Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NASA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NASA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Rezonans Schumana - 8

 


Ciekawostka techniczna, albo tak miało być. Oto przeglądając statystyki bloga zauważyłem znaczącą liczbę odsłon Rezonansu Schumana – 8, wpisu sprzed trzynastu lat.

Otworzyłem ten wpis, żeby sobie przypomnieć, o czym pisałem w części 8.

Zauważyłem trochę literówek i postanowiłem naprawić tekst. Poprawki naniosłem, chciałem wcisnąć „opublikuj”, a puknąłem w "usuń". Powstało puste miejsce.

Ale nic to – jest archiwum. Nie ma przypadków - traktuję to jako sławny Znak stający na Poboczu Drogi Życia i powtarzam posta z grudnia 2011.


 Jakie jeszcze są inne legendy?  A może fakty?

 

      Opowieści astronomiczne z tabliczek glinianych Sumerów.                                                      

      „Kilka miliardów lat temu, wielka planeta zwana Tiamat krążyła wokół Słońca, pomiędzy Marsem a Jupiterem. W naszym Układzie Słonecznym, krążyła jeszcze jedna planeta, zwana Nibiru. Była to wielka planeta i poruszała się w kierunku odwrotnym od innych. Kiedy zbliżała się do planet Układu Słonecznego, przecinała orbitę Marsa i Jupitera. Było to wielkie wydarzenie w naszym układzie, a zdarzało się w cyklu 3600 lat.  Kiedyś, w takim zbliżeniu, jeden z księżyców Nibiru uderzył w Tiamat.

Tiamat rozpadła się. Jeden duży kawałek, wraz z mniejszym, wpadł pomiędzy Wenus i Marsa, tworząc nową planetę zwaną Ziemia, a ten mniejszy nazwano Księżycem. Pozostała część Tiamat rozpadła się na milion kawałków zwanych Potłuczoną Bransoletą”.  


 
                                                                                                                                „Potłuczoną Bransoletą” - nazywamy dziś pas asteroidów krążących pomiędzy Marsem a Jowiszem. Kierunek biegu planety odwrotny od innych to retrogradacja. Nibiru była znana Babilończykom, nazywali ją Marduk. W latach dziewięćdziesiątych NASA namierzyła Nibiru w ogromnej odległości od Słońca. Nibiru jest teraz bardzo blisko Ziemi. Będzie na kursie "kolizyjnym" z Ziemią w grudniu 2012 roku.

Czyli koniec świata? Bzdury. Nie wpadajmy w katastrofizm. To tylko milenijne strachy. Historia podaje co się działo w roku 1000. Histerię medialną rozpętaną wokół końca roku 2000 także pamiętamy.

To może przebiegunowanie Ziemi? Może tak, ale to nic wielkiego, tylko jeden dzień i będzie po sprawie. Ziemia w swej historii przechodziła ten stan wielokrotnie.

Poza tym Nostradamus opisał losy Ziemi, aż do czasu buntu zniewolonych ludzi, co ma się nazywać końcem Ery Numerycznej i nastąpi po roku 3000.

Liczba 60 podstawową jednostką obliczeniową Sumerów.                                                                  60 x 60 = 3600

Dlaczego minuta ma 60 sekund, a godzina 60 minut?                                           

Jak długo należy prowadzić obserwacje, aby zauważyć cykl 3600 lat? 

Kto obserwował katastrofę Tiamat i rzecz przekazał Sumerom ? 

Co o tym myślisz, Czytelniku?

środa, 6 listopada 2024

Małpy na beczce prochu

 


Największym źródłem energii dostępnym naszej cywilizacji jest bomba wodorowa. Atoli technologia, którą rozporządzają ludzie jest tak prymitywna, że energię syntezy wodoru potrafimy wyzwolić tylko w wybuchowy sposób. Na syntezę kontrolowaną w reaktorach, musimy jeszcze poczekać. Zwykły huragan wytwarza energię setek bomb wodorowych. Dlatego kontrolowanie pogody jako jedna z cech cywilizacji typu I, wyprzedza dzisiejsze umiejętności o przynajmniej sto lat.

Tu pewna ciekawostka: - W powieści Dana Browna „Anioły i Demony”, grupa przestępcza chce wysadzić Watykan za pomocą bomby zbudowanej z antymaterii skradzionej z genewskiego CERN. Czemu z antymaterii? Ano z powodu wydajności: - bomba wodorowa ma przy całej swej niszczycielskiej potędze „tylko” jeden procent wydajności, a bomba z antymaterii osiąga wydajność stu procent!

Pamiętamy kultowe powiedzenie z pewnego polskiego filmu – Ile procent cukru jest w cukrze?

Otóż przestępcy jak wiadomo są bezwzględni i przed inwestowaniem w cokolwiek wybierają pewność zamiast wątpliwości – tu za pewnik przyjęli, że dopiero bomba z antymaterii przemieniająca sto procent materii w energię obrazuje prawdziwe piękno równania Einsteina!

Jak będzie wyglądał dalszy rozwój naszej cywilizacji, ocenianej przez Carla Sagana na 0,7? A może dokładnie 0,62?

 Cywilizacja typu I jest wtedy, gdy zbada już większą część swojego systemu gwiezdnego. My, kolejne kroki rozwoju dotychczasowej techniki podboju kosmosu mierzyliśmy w dziesięcioleciach, dlatego jakościowe skoki, polegające na kolonizacji innych planet będziemy odmierzać stuleciami.

Niestety mamy poślizg w prognozach krótkoterminowych, bo na przykład pierwsi ludzie na Marsie mieli lądować według przewidywań NASA w roku 2020. Potem, gdy Elonowi Muskowi uda się lądowanie pierwszych ludzi na Marsie, upłynie jeszcze 50 lat, zanim będziemy nazywać rzecz kolonizacją, a podbój całego Układu Słonecznego potrzebuje co najmniej stu lat.

    Dla porównania przejście od cywilizacji typu I do typu II może zająć już "tylko" tysiąc lat. Biorąc pod uwagę wykładniczy rozwój cywilizacji możemy oczekiwać, że w ciągu tysiąca lat wzrastające potrzeby energetyczne takiej rozwijającej się cywilizacji wymuszą konieczność bezpośredniej eksploatacji Słońca.

Tu następna ciekawostka: - kilkanaście lat temu astronomowie zaobserwowali (są zdjęcia) ogromny obiekt „tankujący” bezpośrednio z naszego Słońca. Jak wiemy tego typu informacje bywają ukrywane, a jeśli przeciekną, są wyciszane, lub ośmieszane.

Typowym przykładem cywilizacji typu II jest Federacja Planet przedstawiana w serialu Star Trek. Cywilizacja ta dopiero zaczęła panować nad siłą grawitacji – czyli nauczyła się zakrzywiać czasoprzestrzeń za pomocą tuneli czasoprzestrzennych i po raz pierwszy osiągnęła możliwość dotarcia do najbliższych gwiazd. Jednocześnie uniknęła ograniczeń związanych z barierą prędkości światła, opanowując praktycznie posługiwanie się teorią względności Einsteina.

    W niektórych systemach gwiezdnych powstały niewielkie kolonie, a zadaniem kosmicznego statku Enterprise jest ich ochrona. Pojazd czerpie energię ze zderzeń antymaterii z materią, a więc tylko ta umiejętność wytwarzania dużych ilości antymaterii wyprzedza naszą cywilizację o tysiąclecia.

      Osiągnięcie poziomu cywilizacji III potrwa kolejne tysiąclecia. Taka jest skala czasowa przepowiadana przez Isaaca Asimova w jego klasycznym cyklu powieści Fundacja.

Cykl ten opisuje powstanie, upadek i odrodzenie się cywilizacji galaktycznej, która wykorzystuje źródła energii samej Galaktyki. W cyklu powieści Asimova wyprawy do gwiazd przez zakrzywienie czasoprzestrzeni nie stanowią żadnego problemu, one są zwyczajnym sposobem prowadzenia handlu i zawierania transakcji międzygalaktycznych.

Czyli były potrzebne dwa miliony lat, by nasz gatunek wyszedł z leśnej gęstwiny i stworzył współczesną cywilizację, natomiast opuszczenie przytulnego Układu Słonecznego może zająć „tylko” kilka tysięcy lat. Inna sprawa, że za przymiotnikiem "przytulny" przyszli gwiezdni podróżnicy jeszcze zatęsknią, bo przypomni o sobie zasada Miss ewolucji przystosowująca człowieka do życia na Ziemi, a nie w kosmosie.

   Tu pozwolę sobie na dygresję dotyczącą dalszej ewolucji rasy ludzkiej, bo nie ma wątpliwości, że takowa jest (Na razie jakby głupiejemy od nadmiaru medialnego bełkotu). Dziś wspomnę jedynie o kierunku polegającym na wspomaganiu ciała i mózgu ludzkiego implantami SI. Dziedzina rozwija się gwałtownie, a na horyzoncie widać cyborga – nie wiadomo, czy już maszynę, czy jeszcze człowieka.

    Cywilizacja typu III potrafi wykorzystywać energię supernowych i czarnych dziur. Pojazdy tej cywilizacji będą potrafiły dotrzeć do jądra Galaktyk, czyli najbardziej tajemniczego ze wszystkich źródeł energii. Astrofizycy przypuszczają, że centrum Galaktyki może skrywać miliony czarnych dziur, a więc już nie źródło, lecz prawdziwy ocean energii. Ponieważ cywilizacja na tym etapie rozwoju będzie korzystała z energii milion miliardów razy większej od tej dostępnej nam dzisiaj, wygląda na to, że osiągnie panowanie nad dziesiątym wymiarem.

      Oczywiście o ile przebrniemy przez barierę uranu, co potrwać ma do trzystu lat. Na razie bowiem jesteśmy stadem małp siedzących na beczce prochu.

poniedziałek, 27 lutego 2023

Astrokurczak


 

Fizyk Freeman Dyson z Institute for Advanced Study w Princetown, zasłużona postać w badaniach nad przyszłością badań kosmicznych, oksfordzki wykładowca, w roku 2010 wysunął pomysł stworzenia Astrokurczaka.

     Zauważył mianowicie, że program kosmiczny NASA idzie w kierunku niesłusznym. Preferuje się bowiem ciężkie ładunki i wielkie odstępy czasowe między kolejnymi lotami, co znacznie opóźnia badania przestrzeni.

Dlatego zaproponował to coś, co nazwał Astrokurczakiem.

    To niewielka, lekka, stosunkowo tania i inteligentna kosmiczna sonda o wszechstronnych możliwościach, a więc przeciwieństwo olbrzymich, kosztownych misji kosmicznych.

„Astrokurczak będzie ważył kilogram, a nie tonę jak Voyager – mówi Dyson. I co ciekawe nie zostanie zbudowany, lecz wyhodowany! Będzie ruchliwy, a jego mózg nie musi ważyć więcej niż jeden gram!

     Byłaby to częściowo maszyna, a częściowo zwierzę stworzone z pomocą zaawansowanych technik inżynierii genetycznej. Pomimo tego, że mały, z powodzeniem mógłby badać zewnętrzne planety - Urana i Neptuna. Nie będzie potrzebował wielkich ilości paliwa rakietowego, ponieważ zostanie zaprojektowany na ”żywienie się” lodem i węglowodorami z pierścieni otaczających planety zewnętrzne. Jego genetycznie przystosowany żołądek przetrawi te materiały w paliwo chemiczne. Kiedy zaspokoi swój głód, poleci do następnego księżyca lub planety”.

 Utopia?

       Stworzenie Astrokurczaka zależy od osiągnięć inżynierii genetycznej i rozwoju SI. Dyson w roku 2013 oczekiwał, że stanie się to za trzy lata, czyli możemy przyjąć, że słowo „utopia” stało się już ciałem.

Ten odlotowy naukowiec i ciekawy facet ocenia, że każda cywilizacja wyższego typu jest około dziesięć miliardów razy potężniejsza od cywilizacji z poprzedniego stadium rozwoju. Ta różnica wydaje się mocno trudna do wyobrażenia, ale tak to wygląda.

     Według niego przejście z typu I do II zajmie kilka tysięcy lat, z typu II do III kilka milionów lat. I ciekawostka: - naukowiec uważa, że gatunkowi, który osiągnął poziom II, nie grozi wyginięcie, nawet jeśli dojdzie do najgorszych, jakie tylko można sobie wyobrazić, naturalnych, lub sztucznych katastrof.

I proszę bardzo! Po co się smucić, skoro tak znaczący człowiek pociesza naszych (dalekich) potomków, aby się nie martwili?

Jako że w żadnej sprawie nie ma samych plusów dodatnich, także i w tym opisie przyszłości jest jeden problem. To prędkość światła, która wydaje się nieprzekraczalna, a więc także więzy szczególnej teorii względności Einsteina. Wydaje się, że cywilizacja II do rozwiązania problemu mogłaby wykorzystać siłę hiperprzestrzeni, czego nie można wykluczyć.

Azaliż długość Plancka to fantastycznie mała odległość i dlatego energie konieczne do jej osiągnięcia są niewyobrażalnie wielkie. Być może – zastanawia się Dyson – długość Plancka jest naturalnym ograniczeniem przed którym stanie cywilizacja II.

To może droga na skróty? Na przykład pewnego dnia spotykamy pozaziemską cywilizację, która ma już hiperprzestrzeń w „małym palcu” i zechce się podzielić z nami swoją wiedzą?

Odpowiedź na to pytanie to już każdy z Czytelników poczyni we własnym zakresie.

czwartek, 24 marca 2022

Same zagadki

 


Zagadka pochodzenia Księżyca

Dzięki wyprawom Apollo wiemy, że Księżyc jest starszy od Ziemi. I to znacząco starszy. Próbki pobrane przez Neila Armstronga z obszaru Morza Spokoju mają więcej niż 5,5 miliarda lat, a w jednym przypadku jest to nawet równe 6 miliardów!

Dla porównania przypomnijmy, że najstarsze skały ziemskie liczą sobie około 3,7 miliarda lat. Na dodatek obszar z którego próbki zostały pobrane należy do najmłodszych rejonów satelity. Na podstawie takich dowodów niektórzy badacze wysuwają tezę, że Księżyc uformował się gdzieś w międzygwiezdnej przestrzeni na długo przedtem, zanim zapłonęło nasze Słońce.


Następna odważna teza, mająca jednak podbudowę w niepodważalnych faktach: - Księżyc został przyholowany w pobliże Ziemi i tu zaparkowany w sposób właściwie przeczący mechanice nieba (jedna strona zawsze niewidoczna). Był wpis na ten temat.

Jakby tego było mało, okazało się, że Księżyc jest w  środku może nie pusty, ale zawiera w sobie wielkie puste przestrzenie. Przekonano się o tym w sposób prozaiczny. Otóż w trakcie realizacji misji Apollo, stożkowate lądowniki, a także odrzucane pod koniec lotu trzecie segmenty rakiet nośnych, uderzały z impetem w twardą powierzchnię Srebrnego Globu. Za każdym razem w momencie zderzenia powstawał odgłos, który NASA określiła jako „dźwięk przypominający odgłos gongu lub dzwonu”.

Podczas lotu statku Apollo 12 akustyczny pogłos trwał cztery godziny! Jeszcze dłużej, bo więcej niż dobę, dźwięczał Księżyc, gdy spadła na niego ciężka orbitalna stacja wojskowa Clementine, po zakończeniu tajnego programu penetrowania ciemnej strony satelity. Z tej misji mamy po kilkudziesięciu latach zero dostępu do zdjęć, a przypominam, że kamery Clementine miały taką rozdzielczość, iż mogły odczytać z orbity Ziemi napis na opakowaniu gumy do żucia leżącej na chodniku ziemskiego miasta.


Oficjalnie NASA nie zajęła stanowiska w temacie pustego Księżyca, atoli trudno znaleźć inne racjonalne wyjaśnienie zjawiska.

Następną zagadką są tak zwane maskony – miejsca silnej koncentracji masy, odkryte w 1968 roku podczas programu „Lunar Orbiter”. Miejsca te znajdują się pod powierzchnią mórz i mają kształt zbliżony do okręgu. Tu często używa się nazwy wole oko. Analitycy NASA zanotowali z wielkim zdziwieniem, że te skupiska materii wywołują przyciąganie o takiej sile, że nie tylko potrafi ona zmienić tor lotu statku kosmicznego przelatującego nad opisywanym miejscem, ale także zwiększyć szybkość przelotu!


Następnie mamy zagadkę pod tytułem: - zaskakująco wysoki poziom radioaktywności powierzchniowej warstwy Księżyca o miąższości 13 km. Chodzi tu głównie o pierwiastki uran i tor.

Kolejna zagadka to pojawiające się i znikające białe kopuły – formacje idealnie koliste.


I na koniec mamy pojawiające się ogromne obłoki pary wodnej na pustynnym w końcu globie. Zaobserwowano na przykład chmurę pary o powierzchni ponad 250 kilometrów kwadratowych, szybującą ponad powierzchnią księżycowego gruntu. Nie jest to w końcu nic nowego, ponieważ astronomowie notują podobne obserwacje od dziesięcioleci. Jednak te obserwacje chmur przeczą prawom fizyki, ponieważ siła grawitacji Księżyca wynosi jedną szóstą przyciągania ziemskiego i nie jest w stanie przytrzymać przy jego powierzchni gazowej atmosfery ani nawet pojedynczego obłoku.

A może na Księżycu obowiązują jakieś inne, po prostu księżycowe prawa fizyki? W każdym razie oficjalna nauka nie potrafi zająć jednoznacznego stanowiska wobec opisanych zagadek. Nie potrafi, albo nie chce, bo wygląda na to, że opisane zagadki to tylko wierzchołek góry lodowej, informacje, których nie udało się ukryć przed opinią publiczną.


środa, 23 marca 2022

Tajemniczy Księżyc

 


Zgodnie z tytułem bloga, co pewien czas powinien pojawić się jakiś wątek astronomiczny. Dziś temat należący do nowej, fascynującej i niezwykłej dziedziny nauki nazwanej „archeologią pozaziemską”.

To jest taka archeologia? Jak najbardziej jest. A nazywa się pozaziemską z tego prostego powodu, że dotyczy planet położonych nieopodal Niebieskiej Planety.

Nasza cywilizacja pogrążona w codziennej, do niedawna niezakłóconej mocno konsumpcyjnej egzystencji, nie jest specjalnie zainteresowana, czy tylko gotowa na przyjęcie do wiadomości faktu istnienia artefaktów pozaziemskich wywracających „ustalony” porządek rzeczy. Do wspomnianych artefaktów zaliczają się piramidy, obeliski, platformy, wieże, długie mury, ogromne posągi, budynki, kopuły, a także świetliste obiekty UFO fotografowane w dalekiej przestrzeni w ciągu ostatnich 50. lat przez amerykańskie, rosyjskie i chińskie sondy kosmiczne.

Zastanawiające jest, że rządy wymienionych państw wysyłają swoje sondy przeważnie w określone „podejrzane” obszary, wyraźnie interesując się tym, co tam jest.


Zanim w ramach programu badań kosmosu wysłano na Księżyc sondy kosmiczne dysponujące kamerami i elektroniką, przez wiele dekad, a nawet stuleci mieliśmy do czynienia z tak zwaną erą teleskopową. Astronomowie i liczni pasjonaci – badacze nieba patrząc z Ziemi na Srebrny Glob, dostrzegali na nim dziwne, tajemnicze zjawiska i obiekty. Były to na przykład światła, nie tylko stacjonarne, rozbłyski, poświaty, formacje o zmiennych kształtach, czy struktury, które nagle się pojawiały, by po pewnym czasie zniknąć. Astronomowie uważali zgodnie, że na Księżycu nie ma życia, wiatrów, atmosfery, nie występuje tam erozja i to w żadnej postaci. Zakładano powszechnie, iż Srebrny Glob powinien być światem całkowicie niezmiennym. A tu okazywało się, że na satelicie Ziemi zachodzą zmiany.

Pierwszy z brzegu przykład: - w 1843 roku Johann Schroeter dostrzegł postępujące zmiany w obrębie mierzącego wówczas około 10 kilometrów średnicy krateru Linneusza. Niemiecki astronom przez wiele lat obserwował Księżyc i sporządził setki map. Okazało się, że w ciągu kilku dekad formacja Linneusza zaczęła stopniowo zanikać. Miejsce to oglądane dziś z Ziemi przez teleskop i to o wiele lepszy niż ten sprzed 180 lat stanowi ledwo dostrzegalną plamkę – jest to malutkie zagłębienie otoczone białawym pokładem księżycowego gruntu. Na zdjęciu z archiwum NASA, wykonanym przez Apollo 15, mamy potwierdzenie zmniejszenia średnicy krateru o 75% (jest 2,5 km) w stosunku do roku 1843. Co się więc stało z kraterem Linneusza? Odpowiedzi brak.


Jeszcze w czasach Schroetera powstała hipoteza, że na Księżycu istnieje cywilizacja jego mieszkańców - Selenitów, której „industrialna aktywność” jest właśnie odpowiedzialna za wszelkie obserwowane fenomeny. Niektóre obserwowane księżycowe obiekty w dużo większym stopniu niż na zewnątrz, zmieniają się we wnętrzu – chodzi o zmiany barwy i odcieni. Spotykamy kratery, których kolor ulega zmianie w nadzwyczaj osobliwy sposób, a nawet rejestruje się w nich ruch świateł.


W nocy 6 lipca 1954 roku Frank Halstead, były kustosz Darling Observatory w stanie Minnesota, wraz z asystentem i 16 osobami akurat zwiedzającymi obiekt, zaobserwował  nagłe pojawienie się prostej czarnej linii we wnętrzu krateru Piccolomini. Nigdy wcześniej takiej linii w tym kraterze nie było. Linia była widoczna przez cztery kolejne noce, zrobiono zdjęcia, nie było więc mowy o złudzeniu. Piątego dn linia znikła.


wtorek, 27 kwietnia 2021

Instytut Zaawansowanych Koncepcji

 


Konstanty Ciołkowski

Ten facet był pierwszym człowiekiem, oczywiście z ery nowożytnej, który pisał o planach dotarcia do przestrzeni kosmicznej za pomocą windy. Był także pionierem budowy rakiet i sformułował w roku 1895 zdanie, które tak bardzo mi się spodobało, że nieco okrojone co pewien czas pojawia się na blogu w filozoficznym kontekście samotności: - „Przy moich badaniach aerodynamiki modeli statków powietrznych ważne jest, aby nikt nie zakłócał prawidłowości prądów powietrznych które mnie otaczają w sposób naturalny”.

Dopiero w latach 60. XX wieku Rosjanin Jurij Aristow rozwinął koncepcję Ciołkowskiego opisując umiejscowienie stacji kosmicznej na orbicie geostacjonarnej na ściśle obliczonej wysokości 35 786 km. w płaszczyźnie równika.


Aristow napisał: - „Stacja kosmiczna zakotwiczona na tej wysokości okrążałaby bowiem Ziemię w tym samym czasie, co kręcąca się Ziemia, czyli stacja znajdowałaby się nieustannie w tym samym punkcie nad Ziemią.

Gdyby teraz zastosować space elevator na linie o niedościgłej wytrzymałości sfabrykowanej według przepisu pająka można byłoby wygodnie, a przede wszystkim tanio, co jest dla kapitalistów najważniejsze, przesyłać towary do góry i na dół”.



Zwróćmy uwagę na słowa „kapitalista” i „tanio”. Jak wiemy, dla państwa komunistów ważniejsza jest propaganda, tudzież sukces za każdą cenę. Więc kłamali, że pierwszy był Gagarin. A ja się pytam ilu wcześniejszych Gagarinów zginęło, zanim udało się przeżyć temu „pierwszemu”? Czyż słowo „tanio” padające ze strony kapitalistów nie oznacza w tym przypadku „skromniej, oszczędniej, mniej marnotrawstwa”? Natomiast zupełnie inaczej jest z magicznym słowem "zysk". Kapitalista dla zysku jest w stanie zrobić każde świństwo. Czyli wszystkie "- izmy" w gruncie rzeczy są tyle samo warte.

Wracamy do meritum: - według logiki NASA liczą się niskie koszty. Kiedy ładunek na orbitę można wysłać za ułamek obecnych kosztów, jest o co walczyć. W naszym świecie rozpoczęła się ostra rywalizacja między Chinami i Ameryką, kto pierwszy opracuje odpowiednią kosmiczną linę - kabel na licencji nitki pajęczej, która połączy stację naziemną ze stacją orbitalną posadowioną na tych sławnych prawie 36 tysiącach kilometrów nad Ziemią.


W grę wchodzą nanorurki węglowe (CNT) z niezwykle lekkiego materiału, o niespotykanym splocie, wykazujące nieznaną dotychczas wytrzymałość na zerwanie. To ma być rewolucja w podboju kosmosu, kiedy z nanorurek uda się wyprodukować taki cudowny kabel. Prace trwają, jednak nie jest jeszcze do końca pewne, czy opisana kombinacja węglowa stanie się ostatecznym rozwiązaniem.


                    Wysokość 35 786 kilometrów

Jak wiemy, na tej wysokości zostaje osiągnięty punkt, w którym działające w przeciwnych kierunkach siły przyciągania ziemskiego i odpychania (siła odśrodkowa) są w równowadze. Tu prędkość względna wynosi 11 040 km/h w porównaniu z 1670 km/h na powierzchni Ziemi i obiekt jest stabilny. Inaczej dzieje się ze wszystkimi satelitami wysyłanymi na orbitę: - one są umieszczane dużo niżej, dlatego obniżają swój tor lotu, w końcu płoną w atmosferze, a resztki spadają. 

Czemu satelity są wysyłane na niskie orbity, a przez to stosunkowo szybko spadają i trzeba wysyłać nowe? Ogromna większość tych obiektów ma przeznaczenie szpiegowskie, a z niskiej orbity widać więcej szczegółów. I nie ma tu znaczenia "że drogo", a także pomijany jest wątek ekologiczny - powstają dziury ozonowe przy licznych nowych rakietowych startach. Kompleksy przemysłowe - wojskowe mają (bowiem) własne priorytety. Co osiągnęła w 1994 roku fotograficzna technika cyfrowa? 

Clementine orbiter


Amerykański szpiegowski obiekt kosmiczny Clementine, wysłany w wymienionym roku na ciemną stronę Księżyca posiadał kamery, które z wysokości trzystu kilometrów ponad Ziemią umożliwiały przeczytanie tekstu na opakowaniu gumy do żucia, leżącym na chodniku ziemskiego miasta. Wcześniejsze kamery zminiaturyzowano do masy niecałego kilograma zamiast jak dotychczas dwudziestu kilogramów. Dodano laserowe urządzenia, które zaprojektowano specjalnie do mierzenia odległości od nieprzyjacielskich głowic nuklearnych (Program Gwiezdne Wojny). W sondzie Clementine lasery zostały wykorzystane do mierzenia wysokości gór księżycowych, głębokości dolin i kraterów, a także do pomierzenia obiektów zbudowanych przez Innych.




Od lat 60. XX wieku wiemy, że wszystkie problemy kosztownego wystrzeliwania obiektów na orbitę rozwiązuje równikowy space elevator.

Idea kosmicznej windy wymaga, aby stacja naziemna wytrzymała ciśnienie części nadziemnej, a ta z kolei musiałaby oprzeć się potężnej sile przyciągania ziemskiego. Zatem skalne podłoże jest konieczne.

Oto z platformy startowej zakotwiczonej na skalistym podłożu równika ziemskiego biegnie w górę główny kabel - lina o niepojętej wytrzymałości na zerwanie. Lina ta ma na swym końcu orbitalnym przeciwwagę w postaci wielkiego odłamu skały, czy nawet planetoidy, która dzięki swej masie zwiększa siłę odśrodkową. Lina sama się napina, a po niej jeżdżą gondole na trasie kosmos – Ziemia.

Im dłuższa byłaby lina, tym większe byłyby możliwości startów do podróży kosmicznych. Przy długości liny nieco ponad sto tysięcy kilometrów, siła odśrodkowa osiągnie tak wielką wartość, że pierwsza prędkość kosmiczna wystarczy do wysłania statku kosmicznego na Marsa. Aby wrócić na Ziemię, należy analogiczny system Windy do Nieba zbudować na Marsie.

Jak się okazuje, nad zagadnieniem i to od wielu lat, pracuje NASA. Doradcy NASA (Bradley Edwards) są pewni, że kosmiczna winda zostanie oddana do użytku do 2050 roku. Data ta pokrywa się z prognozami autora książek science fiction Artura Clarke’a, który w książce „Winda do gwiazd” opisuje jak może wyglądać wysyłanie w kosmos astronautów i ładunków za pomocą takiej windy. Koncepcję Windy Kosmicznej podejmował także Stanisław Lem. Początkowo koncepcja Windy była wyśmiewana. Jednak od momentu, gdy Amerykanie zainteresowali się sprawą, chichoty ucichły.


                           Instytut Zaawansowanych Koncepcji

W 2008 roku w NASA powstał program Space Elevator Project. Szefem został wspomniany wyżej Bradley Edwards. Pieniądze wyłożyła zarówno NASA, jak i amerykański Kongres. Program podlega działowi NASA o nazwie: Instytut Zaawansowanych Koncepcji. Prace nad projektem trwają, a jednocześnie NASA szuka miejsca, położonego oczywiście na równiku, w którym zostanie posadowiona stacja naziemna. Pod uwagę brany jest Ekwador. Dla państwa równikowego decyzja o budowie Windy to rzecz strategiczna, bo wiąże się z nią boom gospodarczy. A na orbicie powstałyby wielkie kompleksy hotelowe dla turystyki kosmicznej.


Ciekawe czy dla tych, którzy dziesiątki tysięcy lat temu korzystali z Kosmicznej Windy turystyka kosmiczna miała jakieś znaczenie, czy była to tylko konieczność w poszukiwaniu przestrzeni życiowej. Według obecnej wiedzy najwygodniejszym sposobem eksploracji wybranej planety, jest zastosowanie konstrukcji Windy. Ten sposób rozwiązuje wiele problemów, w tym zużycia energii i zróżnicowanej atmosfery planet.

CDN

piątek, 23 kwietnia 2021

Kosmiczna Winda

NASA planuje budowę Kosmicznej Windy.




Czyli mitologiczna koncepcja Drabiny do Nieba okazuje się wcale nie taka głupia, a ludzie z otwartą głową potrafią korzystać z Mądrości Pokoleń.

Płaskowyż Nazca i położony w jego pobliżu region Palpa ukazują fenomeny, które nasza współczesna wiedza zalicza do niepojętych. Spójrzmy na ten niewielki pustynny rysunek. Czy nie masz Czytelniku skojarzeń z zabawą i techniką komputerową? 


Na wspomnianym ogromnym terenie widać mrowie formacji nazywanych umownie pasami startowymi. Są tam także tylko linie, co ciekawe o długości maksymalnej 23 kilometry, które ciągną się prosto, jak strzelił, przez doliny i górskie masywy. Cały ów kompleks jest widoczny wyłącznie z lotu ptaka. Skojarzenie podobieństwa do pasów startowych jest z jednej strony naturalne, ale z drugiej wydaje się bezsensowne. Bo czy były samoloty, tysiące, a może dziesiątki tysięcy lat temu? W każdym razie na Ziemi nie ma drugiego takiego kompleksu.








Sytuacja zaczęła się rozjaśniać, kiedy NASA w końcu ogłosiła, że planuje skonstruowanie Space Elevator - Kosmicznej Windy (do 2050 roku) sięgającej wielu tysięcy kilometrów ponad Ziemię, aby za jej pomocą, wykorzystując ziemski magnetyzm, szybko i tanio ekspediować w kosmos i ściągać z powrotem na Ziemię rozmaite ładunki. W animacji widzimy wiele lin-kabli, zaznaczoną znaną nam wysokość 36 000 km., oraz dużo wyżej umieszczony ciężar - przeciwwagę służącą do napięcia uprzęży. Do tematu przeciwwagi jeszcze wrócę.



Jednym z warunków budowy takiej windy jest umieszczenie jej  dokładnie na linii równika. I w animacji komputerowej można zobaczyć projekt tego pomysłu sięgającego z Ziemi w kosmos.



Po obejrzeniu animacji zaczynamy zupełnie inaczej patrzeć na geoglify z Nazca. Oto jeden z nich przedstawia stację naziemną w kształcie stożka. Ze szczytu stożka pionowa lina biegnie w kosmos. No dobrze, powie ktoś, ale przecież Nazca nie leży na równiku, czy w jego bliskości. I ma rację: - płaskowyż jest odległy od równika o 1500 km. Dziś jest odległy, bo przecież kiedyś nie musiało tak być.

Nauka dowiodła, że kilkanaście tysięcy lat temu bieguny znajdowały się innych miejscach niż obecnie, a przesunięcie zawarte było w przedziale 800 – 2000 km. Czyli oś obrotu Ziemi była kiedyś nachylona po innym kątem. Pomijam tu kwestię przyczyn, które mogły to spowodować.

Argumentem na potwierdzenie tej tezy, może być biegun magnetyczny północny, na który wskazuje igła kompasu. Jak widać z rysunku, biegun magnetyczny północny  nie jest tożsamy z biegunem geograficznym północnym. Co więcej, biegun magnetyczny nieustannie się przemieszcza, raz silniej, raz słabiej. Można powiedzieć, że on wędruje pomiędzy północną Kanadą, a Syberią. Obecnie kieruje się w stronę Syberii.



Stare przekazy z Indii (epos Kalewala) podają, że przesunięcie biegunów wynosiło 1400 km. Natomiast legenda Eskimosów głosi, że Dach Ziemi znajdował się kiedyś przy wyspie Ellesmere’a (grupa Wysp Królowej Elżbiety). Gdyby tak było, biegun miałby współrzędne 78 stopni szer. północnej i 75 stopni długości zachodniej, a płaskowyż Nazca leżałby dokładnie na równiku.

Wspierając się pomocą AI, nauka jest w stanie wyznaczyć z dokładnością do kilometra umiejscowienie starożytnej kosmicznej windy. Jednocześnie dzisiejsze obszary arktycznej wiecznej zmarzliny na Syberii uległyby przesunięciu o 1500 km w stronę cieplejszej strefy. Jak wiemy odchylenie osi Ziemi było gwałtownym kataklizmem i nastąpiło być może w ciągu jednej doby, stąd niestrawione rośliny w żołądkach mamutów.

Były także inne istotne zmiany dotyczące rejonu Andów: one mocno wyjechały w górę, kiedyś jezioro Titicaca leżało na poziomie morza. Andy wyjechały do góry, ale zapadła się Atlantyda.

W trakcie tych rozważań rozwiązuje się samoczynnie problem, z którym oficjalna nauka nie potrafiła się uporać: - skąd się wzięły mapy osmańskiego admirała Piri Reisa.

CDN 

środa, 21 kwietnia 2021

Trzy tysiące kilometrów na godzinę

 Kontynuujemy rozważania o miejscu z nazwą Raj.


Od pomysłów Stanisława Lema minęły dziesięciolecia, mamy dziś nie tylko NASA, ale też SpaceX i Elona Muska i oto tezy opisane we wczorajszym poście „Poszukiwanie raju”, powoli zaczynają oblekać się w ciało.


Podróż Gilgamesza była „powolna” i potrzebował on dwunastu godzin, aby dotrzeć do Domu Boga orbitującego w punkcie zero na wysokości 36.000 km (chwała na wysokości?). Już w Sumerze dzień liczył (a to ci zagadka!) 24 godziny, godzina 60 minut, a minuta 60 sekund. Zarówno liczba 60 była święta, jak i jej druga potęga 3600. A to podobno dla uczczenia planety Nibiru i czasu 3600 lat, w którym następuje jedno jej okrążenie wokół Słońca. Przypadkiem godzina ma także 3600 sekund, oraz jest to dziesiąta część odległości do Domu Boga. Po co Sumerowi były sekundy? Po nic, one były potrzebne "bogom" na przykład do odliczania startowego i lądowania. Bo jak dzisiaj wyglądałoby odliczanie bez sekund?



Wiemy, że punkt zero jest położony na wysokości 35 786 km. Jeśli Gilgamesz wznosił się 12 godzin, to średnia prędkość wznoszenia wynosiła 3 000 km/h.

Według obliczeń NASA przeciętna prędkość promu kosmicznego opuszczającego Ziemię to akurat 3 000 km/h. I mamy odpowiedź na pytanie, czy jest jakiś łącznik pomiędzy Gilgameszem, a podbojem kosmosu - jak widzimy takim łącznikiem jest właśnie prędkość 3 000 km/h. Nie trzeba być matematycznym geniuszem, żeby pojąć, jak realny charakter mają mitologiczne przekazy. 




Na zdjęciu poniżej autor znalazł się przypadkiem w czerwcu 2013 w Gorlicach, w czasie gorących chwil związanych  z lądowaniem UFO pod tym miastem. 




 CDN.