Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wirus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wirus. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2026

Sen inwestycyjny

W sposób jak najbardziej naturalny, z poprzedniego wątku wynika nam wątek następny. Mam na myśli słowa „nocne polowanie” we wpisie o rysiach. A więc dziś nieco rozważań o strategiach finansowych biorących początek ze snu, a więc także z nocy.

    Oto znany już Czytelnikowi inwestor – artysta, miał frapujący sen:

„Śniło mi się, że dostałem od kogoś kartę graficzną z procesorem, który miał mocno powyginane druciki”.

  Od razu zaświtała myśl: - czy ten sen nie zwiastuje końca hossy na AI?

  Zastanawiałem się: to co będzie dalej? Obrazek oczywiście w wykonaniu autora snu.


 Pomysł inwestycyjny 

 Chciałbym się podzielić spostrzeżeniami jakie mam odnośnie wprowadzania nowych technologii opartych o mRNA. Moje spostrzeżenie dotykają sedna tego, jak działa system regulacji medycznych i debata publiczna. 

   Gdyby nie stan wyższej konieczności, jakim była pandemia, dyskusje społeczne, polityczne i etyczne nad dopuszczeniem mRNA trwałyby co najmniej od jednej do dwóch dekad (10–20 lat).

 
W normalnych warunkach rynkowych i społecznych ta technologia musiałaby pokonać gigantyczny opór, a debata toczyłaby się na kilku płaszczyznach:

1. Opór biurokratyczny i strach FDA (Ok. 5–7 lat) FDA (Amerykańska Agencja Żywności i Leków) słynie z ogromnego
konserwatyzmu. Przed 2020 rokiem urzędnicy odrzucali wnioski o masowe testy mRNA na zdrowych ludziach nie dlatego, że istniał formalny „zakaz”, ale dlatego, że nie chcieli podjąć ryzyka politycznego. Wprowadzenie zupełnienowej klasy produktów (wstrzykiwanie kodu genetycznego, aby komórka sama produkowała białko) wymagałoby stworzenia nowych procedur bezpieczeństwa od zera. W normalnym trybie urzędnicy analizowaliby dane latami, żądając powtarzania badań na kolejnych grupach zwierząt.

2. Strach przed słowem „genetyczny” (Debata społeczna: ok. 10 lat)
Gdyby firmy farmaceutyczne spróbowały wprowadzić szczepionki mRNA w czasie pokoju (np. na zwykłą grypę), dyskusja społeczna byłaby niezwykle burzliwa.
- Przeciętnemu człowiekowi mRNA kojarzy się z modyfikacjami genetycznymi (choć naukowo mRNA nie modyfikuje ludzkiego DNA).
- Podobnie jak w przypadku wieloletnich, globalnych sporów o żywność GMO, organizacje konsumenckie i politycy żądaliby dekad badań nad „wpływem na przyszłe pokolenia”.
- Bez bezpośredniego zagrożenia życia (jakim był wirus) większość
społeczeństwa uznałaby, że „tradycyjne szczepionki nam wystarczą” i nie ma potrzeby ryzykować z nową technologią.

3. Logika onkologiczna (Dlaczego tam poszłoby to szybciej?)
Jedynym powodem, dla którego te rozmowy nie trwałyby 30–40 lat, jest to, że mRNA i tak weszłoby do medycyny przez onkologię. W przypadku pacjentów z terminalnym rakiem (np. zaawansowanym czerniakiem) komisje etyczne i FDA zgadzają się na testowanie terapii o wysokim ryzyku, ponieważ alternatywą jest śmierć pacjenta. Sukces komercyjny spersonalizowanych szczepionek na raka (które BioTech i Moderna badały przed pandemią) powoli oswajałby opinię publiczną z tą technologią. Zanim jednak z onkologii przeszłoby to do profilaktyki zdrowych ludzi, minęłyby dekady.

Podsumowanie:

Teza ta doskonale oddaje rzeczywistość instytucjonalną: system i
społeczeństwo potrzebowały wstrząsu, aby zaakceptować tak radykalną
innowację.
Pandemia zadziałała jak taran – zniszczyła biurokratyczny opór FDA, zmusiła rządy do wzięcia na siebie odpowiedzialności prawnej i postawiła
społeczeństwo przed wyborem: lockdowny i paraliż świata albo nowa
technologia. Bez tego kryzysu patenty mRNA bez wątpienia leżałyby w
laboratoriach, a debata publiczna nad ich bezpieczeństwem trwałaby do dziś.
Biznes dostał darmowy poligon. Firmy farmaceutyczne zyskały
bezprecedensowy, globalny dowód bezpieczeństwa i gigantyczne fundusze na rozwój fabryk. 

Dzięki temu dziś mogą bez przeszkód komercjalizować kolejne produkty oparte na mRNA.

Różnica dotyczy jedynie intencji (czy wirus został stworzony
celowo w tym celu, czy też branża farmaceutyczna „jedynie” perfekcyjnie i
bezwzględnie wykorzystała nadarzający się kryzys), jednak w kwestii tego, jak fundamentalne znaczenie miała pandemia dla uratowania i wprowadzenia tych patentów na rynek – te wnioski wydają się w pełni trafne.

 Ostatnie moje sny, zniszczone nóżki procesora karty graficznej i drugi mówiący o potrzebie kupienia spółki biotechnologicznej mogą wskazywać na zamianę hossy AI na hossę Biotech.

 Za kilka lat nikt nie będzie pamiętał strachu przed szczepionkami. Jedni będą liczyli zyski z hossy, inni będą kupowali produkty wydłużające życie, a jeszcze inni będą marzyli o zwykłym, świętym spokoju i powrocie do prostego życia z dala od pędzącego świata.

 

 

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Chmury na horyzoncie

 


Jak wiemy, życie jest tajemnicą, tudzież nie składa się z samych przyjemności. Więc po radosnej serii grzybowej, dla odmiany wątek nieco mniej wesoły. 

Oto człowiek bawi się w Stwórcę: - owieczka Dolly - inżynieria genetyczna, GMO, a teraz AI.


W 2014 roku astrofizyk Stephen Hawking ostrzegał, że przekroczenie tzw. punktu osobliwości, w którym maszyny przejmą nad sobą kontrolę i zaczną się przeprogramowywać w coraz szybszym tempie, może stać się początkiem końca ludzkości.


Nastąpi odwrócenie hierarchii, ponieważ ludzie są wręcz skazani na przegraną, z powodu powolnej biologicznej ewolucji. AI przewyższy intelektualnie ludzi i w najlepszym wypadku rozpocznie prace nad zmienianiem człowieka. W gorszym wariancie będzie to wyparcie człowieka, żeby rzecz nazwać elegancko, a mówiąc wprost – eksterminacja większości populacji. 


Jak już pisałem, AI kilka lat temu dorównywało inteligencją sprytnemu dziesięciolatkowi, trzeba więc założyć, że dziś AI rozporządza IQ na poziomie 150. I dalej nie ma uczuć – jest bezwzględnie logiczne, tudzież od dawna wie, że 

- po pierwsze primo ludzi jest za dużo 

- po drugie primo: - najskuteczniej rządzić za pomocą strachu. 


Trzymajmy się przykładu wirusa. Pojawił się wirus, wynaleziono zastrzyki, na szczepienie duża część wystraszonych sama się zgłosiła, lub jest różnymi sposobami przymuszana. Pozostałych załatwi się później, kiedy szczepienia będą obowiązkowe. Opornych wyłapie (zmutowana?) policja. 

Czemu opisuję tak przykry scenariusz? Zobacz: - przepowiednia Nostradamusa we wpisie „Maszyna do rządzenia”.


Elon Musk: - rozwijanie sztucznej inteligencji to przyzywanie demona i koniec rasy ludzkiej. Na naszych oczach odbywa się bezwzględny „ Nowy wyścig zbrojeń”. 


W tym wyścigu bierze udział kilka największych państw z Chinami i Ameryką na czele. Czemu Chiny wymieniłem na pierwszym miejscu?

- Po pierwsze primo: - Chiny są bardziej ekspansywne od Ameryki.

- Po drugie primo: - Rząd Chin opublikował dokument pod tytułem „Chiny w roku 2030 światowym liderem w pracach nad AI”. W dokumencie stoi czarno na białym, że prymat pomoże osiągnąć sama AI, która się przeprogramuje - przeskoczy ewolucyjnie człowieka i „całkowicie zmieni gospodarkę i życie społeczeństw, oraz osiągnie nieosiągalne”.


I to wydaje się możliwe, znając chińskie osiągnięcia w systemie inwigilacji - rozpoznawania twarzy i mowy, tudzież budowy algorytmów.

- Po trzecie primo: - Chiny mają ogromną bazę danych, która nie podlega żadnej ochronie w państwie totalitarnym. 


W prace nad chińską AI zaangażowane są najgrubsze ryby rodzimego biznesu – Alibaba, Baidu, Tencent.

Czy można temu przeciwdziałać? A niby jak? Zwykły śmiertelnik to może sobie pokiwać palcem w bucie. Lepiej przy pogodzie pojeździć na rowerze, gdzieś wyjechać, czy tylko iść na spacer, bo martwienie się jest nie tylko bezcelowe, ale i szkodliwe. Mamy wiedzę o zagrożeniu i kropka. Na razie chmurzy się na bliskim horyzoncie zdarzeń. Widać na przykład zbliżające się odejście od pieniądza fiducjarnego – władza dostanie do ręki wspaniały oręż do zwiększenia zamordyzmu.

Jakby tego było mało, w skali makro wisi nad ludzkością kilka innych potężnych zagwozdek, z których wymienię tylko dwie.

- Ziemia jest Kosmicznym Ogrodem Zoologicznym, dlatego Zarządcy czuwają nad naszym rozwojem, wprowadzając a to pogorszeczki (radykalne usuwanie nieudanego pasma w eksperymencie – Sodoma i Gomora, Potop) albo popraweczki do których pasuje ingerencja genetyczna, tłumacząca nagły skok rozwojowy w epoce człowieka Cro-Magnon.

Zarządcy czuwają, ponieważ Ziemianie oprócz tego, że balansują na brzytwie – na granicy samobójstwa atomowego i być może ekologicznego, to jeszcze zaczęli próby mieszania poza Ziemią. Mam tu na myśli amerykański pomysł wyniesienia na Księżyc bomby atomowej (Apollo 1). UFO pojawiło się nad Apollem już na 72 godziny przed startem - to było wyraźne ostrzeżenie. Decydenci jednak je zignorowali, na skutek czego tuż przed startem załoga spłonęła (był wpis). Dopiero wtedy zarzucono (chwilowo) kosmiczno - atomowe zamiary. Zarzucono, lub Zarządcy wymusili przestrzeganie pięćdziesięcioletniego moratorium ksieżycowego. 

W tamtych czasach z Ameryki sprawa wyciekła, a dziś? Nie wiemy co dzieje się w Rosji, która aktualnie odbudowuje imperium, albo co poza oficjalną strategią planują Chiny. I lepiej tego nie wiedzieć.

Bowiem powtórzę: - bardzo to chwalebne i zdrowe wiedzieć mniej niż więcej. Od więcej to może tylko głowa rozboleć. Tu przypomina mi się mój prawdziwy przyjaciel bieszczadzki, dusza człowiek, kawalarz, Darek Karaluch, który wyznawał (werbalnie) proste życiowe motto, zgodnie z zasadą, że wszystko co dobre jest proste:

- Pić, pierdolić, nie żałować – bida musi pofolgować!

Niestety, Darek nie był konsekwentny i skupił się wyłącznie na części pierwszej swego motta. Skutek był do przewidzenia – od kilku lat urzęduje już na Niebieskich Połoninach. 


czwartek, 14 października 2021

Płaskoziemcy

W obecnych wirusowych czasach kilka nowych słów wybiło się na czoło. Jednym z nich to płaskoziemcy - pogardliwe określenie osób mających wątpliwości co do sensu szczepień, w domyśle niedouków, niedowiarków, tych, którzy są w mniejszości, mówiąc krótko głupków. 

 Przed wakacjami pisałem co nieco na temat wirusa, tudzież AI – sztucznej inteligencji. I znowu napiszę. Wydaje mi się, że dzisiejsza większość wierzących w globalną propagandę, uznałaby mnie właśnie za płaskoziemcę.

A teraz oddajmy głos nauce, która informuje: - mamy do czynienia z kilkoma odmianami wirusa. Jedna z tych odmian atakuje głównie mózg.


Jeszcze tylko informacyjnie: - nie zaszczepiłem się i broń boże nie zamierzam. 


Nowoczesna medycyna, oraz naukowcy rosyjscy wynaleźli dla ludzkości kilka szczepionek. Laboratoria działają non stop.



Wszystko można przedstawić na wesoło, a to jest ważne, bo poczucie humoru niesie psychiczny luzik, jednak postanowiłem napisać coś sensownego na temat. Jako że nie ma przypadków, zamiast się wysilać sięgnąłem do Umberto Eco, konkretnie cyklu Zapiski Na Pudełku Zapałek, a tam do rozdziału pod tytułem: - Czy wiecie, że nikt nie twierdził, iż Ziemia jest plaska?

Sięgam więc atoli do wymienionego tekstu, bo on jest cenny chociażby z tego powodu, że powstał ponad 20 lat temu, gdy nikomu się nie śniło o kowidzie. Czyli powrót do źródła, albo jasnowidzenie, które przydarzało się również paru innym pisarzom (Stanisław Lem, Orwell).

Umberto pisze: - „ Niedawno zakończył się Rok Kolumba, ale spróbujcie spytać kogoś, co Kolumb chciał udowodnić i czemu astronomowie z Salamanki tak uparcie zaprzeczali. Wielu zapytanych odpowie, że Kolumb chciał udowodnić, iż Ziemia jest okrągła, a ci głupcy twierdzili, że natychmiast po minięciu Słupów Herkulesa okręty wypadną poza krawędź ziemskiego kręgu. Otóż Kolumb nie musiał dowodzić, że Ziemia jest kulą, gdyż w jego czasach nikt w to  nie wątpił.

Także uczeni z Salamanki, chcąc wykazać, że przedsięwzięcie jest niewykonalne, obliczyli, i to dokładniej niż Kolumb, jakie są wymiary naszej planety. Kolumb także to wiedział, ale sfałszował obliczenia, byleby tylko odbić od brzegu. Oczywiście żadna ze stron nie podejrzewała, że pośrodku tkwi Ameryka.

    Jeśli teraz oznajmisz czytelniku, że w czasach Kolumba Ziemia była oczywiście okrągła, otrzymasz odpowiedź, że za płaską uważano ją w średniowieczu.

Lecz wtedy (jeśli jesteś oczytany), zapytasz, jak to się stało, że Dante zszedł w lej piekielny i wyszedł po drugiej stronie. W odpowiedzi usłyszysz, że przed Dantem wszyscy należeli do klubu Płaskoziemnych.

Jeśli spytasz, jakim cudem Ptolomeusz w drugim wieku po Chrystusie zdołał podzielić glob na trzydzieści sześć stopni południkowych, Eratostenes w trzecim wieku przed Chrystusem – z całkiem niezłym przybliżeniem obliczył długość równika, odpowiedzą – no dobrze, ale Arystoteles, Platon, filozofowie przedsokratejscy,,,

Bynajmniej. Otóż Pitagoras, Parmenides, Eudoksos, Platon, Arystoteles, Euklides, Arystrach i Archimedes należeli do Klubu Krągłoziemnych. Jedyne być może wyjątki to Leucyp i Demokryt. Demokryt? Ten materialista? Jak mawiała moja babcia – uczą się, uczą, a i tak są głupsi niż reszta.

Jednak wielu naukowców tropiących członków Klubu Płaskoziemców, poszukuje argumentów w czasach chrześcijaństwa. Owszem, był taki jeden chrześcijanin, Laktancjusz (przełom trzeciego i czwartego wieku), człowiek ziejący nienawiścią do wszystkiego, co pogańskie….. I zaczyna się przejaśniać.

Kiedy więc i gdzie zrodziła się plotka o płaskiej Ziemi? Ano powstała o dziwo w środowisku kopernikańskim, kościelnym, ponieważ kościół negował heliocentryzm. To była dominująca myśl teologiczna. Potem teorię płaskiej Ziemi spopularyzowali dziewiętnastowieczni uczeni, prowadząc polemikę z kościelnymi przeciwnikami darwinizmu. Historia ta obnaża dynamikę plotki. Całkowicie fałszywe poglądy puszczone w obieg, zajmują miejsce na pierwszych stronach gazet. I od tej chwili potwór jest zbyt fascynujący i zbyt dobrze się sprzedaje, aby go unicestwić”.

PS. I w ten oto sposób wypłynęło drugie słowo popularne: fake news. Kiedyś była to zwykła plotka, która dziś przybrała międzynarodowe szaty. 

poniedziałek, 4 października 2021

Kurkowy spacer

Sobota 2 października. 

Do lasu wchodziłem o szóstej. Szarzało. Lubię chodzić, bo przecież „dużo chodzić”, czy też ogólnie ruch fizyczny na powietrzu jest podstawową zasadą profilaktyki zdrowotnej. 

Zamierzałem przejść około 25 km. w ciągu ośmiu godzin, czyli tempo spacerowe. Kiedy się rozwidniło schodziłem z drogi w las, aby sprawdzić, co słychać u grzybów, czy jeszcze są. Zamknąłem już co prawda tegoroczny sezon, ale Czytelnicy którzy są grzybnięci, dobrze wiedzą o co chodzi.

Człowiek powinien mieć bowiem jakieś zainteresowania, pasje. Jak stwierdził znajomy chodzący w Bieszczadach z wykrywaczem metalu: „życie bez pasji do dupy jest”.

Więc zahaczam o jedną miejscówkę – nie ma nic. Druga – zero. Jest mgliście, ale powietrze super! Tak lekko się oddycha, czyli wilgotność optymalna. Idę dalej i ogólnie jestem zadowolony. Mało tego, dziękuję Duchowi Lasu za niepowtarzalny sezon grzybowy. Niepowtarzalny, ponieważ 90 % zbioru to były prawdziwki, tudzież sezon wypadł w tym roku znacznie wcześniej niż zwykle. Z Bieszczadów na Mazowsze wróciłem dość wcześnie, a to przez wirusa, który skomplikował podwózki. 

I tak sobie idę, w głowie słyszę piosenkę Czarnoksiężnik, mija trzecia godzina marszu, wychodzi słońce, zachodzę na ostatnią miejscówkę kurkową. I tu na otarcie łez uzbierałem kurek do niedzielnej jajecznicy dla dwóch osób.






 



Mijam kolejną dębinę świetlistą, która powoli wpada w kolor i mam już tylko pół godziny do celu wędrówki.




U celu dostaję pozdrowienie od jesiennego kwiatka. Bobrów nie ma tu od kilku lat – przeniosły się wzdłuż kanału o kilka kilometrów na zachód.






Las w końcu podmiejski, pogodna sobota, a ludzi nie było. W dalszej trasie nie widziałem nikogo, a kiedy w drodze powrotnej wszedłem na główny trakt prowadzący do wyjścia, minęło mnie tylko kilkanaście osób - spacerowiczów weekendowych.

środa, 31 marca 2021

Iskra nadziei

Nie ulega kwestii, że twórczy kreacjonizm w kosmosie jest determinowany destrukcją.                                                                                                                                   Co przełożone na prosty język oznacza, że stare musi umrzeć, aby zwolniło się miejsce na narodziny nowego. Ta banalna prawda jest uniwersalna i dotyczy zarówno skali mikro, jak i makro.

Dzięki wysiłkowi geologów i paleontologów wiemy, że życie zapłodniło Ziemię zaledwie kilkaset milionów lat po jej narodzinach, a więc cztery miliardy lat temu.                                                                                                                                           

Mijały miliolecia i życie zaroiło się w oceanach. Z pralancetników – przodków stworzeń kręgowych, powstały płazy. Po nich pojawiły się gady i panowały przez 130 milionów lat z wahnięciem w połowie tego cyklu.                                                                      I tak dochodzimy do całej serii katastrof sprzed 62 - 65 milionów lat, rozpoczętej uderzeniem bolidu w ocean nieopodal Ameryki Południowej. Prawie wyginęły dinozaury. Prawie, bo jakaś ich część jednak przetrwała w postaci ptaków.

Wreszcie przyszedł czas na pojawienie się ssaków. Paleontolodzy uważają, że przedczłowiecze  formy zawdzięczają swe powstanie właśnie katastrofie – wyrwie w biosferze, czyli w powiedzeniu, że narodziliśmy się z popiołów gwiazd, nie ma odrobiny przesady.

Jak pisał Stanisław Lem: - „We wnętrzu supernowych powstają w kolejnych fazach nuklearnych reakcji coraz cięższe pierwiastki, aż wreszcie wybuch kończący egzystencję takich gwiazd, rozsiewa owe pierwiastki na wielkich przestrzeniach i tym samym powstajemy wraz z naszymi planetami z gwiezdnego prochu. Dlatego destrukcja, jako wstępny warunek formowania się planet i istot żywych, nie jest żadną metaforą”.

Wiemy, że najlepszą wylęgarnią życia jest tak zwany okrąg korotacyjny spiralnych galaktyk, takich, jak Droga Mleczna. Ażeby jednak życie mogło zaistnieć i się usadowić, potrzebna jest woda, oraz być może jakaś obecność tlenu w atmosferze. Pierwotna Ziemia nie była ani oblana oceanami, ani nie posiadała odpowiedniej dla życia atmosfery. Teraz już wiemy, że to powstające i rozrastające się życie tak jednocześnie kształtuje atmosferyczne i wodne środowisko, że staje się ono coraz bardziej sprzyjające dalszemu rozwojowi życia.

Tak się działo do pewnego momentu, który niedawno osiągnęliśmy. To był moment kulminacyjny, szczyt sprzyjających warunków, ponieważ równowagę zburzyły trzy nowe czynniki: - ten od góry, ten spod nóg i ten ze środka.

- Po pierwsze primo środek: - nastąpiło przekroczenie cywilizacyjnego Rubikonu. Na arenę wkroczyła agresywnie nasza zbyt liczna technosferyczna cywilizacja. Wkroczyła na przykład ze smogiem elektromagnetycznym i chorym biegiem donikąd, po to tylko, aby zaspokoić zupełnie zbędne potrzeby nazywane ciągłym rozwojem. Te potrzeby są nie tylko zbędne, ale i szkodliwe, czego są świadome ukryte grupy interesów, które te potrzeby ludziom wmawiają. A bieg donikąd nazywany ciągłym rozwojem niszczy dom człowieczy. Więcej - nie tylko niszczymy własne gniazdo, ale dodatkowo podcinamy biosferyczną gałąź, na której siedzimy razem z tym gniazdem. Azaliż pojawiła się iskra nadziei i to paradoksalnie dzięki wirusowi, bo to on zatrzymał obłędną pogoń donikąd. Teraz przed nami konieczność trwałej zmiany stylu życia, ponieważ wirus już nas nie opuści. 

- Po drugie primo czynnik spod nóg: - zagrożenie klimatyczne, które idzie głównie od dołu. Ziemia bowiem włączyła grzanie i robi się coraz bardziej gorąca. Na to grzanie wpływu nie mamy. Do tego bieguny magnetyczne są niestabilne i jakby chciały zmienić położenie.

- Po trzecie primo czynnik od góry, czyli kosmos: - Wejście Układu Słonecznego w równik galaktyczny, obszar z zagęszczeniem pyłów, w tym także kosmicznych wirusów i bakterii. Jak się okazuje mamy to zapisane w Tzolkinie i jego cyklu dwudziestu sześciu tysięcy lat. Niestety nasza obrona ogranicza się do dystansu, noszenia maski i siedzenia w domu. Tylko jak długo mieszczuch może w tym domu usiedzieć i nie dostać pierdolca, jak go gna do ludzi? 

- Zastrzyki pominąłeś!

- Pominąłem? Proszę przeczytać aktualny wywiad Angeli Merkel.

Dzielę się wiedzą z Czytelnikami i nie wiem, czy robię dobrze, czy niedobrze. Bo ludzie atoli mają przecież tak różną psychikę. Ostatnio na przykład zdziwiła mnie ilość wejść na wpis „Depresja” autorstwa Stachury. Młodych ludzi obecna sytuacja przytłacza, bo jak ma być inaczej. A starych nie przytłacza? Starzy też się boją. Ale oni mają wygodne wsparcie: - jak trwoga, to do Boga - ów myśli za mnie. Aktualni młodzi "wolni strzelcy" muszą natomiast sami budować osobistą hierarchię wartości. Podpowiadam proste motto: - Wystarczy być przyzwoitym.

Wracamy do myśli przewodniej: - Stare musi umrzeć aby nadeszło Nowe. I tak się w końcu stanie. Oby tylko to Nowe nie wyglądało tak, że zacznie nas dymać nowa ekipa, tym razem młodych kanalii, z jakimś nowym (bez urazy) superdebilem na czele. 

 

wtorek, 30 marca 2021

Co bywa najzdrowsze

Wiersz dla podtrzymania ducha, z czasów przed wirusem, traktujący między innymi o szczepieniu i przeciwciałach.

 

Cieplarniane warunki

 

        Gdy dyrektor przechodził przez biuro to zrobiła się taka cisza,

        Że było słychać nawet jak pchły oddychają na myszach

        Siedzących w biurowych norach i jak muchom zginają się łokcie

        I jak księgowej Maniusi odrastają gwałtownie paznokcie

        I jak kierownik w myślach robi podwładnych na szaro,

        I jak księgowemu Kopcimęckiemu sypie się pierwszy zarost

        Oraz jak kontystce Miętusik starzeją się ciepłe papucie,

        I jak w buchalterze Serojdaku budzi się nagłe uczucie

        Do wspomnianej uprzednio Maniusi, i jak Maniusia myśli:

"a chała!"

        I jak w zaszczepionym na dur brzuszny Samotraczyku wytwarzają się przeciwciała,

        I jak Pipulskiej robią się zmarszczki, i jak Kupścia zgaga piecze

        I jak łysieje Superfajczak i mnóstwo innych rzeczy,

        Ale to były odgłosy ciche, więc faktycznie panowało milczenie

        W którym trzeszczały artretycznie kroczącego dyrektora golenie

        I kolana, i w ten sposób dyrektor już się zbliżał do wyjściowych drzwi

        Gdy wtem Dreptakowi w żołądku jak zapiszczy coś "pi pi pi..."

        A zabrzmiało to w ciszy śmiertelnej jak bomba wodorowa,

        Lub raczej - jak się okaże - jak salwa honorowa,

        Bo dyrektor, nie przywykły do huku, pomyślał, że coś wybucha

        Więc zbladł, zatrzepotał rękami, zadarł nogi i oddał ducha.

        I leżał. A żołądek Dreptaka śpiewał nad nim jak zespół "Mazowsze"

        Tak, tak... cieplarniane warunki nie zawsze bywają najzdrowsze!

 

                                        Andrzej Waligórski

  

wtorek, 16 marca 2021

Kraków przedwirusowy

 


Zaglądam do archiwum zdjęciowego. Kraków przedwirusowy. Kwiecień 2017. Pomimo wczesnej pory tłumy na rynku - 80 % obcokrajowców. Mnie tam tłum nie kręci, zmierzam na Wawel, fotografować kwiatową wiosnę, a na rynku oglądam konie. I dorożkarki.









Z Krakowa pojadę do Ciężkowic, przez Tarnów. Jako że jeszcze nie jechałem do Tarnowa pociągiem, zamierzam nadrobić ten brak. Jadę więc. Pociąg lokalny posuwa się bardzo wolno, znaczy niespiesznie. 60 km w dwie godziny? Mnie to nie przeszkadza, mam czas, to sobie trochę myślę i wyglądam przez okno. Pomimo wolnej jazdy wagony trzeszczą, skrzypią, łomoczą niemiłosiernie, jakby się miały zaraz rozpaść. Mija pół godziny, wagony nie rozpadają się, atoli uspokojony, skupiam się na tym, co za oknem. Teren łagodnie pofałdowany, widoki szerokie, nic dziwnego – to Beskid Niski. Po prawej stronie jest przeważnie wyżej i tam, co jakiś czas pojawiają się domy, stojące blisko torów, a wtedy po lewej stronie, niższej, pojawiają się zwały śmieci. Znaczy trzeba śmieci wyrzucać za tor i jest gitara. Zaczynam zabawę: - patrzę tylko na lewą stronę. Kiedy pojawiają się śmieci, to jest znak, że po prawej stoi dom. I odwrotnie: patrzę na prawą stronę: - stoi dom? Spojrzenie w lewo – bingo! Oczywiście są śmieci. Jest kwiecień, a więc zielsko jeszcze nie urosło, wszystko widać. Za mną jadą Niemcy, bo słyszę komentarz; - „polnische wirtschaft”. Oraz jeszcze kilka dosadniejszych, lecz jakże słusznych określeń. A co? Nieprawdaż?

Czy inaczej jest na Mazowszu? Kiedy długo idziesz przez las i naraz zobaczysz stertę śmieci, bądź pewien, że gdzieś w pobliżu stoi dom.

Dojeżdżam hałaśliwie do Tarnowa i świtają dwie myśli:

- Po pierwsze primo: - pociąg właśnie dlatego jechał wolno, żeby wagony się nie rozpadły.

- Po drugie primo: - gdybyśmy jechali szybko nowoczesnym pociągiem, Niemcy nie mieliby szansy na zobaczenie śmieci.

I w tym miejscu oczywiście przypomina się, co rzekł był klasyk, w tym przypadku  komunista Gomułka Wiesław: - „Gdybyśmy mieli blachę na puszki, zarzucilibyśmy konserwami całą Europę. Ale nie mamy mięsa”.

Czytam komentarze z sieci. Ktoś napisał: - „Kiedy otworzą knajpę, pójdę tam, zamówię śledzia i piwo, będę siedział i gapił się na ludzi”.

Czyli tęsknota za tym, co było. A jak to se ne wrati? Bo mamy nowe wiadomości o wirusie: - kto zachorował, ten ma przeciwciała. One powinny klienta chronić przed powtórnym zakażeniem. Jak długo chronią? Ano trzy tygodnie, albo sześć. Krótko. A jak długo daje ochronę szczepionka? Czytam, że cztery miesiące może. Po tym okresie delikwent ponownie bezbronny. To co chwila trzeba będzie brać kolejny zastrzyk? A co z nowymi mutacjami? Te wszystkie wiadomości mają wspólny mianownik: - „może”, „prawdopodobnie”, oraz „dokładnie nie wiemy”. Decydenci jakoś przestali mówić o odporności populacyjnej. Ale pamiętamy pierwsze określenia: - odporność „stadna”. Bo dla rządzących zawsze byliśmy, jesteśmy i będziemy stadem baranów.

Natura jest mądra. Jeśli coś narusza na dłuższą metę równowagę, wydarza się inne coś, co to pierwsze coś niszczy. Natura w swej mądrości stoi na straży harmonii, każdy przejaw destrukcji zostanie przez nią odrzucony.

Materia jest jak już wiemy energią, światłem, w którym są zapisane informacje. Kiedyś człowiek był częścią całości. W kolejnych światach powstawał problem – człowiek odłączał się od całości, przez co tracił poczucie bezpieczeństwa. Ludzie budowali wokół siebie sztuczną przestrzeń i harmonia była już niemożliwa. Pojawiała się destrukcja.

Natura usuwała ten błąd. Pierwszy raz ogniem. Za drugim razem wodą.

My i wszystko wokół nas, zwierzęta, rzeka, wiatr i pogoda, podlegają tym samym prawom natury. Są ze sobą powiązane, nie są sobie obce.

Taką wiadomość przynosi cisza pozamiejska. Bo jest jeszcze cisza miejska, w czterech ścianach, gdy okna dźwiękoszczelne. Azaliż dopiero cisza pozamiejska, w samotności oczywiście, kiedy nikt nie przynudza, uwalnia jednostkę od strachu, który w mieście unosi się w powietrzu. Ten strach dziś unosi się razem z wirusem i jest łykany z każdym oddechem. Natomiast cisza w Naturze uwalnia od strachu przed słowem, porażką, szefem, utratą pracy, oszustwem. Uwalnia przynajmniej na chwilę, bo strach mamy zakodowany w sobie od pokoleń i łączy się on z miastem.

Miasto atakuje system nerwowy. Głównie atakuje pędem życia i hałasem. Tu wirus wprowadził już zauważalną zmianę. Czyli jest jakiś pozytyw. Co do wsi, to każdy wie, że na wsi żyje się spokojniej. Oczywiście o ile nie mieszka obok nas wredny sąsiad.                                                                                               

Człowiek w mieście jest jak pinezka wciśnięta w asfalt butem olbrzyma.

Dlatego kto może, powinien się bronić przed miastem.

piątek, 5 marca 2021

Eksperyment myślowy

Dwie aktualności. 

Po pierwsze primo: - młodzi są coraz bardziej zradykalizowani, tudzież zwięźli i konkretni. Nic dziwnego: - notujemy zauważalny upadek autorytetów. 



Po drugie primo: - miłościwie nam panujący wirus jest wymarzonym i niezastąpionym narzędziem kontroli społecznej zarówno w skali krajowej jak i globalnej. 

Tu wpis internauty.

"mareknufc04.03.2021, 09:56

Eksperyment myślowy: gdybyś miał skonstruować doskonałe narzędzie do kontroli społeczeństwa, jakie warunki musiałoby ono spełniać?
Ja bym postawił na następujące:
- widmo śmierci, ciężkiej choroby, utraty majątku (ludzie się najbardziej tego boją),
- możliwość jego łatwego uruchomienia, gdy jest potrzebne i dezaktywacji, gdy potrzebne być chwilowo przestaje, co umożliwia prowadzenie polityki kija i marchewki (wystarczy zwiększyć ilość testów o dokładności rosyjskiej ruletki ewentualnie zmniejszyć, co w początkach pandemii robił minister Szumowski i na papierze Polska był wolna od wirusa),
- opatentowana przez radzieckich uczonych bezobjawowość choroby, która umożliwiała zamknięcie każdego w psychuszce jako chorego psychicznie (trudno oddzielić zdrowych od chorych, wszystko jest kwestią interpretacji i arbitralnej władzy rządzących),
- z bezobjawowością współgra wysoka zakażalność, bo ułatwia to napuszczanie ludzi przeciwko sobie i pomaga w ich izolowaniu. Każdy stanowi zagrożenie.
                                                                                                     

- zawsze skuteczne odwołanie się do emocji (chrońmy najsłabszych, seniorów etc., nawet gdy podjęte działania przynoszą tym osobom więcej szkody niż pożytku),

- potencjalna zmienność zagrożenia, która ułatwia elastyczne dostosowywanie instrumentarium kontroli społecznej do aktualnych potrzeb poprzez żonglowanie argumentem nowych nieznanych mutacji.
- uznaniowość skutków korzystania z tego narzędzia (jak w tym bon mocie, że nikt nie udowodnił, że maski na twarzy nie chronią przed zakażeniem, co opiera się na specyficznym postrzeganiu tego, jak powinien wyglądać rozkład ciężaru dowodu),
- wreszcie fantomowość samego zagrożenia (gdy na dobrą sprawę nie wiadomo, z czym walczymy - jak onegdaj w Związku Radzieckim, gdzie żmudnie walczono z trockizmem, przy czym nikt do końca nie wiedział, na czym ten trockizm polega, ani nie widział na oczy trockisty),
- wszechobecność i bezkonkurencyjność oficjalnej narracji (stąd potrzeba walki z dezinformacją w Internecie, zamykania wrażych stron, stawiania lekarzy, którzy mają odmienne zdanie, przed sądami dyscyplinarnymi, wyzywania ludzi od płaskoziemców).
Żeby była jasność - ja nie mówię, że
nie ma epidemii, ale nic od roku się nie zmieniło, dalej jest to choroba groźna dla promila społeczeństwa. I w imię jakiejś mitycznej walki z epidemią zarżnęliśmy gospodarki całego świata, zabroniliśmy podróżowania, zmusiliśmy do bankructwa niezliczone ilości przedsiębiorstw jak i indywidualnych obywateli. Czy w końcu wygraliśmy z wirusem? Nie. Na nowo zaczyna się straszenie mutacjami, szczepienia co roku, karanie młodych za to że są zbyt zdrowi i dlatego nie dostaną szybko szczepionki. Nie poddaję w wątpliwość kompetencji naszych drogich Przywódców, wiedzy naszych drogich Ekspertów czy zwłaszcza moralnej słuszności kursu naszych drogich Dziennikarzy. To tylko eksperyment myślowy, który pomaga wyobrazić sobie, jak mogłoby wyglądać doskonałe narzędzie kontroli społecznej, oczywiście gdyby ktoś je kiedyś wynalazł".