Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darwin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darwin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lutego 2021

Myśli znad torfowiska

Las Naturalny na granicy torfowiska, nadaje się wyśmienicie na próbę spotkania z Siłą Wyższą czy tylko z Duchem Lasu. 




 Po co szukać takiego spotkania? Ano z potrzeby duchowej, tudzież konieczności oderwania się od wirusowej rzeczywistości, która tak wiele spraw postawiła na głowie. I mnie niełatwo chwilami przystosować się do Nowego, a przecież ćwiczę separację od ludzi od 2013 roku. Jeśli ja mam chwile słabości, to co tu się dziwić młodym, że wpadają w depresję?

Więc zaczął się czerwiec 2020 i postanawiam pobyć w lesie nieco dłużej niż zwykle. Wyposażenie biwakowe na plecy i już wędruję przez las. Zmierzam w kierunku Zakątka. Jest to miejsce w miarę pierwotne, gdzie rządzą siły przyrody, a drzewa umierają śmiercią naturalną, czyli słabną na starość, a potem dzieło kończy wichura. Drzewa padają i leżą tak długo, aż zamienią się w ściółkę i dadzą życie nowym pokoleniom. Tu rzadko pojawia się człowiek i to tylko za dnia. Tu zmiany są powolne, dzień następuje po dniu, wiosna po zimie, a rok po roku. Dziesięć tysięcy lat temu do miejsca na polskim Mazowszu, które widać na zdjęciach, dotarł lodowiec.



I ten lodowiec, nazywany skandynawskim, nasuwał się i pchał przed sobą całe góry piachu, po czym wziął i się cofnął. Znaczy stopniał. Atoli działo się to powoli. Najsampierw on się zatrzymał. Ówczesne ocieplenie klimatu zwyciężało i wydawało się, że lodowiec się cofa, a on tylko topniał. W końcu lód zamienił się w wodę, a góra piachu nie miała wyjścia i została. Mijały tysiąclecia i stopniowo ten wał piachu porósł lasem i konwalią, a przed wałem ostał się relikt polodowcowy – kiedyś czysta tafla wody, dziś torfowisko. Na torfowisku - mokradle co roku kilka par żurawi gniazduje, czyli znosi jajka. Być może są to te same żurawie, które przelatują wczesną wiosną nad bieszczadzką Wolą Michową. Późniejszą wiosną niesie się stąd niepowtarzalny krzyk omawianych żurawi, ogłaszających panowanie nad terenem. Potem żurawie gwałtownie milkną, bowiem na jajkach siedzi się w ciszy. Podnoszą się za to gromadne żabie chóry. Jednym słowem jest to miejsce wyjątkowo urokliwe, oraz bezkomarowe, o co skutecznie dbają żaby.

Kiedy tu doszedłem, był już przedwieczór. Zdjąłem plecak i wpadłem w objęcia Klimatów Specyficznych – ulubionego odludzia, postukiwania dzięciołów, no i oszałamiającego, upojnego zapachu konwalii, której całe łany akurat stały w pełni kwitnienia.




Konwalie pachną, aż się w głowie kręci, gdzieś zza lasu zaczynają dobiegać pomruki dalekiej burzy. Czas się zatrzymał, pora na kontemplację i myśli swobodnie religijne. Jestem przecież w Świątyni Natury.



Miało być tak pięknie: - oto na granicach państwa polskiego stanęła Obrona Różańcowa Antywirusowa. Różaniec i modlitwa miały zadziałać radykalnie i prosto – Europa trwałaby w zdumieniu, że w Polsce nikt nie choruje, nikt nie cierpi, mamy zrównoważony rozwój gospodarczy,  nie trzeba w państwie owym stawiać na nogi całego aparatu opieki zdrowotnej, tudzież służb. A tu kicha wielka! Nie zadziałało. Może modlitwy nie były z głębi serca i brakowało w nich tego maleńkiego „ach”?

Zaraz, zaraz – chodziło o to, żeby nie stawiać aparatu państwa na nogi? Czyli w tym momencie dowiedzieliśmy się, że państwo jednak klęczy, a wmawiano nam, że z kolan wstało. W każdym razie była szansa, że różaniec załatwi bezpłatnie wirusa i miliony, zamiast iść na walkę z epidemią, popłyną wartkim nurtem do katolika potrzebującego 500, 600, 700 plus.

Nie działa powierzenie Polski katolickiemu królowi, nie działa różaniec,  wirus rozrabia na całego. On, ten wirus, jest nawet tak bezczelny, że wymusił zmiany w świętościach: - Można już nie przyjmować komunii „doustnie”, można już nie wkładać rąk do „wody święconej”, można nie podawać rąk poświadczających „miłość braterską” i być może można będzie nie robić tego wszystkiego, co katolik do tej pory robić musiał. Czy to aby nie oznacza, że potężna, trwająca od wieków święta świętość przegrywa z takim maleństwem, które widać dopiero pod mikroskopem? A to ci dopiero!

„Mistyczna obecność Jezusa”, „woda święcona”, modlitwa różańca, przegrywają z miss Ewolucją i tym cholernym Darwinem, z którego chrześcijanie szydzą i go stale tępią. A tak w ogóle, to ciekawe na czym polega świętość wody święconej, skoro woda święcona jest zupą pełną bakterii E.coli i mnóstwa innych, którą codziennie i pracowicie katolicy częstują się od wieków?

Czy ja jestem złośliwy, albo nieprzychylnie nastawiony do kościoła? To nie tak. W tak zwanym kościele jest bardzo wielu przyzwoitych ludzi. I niektórych z nich znam osobiście. Tak samo wielu przyzwoitych jest wśród księży. Problem polega jedynie na tym, że ci księża sprawiedliwi, przyzwoici, heroicznie walczący z diabelskimi pokusami wszeteczeństwa, tkwią na dole hierarchii, a im wyżej, tym jest gorzej niestety. Absolutnie nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Ale dość. Niech każdy wierzy w co chce i żyje po swojemu.




Zachmurzyło się całkiem, burza coraz bliżej, czuje się elektryczność w powietrzu. Och! Jak dobrze! Mam się gdzie skryć, nie muszę nigdzie gonić – jestem obserwatorem. I fotografem - może jutro uda się sfotografować wschód słońca nad torfowiskiem? W pomrukach burzy można już odróżnić pojedyńcze grzmoty. Przeleciała wrona. Jest sucho, właściwie susza, deszcz bardzo by się przydał. Ciekawe czy będzie padać? Zupełnie jak w anegdocie Osho: - to bardzo ciekawa sztuka – powiedziała papuga – zobaczymy co będzie dalej.


Usadowiony na polodowcowej górce, skąd widok szeroki (jak na Mazowsze), balansuję w błogiej granicy jawy i snu. Wokół oaza spokoju, a zapach konwalii odurza, napływa intensywnymi falami, kotwiczy, ściąga do Tu i Teraz. Więc patrzę, patrzę - aby nie tracić z oczu tego, co jest. A jest …. no przeuroczo!

W skwapliwym dążeniu do tego, co być powinno, zbyt często zapominamy o tym, co jest.  


poniedziałek, 1 lutego 2021

Jedzenie nie tylko biwakowe

Czy powinniśmy pościć?

Krótkie posty nie powinny nikomu zaszkodzić, a nieraz mogą okazać się dobroczynne. Jednak post jest potrzebny jedynie wtedy, gdy się nieprawidłowo odżywiamy. Kiedy ciało dostaje w pożywieniu to, co powinno dostawać - post jest zbędny.


Niestety, większość odżywia się źle. Człowiek zgubił swoją ścieżkę. Żadne zwierzę nie odżywia się tak jak człowiek. Zwierzęta wybierają tylko kilka pokarmów. Jeśli wprowadzisz konia do ogrodu i tam zostawisz, będzie on jadł tylko pewne konkretne trawy. Nie zacznie jeść wszystkiego naraz. Jest pod tym względem wybredny. Ma wyczucie tego, co może jeść, a czego nie.


     Człowiek jest pod tym względem całkowicie zagubiony, nie ma takiego wyczucia. Je wszystko naraz. Właściwie trudno byłoby znaleźć coś, co nie stanowi pożywienia dla ludzi w tej, czy innej części świata. Gdzieś je się mrówki. Gdzie indziej węże. Jeszcze gdzieś – psy. I te psy są bite kijami przed śmiercią, aż wyzioną ducha, wtedy ich mięso nabiera kruchości. Człowiek zjada wszystko. Oszalał. Nie wie co jest zgodne z jego ciałem, a co nie. Jest całkowicie zagubiony. a zgodnie ze swą naturą powinien być wegetarianinem. Do przyjmowania takiego pokarmu stworzyła nas Góra.


Podobno pochodzimy od małpy. Jeśli Darwin ma rację, a mógł mieć i małpy są wegetarianami, całkowitymi wegetarianami, to ludzie także powinni być wegetarianami. Są sposoby oceniania, czy dany gatunek zwierząt jest mięso, czy roślinożerny. Zależy to od długości jelit.

Zwierzęta mięsożerne mają krótkie jelita. Lwy, wilki mają krótki przewód pokarmowy. Mięso, padlina, jest trawione szybko. Nie są potrzebne długie jelita. A człowiek ma jedne z najdłuższych jelit, co oznacza że został stworzony na wegetarianina. Charakterystyczny dla niego jest długi proces trawienia i duża ilość wydalin.

Jeśli człowiek mimo to zjada mięso, powoduje zakłócenia w funkcjonowaniu swojego ciała. Wielu wschodnich mędrców: Budda, Mahavira – podkreślało ten fakt.

    I chodzi nie tylko o to, że nie należy uczestniczyć w przemocy – to jest sprawa wtórna. Rzecz w tym, że jeżeli chcesz sięgać po duchowość, to twoje ciało powinno być lekkie, naturalne, unoszące się płynnie.

      „Idę tak lekko, jakbym się sam niósł pod pachą”


Gdy mam chęć udać się na poszukiwanie duszy, powinienem coś wiedzieć o wibracjach ciała. Nie ulega kwestii, że wszystko co nas otacza jest energią, wibracją. My, nasze ciała, także wibrujemy. Gdy jemy mięso te wibracje są niskie, jest obniżona ich częstotliwość. Zjadane mięso, to przecież kawałki trupa. Ten trupi pokarm ściąga nas do dołu, obniża wibracje. Gdy jesteśmy mięsożercami nasze ciało jest „ciężkie”. Kiedy natomiast nie jesz mięsa, podnosisz wibracje swego ciała. Wtedy inaczej patrzysz na świat. Widzisz więcej, znikają lęki. Mózg odmiennie pracuje w tej wyższej wibracji. Łatwiej wtedy być zadowolonym. O wiele łatwiej.


 A teraz zaobserwuj, co się dzieje, gdy zabijasz zwierzę. Nikt nie chce być zabity, zwierzę nie ginie ochoczo. Co dzieje się w umyśle zabijanego stworzenia? Strach, ból, przerażenie, wściekłość, przemoc, rozpacz, bezsilność. Zwierzę dostaje cały ten wianuszek odczuć. W całym jego ciele rozprzestrzenia się ból i agonia. Całe ciało zabijanego zwierzęcia wydziela wtedy trucizny, toksyny. Wszystkie gruczoły wywalają  z siebie trucizny. Ciało mordowanego zwierzęcia dostaje zatrutą, obniżoną energię, a toksyny głównie gromadzą się w krwi. To zrozumieli Żydzi i dlatego zastosowali ubój rytualny. Ale ty nie jesz koszernego jedzenia i tę obniżoną energię i toksyny śmierci wprowadzasz do swego ciała.

W zwierzęciu funkcjonuje pewien określony poziom świadomości. Twój poziom świadomości znajduje się wyżej. Jednak w chwili, gdy jesz mięso, twoje ciało wibracyjnie schodzi na niższy poziom, poziom zjadanego zwierzęcia, poziom zatruty śmiercią.

I tak tworzy się rozbieżność między świadomością a ciałem. Wprowadzasz się na własne życzenie w napięcie, lęki, często w rozdrażnienie, a ogólnie w stres. A stres zabija. A więc powinno się jeść naturalne pożywienie: kasza, fasola, makarony, groch, warzywa, owoce, grzyby, orzechy, jaja, ser, olej słonecznikowy, masło, miód. 


Jeśli mogę coś ugotować, nie smażę tego. (W ogóle unikam smażonego). Jeśli mogę czegoś nie gotować, jem na surowo - na przykład kapelusz młodego borowika. Naturalne pożywienie dostarcza uczucia sytości i zaspokaja w pełni potrzeby ciała. A poza tym można także w ogóle nie jeść i sprawnie egzystować. ( bretharianie). Wystarczająca energia idzie z kosmosu.


Gdy powyższe mądrości dotarły do mnie i ja stałem się na półtora roku wegetarianinem. Organizm się odkwasił, poczułem się jeszcze bardziej lekko, niż wcześniej. Potem wróciłem do jedzenia minimalnych ilości mięsa, drobiu i ryb, bo mogło mi grozić, że z tej lekkości w końcu ulecę do nieba. Czyli nie katuję się i nie zmuszam do ascetyzmu. Najważniejsze żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że nasza dieta jest niezdrowa i jeść to, na co ma się ochotę. Oczywiście w rozsądnych ilościach.


I takie myśli zapisałem, siedząc przy namiocie po naturalnym jedzeniu. Zapisałem, bo miałem czas. Gdybym nie miał czasu, to bym tylko siedział.



wtorek, 7 stycznia 2020

Ile światów jest za nami


Powrotna droga do przełęczy. Idzie się.
Idzie się przez świat otulony mglą. 
Widać coraz więcej wilczych tropów - nic dziwnego, to przecież jest wilczy teren. Wataha, która tędy przechodziła, stanowi tu swoje prawo: - słaby zwierz, albo mało czujny ma małą szansę przeżycia. Tylko silny i sprytny zdoła uciec. 



Teraz na przełęczy jest zupełnie inny świat niż ten skąpany porannym słońcem. Przypominam sobie, jak kilka lat temu szedłem tędy z Reksiem, psem Darka Karalucha. Ten waleczny młody pies czuł respekt jedynie przed wilkami. Gdy byliśmy daleko od przełęczy, biegał swobodnie na lewo i prawo, jednak na samej górze robił się czujny, stawiał uszy, które zwykle były nieco oklapnięte i szedł dobre dwa kilometry tuż przy nodze.


Idę przez magiczny świat śniegu i mgły. Za mną dolina Rabe, a jeszcze dalej zostawiłem miejski świat z betonu. 
I przychodzi myśl: - To ile jest w sumie światów za nami? Albo:- Co widać za murem przeszłości? Jest to rzecz arcyciekawa.




Powtarzanie sprzyja zapamiętaniu: - jeszcze nie raz przytoczę ten urywek.

 Rzecz dzieje się w czasie wędrówki Edwarda Stachury gdzieś nad Sanem.
- Napotkany chłopiec informuje i pyta: - ja jestem Malinowskich, a pan czyj jest?
- Niczyj – odpowiada Stachura – nie należę do nikogo, chyba że do siebie.
- A dokąd pan idzie?
- Naprzód idę, przed siebie.
- Ja też bym tak chciał! Być niczyj i iść naprzód, ale muszę chodzić do szkoły. A ja szkoły nie lubię.
- Do szkoły trzeba chodzić, niezależnie od tego, czy się ją lubi, czy nie – odpowiedział Sted, azaliż pomyślał tak:
     Szkoły są potrzebne, ale mądre to one nie są. Bo gdyby człowiek uczył się sam i tylko tego, co go interesuje, a tyle jest rzeczy arcyciekawych, to po pewnym czasie nie nadawał by się już do mieszkania wśród ludzi.
Dlatego szkoły są potrzebne, chociaż mądre nie są.


Popatrzmy na ewolucję, jaką naukowy świat przeszedł z ustalaniem daty budowy Wielkiej Piramidy. Ostatnia, najbardziej sensowna data to czas przed potopem - 12 tys. lat p.n.e.
I nieustalone przeznaczenie budowli.

Szkoły są potrzebne, ale mądre to one nie są.....
Szkoły służą indoktrynacji – tresurze społecznej. Według zasad tresury człowiek powinien być społeczeństwu użyteczny: - nie myśleć za dużo, być trybikiem maleńkim, założyć rodzinę, rozmnożyć się, aby nowi ludzie płacili podatki i dawali na tacę, a Zroślak kapłan-polityk nimi kołował. 
Człowiek-niewolnik ma pracować, raz w tygodniu ewentualnie być w stanie upojenia, nie wyskakiwać przed orkiestrę: - słuchać władzy, nie zadawać trudnych pytań, nie mieć szerszych zainteresowań, a po przejściu na emeryturę żyć krótko, aby broń boże nie stać się obciążeniem dla państwa.
      Natomiast dla człowieka myślącego liczą się fakty z przeszłości. Liczy się historia ludzkości zawarta w starożytnych eposach. I nie historia biblijna, chrześcijańska, bo ta jest młodziutką kompilacją czyli po prostu plagiatem wielu o wiele starszych religii i zdarzeń. Poza tym człowiek myślący jest dla rządzicieli niewygodny - wątpi w "szczere" intencje władzy, śmie zadawać pytania i trudno nim sterować. 


Pisałem o Kamieniach z Ica.

Widać na nich między innymi koegzystencję ludzi i dinozaurów. A przecież dinozaury wyginęły 65 milionów lat temu. Więc to niemożliwe?
      Możliwe! Mamy przecież skamieniałe ślady dinozaura, a obok ślady dwóch ludzi. I do tego jeden z tych ludzi szedł w butach......
     Mamy także tablice z Palenque, na których zapisy zdarzeń gwiezdnych zaczynają się czterysta milionów lat temu.....
Nie pasuje to do oficjalnej historii Ziemi, dlatego o niewygodnych sprawach w szkołach nie uczymy, bo i po co?
Z takich informacji mogłaby wyniknąć tylko bieda, w postaci trudnych pytań. A trudnych pytań szkoła bardzo nie lubi…..
Bo jak tu odpowiadać na trudne pytania, skoro szkoły mądre nie są?

Rysunek naskalny w kanionie Hava Supai w Arizonie ukazuje stojącego na tylnych łapach Tyranosaurusa. Jak mówią Indianie, na rysunku przedstawiony jest jeden z „potworów z praczasów”.
       Indianie Hopi, spokrewnieni z plemieniem Zuni, uważają, że „ludzie istnieli także przed pojawieniem się obecnej ludzkości”.
       Księga Indian Hopi mówi o czterech światach.

Pierwszy świat nazywał się Tokpela i była to Nieskończona Przestrzeń – Space........ (Zwięźle nazwane).
Z tej Nieskończonej Przestrzeni ….. Taiowa - Stwórca, utworzył Skończoność. Koniec kropka.
Tam też umieścił pierwszych ludzi w miejscu, o którym mówi się „wysokość” lub „niebo”.
To właśnie niebo - Pierwszy Świat, został zniszczony przez ogień.
Zniszczenie nastąpiło, „ponieważ ludzie stali się źli”.

Drugi świat został zniszczony przez lód.

Trzeci świat „Kasskara”- Kraina Słońca” została zniszczona przez wodę. Potop.
A więc Kasskara to epoka zakończona budową Wielkiej Piramidy  - 13 tysięcy lat pne. (Edgar Cayce opisuje Atlantydę – Posejdonię i zdarzenia sprzed 52 tysięcy lat – był wpis).
Nasze czasy to Czwarty Świat według wierzeń Indian Hopi.
Ten świat już wkrótce dobiegnie swego kresu.

Z kosmologicznego punktu widzenia mitologia Indian Hopi jest całkiem sensowna.
Zniszczenie Pierwszego Świata mogłoby odnosić się do uderzenia meteorytu 65 mln lat temu.
Zniszczenie Drugiego Świata przypadałoby na okres któregoś ze zlodowaceń sprzed miliona – stu tysięcy lat.
Zaś zagłada Trzeciego Świata na okres wielkich deszczów i powodzi w okresie 30 – 12 tysięcy lat temu.
      A więc potopu znanego głównie z przekazów starożytnego Sumeru.
W każdym razie kronika Indian Hopi obejmuje czasy sumeryjskiej Listy Królów
  
  
Święta Księga Majów - Quiche – Popol Vuh, mówi o czterech aktach stworzenia, o czterech ludzkościach, które zostały zniszczone przez spadającą z nieba „płynną żywicę”(lawę?) trzęsienia ziemi i potop.
Według Popol Vuh małpy żyjące w dżungli wywodzą się z resztek drugiej ludzkości.
Gdyby Darwin usłyszał ten przekaz, pewnie przewróciłby się w grobie.

Według chronologii meksykańskich Azteków nasz świat jest już piątym z kolei.

I cóż do tego dodać w naszym nowoczesnym, bieżącym świecie, w którym pierwszy człowiek (w erze nowożytnej, jakby dodał Oppenheimer) dopiero „wczoraj” poleciał na Flybordzie?
    
Sprawę podsumowuje doktor Damian Nance z Instytutu Tektoniki, Oceanografii i Geochemii Uniwersytetu Ohio i oświadcza: - „W okresie dwóch i pół miliarda lat istniało przed nami sześć ludzkości”.

Wniosek? Wiemy sporo o drobnym wycinku nowożytnej historii ludzkości, atoli o całości historii właściwie nic nie wiemy.