cywilizacja ta dopiero zaczęła panować nad siłą grawitacji – czyli nauczyła się zakrzywiać czasoprzestrzeń za pomocą tuneli czasoprzestrzennych i po raz pierwszy osiągnęła możliwość dotarcia do najbliższych gwiazd. Jednocześnie uniknęła ograniczeń związanych z barierą prędkości światła, opanowując praktycznie posługiwanie się teorią względności Einsteina.

    W niektórych systemach gwiezdnych powstały niewielkie kolonie, a zadaniem kosmicznego statku Enterprise jest ich ochrona. Pojazd czerpie energię ze zderzeń antymaterii z materią, a więc tylko ta umiejętność wytwarzania dużych ilości antymaterii wyprzedza naszą cywilizację o tysiąclecia.

      Osiągnięcie poziomu cywilizacji III potrwa kolejne tysiąclecia. Taka jest skala czasowa przepowiadana przez Isaaca Asimova w jego klasycznym cyklu powieści Fundacja.

Cykl ten opisuje powstanie, upadek i odrodzenie się cywilizacji galaktycznej, która wykorzystuje źródła energii samej Galaktyki. W cyklu powieści Asimova wyprawy do gwiazd przez zakrzywienie czasoprzestrzeni nie stanowią żadnego problemu, one są zwyczajnym sposobem prowadzenia handlu i zawierania transakcji międzygalaktycznych.

Czyli były potrzebne dwa miliony lat, by nasz gatunek wyszedł z leśnej gęstwiny i stworzył współczesną cywilizację, natomiast opuszczenie przytulnego Układu Słonecznego może zająć „tylko” kilka tysięcy lat. Inna sprawa, że za przymiotnikiem "przytulny" przyszli gwiezdni podróżnicy jeszcze zatęsknią, bo przypomni o sobie zasada Miss ewolucji przystosowująca człowieka do życia na Ziemi, a nie w kosmosie.

   Tu pozwolę sobie na dygresję dotyczącą dalszej ewolucji rasy ludzkiej, bo nie ma wątpliwości, że takowa jest (Na razie jakby głupiejemy od nadmiaru medialnego bełkotu). Dziś wspomnę jedynie o kierunku polegającym na wspomaganiu ciała i mózgu ludzkiego implantami SI. Dziedzina rozwija się gwałtownie, a na horyzoncie widać cyborga – nie wiadomo, czy już maszynę, czy jeszcze człowieka.

    Cywilizacja typu III potrafi wykorzystywać energię supernowych i czarnych dziur. Pojazdy tej cywilizacji będą potrafiły dotrzeć do jądra Galaktyk, czyli najbardziej tajemniczego ze wszystkich źródeł energii. Astrofizycy przypuszczają, że centrum Galaktyki może skrywać miliony czarnych dziur, a więc już nie źródło, lecz prawdziwy ocean energii. Ponieważ cywilizacja na tym etapie rozwoju będzie korzystała z energii milion miliardów razy większej od tej dostępnej nam dzisiaj, wygląda na to, że osiągnie panowanie nad dziesiątym wymiarem.

      Oczywiście o ile przebrniemy przez barierę uranu, co potrwać ma do trzystu lat. Na razie bowiem jesteśmy stadem małp siedzących na beczce prochu.

wtorek, 17 stycznia 2023

Piękny umysł Srinivasa Ramanujan

                                               

                                                                     Pasje

Gdy Albert Einstein miał 5 lat zafascynowała go igła kompasu, natomiast w wieku lat 12 doznał, jak sam pisał, cudu po raz drugi. Tym cudem była niewielka książka o prostej geometrii.

Riemanna zainspirowała lektura książki Legendre’a o teorii liczb.

Ramanujan z kolei natknął się na mało znaną, a potem zapomnianą książkę Georga Carra o matematyce. Dzięki niej rozbudził się geniusz Hindusa, a z kolei dzięki niemu książka zyskała nieśmiertelność, bo był to jedyny kontakt młodzieńca z matematyką Zachodu.

Mamy tu więc jak na dłoni potwierdzenie prawdy, że książki nie są dla idiotów, a często to właśnie z nich wypływa inspiracja i człowiek połyka bakcyla jakiejś pasji.


Po przeczytaniu książki
Carra, Ramanujan zaczął sam udowadniać twierdzenia w niej podane. Ponieważ nie korzystał z innych materiałów, każde rozwiązanie było dla niego ważnym odkryciem. Jak potem zwykł mówić; - „To bogini Namakkal podsuwała mi rozwiązania w snach”.

      Dzięki ponadprzeciętnej inteligencji zdobył stypendium umożliwiające naukę w szkole średniej. Jednak nudził go program zajęć i cały swój czas przeznaczał na pisanie matematycznych równań, które wirowały mu w głowie.

    W końcu zawalił naukę, nie przeszedł do następnej klasy i stracił stypendium. Zawiedziony uciekł z domu. Po pewnym czasie ochłonął i wrócił, jednak zaraz zachorował i ponownie nie zdał egzaminów.

Ponieważ jeść trzeba, a miał przyjaciół, dzięki ich pomocy Ramanujan objął posadę niższego urzędnika w Port Trust w Madrasie. Była to praca nudna, dająca nędzne dwadzieścia funtów rocznie, ale pozwalała mu jednak w czasie wolnym na wypisywanie tych jego ulubionych równań. Ramanujan zapisywał kolejne kartki w notesie, a potem kolejne notesy.

To bardzo podobny epizod do pracy Einsteina w szwajcarskim urzędzie patentowym.

Teraz następuje znamienne wydarzenie: - pragnąc nawiązać kontakt z jakimś innym matematycznym umysłem, wysłał niektóre ze swoich równań do trzech znanych brytyjskich matematyków.

Dwóch z nich natychmiast wyrzuciło do kosza list od jakiegoś „nieznanego Hindusa bez wykształcenia”.

Trzecim adresatem był znakomity matematyk z Cambridge, Godfrey Hardy. Z powodu swojej wysokiej pozycji społecznej w Anglii, był przyzwyczajony do tego, że otrzymuje także listy od szaleńców. Kiedy jednak atoli przeglądał, co prawda pobieżnie list od Hindusa, zauważył w nim wiele twierdzeń, które były już znane. Potraktował więc list jako oczywisty plagiat. Jednak coś go tknęło, kiedy natknął się wybiórczo na dowód, zaskakująco dziwny, całkiem nietypowy, a dający prawidłowy wynik i dlatego listu nie wyrzucił, a odłożył go do archiwum.

     Minął jakiś czas, a ten list z Madrasu nie dawał Hardemu spokoju. List go niepokoił, jakby wołał o uwagę i nie pozwalał o sobie zapomnieć.

     16 stycznia 1913 roku podczas obiadu, Hardy opowiedział o tajemniczym liście swemu przyjacielowi, również matematykowi Johnowi Littlewoodowi (pokrewne energie przyciągają się). Panowie postanowili wspólnie przyjrzeć się listowi.

List zaczynał się skromnie: - „Chciałbym się panu przedstawić jako urzędnik, pracujący w księgowości w biurze Port Trust w Madrasie z pensją dwudziestu funtów rocznie”.

    Po wstępie zaczynała się część z równaniami, z których spora liczba była zupełnie nieznana na Zachodzie. W sumie panowie odkryli 120 nowych twierdzeń. Obaj matematycy byli teraz oszołomieni. Mało tego, okazało się, że także dowody kilku znanych im twierdzeń „rzucają na kolana”!

       Hardy wspomina, że te dowody wprawiły go najpierw w osłupienie, a potem stwierdził, że oto trzyma w ręku list napisany nie tylko przez matematyka najwyższej klasy, ale wręcz geniusza.

Wspólnie z Littlewoodem ocenili, że człowiek z listu zrekonstruował samodzielnie osiągnięcia ostatnich stu lat europejskiej matematyki, dodając sporo od siebie.

   „Jak obciążony musiał być ten biedny, samotny Hindus, zmagający się w tak krótkim czasie z całą mądrością matematyczną nagromadzoną w Europie” – napisał Hardy.

Ramanujan został oczywiście zaproszony do Cambridge, gdzie pojawił się w 1914 roku, jednak nie odbyło się to bez przeszkód z uwagi na wybuch wojny.

Ramanujan po raz pierwszy mógł komunikować się z równymi sobie. Nadeszły trzy intensywne lata, w czasie których nastąpił rozkwit sił twórczych hinduskiego geniusza w Trinity College w Cambridge.

Hardy próbował później ocenić umiejętności matematyczne Ramanujana. Davidowi Hilbertowi, powszechnie uznawanemu za jednego z największych matematyków XIX wieku, przyznawał 80 punktów. Ramanujan dostał sto. Siebie Hardy oceniał z pokorą na 25.

Nie wiadomo jakie procesy myślowe wspomagały Hindusa, który odkrywał wciąż nowe i nowe niewiarygodne wręcz twierdzenia, a było ich pół tuzina dosłownie każdego kolejnego dnia!

      Hardy pisał: - „Kiedyś Ramanujan leżał chory w Puttney, a ja przyjechałem taksówką, aby go odwiedzić. Taksówka miała numer 1729 i podzieliłem się tą wiadomością z chorym, mówiąc, że ta liczba nie wydaje mi się ciekawa. No bo o czym mogą ze sobą rozmawiać matematycy?

- „Ależ pan się myli – odparł Ramanujan – to bardzo interesująca liczba. Jest to najmniejsza liczba wyrażająca sumę dwóch sześcianów na dwa różne sposoby (1x1x1 i 12x 12x12, jak również suma 9x9x9 i 10x10x10)”.

      Hindus potrafił recytować z marszu złożone twierdzenia matematyczne, do których udowodnienia potrzeba dziś komputera.

Ten piękny umysł był klasycznie od dzieciństwa słabego zdrowia, a niedostatki targanej wojnami ekonomii brytyjskiej uniemożliwiały mu utrzymanie ścisłej diety wegetariańskiej. Ciągle jeździł do sanatoriów. Po trzyletniej współpracy z Hardym zachorował w końcu na całego i już nigdy nie powrócił do zdrowia. Bardzo pragnął wrócić do domu, jednak wojna uniemożliwiała tę podróż. Powrót do Indii nastąpił dopiero w 1919 roku, gdzie po roku Ramanujan zmarł.

               Osiągnięcia Ramanujana

Prace Ramanujana zawierają cztery tysiące równań. W 1976 roku znaleziono w Trinity College pudełko, a w nim sto trzydzieści stron luźnych kartek z wynikami prac z ostatniego roku życia Hindusa. Te prace nazywa się teraz Zaginionym Notatnikiem Ramanujana. Wypowiadając się na jego temat, matematyk  Richard Askey stwierdził: - „Praca jednego roku, gdy był on umierający, jest równoważna dorobkowi całego życia wielu znakomitych matematyków. Jego osiągnięcia są niewiarygodne. Gdyby to była powieść, nikt by w to nie uwierzył”.

Inni matematycy dodali: - „Nikt nigdy nie redagował matematycznego tekstu tego kalibru i o takim stopniu trudności.

Gdy spoglądamy na te równania, odnosimy wrażenie, że po latach ćwiczeń w słuchani muzyki Beethovena zostaliśmy nagle wystawieni na działanie zupełnie innego rodzaju urzekająco pięknej muzyki Wschodu, będącej mieszaniną harmonii i rytmów nigdy wcześniej nie słyszanych.

      Wydaje się, że Ramanujan funkcjonował zupełnie inaczej niż wszyscy inni znani nam ludzie. Miał takie wyczucie rzeczy, że one po prostu wypływały z jego umysłu. Prawdopodobnie nie postrzegał ich w żaden sposób, który nadawałby się do wyjaśnienia. To jak przyglądanie się komuś w czasie uczty, na którą samemu nie zostało się zaproszonym”.


                    Piękny umysł z dziesiątego wymiaru

Czytelnicy bloga wiedzą doskonale, że nie ma przypadków. Fizycy natomiast rzecz ujmują tylko odrobinę inaczej. Oni twierdzą, że przypadki nie zdarzają się bez powodu.

     Kiedy przeprowadzają długie i skomplikowane obliczenia i nagle tysiące niepotrzebnych wyrazów w cudowny sposób sumuje się do zera - to nie jest przypadek, lecz głębsza przyczyna. Oto otrzymali wskazówkę, że pojawiła się symetria.

W przypadku strun jest to symetria konforemna. W tym momencie musi zostać spełniona pewna liczba tożsamości matematycznych, aby uchronić pierwotną symetrię konforemną przed zniszczeniem przez teorię kwantową. Te tożsamości wyglądają jakby spłynęły z notatnika genialnego Hindusa – są jednym z jego odkryć i nazywają się tożsamościami funkcji modularnych Ramanujana.

       Przyjmujemy za pewnik, iż prawa natury stają się prostsze, gdy wyrazimy je w wyższych wymiarach. Natomiast zastosowanie równań Ramanujana dowodzi, że czasoprzestrzeń ma tych wymiarów dziesięć. A to z kolei może mieć decydujące znaczenie dla wyjaśnienia pochodzenia Wszechświata.

                             Czy Bóg miał wybór?

Einstein zadawał sobie często pytanie, czy Bóg stwarzając Wszechświat miał jakiś wybór. Według teoretyków superstrun, unifikacja teorii kwantowej i ogólnej teorii względności wykazała, że Bóg wyboru nie miał – musiał stworzyć taki właśnie Wszechświat jaki mamy.

     Matematyczna złożoność teorii superstrun osiągnęła tak zawrotne wyżyny, że aż przeraziła matematyków. Szkopuł w tym, że teoria ta opiera się na energii Plancka, niemożliwej na razie do uzyskania, więc tej pięknej teorii nie da się sprawdzić. Aby zjednoczyły się wszystkie siły, potrzeba dziesięć do dziewiętnastej potęgi miliardów elektronowoltów. Obecnie w betatronach uzyskuje się energię sto bilionów razy mniejszą. Pozostaje więc nadal poszukiwać i czekać na sygnały z dziesiątego wymiaru.

czwartek, 12 stycznia 2023

Kompleks Piotrusia Pana

 


Wybiegając w daleką przyszłość możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że w trakcie podróży po Galaktyce natkniemy się na wiele cywilizacji znajdujących się na różnych poziomach rozwoju. Niektóre będą nas wyprzedzać o miliony lat.

Nie można wykluczyć, że cywilizację stojącą od nas niżej uznamy za niegodną uwagi, tak samo jak cywilizacja wyprzedzająca nas o eony lat zrobi to w stosunku do nas.

Natkniemy się także na niejedno miejsce, gdzie po upadłej cywilizacji pozostały już tylko smętne ruiny, co powinno dać do myślenia, czy nas także nie czeka konieczność stawienia czoła katastrofom naturalnym, bądź sztucznym, na przykład samounicestwienie na skutek jakiegoś nieudanego eksperymentu naukowego. Zakładam bowiem, że barierę uranu będziemy już mieli daleko za sobą.

    I teraz wyłania się pytanie filozoficzne: - Jaki los czeka rozwijającą się cywilizację? Czy może ona trwać dostatecznie długo, aby opanować fizykę dziesiątego wymiaru?

    Powstanie cywilizacji nie zawsze wiąże się ze stałym wzrostem wiedzy i technologii. Historia pokazała, że cywilizacje pojawiają się, dojrzewają i nagle znikają, czasami bez śladu. W przyszłości czeka nas pojawienie się kilku niezłych dżinów (technologicznych zagrożeń) wypuszczonych z puszki Pandory.

Futurolodzy zakładają, że aktualnie wiszą nad nami dwa główne zagrożenia – bariera uranu i zapaść ekologiczna. W związku z czym kreślą przerażający obraz przyszłych pokoleń zredukowanych do patetycznego Scrooge’a z Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa, leżącego na własnym grobie i błagającego o jeszcze jedną szansę. Większości ludzi niespecjalnie interesuje zbyt odległa przyszłość, a to w myśl wpojonej przez władców zasady, że jako jednostki mamy zerowy wpływ na bieg zdarzeń, więc po co się martwić?


Dlatego niektórzy uczeni uważają, że ludzkość rozważana jako pojedyncza istota, może być porównana do nastolatka, który wydostał się spod kontroli.

Psychologowie twierdzą na przykład, że nastolatki działają tak, jakby byli niezniszczalni, jakby mieli, zupełnie jak w grach, nie jedno, ale wiele „żyć”. Ich sposób prowadzenia samochodu, picie i zażywanie narkotyków to niezbite dowody lekkomyślności i beztroski, które składają się na styl życia i wpływają na wygląd. Oto główną przyczyną śmierci wśród nastolatków w USA nie są już choroby, ale wypadki spowodowane przekonaniem, że będą żyć wiecznie.

      Jeśli taka ma być prawda, to wydaje się, że jako społeczeństwo nabyliśmy kompleksu „Piotrusia Pana” – nie chcemy dorosnąć i stawić czoła konsekwencjom własnej nieodpowiedzialności.

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Cywilizacja typu zero


 Futurologia, czyli przewidywanie przyszłości na podstawie naukowych prognoz, jest ryzykownym zajęciem. Niektórzy nie nazywają jej nawet nauką, ale czymś, co przypomina raczej wróżenie z fusów, ponieważ futurologia przez dziesięciolecia pracowała na tę nieprzychylną reputację całą masą nietrafionych przewidywań.

Atoli dziś już wiemy, że jest proste wyjaśnienie przyczyny tych nietrafnych prognoz: - otóż umysł homo sapiensa myśli liniowo, podczas gdy wiedza rośnie wykładniczo.

Do tej pory futurolodzy stosowali zasadę ekstrapolacji: - aby przewidzieć przyszłość, należy podwoić, lub potroić aktualny poziom rozwoju technicznego i Święto Lasu!

Okazało się jednak, że w ten sposób wychodzimy na manowce, bowiem nauka rozwija się w sposób nieprzewidywalny. Ilościowe ulepszanie istniejących technologii napotyka dość szybko ścianę i w sposób naturalny pączkuje wtedy nowa idea, wywracająca dotychczasowy porządek rzeczy.

     Czynnikiem dominującym staje się jakościowy przełom i to w nieoczekiwanym miejscu.



                 John von Neumann

Jednym z najbardziej znanych przykładów błędnej prognozy futurologicznej jest wpadka Johna von Neumanna, nie byle kogo, bo twórcy współczesnego komputera elektronicznego, a jednocześnie jednego z wybitnych matematyków XX wieku. Otóż ten facet zaraz po roku 1945 ogłosił dwie prognozy:

Pierwsza brzmiała: - Komputery przyszłości staną się tak monstrualne i kosztowne, że tylko najbogatsze państwa będą mogły sobie na nie pozwolić.

Druga: - Komputery będą potrafiły dokładnie przewidzieć pogodę.

I co? Oto zostaliśmy dosłownie zalani niedrogimi, miniaturowymi komputerami mieszczącymi się w dłoni, a układy komputerowe są tak tanie i łatwo dostępne, że stały się integralną częścią wielu współczesnych urządzeń. Mamy procesor tekstu, inteligentne odkurzacze, telewizory, a Sztuczna Inteligencja stała się wręcz zagrożeniem.

Azaliż nawet najpotężniejszym komputerom nie udaje się przewidzieć pogody. Klasyczny ruch pojedynczych cząstek da się przewidzieć, jednak pogoda jest tak skomplikowana (niektórzy przyrównują ją nie bez powodu do żywej istoty), że nawet kichnięcie może spowodować rozchodzące się zakłócenia, które będą się wzmacniały na obszarze tysięcy kilometrów i w końcu wywołają huragan. (Efekt motyla).



Pomimo tych wszystkich istotnych problemów, spróbujmy określić kiedy jakaś hipotetyczna cywilizacja może osiągnąć zdolność władania dziesiątym wymiarem, czyli Supersiłą.

    Otóż astronom Mikołaj Kardaszew z byłego Związku Radzieckiego zaproponował kiedyś niegłupią klasyfikację cywilizacji na trzy typy:

- Cywilizacja typu I włada zasobami energetycznymi całej planety. Przebrnęła przez barierę uranu unikając atomowej samozagłady. Nauczyła się sterować pogodą, zapobiegać trzęsieniom Ziemi, drążyć głęboko ziemską powłokę, zbierać plony z oceanów. Ukończyła badanie swojego systemu planetarnego.

- Cywilizacja typu II kontroluje energię swojego słońca, co nie oznacza wykorzystania pasywnego, lecz eksploatację gwiazdy. Potrzeby energetyczne tej cywilizacji są tak wielkie, że bezpośrednio korzysta z energii swego słońca do zasilania urządzeń. Rozpoczyna kolonizację lokalnego systemu gwiezdnego.

- Cywilizacja typu III panuje nad całą galaktyką. Energię czerpie z miliardów systemów gwiezdnych. Potrafi manipulować czasoprzestrzenią.

Podstawa powyższej klasyfikacji jest prosta. Każdy poziom jest określony przez podstawowe źródło energii danej cywilizacji.

- Cywilizacja I wykorzystuje energię planety.

- Cywilizacja II czerpie energię z gwiazdy.

- Cywilizacja III czerpie energię z całej galaktyki.

 

Takie zaszufladkowanie ignoruje wszelkie przewidywania co do szczegółów (z całą pewnością byłyby one błędne), skupia się jedynie na aspekcie czysto fizycznym – produkcji energii.

Teraz spróbujmy sklasyfikować naszą cywilizację.

Nasza cywilizacja jest typu zerowego. Dopiero zaczęła wykorzystywać zasoby planety, nie ma technologii ani środków, aby zagadnienie kontrolować. Czerpie energię z paliw kopalnych ropa, węgiel, wydobywanych w większości w Trzecim Świecie siłą ludzkich mięśni. Nasze komputery nie potrafią przewidzieć pogody, nie mówiąc już o jej kontrolowaniu. Z takiej perspektywy nasza cywilizacja przypomina nowo narodzone niemowlę, a małpę z brzytwą biorąc pod uwagę barierę uranu.

Jak widać, zarysowany obraz wygląda dość niesympatycznie, dlatego dla osłody spróbujmy wyszukać jakąś nutę optymizmu wywodzącą się ze wspomnianej już parokrotnie prostej konstatacji: - Co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Otóż opisany sposób szufladkowania cywilizacji również opiera się na założeniu rozwoju liniowego, a my już wiemy, że tkwimy i to po uszy we wzroście wykładniczym. A ów przebiega znacznie szybciej, niż potrafimy to sobie wyobrazić. 

Oraz w tej cywilizacji typu zero, jest jeszcze tak wiele cudnych nie zniszczonych miejsc!





CDN