Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miss Ewolucja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miss Ewolucja. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 listopada 2024

Małpy na beczce prochu

 


Największym źródłem energii dostępnym naszej cywilizacji jest bomba wodorowa. Atoli technologia, którą rozporządzają ludzie jest tak prymitywna, że energię syntezy wodoru potrafimy wyzwolić tylko w wybuchowy sposób. Na syntezę kontrolowaną w reaktorach, musimy jeszcze poczekać. Zwykły huragan wytwarza energię setek bomb wodorowych. Dlatego kontrolowanie pogody jako jedna z cech cywilizacji typu I, wyprzedza dzisiejsze umiejętności o przynajmniej sto lat.

Tu pewna ciekawostka: - W powieści Dana Browna „Anioły i Demony”, grupa przestępcza chce wysadzić Watykan za pomocą bomby zbudowanej z antymaterii skradzionej z genewskiego CERN. Czemu z antymaterii? Ano z powodu wydajności: - bomba wodorowa ma przy całej swej niszczycielskiej potędze „tylko” jeden procent wydajności, a bomba z antymaterii osiąga wydajność stu procent!

Pamiętamy kultowe powiedzenie z pewnego polskiego filmu – Ile procent cukru jest w cukrze?

Otóż przestępcy jak wiadomo są bezwzględni i przed inwestowaniem w cokolwiek wybierają pewność zamiast wątpliwości – tu za pewnik przyjęli, że dopiero bomba z antymaterii przemieniająca sto procent materii w energię obrazuje prawdziwe piękno równania Einsteina!

Jak będzie wyglądał dalszy rozwój naszej cywilizacji, ocenianej przez Carla Sagana na 0,7? A może dokładnie 0,62?

 Cywilizacja typu I jest wtedy, gdy zbada już większą część swojego systemu gwiezdnego. My, kolejne kroki rozwoju dotychczasowej techniki podboju kosmosu mierzyliśmy w dziesięcioleciach, dlatego jakościowe skoki, polegające na kolonizacji innych planet będziemy odmierzać stuleciami.

Niestety mamy poślizg w prognozach krótkoterminowych, bo na przykład pierwsi ludzie na Marsie mieli lądować według przewidywań NASA w roku 2020. Potem, gdy Elonowi Muskowi uda się lądowanie pierwszych ludzi na Marsie, upłynie jeszcze 50 lat, zanim będziemy nazywać rzecz kolonizacją, a podbój całego Układu Słonecznego potrzebuje co najmniej stu lat.

    Dla porównania przejście od cywilizacji typu I do typu II może zająć już "tylko" tysiąc lat. Biorąc pod uwagę wykładniczy rozwój cywilizacji możemy oczekiwać, że w ciągu tysiąca lat wzrastające potrzeby energetyczne takiej rozwijającej się cywilizacji wymuszą konieczność bezpośredniej eksploatacji Słońca.

Tu następna ciekawostka: - kilkanaście lat temu astronomowie zaobserwowali (są zdjęcia) ogromny obiekt „tankujący” bezpośrednio z naszego Słońca. Jak wiemy tego typu informacje bywają ukrywane, a jeśli przeciekną, są wyciszane, lub ośmieszane.

Typowym przykładem cywilizacji typu II jest Federacja Planet przedstawiana w serialu Star Trek. Cywilizacja ta dopiero zaczęła panować nad siłą grawitacji – czyli nauczyła się zakrzywiać czasoprzestrzeń za pomocą tuneli czasoprzestrzennych i po raz pierwszy osiągnęła możliwość dotarcia do najbliższych gwiazd. Jednocześnie uniknęła ograniczeń związanych z barierą prędkości światła, opanowując praktycznie posługiwanie się teorią względności Einsteina.

    W niektórych systemach gwiezdnych powstały niewielkie kolonie, a zadaniem kosmicznego statku Enterprise jest ich ochrona. Pojazd czerpie energię ze zderzeń antymaterii z materią, a więc tylko ta umiejętność wytwarzania dużych ilości antymaterii wyprzedza naszą cywilizację o tysiąclecia.

      Osiągnięcie poziomu cywilizacji III potrwa kolejne tysiąclecia. Taka jest skala czasowa przepowiadana przez Isaaca Asimova w jego klasycznym cyklu powieści Fundacja.

Cykl ten opisuje powstanie, upadek i odrodzenie się cywilizacji galaktycznej, która wykorzystuje źródła energii samej Galaktyki. W cyklu powieści Asimova wyprawy do gwiazd przez zakrzywienie czasoprzestrzeni nie stanowią żadnego problemu, one są zwyczajnym sposobem prowadzenia handlu i zawierania transakcji międzygalaktycznych.

Czyli były potrzebne dwa miliony lat, by nasz gatunek wyszedł z leśnej gęstwiny i stworzył współczesną cywilizację, natomiast opuszczenie przytulnego Układu Słonecznego może zająć „tylko” kilka tysięcy lat. Inna sprawa, że za przymiotnikiem "przytulny" przyszli gwiezdni podróżnicy jeszcze zatęsknią, bo przypomni o sobie zasada Miss ewolucji przystosowująca człowieka do życia na Ziemi, a nie w kosmosie.

   Tu pozwolę sobie na dygresję dotyczącą dalszej ewolucji rasy ludzkiej, bo nie ma wątpliwości, że takowa jest (Na razie jakby głupiejemy od nadmiaru medialnego bełkotu). Dziś wspomnę jedynie o kierunku polegającym na wspomaganiu ciała i mózgu ludzkiego implantami SI. Dziedzina rozwija się gwałtownie, a na horyzoncie widać cyborga – nie wiadomo, czy już maszynę, czy jeszcze człowieka.

    Cywilizacja typu III potrafi wykorzystywać energię supernowych i czarnych dziur. Pojazdy tej cywilizacji będą potrafiły dotrzeć do jądra Galaktyk, czyli najbardziej tajemniczego ze wszystkich źródeł energii. Astrofizycy przypuszczają, że centrum Galaktyki może skrywać miliony czarnych dziur, a więc już nie źródło, lecz prawdziwy ocean energii. Ponieważ cywilizacja na tym etapie rozwoju będzie korzystała z energii milion miliardów razy większej od tej dostępnej nam dzisiaj, wygląda na to, że osiągnie panowanie nad dziesiątym wymiarem.

      Oczywiście o ile przebrniemy przez barierę uranu, co potrwać ma do trzystu lat. Na razie bowiem jesteśmy stadem małp siedzących na beczce prochu.

poniedziałek, 21 października 2024

Życie ma termin ważności

 


Wydaje się, że całkiem słuszny jest następujący wniosek, dotyczący wszystkich gałęzi nauki:

- Nadrzędnym pojęciem panującym w naszym poznaniu, od kosmologii i astrofizyki, poprzez biologię, geologię aż po fizykę kwantową, jest ewolucja rozumiana jako rozwój.                                       

- Ten rozwój po pierwsze primo następuje od początkowych stanów prostych do rosnących zawiłości.

- Po drugie primo: - Jest on nieodwracalny w czasie, identycznie jak biologiczne starzenie się ludzkiego organizmu.

Oto z gazów rozproszonych w próżni, głównie z wodoru, powstają skupienia, a następnie galaktyki spiralne. Gwiazdy z kolei powstają jako kondensaty w ramionach spiralnych galaktyk. Teraz do dzieła przystępuje grawitacja, która ściska je dopóty, aż rozbłyśnie w nich reakcja nuklearna rodząca coraz cięższe pierwiastki, do kresu wypalenia paliwa nuklearnego, co powoduje zapaść gwiazdy i powstanie supernowej.


Pierwiastki wyrzucane eksplozjami dają początek rodzącym się planetom krążącym wokół gwiazd następnej generacji, które także na koniec wygasają. Ten cykl opisuje działanie dobrze nam znanej Miss Ewolucji.                                                          

Jest to działanie nieodwracalne i nigdy się w swym biegu nie zatrzyma, aż do chwili, gdy po miliardach lat cały Wszechświat utonie w mroku. 

Smutno to brzmi? 

Niezupełnie, ponieważ wniosek praktyczny wynikający z powyższych wynurzeń jest żaden, właśnie z powodu tej ogromnej skali czasowej potrzebnej choćby do wypalenia naszego Słońca.

   Czyli są to jedynie rozważania filozoficzne prowadzone dla higieny umysłu, aby rozum nie zardzewiał.

Jako poszukiwacz konkretów mogę stwierdzić, że:

- Internet jest wspaniałym wynalazkiem, azaliż w sieci mamy 90% śmiecia informacyjnego. Śmiecia, propagandy, tudzież zwykłych kłamstw nazywanych dziś fejkami i trzeba  wśród tego ogłupiającego bagna umieć się odnaleźć.

- Po drugie primo pamiętajmy, że wszystko co dobre jest proste. Otacza nas ocean słów – czytaj bełkotu. Na przykład zalew „proroctw”, charakterystyczny dla Czasów Chaosu.

Edgar Cayce (śpiący prorok), postać zweryfikowana przez upływ czasu, na którego często się powołuję, podawał aliści konkrety. Na przykład rok 2100 jako datę ogólnoświatowego trzęsienia Ziemi i zatopienia części USA, Europy i Japonii. A to przecież wystarczająco daleka przyszłość, aby sobie tym głowy nie zaprzątać.

Lepiej cieszmy się życiem, oczywiście po warunkiem, że chce się chcieć.


czwartek, 16 marca 2023

Opowieść o kamieniu szlachetnym

Na początku nie było nic. Potem stała się światłość i rozświetliła płaszczyznę. Były w niej, jak to w płaszczyźnie, tylko dwa wymiary – szerokość i długość. Poza tym dalej nie było nic, ale było to już o wiele lepiej widać.

Za sprawą Ducha Świętego według jednych, a Miss Ewolucji według drugich, na płaszczyźnie pojawiły się istoty żywe, oczywiście także dwuwymiarowe, czyli płaskie, nazywane Płaszczakami.

Płaszczaki mnożyły się rodząc płaskie dzieci, powstawały kolonie Płaszczaków, plemiona, całe narody. Płaski Postęp Cywilizacyjny odebrał Płaszczakom starą płaską religię, zastępując ją nową religią, jeszcze bardziej płaską. Płaska Grupa Trzymająca Władzę zorientowała się (bowiem), że z pomocą tej spłaszczonej nowej doktryny, będzie łatwiej spłaszczać niedostatecznie jeszcze spłaszczone umysły podległych osobników. Jednocześnie prowadzono kampanię (płaską) szczucia na siebie nawzajem (płaskiego szczucia).

      Wszystko przebiegało zgodnie z planem (płaskim) i społeczeństwo podzieliło się na dwie grupy: - Płaskie i Jeszcze Bardziej Płaskie, walcząc między sobą. Wszystko to cieszyło niezmiernie Płaską Grupę Trzymającą Władzę.

Aż tu pewnego razu, zupełnie bez ostrzeżenia na Krainę Płaszczaków Coś spadło. Nie wiadomo skąd spadło, bo przecież świat był płaski, więc to Coś musiało spaść Znikąd. Spadło i rozpadło się od razu na dziwne kawałki, bowiem te kawałki nie chciały się mieścić w dwóch wymiarach, wykazując konieczność weryfikacji pojęć fizyki Płaszczaków.

    Pewna odważna grupa naukowców wystąpiła z tezą wywracającą dotychczasowy świat: - otóż ogłosili oni, że poza znanym światem, może istnieć jeszcze jeden wymiar, mianowicie trzeci! Ten kompletny absurd najpierw wyśmiano, potem wspomnianych naukowców odsądzono od czci i wiary, a na koniec uznano, że są zagrożeniem dla Płaskiego Establishmentu, więc wytoczono im wiele procesów (na podstawie płaskiego prawa). W końcu władza osiągnęła sukces - zaszczuta grupa ucichła.

A na razie, w głębokiej tajemnicy zaczęto badać dokładniej to spadnięte Coś.

Okazało się, że są to kawałki  szlachetnego kamienia. A mówiąc dokładniej są to dwa rodzaje takich kawałków: - jedne są gładkie i wypolerowane z jednej strony, więc Płascy Badacze nazwali te kawałki marmurem.

Drugi rodzaj odłamków był nieforemny, pozbawiony regularności i takie odłamki Płaszczaki nazwały drewnem.

Po latach naukowe Plaszczaki podzieliły się na dwa obozy: - pierwszy z nich zaczął przymierzać do siebie i składać kawałki marmuru, co się nawet nadzwyczaj udawało. Kawałki pasowały do siebie idealnie, a w związku z tym naukowcy Plaszczaków sądzili, że odkryli jakąś nową potężną geometrię i nazwali ją „względnością”.

     Drugi obóz zbierał poszarpane, nierówne kawałki, osiągając jakiś cząstkowy sukces – odkryto pewne powtarzające się wzory. Atoli nierówne kawałki składane w całość, dalej były zagadką, bo tworzyły większą nieregularną bryłę. Tę bryłę nazwano modelem standardowym, a jej brzydota nikogo nie zachwycała.

     Próbowano także dopasowywać równe kawałki do nierównych, jednakowoż nic to nie dało.

Obie grupy zgodziły się na teorię, co do pochodzenia kawałków – oto musiał nastąpić Wielki Wybuch, który rozerwał jakiś obiekt. Obiekt ten był prawdopodobnie kamieniem szlachetnym wspaniale symetrycznym, o niespotykanej piękności, oraz znajdował się w przestrzeni o trzech wymiarach. Kamień ten był jednak niestabilny, dlatego pewnego dnia w wyniku Wielkiego Wybuchu wziął się i rozpadł, po czym w odłamkach spadł do świata Płaszczaków.

A jeśli spadł, to znaczy, że istnieje pojęcie „z góry” i wtedy pewien genialny Płaszczak wpadł na pomysł, aby wszystkie odłamki przesunąć „do góry” i próbować złożyć w całość w tym czymś, co nazwano roboczo trzecim wymiarem.

    Azaliż była to teza wielce obrazoburcza i większość Płaszczaków poczuła się zaniepokojona tym nowym podejściem, ponieważ nikt z nich nie rozumiał co znaczy „do  góry”.

Z tej przyczyny, z dbałości o sondaże opinii publicznej (płaskie sondaże) całość badań Płaska Władza nakazała trzymać w ścisłej tajemnicy przed społecznością Płaszczaków, karmionych na co dzień, z pomocą płaskiej telewizji rządowej, wiarą o istnieniu jedynie słusznych dwóch wymiarów. To było działanie dla dobra ogółu, w obawie przed potencjalnymi zamieszkami, czy nawet rewolucją. Społeczeństwo miało pracować, cieszyć się miską ryżu (płaską miską płaskiego ryżu), słuchać Władzy i nie myśleć niepotrzebnie o jakimś wyimaginowanym trzecim wymiarze, który mąciłby im w głowach. W płaskich głowach.

     Trafił się jednak pewien genialny Płaszczak, który potrafił z pomocą komputera wykazać, że kawałki nazywane marmurowymi można traktować jako zewnętrzne fragmenty obiektu i dlatego są one gładkie, podczas gdy kawałki „drewniane” – nieforemne, pochodzą z części wewnętrznej obiektu.

      Przeprowadzono wirtualny eksperyment, który udał się wyśmienicie i oba rodzaje kawałków zostały złożone w zgrabną całość w trzecim wymiarze. Płaszczaki z podziwem patrzyły na to, co odkrył przed nimi komputer.


A był to mianowicie wspaniały kamień szlachetny, w doskonałej trójwymiarowej symetrii. Sztuczny podział pomiędzy dwoma zbiorami fragmentów został zlikwidowany za pomocą czystej geometrii.

     Teraz wypadałoby eksperymentalnie potwierdzić wyliczenia komputera i zbudować maszynę, która praktycznie potrafi podnieść kawałki „do góry”, w ten trzeci wymiar i tam je złożyć zgodnie z obliczeniami w piękną całość.

Był tylko jeden problem: - do urzeczywistnienia eksperymentu potrzebna była ogromna energia, około tryliona razy większa niż ta dostępna w krainie Płaszczaków.

     Część Płaszczaków była usatysfakcjonowana samymi obliczeniami teoretycznymi. Nawet bez weryfikacji czuli oni piękno wzorów i uznawali je za wystarczające dla rozwiązania problemu unifikacji. Grupa ta wskazywała, że prawidłowe rozwiązanie najtrudniejszych problemów to takie, które jest najpiękniejsze. Wspomniana grupa miała również rację uważając, że trójwymiarowa teoria nie ma rywala.

      Druga grupa Płaszczaków podniosła jednak krzyk, że sprawdzenie praktyczne musi być i nie należy zajmować się problemem, bo to tylko marnuje cenne zasoby w pogoni za niczym.

I tak trwa debata w krainie Płaszczaków, podobnie jak w naszym rzeczywistym świecie. Trwa i będzie jeszcze trwać jakiś czas. Ma to jednak, tak jak wszystko inne również pozytywną stronę.

Osiemnastowieczny filozof Joubert ujął sprawę następująco: - Lepiej omawiać kwestię, nie znajdując jej rozwiązania, niż rozwiązać ją bez omawiania.


sobota, 11 lutego 2023

Wszechświat Jabłoniowego Sadu

Informuję szanownych Czytelników, że sięgam po zasadę: - Co masz zrobić jutro zrób dziś – będziesz miał dwa dni wolnego. Do zobaczenia w środę.


Teoria hiperprzestrzeni podjęła problem podróży wehikułem czasu. 

Zaczynem do rozważań był pomysł fizyka kwantowego Michio Kaku, aby wyobrazić sobie sad jabłkowy, w którym jabłka nie są pryskane chemią, a więc spora ich część jest robaczywa. Robaki są maleńkie, żyją atoli wyłącznie na powierzchni jabłka, a że mają maleńkie rozumy, to uwierzyły, że ich świat, który nazywają Jabłkoświatem, jest płaski, dwuwymiarowy. Jednak jednego z robaków nazywanego Kolumbem, w jakiś niewyjaśniony sposób opętała obrazoburcza myśl, że Jabłkoświat jest być może skończony i zakrzywiony w czymś, co ów robak nazywa trzecim wymiarem. 


A stało się tak, ponieważ ten niesforny robak-odkrywca został obdarzony przez Miss Ewolucję odwagą i większym mózgiem, przez co w naturalny sposób myślał więcej od innych. A myślało mu się najlepiej w czasie pogodnych nocy, kiedy ponad jego Matką-Jabłkiem zapalały się lampiony gwiazd, a wszystkie inne robaki smacznie spały, obficie nasycone jabłecznikiem. 

Ciszę przerywały tylko dźwięki cykad i odgłosy bąków puszczanych przez śpiące robaki, którym właśnie jabłecznik fermentował w brzuchach. 

Kolumbowi to nie przeszkadzało i w takich właśnie komfortowych warunkach stworzył dwa nowe słowa: - góra i dół, aby opisać ruch w tym nowym trzecim wymiarze.

Po drugie primo: - Kolumb poczynia przygotowania do podróżniczego eksperymentu. 

Przyjaciele Kolumba zaczynają kolegę-robaka uważać za głupca, bo według nich trzeciego wymiaru nie ma. 

Pewnego (pięknego) dnia Kolumb wyrusza w podróż i znika za horyzontem, aby po dłuższym czasie pojawić się w punkcie wyjścia, atoli z drugiej jego strony. Kolumb-robak udowodnił w ten sposób, że Jabłkoświat jest rzeczywiście zakrzywiony.


Azaliż mimo zmęczenia podróżą, nie daje mu spokoju myśl, że być może istnieje jeszcze inny sposób przemieszczania się między dwoma odległymi punktami na jabłku. Być może drążąc jabłko, można przekopać wygodny (i smakowity) skrót do odległych lądów.

Takie drogi, skracające istotnie czas, a przez to niewygody podróży, należy nazywać tunelami. Ich istnienie dowodzi, że najkrótsza droga między dwoma punktami niekoniecznie jest linią prostą, jak go uczono.

Jeden z dziwnych efektów odkrytych przez Kolumba-robaka polega na tym, że kiedy wchodzi się do tunelu i opuszcza go po drugiej stronie, odnajduje się z powrotem w przeszłości. Widocznie tunele łączą części jabłka, w których czas płynie w różnym tempie. Zachęcone odkryciami i odwagą Kolumba, pojawiają się inne odważnie myślące robaki, a wśród nich znajdują się nawet takie, które twierdzą, że tunele można wykorzystać jako wehikuły czasu.


Następnie Kolumb-robak dokonuje jeszcze większego odkrycia – jego Jabłkoświat okazuje się jednym z wielu, najpierw we Wszechświecie Jednego Drzewa Jabłoni, a potem we Wszechświecie Jabłoniowego Sadu.


Kolumb-robak odkrywa, że jego jabłko współistnieje z tysiącami innych. Niektóre z tych jabłek są zamieszkane przez robaki, inne nie. Na koniec przypuszcza, że pewne szczególne okoliczności dopuszczają nawet podróż między różnymi jabłkami.


My, istoty ludzkie, jesteśmy podobni do tych robaków. Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nasz Wszechświat jest płaski i trójwymiarowy. Jednak wiele rygorystycznie przeprowadzonych eksperymentów wykazało, że Wszechświat, podobnie jak Jabłkoświat jest zakrzywiony w niewidzialnym wymiarze, którego nie umiemy sobie wyobrazić. 

Eksperymenty te wykazują, że podczas podróży przez Wszechświat światło gwiazd ulega zakrzywieniu.

 

środa, 7 grudnia 2022

Koń mechaniczny

 


Nie zapominajmy, że wiedza naukowa rośnie wykładniczo. Im więcej wiemy, tym szybciej dowiadujemy się jeszcze więcej. Tak samo jest z cywilizacją – ona rośnie wykładniczo, jak na drożdżach, a potem się wypieka. Jedynie sporadycznie przydarza się zakalec, lub, jeśli drożdży za dużo - cywilizacja kipi.

Od końca drugiej wojny światowej zgromadziliśmy więcej wiedzy, niż w ciągu całej naszej ewolucji trwającej dwa miliony lat!

Niemożliwe? Rozpatrzmy więc sprawę na przykładzie miary energii - jednego konia mechanicznego w dziejach homo sapiensów:

- Dziś nie widzimy niczego szczególnego  w niedzielnej przejażdżce na wieś samochodem z silnikiem o mocy dwustu koni mechanicznych. A jak to było na początku, kiedy Miss Ewolucja zainteresowała się małpą? (Tu spójrz na PS)

Ludzie zdobywali pożywienie polując i szukając pożywienia w grupach podobnych do wilczej watahy. Podstawowym źródłem energii była siła rąk i nóg, czyli około jedna ósma konia mechanicznego.





Z energetycznego punktu widzenia zmieniło się to dopiero około stu tysięcy lat temu, dzięki wynalezieniu prostych narzędzi: - włóczni, pałek, noży z obsydianu czy krzemienia. Energia podwoiła się do jednej czwartej konia mechanicznego.

   W ciągu minionych dziesięciu tysięcy lat ta energia znowu się podwoiła. Tu napędem był koniec epoki lodowcowej. Nastąpił rozwój rolnictwa. Udomowiono konie, woły oraz wilki, które zaczęły pomagać w polowaniu. Energia dostępna człowiekowi wzrosła do niemal jednego konia mechanicznego.









Porządkowane rolnictwo wymusiło podział pracy, a zaraz potem wymyślono niewolnictwo, w którym jeden człowiek mógł korzystać z pracy setek, czy nawet tysięcy ludzi. Powstały miasta, królowie przymuszali niewolników, aby ci z pomocą maszyn prostych wznosili twierdze, pomniki i świątynie. 

Świątynie musiały być - były konieczne, ponieważ odkryto, że bez jakiejś wymyślonej religii, atoli spajającej jedność plemienia, nie da się skutecznie trzymać w ryzach niewolników. Władca jednocześnie fundował sobie komfort - odtąd miał do kogo kierować ewentualne reklamacje poddanych - niedola i głód? To nie ja, to "kara z nieba" za wasze grzechy.

           Czyli z energetycznego punktu widzenia, przez 99,99 procent czasu istnienia ludzkości na Ziemi, poziom techniki tylko o jeden szczebel przewyższał umiejętności zwierząt.

        Decydującą zmianę przyniosła dopiero rewolucja przemysłowa, dzięki odkryciu przez Piękny Umysł – Izaaka Newtona uniwersalnych praw grawitacji i ruchu. Powstały silniki parowe i człowiek dysponował już dziesiątkami, a nawet setkami koni mechanicznych.

Po koniec XIX wieku inny Piękny Umysł – Maxwell, pomógł w elektryfikacji miast. Silniki parowe zostały zastąpione przez potężne prądnice.

    W końcu w ostatnich pięćdziesięciu latach odkrycie siły jądrowej zwiększyło milion razy ilość energii dostępnej człowiekowi.

    Podsumujmy: - z analizy historycznej potrzeb energetycznych ludzkości wynika, że przez 0,01 procent naszego istnienia dysponowaliśmy energią tylko odrobinę większą niż zwierzęta, a w ciągu kilku wieków wyzwoliliśmy wręcz niepojęte ilości energii.

Za moment porzucimy przeszłość i pożeglujemy w przyszłość, żeby odpowiedzieć na pytanie: - Co będzie dalej z homo sapiensami? I znowu powraca pytanie towarzyszące, czemu to sapiensy mają naukowy dodatek -homo, a nie -hetero? 


PS. Czytelnicy bloga znają także alternatywną historię ingerencji w rozwój człowieka dokonanej przez Przybyszy z Gwiazd, azaliż żeby nie mącić w głowach, w tym miejscu sprawę pomijamy.

wtorek, 9 lutego 2021

Myśli znad torfowiska

Las Naturalny na granicy torfowiska, nadaje się wyśmienicie na próbę spotkania z Siłą Wyższą czy tylko z Duchem Lasu. 




 Po co szukać takiego spotkania? Ano z potrzeby duchowej, tudzież konieczności oderwania się od wirusowej rzeczywistości, która tak wiele spraw postawiła na głowie. I mnie niełatwo chwilami przystosować się do Nowego, a przecież ćwiczę separację od ludzi od 2013 roku. Jeśli ja mam chwile słabości, to co tu się dziwić młodym, że wpadają w depresję?

Więc zaczął się czerwiec 2020 i postanawiam pobyć w lesie nieco dłużej niż zwykle. Wyposażenie biwakowe na plecy i już wędruję przez las. Zmierzam w kierunku Zakątka. Jest to miejsce w miarę pierwotne, gdzie rządzą siły przyrody, a drzewa umierają śmiercią naturalną, czyli słabną na starość, a potem dzieło kończy wichura. Drzewa padają i leżą tak długo, aż zamienią się w ściółkę i dadzą życie nowym pokoleniom. Tu rzadko pojawia się człowiek i to tylko za dnia. Tu zmiany są powolne, dzień następuje po dniu, wiosna po zimie, a rok po roku. Dziesięć tysięcy lat temu do miejsca na polskim Mazowszu, które widać na zdjęciach, dotarł lodowiec.



I ten lodowiec, nazywany skandynawskim, nasuwał się i pchał przed sobą całe góry piachu, po czym wziął i się cofnął. Znaczy stopniał. Atoli działo się to powoli. Najsampierw on się zatrzymał. Ówczesne ocieplenie klimatu zwyciężało i wydawało się, że lodowiec się cofa, a on tylko topniał. W końcu lód zamienił się w wodę, a góra piachu nie miała wyjścia i została. Mijały tysiąclecia i stopniowo ten wał piachu porósł lasem i konwalią, a przed wałem ostał się relikt polodowcowy – kiedyś czysta tafla wody, dziś torfowisko. Na torfowisku - mokradle co roku kilka par żurawi gniazduje, czyli znosi jajka. Być może są to te same żurawie, które przelatują wczesną wiosną nad bieszczadzką Wolą Michową. Późniejszą wiosną niesie się stąd niepowtarzalny krzyk omawianych żurawi, ogłaszających panowanie nad terenem. Potem żurawie gwałtownie milkną, bowiem na jajkach siedzi się w ciszy. Podnoszą się za to gromadne żabie chóry. Jednym słowem jest to miejsce wyjątkowo urokliwe, oraz bezkomarowe, o co skutecznie dbają żaby.

Kiedy tu doszedłem, był już przedwieczór. Zdjąłem plecak i wpadłem w objęcia Klimatów Specyficznych – ulubionego odludzia, postukiwania dzięciołów, no i oszałamiającego, upojnego zapachu konwalii, której całe łany akurat stały w pełni kwitnienia.




Konwalie pachną, aż się w głowie kręci, gdzieś zza lasu zaczynają dobiegać pomruki dalekiej burzy. Czas się zatrzymał, pora na kontemplację i myśli swobodnie religijne. Jestem przecież w Świątyni Natury.



Miało być tak pięknie: - oto na granicach państwa polskiego stanęła Obrona Różańcowa Antywirusowa. Różaniec i modlitwa miały zadziałać radykalnie i prosto – Europa trwałaby w zdumieniu, że w Polsce nikt nie choruje, nikt nie cierpi, mamy zrównoważony rozwój gospodarczy,  nie trzeba w państwie owym stawiać na nogi całego aparatu opieki zdrowotnej, tudzież służb. A tu kicha wielka! Nie zadziałało. Może modlitwy nie były z głębi serca i brakowało w nich tego maleńkiego „ach”?

Zaraz, zaraz – chodziło o to, żeby nie stawiać aparatu państwa na nogi? Czyli w tym momencie dowiedzieliśmy się, że państwo jednak klęczy, a wmawiano nam, że z kolan wstało. W każdym razie była szansa, że różaniec załatwi bezpłatnie wirusa i miliony, zamiast iść na walkę z epidemią, popłyną wartkim nurtem do katolika potrzebującego 500, 600, 700 plus.

Nie działa powierzenie Polski katolickiemu królowi, nie działa różaniec,  wirus rozrabia na całego. On, ten wirus, jest nawet tak bezczelny, że wymusił zmiany w świętościach: - Można już nie przyjmować komunii „doustnie”, można już nie wkładać rąk do „wody święconej”, można nie podawać rąk poświadczających „miłość braterską” i być może można będzie nie robić tego wszystkiego, co katolik do tej pory robić musiał. Czy to aby nie oznacza, że potężna, trwająca od wieków święta świętość przegrywa z takim maleństwem, które widać dopiero pod mikroskopem? A to ci dopiero!

„Mistyczna obecność Jezusa”, „woda święcona”, modlitwa różańca, przegrywają z miss Ewolucją i tym cholernym Darwinem, z którego chrześcijanie szydzą i go stale tępią. A tak w ogóle, to ciekawe na czym polega świętość wody święconej, skoro woda święcona jest zupą pełną bakterii E.coli i mnóstwa innych, którą codziennie i pracowicie katolicy częstują się od wieków?

Czy ja jestem złośliwy, albo nieprzychylnie nastawiony do kościoła? To nie tak. W tak zwanym kościele jest bardzo wielu przyzwoitych ludzi. I niektórych z nich znam osobiście. Tak samo wielu przyzwoitych jest wśród księży. Problem polega jedynie na tym, że ci księża sprawiedliwi, przyzwoici, heroicznie walczący z diabelskimi pokusami wszeteczeństwa, tkwią na dole hierarchii, a im wyżej, tym jest gorzej niestety. Absolutnie nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Ale dość. Niech każdy wierzy w co chce i żyje po swojemu.




Zachmurzyło się całkiem, burza coraz bliżej, czuje się elektryczność w powietrzu. Och! Jak dobrze! Mam się gdzie skryć, nie muszę nigdzie gonić – jestem obserwatorem. I fotografem - może jutro uda się sfotografować wschód słońca nad torfowiskiem? W pomrukach burzy można już odróżnić pojedyńcze grzmoty. Przeleciała wrona. Jest sucho, właściwie susza, deszcz bardzo by się przydał. Ciekawe czy będzie padać? Zupełnie jak w anegdocie Osho: - to bardzo ciekawa sztuka – powiedziała papuga – zobaczymy co będzie dalej.


Usadowiony na polodowcowej górce, skąd widok szeroki (jak na Mazowsze), balansuję w błogiej granicy jawy i snu. Wokół oaza spokoju, a zapach konwalii odurza, napływa intensywnymi falami, kotwiczy, ściąga do Tu i Teraz. Więc patrzę, patrzę - aby nie tracić z oczu tego, co jest. A jest …. no przeuroczo!

W skwapliwym dążeniu do tego, co być powinno, zbyt często zapominamy o tym, co jest.  


sobota, 25 kwietnia 2020

Katastrofy kolejowe


Czyli każdy ma Przeczucia.


Miss Ewolucja działa skokowo. Albo cyklicznie.
Być może nawet momentami przysypia, a my coraz więcej wiemy jako osobniki chwilowo zasiedlające Ziemię. Chwilowo, ponieważ na zegarze ziemskiej ewolucji pojawiliśmy się jako „dojrzały” gatunek dopiero na kilka sekund przed północą.
Nauka zepchnęła z piedestału religijne mroki średniowiecza, jednak czarne moce nie dają za wygraną – trzymają się kurczowo zdobytych enklaw w głowach i sercach tak wielu. To udaje się z prostego powodu: - te tereny należą do tego co Niższe, więc również do niskich instynktów ludzkich. Do tego dochodzi naturalna potrzeba przeżyć mistycznych i mamy idealną pożywkę dla krętaczy.
Jednak od zarania dziejów człowiekiem opiekują się także Siły Wyższe i próbują kierować jego postępowaniem, tudzież podpowiadać, a nawet ostrzegać.
Dzieje się to między innymi przy pomocy Znaków.

Moja babcia,  szeptucha z Myczkowic nad Sanem, mawiała na przykład, że są dwa rodzaje ludzi : - mieszkańcy miast, albo wsi, a ona jest bezsprzecznie wieśniaczką. Bo z tych dwóch rodzajów ludzi tylko wieśniacy rozumieją jak działa Natura. W miastach jest za szybkie tempo życia, aby można było zwracać uwagę na Znaki.
- Ja mam – mawiała – rytm życia wsi we krwi i biciu serca.


Powtarzała, że choć ludzie na wsi także plotkują, jest w nich coś solidnego – są przywiązani do miejsca i mają czas na obserwację jego rytmu. Przez ten rytm rozumiała puls nieba, czyli jak dziś byśmy nazwali – rytm kosmosu.
Kto wyczuwał ten rytm, potrafił także dostrzec Znaki.
Jednak rzecz nie polegała tylko na tym, aby je dostrzec, lecz również na tym, żeby je prawidłowo zinterpretować.
- Wczuj się wnuczku – powtarzała - w szum lasu, wdychaj jego zapach, a usłyszysz wszystkie odpowiedzi.
Nie rozumiałem wtedy, o czym babcia mówi.
Powtarzała także: - zawsze pamiętaj o miejscu, skąd pochodzisz, o jego rytmie. Nie zapomnij jego kolorów i zapachów.


Do Znaków zaliczają się Przeczucia.
Każdy je ma, jeden więcej i są silniejsze, drugi znacznie mniej. Często są bardzo ulotne. Właściwie te Przeczucia łączą się zawsze z Nie Ma Przypadków – czyli „zwykłym” zbiegiem okoliczności, jak nazywają sprawę realiści.

Im więcej wiemy, tym pojawia się więcej pytań. Nie tylko wszystko wskazuje na to, ale tak po prosu jest, że między wszelkiego rodzaju materią ożywioną i nieożywioną odbywa się wymiana informacji.
O ile rośliny i zwierzęta przyjmują informację instynktownie, o tyle u człowieka odpowiedzialność za spostrzeganie pozazmysłowe przejmuje podświadomość.

Informacji tych dostajemy multum nawet w ciągu jednego dnia, jednak tylko znikomy ułamek procenta przenika do świadomości na skutek splotu łańcucha reakcji, w którym główną rolę negatywną odgrywa „Czy w to Wierzę”, oraz pośpiech, pogoń za własnym ogonem, katarynka myśli, brak wyciszenia.
       Dopiero kiedy znajdujemy się w stanie jakby półświadomości, co zdecydowanie częściej przydarza się kobietom, odbieramy i to jedynie po kropelce informacje wyfiltrowane z podświadomości. Oto niższe Ja wysłało sygnał do wyższego Ja.
Nagle zaczynamy czuć się nieswojo, jakiś dyskomfort przypływa, jakaś myśl pragnie się przebić ….. I naraz pojawia się ona jasno. Pierwsza reakcja – zdziwienie, potem wrzucamy ją w tryby logiki i po obróbce ląduje zwykle w koszu.
 
Wydaje się nam, że ktoś nas obserwuje, idzie za nami, czujemy fizycznie jego wzrok oparty na naszych plecach, wręcz uderzenie w plecy - oglądamy się i okazuje się, że tak właśnie jest.
Albo działanie Pierwszej Myśli, co dzieje się zwykle tuż po przebudzeniu. Pierwsza Myśl jest klarowna i bezbłędna, jeśli tylko zrealizujemy ją bez zbędnych udoskonaleń.
Podsumowując wątek: - bezustannie spotykamy się  ze zjawiskami intuicji i prekognicji.

Amerykański matematyk Wiliam Cox przez całe lata analizował przyczyny katastrof kolejowych. 


Jego uwagę zwróciły dane statystyczne na temat liczby podróżnych znajdujących się w pociągu w chwili katastrofy. Liczby te Cox zaczął porównywać ze średnią tygodniową liczbą pasażerów korzystających z danej trasy i godziny jazdy przed wypadkiem. Rezultat okazał się tak zaskakujący, że Cox posprawdzał jeszcze liczbę pasażerów w 14, 21 i 28 dniu przed wykolejeniem się pociągu.


W wyniku tego sprawdzenia sformułował wniosek: - W pociągu, który ulega katastrofie znajduje się znacznie mniej pasażerów niż zwykle o tej porze na tej samej trasie. Pasażerowie wyraźnie unikają pociągów, które będą miały wypadek.


Czyżby u podstaw naszych przeczuć leżała matematyczna rzeczywistość? To przeświadczenie jest mi bardzo bliskie, ponieważ czuję się matematykiem i między innymi zajmuję prognozowaniem: - wyliczaniem dat zwrotu na rynkach finansowych.
Poza tym wiem o istnieniu Kroniki Akashy – pola morfogenetycznego otaczającego Ziemię, jak byśmy dziś powiedzieli chmury informacyjnej, w której znajdują się wszystkie myśli które były, są i będą! To taka Kolektywna Świadomość (także) Przyszłości.
A wracając do katastrof: - Osobista sztuka przetrwania zależy od naszej ewentualnej umiejętności zapobiegania wypadkom, albo ich unikania, dlatego korzystajmy z wielkiego daru jakim są Własne Przeczucia. 

P.S - sklep z datami w abonamencie zamknięty do odwołania.