Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siekierezada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siekierezada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 grudnia 2022

Wspomnieniowa inspiracja

 

Jako że drążę temat przyszłości – prognozowanie przyszłych dat zwrotu na Wigu 20 jest konkretną próbą zaglądania w przyszłość i napiszę skromnie – pewne osiągnięcia na tym polu mam, także często zastanawiam się, co czeka naszą Matkę Ziemię. I co czeka inteligentne małpy mieszkające na trzeciej planecie od Słońca. No właśnie, kim są ludzie dla Ziemi? Czy w ogóle jesteśmy Ziemi potrzebni? Nie wiem i nie o to chodzi, chociaż nasuwa się analogia do pcheł, które obsiadają psa. Czy jak już pisałem do bakterii, bo tu skala proporcji jest odpowiedniejsza. Jeszcze niedawno, bo w roku 1950 tych bakterii było dwa i pół miliarda. Dziś jest 8 miliardów. Bakterie są maleńkie, atoli jeśli rozmnożą się ponad stan optymalny, stają się zagrożeniem dla swego żywiciela.

      Owszem można na wesoło, że jeszcze do niedawna te bakterie nie były zmutowane i większość z nich chodziła boso, a dziś zmutowały i zaczęły w coraz większej liczbie chodzić w butach.

      Zbliża się koniec roku, więc naturalny czas podsumowań, także wspomnień.

Nie wiem skąd mi w roku 1992 przyszła do głowy (bo dokąd miała przyjść?) myśl, że „kiedyś” odkryję prawidłowości rządzące GPW. Nie mam tu na myśli przekrętów na pojedynczych spółkach, które są „robione” w tak zwane „żywe oczy”. Przeważnie dotyczy to spółek o niewielkiej kapitalizacji. Nie, nie. Nie o to chodzi.

Mnie interesowała jakaś ogólna prawidłowość, mechanizm liczbowy, z pomocą którego Mechanik Światła narzuca inwestorom swą wolę na giełdzie narodowej.

Właśnie tak bym sformułował swoją ówczesną myśl.

Mijały lata, a ja szukałem. Do tego szukania był mi potrzebny ołówek i papier, potem tylko kalkulator. Najpierw, czy też najsampierw było to szukanie w liczbach dni, w których trwał dłuższy wzrost, lub spadek, co można było wyczytać z wykresu giełdowego.

Byłem pewien, że ta jakaś liczba odczytana z wykresu, niesie informację – a ja nie wiem o tym nic, poza tym, że ona jest. Szukałem według metody chybił-trafił. Zapisywałem, czyli gromadziłem materiał statystyczny. To była pasja, ale i obsesja, ponieważ nieraz budziłem się środku nocy, wychodziłem z sypialni do pokoju w którym mieszkały papugi (wychodziłem cichutko, żeby nie obudzić mej drugiej żony, tudzież trzydziestu, a w końcu tej sławnej ilości 55 kotów śpiących w swoich kojcach). Tam próbowałem zrozumieć kolejną liczbę, którą właśnie określił wykres, dlaczego ona jest właśnie taka a nie inna. Dodawałem, odejmowałem, dzieliłem i mnożyłem. Coraz bardziej wciągała mnie matematyka, bo co tu ukrywać - ona pachniała mi pieniędzmi. Czytałem o rynkach finansowych co tylko wpadło mi w ręce.

Pomalutku nad tą moją pasją zaczęła wschodzić jutrzenka. I to jest właśnie to sławne Tao – Droga! Był cel, a jakże, ale dziś już wiem, że w sposób praktyczny udowodniłem sam sobie, iż oprócz celu równie ważna jest droga prowadząca do niego. Albo inaczej: - ta droga, samo podążanie nią jest ważniejsze od celu.

Odkąd stałem się finansowo niezależny, zmieniło się wszystko jak pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Och! Jak miło wspominam sobie pierwszy wyjazd w Bieszczady! Odspawałem się od komputera, już nie musiałem grać na giełdzie. Nie potrzebowałem także wiadomości finansowych, TV, komputera. Totalny reset. Najpierw nastąpiło zapoznanie z Bieszczadami – namiot stał przez trzy początkowe tygodnie u Krystyny Rados, a ja byłem wolnym ptakiem. Upiłem się ze szczęścia w Smolniku nad Osławą, co miejscowi wykorzystali dla oskubania Zbyszka, chociaż im stawiałem. A niech tam. 

Potem była pierwsza i od razu wielodniowa wyprawa na połoniny, ze spaniem na górze pod dachem nieba, zakończona lądowaniem w Siekierezadzie, gdzie również popiłem z radości i skradziono mi lub zgubiłem telefon, lecz zyski przewa żyły straty - poznałem Marię z Wyspy Sobieszewskiej, tudzież kilkanaście innych ciekawych osób. Syciłem swoją pasję fotografa – do końca roku zrobiłem pierwsze trzy tysiące bieszczadzkich zdjęć.

Czemu ma służyć ten dzisiejszy wpis? Inspiracji i zrozumieniu że:

- Po pierwsze primo warto walczyć o spełnienie marzeń.

- Po drugie primo chodzi o rozbudzenie zainteresowania w tym konkretnym przypadku tematem: - „Jaka jest prawidłowość krążenia pieniądza na GPW”. Bo taka prawidłowość jest.

Z sentymentem zaglądam do archiwum i patrzę na swoje „obrazki poszukiwawcze”. Przy każdym odkryciu wydawało się, że to już, azaliż Tao miało jeszcze potrwać w myśl zasady: - dojdziesz do wszystkiego w odpowiednim miejscu i czasie.

Dla zainspirowania Czytelników zaciekawionych sprawą zamieszczam kilka obrazków z wczesnej fazy poszukiwań, kiedy w zagadnieniu robiło się już letnio (zabawa z dzieciństwa w ciepło – zimno: - Zimno, letnio, ciepło, gorąco, bingo!).







 Wreszcie poczułem, że jestem blisko i zacząłem ogłaszać prognozy. Używałem wtedy niepotrzebnie górnolotnego pojęcia „zapora gwiezdna”, która nie zawsze okazywała się istotniejsza od daty "mocnej". Jak widać na obrazkach, na których omawiałem po czasie sprawdzalność prognoz, jednak wyglądało to obiecująco.



 

 

Miłego weekendu.

 

piątek, 12 listopada 2021

Można urodzić się szczęśliwym głupkiem

 




Jeszcze zanim zetknąłem się z filozofią sufich, a konkretnie z tym, o czym mówił Osho, zauważyłem, że człowiek zadowolony, szczęśliwy, sprawia otoczeniu wyraźną przykrość.





 Ja tam od zawsze potrafiłem cieszyć się z byle czego. W dzieciństwie nie było z tym problemów, jednak w dorosłym życiu zauważyłem, że okazywanie, czy też próba dzielenia się radością, kończy się nader często wbiciem złośliwej szpilki i to nawet przez niby bliskie osoby. Myślałem naiwnie, że skoro emanuję radością, to taki sam stan w sposób naturalny powinien udzielić się innym. A tu kicha. Stopniowo docierało do mnie, że okazywanie ogólnego zadowolenia wprawia ludzi w zakłopotanie, mierzi, denerwuje nawet. Przestałem więc wychylać się z tym swoim podobno niepoprawnym optymizmem. Przyszły refleksje, doszedłem do wniosku, że:

- po pierwsze primo: wiem swoje, a opinię innych mogę odrzucić.

- Po drugie primo: nie ma lepszego przyjaciela, niż ty sam dla siebie.                                                                                              

Jednak nie mogłem pojąć tego przykrego nastawienia u ludzi, dopiero Osho wyjaśnił sprawę, stawiając przysłowiową kropkę nad i.


Pisałem o tym zjawisku, więc teraz bez rozwijania tematu: - w końcu nauczyłem się asertywności, zmienił się mój świat. 

Stare księgi podają: - Inni będą potępiać ciebie tak długo, jak ty sam będziesz potępiał siebie. Albowiem szczęśliwy jest ten, kto samego siebie nie potępia, w tym, na co sobie pozwala. Podejmij więc w sobie decyzję, by wznieść się na wyższy poziom, na którym utuczone cielę, pierścień i szata oczekują, byś ich zażądał. Życie zawsze wynagradza ciebie tym, czego sam się dla siebie domagasz, przy czym najsilniej działa myśl ukryta”.  

A Osho wyjaśniał: - „Ludzie są w większości nieszczęśliwi, niezadowoleni z życia. Czyli są chorzy, mają zaburzoną świadomość. Tę chorobę spowodowała tresura społeczna, której częścią jest religia”.


Duża część społeczeństwa jest chora. A jak człowiek chory ma zrozumieć zdrowego?

Nijak.

Nie może go zrozumieć.

Więcej: - zazdrości mu, oraz profilaktycznie, na dzień dobry, nie lubi owego.

Nie bardzo wie dlaczego tak jest, dlatego sobie tłumaczy: - Z nim jest coś nie tak, bo on nie jest podobny do mnie, nie stęka jak ja, nie narzeka, nie obmawia innych, nie żyje według obowiązującego schematu "co ludzie powiedzą", natomiast ma odwagę być sobą na tak wielu polach. To (chyba?) jakiś głupek jest?

 Pokora w podejściu do świata jest jak najbardziej wskazana, jednak w tym miejscu przypominam tekst w wykonaniu Peresady z kultowej Siekierazdy: - „Ja go nawet mogę przeprosić, ale on jest mnie tak potrzebny, jak zadra w dupie”. 


Poniżej trzy zdjęcia z muchą. Na dwóch leci, na trzecim siedzi.





czwartek, 8 listopada 2018

Beczka

Wykuśtykuję z Siekierezady.
Zaciskam zęby z bólu przy każdym kroku.
Aby tylko dojść te kilkadziesiąt metrów do szosy.....
Właściwie ogarnia mnie w tym momencie rozpacz i natychmiast pojawia się myśl - Intencja: - Aniołku!! Podwózkę proszę!

Doszedłem i stałem tylko kilka minut, gdy zobaczyłem nadjeżdżający samochód bez świateł.
Macham – samochód staje - przedstawiam się : - Zbyszek 55.
W głowie tylko jedna myśl - do domu!
I tak poznałem Elę, szefową stadniny hucułów z Czystogarbu.

Ela rusza, włącza światła i pyta dokąd chcę jechać.
- Do Woli Michowej – odpowiadam.
- A to tam, gdzie stadninę koni ma Maria! – zauważa Ela.
I zaczynamy rozmowę o Marii – naszej wspólnej znajomej.                        - Dzwoni telefon Eli.

Oto do Czystogarbu przybył weterynarz i pyta szefowej któremu koniowi jaki zastrzyk ma zrobić. Ela instruuje weterynarza. Telefon wykonany – możemy wrócić do rozmowy o koniach Marii.                         
 - Dzwoni telefon Eli: - jakaś inna sprawa z Czystogarbu zostaje zwięźle załatwiona.

Możemy wrócić do przerwanej rozmowy.....                                                
 - Znowu dzwoni telefon Eli – tak mają pewnie wszystkie bizneswomeny.
 
Ta ostatania rozmowa wygląda następująco: - Już dobrze się czujesz? Wypisują cię? Ok! Jadę po ciebie do szpitala!

Ela rozłączyła się i pyta mnie: - Czy do Leska to mam wrócić do Cisnej (Już jesteśmy na zjeździe w stronę Komańczy) czy lepiej jechać przez Komańczę?                                                                          - Ani tak, ani tak – odpowiadam. - Zostawisz mnie w Woli Michowej, a sama skręcisz na przełęcz Żebrak, to ta sama droga, którą jedzie się do Marii. Z Żebraka zjedziesz prosto do Baligrodu a stamtąd już rzut beretem do Leska. 

 - Ale tam na górze jest przecież szlaban? - zauważa Ela.                 
 - On jest teraz otwarty bo wiosną uszkodził go spadający świerk i jeszcze nie naprawili – odpowiadam.                                                  
 - Chyba Anioł ciebie zesłał! - stwierdza Ela. 
Ja – być może tak.

Minęliśmy Szczerbanówkę i Ela opowiada: - Ze szpitala mam odebrać chłopaka, który spadł z mojego konia i stracił przytomność. Martwiłam się, ale jak widać wszystko dobrze się skończyło.

Tyle się dzieje w skrócie na odcinku 15 km. od Cisnej do Woli.

Dojechaliśmy przed dom Staszka Firsta, gdzie wysiadłem. Dzięki rozmowie całkiem zapomniałem o bólu w nodze, ale wystarczyło stanąć, aby sobie o nim przypomnieć.
Boli!!!
Znowu mi się w głowie zakręciło!
Lecz co tam! - już jestem prawie w domu. Jeszcze tylko trzeba przejść te marne 400 metrów do Kołyby......
 
Przekuśtykanie przez łąkę zajęło mi pół godziny i wreszcie staję przed chałupą. Zdjęty plecak położyłem na trawie - czuję że rosnę!
Otworzyłem drzwi i w tym momencie zadzwoniła znajoma.
Zdążyliśmy zamienić tylko kilka słów, gdy chałupa się zatrzęsła i usłyszałem huk.
Przerywam rozmowę i wychodzę sprawdzić co się stało. Oto widok na drugi fikołek.


Deszcz rozmiękczył ziemię i słup podtrzymujący na dachu bekę z wodą obsunął się. Beczka spadła najpierw na krawędź daszku nad drzwiami, potem na plecak i w końcu zległa.
       No tak, wytłumaczenie jest, azaliż przypadków nie ma - dlaczego beczka spadła akurat teraz, choć tu ciągle pada?
Ona miała trafić we mnie! 
Przecież minutę wcześniej stałem dokładnie w tym miejscu!  

Znaki odbieram prawidłowo - tego mnie Jan nauczył, po wypadku pod Ciechocinkiem, gdy wracaliśmy od kamiennych kręgów w Odrach. (był wpis)
Sprawa staje się jasna: - oto złe życzenia od czarnych z Fereczatej zadziałały po raz drugi.

Już ja ich załatwię!
Najpierw oczyszczenie.
Potem odczyniam rzucony na mnie urok (nauczyła mnie tego moja babcia - Szeptucha). 
Rzecz polega na odesłaniu złych życzeń do nadawców. Wiem, jak to działa - nie chciałbym być na ich miejscu.
Od razu czuję się lżejszy i poprawia mi się nastrój - widomy znak, że siedziało na mnie Złe.  

Teraz czas na uprzątnięcie miejsca – wysikuję zardzewiałą wodę z beczki i rozpinam uderzony plecak.
Szkody: - małe rozdarcie w plecaku – zaszyje się.
- pęknięta torebka z płatkami owsianymi – wytrząchnąć dla ptaków.
- przygięty druciak ogniskowy (był przywiązany na spodzie) – wyprostuje się.
- nadgięta osłona obiektywu Canona, choć aparat był owinięty swetrem.
Robię próbne zdjęcie – jest ok.
A więc straty okazały się zerowe.


Zdaję telefoniczną relację z wypadku znajomej, która radzi mi, abym na nogę przyłożył sobie kompres z octu, co wykonuję niezwłocznie: - nasączyć gałganek octem i owinąć nim kostkę. Wykonuję to za pomocą zalewy octowej z pieprzem do marynowania grzybów – bo tylko taki ocet mam.

Jeszcze tylko napić się i spać, spać!
Jest już szaro kiedy z tym kompresem nożnym usypiam natychmiast – rano przecież odjeżdżam do Sanoka. Budzę się w nocy – noga pali – zrzucam kompres, głowa gorąca - mam gorączkę.

I w ten oto sposób skończył się dzień czwarty wycieczki w góry, w którym „się działo”.
Rano budzę się z pogodą ducha, chociaż boli sakramencko i z ciekawością oglądam pęcherze, które wywaliło przez noc. Jak się okazało dopiero wzbierały.


 
Potem nastąpiło mozolne schodzenie do autobusu Cisna – Sanok. Po południu, w Sanoku, przed przesiadką w Neobus do Warszawy, pęcherze nabrały rumieńców.


Po dwóch dniach siedziałem przed Domowym Konsylium Lekarskim na Wyspie Sobieszewskiej. Owe ciało zawyrokowało: 
1 - pęcherze wezbrały dlatego, że zamiast octu zastosowałem octową marynatę do grzybów. Czyli według Konsylium przypaliłem skórę.
2 - Mam natychmiast udać się do lekarza.

Azaliż nie mogłem zgodzić się z tą diagnozą z dwóch powodów: - po pierwsze primo: - zaprawa do marynowania grzybów miała ocet rozcieńczony jeden do pięciu, a jakoś ten logiczny argument nie trafiał do Konsylium. - Po drugie primo: - po ogłoszeniu wyroku jedna osoba ze składu Konsylium spadła z ławki będąc w stanie wskazującym, co wzbudziło moje podejrzenia co do do stanu upojenia pozostałego składu Konsylium.

Podsumowanie: - Każdy jest dla siebie najlepszym lekarzem. Po tygodniu pokonałem te marne siedemset metrów dzielące mnie od morza i zastosowałem leczenie piaskiem.

środa, 7 listopada 2018

Siekierezada


Minęła ósma godzina boleściwego kuśtykania i nadeszła dziewiąta, ostatnia - najgorsza. Brrrrr....
Idę, starając się stąpać prawie na jednej nodze i stękam z bólu. Przy tym rozmawiam z Aniołem: 
Ja: - Ja pierniczę, ale boli!
On: - Nie złość się. Złość piękności szkodzi. Wiesz przecież, że nic nie trwa wiecznie. Wszystko mija, ten ból także minie. Jest wdech i wydech....
Ja - A gówno mnie to obchodzi! Do domu chcę!

Po dziewięciu godzinach mordęgi dowlokłem się wreszcie do Cisnej.
    Niestety, wychodzę na tory kolejki obok Siekierezady aż trzy godziny po odjeździe autobusu.

    Siekierezada.

    Ledwie żywy wypijam zimne piwo, które nieco orzeźwia, ale noga boli jak jasny gwint, chwieję się wstając. Z wysiłkiem zakładam plecak (boziuniu jaki on ciężki!).                                                                                                         Przez moment wydaje mi się, że zemdleję.
    Zawirował świat – jednak ustałem.
    Następuje wolniutka ewakuacja w cierpieniu, ze złej energii tego miejsca.
    Och! Jak boli!
    I w tym momencie mam dwa wyjścia:
    Po pierwsze primo – wpaść w rozpacz.
    Po drugie primo – w rozpacz nie wpaść, a zamiast tego wpaść w jakikolwiek humor, nawet wisielczy. 
    Wybrałem to drugie i wychodząc z knajpy, ugięty pod ciężarem, powtarzałem sobie wierszyk (Szymborskiej):

    „Niosąc ulgę doli mułów
    sam te worki weź na tułów”

Do tego dołożyłem Intencję (bowiem ufam przecież): - Aniołku, podwózkę proszę!

I już o niczym innym nie myślałem, tylko żeby jak najszybciej dotrzeć do Kołyby.


PS. Nie ma przypadków - kiedy szykowałem ten wpis do zamieszczenia, natrafiłem na takie oto myśli Tacyta o cierpieniu:

Kto zmaga się ze swoja niedolą, ten cierpieniu zawdzięcza hart i nie ustąpi przed żadnym złem, a nawet jeśli upadnie, będzie walczył jeszcze na kolanach.
      Nieprzerwane powodzenie nie pozwala wytrzymać ciosów.
Być zawsze szczęśliwym, i przejść przez życie bez zgryzoty serca, to nie znać drugiej strony porządku świata.
Jeśli nigdy nie byłeś nieszczęśliwy, przeszedłeś przez życie bez walki.
         Nikt się dowie, także ty sam, co potrafisz.
Aby poznać samego siebie, trzeba wystawiać się na próby.
Tylko tak może przekonać się każdy, na co go stać.
Dobrzy ludzie poddawani są wstrząsom dla umocnienia.
Mocne i zdrowe jest tylko takie drzewo, w które często uderza wichura. To od tych uderzeń zwiera się w sobie i mocno zapuszcza korzenie. Kruche jest to, które wyrosło w słonecznej dolinie.
 
A więc i ludzie szlachetni, dla swej własnej korzyści powinni się obracać wśród niebezpieczeństw i obojętnie znosić zdarzenia, które są złem jedynie dla tego, kto nie umie sobie z nimi poradzić.

poniedziałek, 20 października 2014

Radyjko

Opowieść usłyszana od Darka Karalucha. Karaluch to ksywka. Darek jest od kilku lat dozorcą przy młynie kamieni w Huczwicach.
       Za Darkiem wyboista przeszłość. Poznałem go w ubiegłym roku, gdy zaszedłem naładować baterię w telefonie. Z samotni jest tylko jedna droga do Baligrodu - przez młyn kamieni. Dzięki Darkowi poznałem kilku innych barwnych ludzi. Gdy wracałem raz w tygodniu z zakupami z Baligrodu, niosłem jedzenie dla psów Darka – Reksia i Ciapka, oraz czteropaka, aby było czym ugasić pragnienie, gdy ładują się baterie do aparatu i telefonu. Przychodziłem tu także i to wielokrotnie, aby sfotografować zająca i jego matkę.
Darek wtedy zaczynał opowiadać o starych wydarzeniach bieszczadzkich, bo to jego życie przecież. Przyjechał tu pod koniec lat siedemdziesiątych.
Na zdjęciu pomieszczenie Darka i widok na podwórze przy młynie. Darek widoczny w zarysie po prawej.
    

Radyjko
Radyjko to ksywka kolegi Darka Karalucha. Było ich trzech: Karaluch, Radyjko i Staszek Wiecheć. Pracowali na siekierezadzie w Jabłonkach, Kołonicy, na górze Jawor.
Ksywka Radyjki wzięła się stąd, że jakiś turysta odszedł z biwaku i zostawił w roztargnieniu radyjko tranzystorowe. Noszenie takiego radia w czasach komuny nobilitowało. To radio znalazł kolega Darka Karalucha, niezwykle się ucieszył i odtąd nosił je wszędzie ze sobą, stąd wzięła się ksywka.
Radyjko był niezłym kawalarzem, ktoś „dobrze wychowany”, czyli po dogłębnej tresurze społecznej, powiedziałby, że kawały Radyjki nie zawsze były w dobrym tonie. Ale my, jako ludzie nie uznający hipokryzji, nie uznajemy „dobrego tonu”, które to pojęcie należy również do listy wynalazków niezbędnych do zniewolenia jednostki.
       Był więc kolejny, zwykły dzień siekierezady, Radyjce nudziło się nieco. Wyjrzał na szlak, obok którego akurat okrzesywali gałęzie. Szlakiem szła para turystów, chłopak i dziewczyna. Za miesiąc mieli wziąć ślub, o czym Radyjko dowiedział się nieco później. W jego głowie zakiełkował pomysł żartu:
      • nastroszył włosy nie strzyżone od wielu miesięcy, wyskoczył na szlak tuż przed zbliżającą się parą, zaczął wymachiwać siekierą, robić groźne miny i krzyknął zachrypniętym głosem:
Jedno zabiję! Kurwa jedno zabiję! Nie ma odwołania! Jedno z was już jest martwe! Wybierajcie które z was mam zarąbać!
Zszokowana młoda para zbladła.
Pierwszy odzyskał głos chłopak i wydusił z siebie: - pan ją zabije, bo ja muszę skończyć studia ….
Wtedy Radyjko uśmiechnął się, wsadził siekierę za pas i rzekł: - to tylko żart był.

Jak opowiadał Darek, następnego dnia dziewczyna, już bez chłopaka, przyszła do chaty drwali i powiedziała; - Chłopy, nie wiem jak mi się życie potoczy, ale jednej glizdy obok mnie jest mniej.
I opowiedziała, że miała się żenić za miesiąc z facetem.
Potem z własnej woli przez miesiąc prawie, gotowała obiady i sprzątała chatę, widocznie w podziękowaniu.

Życie jest tajemnicą? Być może jeden żart pozwolił uniknąć wieloletniego nieudanego związku.

sobota, 17 maja 2014

Siekierezada



Jest rano i przyjechałem właśnie do Cisnej.
Mam stąd jechać do Łupkowa, tam stoi mój dom…. Ale dziś tak pięknie, co mi tam plan jakiś?! Przecież trzeba żyć spontanicznie, niech żyje wolność i swoboda!
Upalny, bezchmurny dzień, ale żyć się chce!
 Wchodzę do najbliższego sklepu, proszę o podładowanie baterii do aparatu. Po pół godzinie przechadzam się po Cisnej już ze sprawnym aparatem. jest galeria obrazów – ikon. Wchodzę.
        




      




A teraz wio do sławnej Siekierezady!

Siekierezada
- Czyli druga pouczająca przygoda Zbyszka z alkoholem w Bieszczadach.

Jeszcze w autobusie z Wołosatego poznałem młode, szalenie sympatyczne małżeństwo. Mam szczęście do szalenie sympatycznych ludzi dziś! Okazało się, że oni też jadą do Cisnej.
A więc Siekierezada. Miło, ciemnawo, właściwie mrok, przyjemny chłód, bo na zewnątrz już upał na całego! Piwo zimne więc. Ach, jak ono smakuje!
Siekierezada jest pełna diabłów, ma wystrój diabelski. Były Anioły i ikony, to diabły są dla równowagi
       


W stół wbita wielka siekiera z łańcuchami. Super! Jak zaczęliśmy się gościć……Było wspaniale. Nic nie jadłem, to pamiętam.
     Gdy opowiadam ludziom o Janie Gabrielu – że nie przyjmuje pokarmów od 12 lat, nie je w ogóle, to zwykle pada pytanie: - jak to nie je?
Bo jak można nie jeść? To przecież niemożliwe.
    Mówię: - on jest bretharianinem, odżywia się praną, czyli światłem.
Ludzie nie mogą jednak tego pojąć, jak można nie jeść i usiłują to zrozumieć.
Dlatego zadają dodatkowe pytanie: - a pije?
Jan wypija dwie szklanki herbaty, czy kawy dziennie, a więc odpowiadam - Jan pije…..
Nie czas w tym momencie na wyjaśnienia – dlatego większość pojmuje to po swojemu, i odpręża się w jednej sekundzie.
„Aaaa!! Teraz to wszystko jasne! Kiedy ja piję to także potrafię trzy dni nie jeść!”

A więc popiłem piwa i zgodnie z zasadą o niejedzeniu - nic nie jadłem. Potem było wino firmowe postawione przez szalenie sympatyczne małżeństwo. Wypiłem. Brrrr! Brrrr…Niedobre! Mocno sztucznie pachnące. Brrrr!. Była godzina 12.00. Pani barmanka oddała mi naładowany telefon. To jeszcze pamiętam.
      A potem było Wspaniale, Radośnie i Wesoło. A ile się działo!!!! Zabawa na całego!
 Tylko, że mnie urwał się  film i nic nie pamiętam.

Za to kilka razy od spotykanych przypadkowo ludzi słyszałem: - ja ciebie znam przecież z Siekierezady. I to było jakoś tak mówione dziwnie, że wolałem nie pytać o szczegóły. W każdym razie nie pamiętałem tych spotykanych osób. Czyli niedobrze się zaczyna dziać.

Gdy załapałem gdzie jestem, był już wieczór.
 Stoję w Siekierezadzie na środku sali. Chyba tańczyłem solo?
Rozejrzałem się za plecakiem – był na swoim miejscu za stołem. To szczęście, bo tam aparat, a w nim 1500 zdjęć.
      Portfel? – był na swoim miejscu i to razem z kasą. ( Od pierwszej przygody alkoholowej w Smolniku nosiłem przy sobie nie więcej niż siedem stów) Chyba mnie stawiali tym razem, bo prawie nic kasy nie ubyło.
      Poczułem że powinienem opuścić ten lokal, choć nie byłem zmęczony. W pobliżu nikogo znajomego, zarzuciłem przeto plecak i wyszedłem.
      Autobus do Łupkowa stał się tylko wspomnieniem, już dawno odjechał.
Miałem początkowo zamiar iść na piechotę, ale po chwili do mnie dotarło, że to 25 kilometrów, trzeba się więc pokrzepić - piwem najlepiej. Sklepy otwarte do nocy, muzyka dobiegała zewsząd, jakiś dzień imprezowo - imieninowy wypadł. Same zabawy wokół, śpiewy i śmiechy rozbawionych ludzi. Dalej było gorąco.....
    

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Szczęśliwy Wojtek Juda



Szukajcie a znajdziecie. Jest trochę szczęśliwych osób na świecie!
     
Z daleka widać już górną stację kolejki bieszczadzkiej. Nie ma nikogusieńko. Jeden tylko pielgrzym.
    


Balnica jest kojarzona przez większość właśnie ze stacją kolejki.
  A dla mniejszości Balnica to Wojtek Juda, jedyny stały mieszkaniec tej dużej wsi, która kiedyś liczyła 400 mieszkańców.
    


      - Balnica jest więc w sezonie stacją końcową kolejki bieszczadzkiej,
      - Balnica to Luna (prawie wilczyca) – suka Wojtka, status: - rodzina, Chmiel i Wigor – konie Wojtka, status: - rodzina, oraz bobry i….żurawie.
O Lunie i żurawiach będą osobne posty. To osobistości Bieszczadów, które zasługują na oddzielne uhonorowanie.
   

 Ale najpierw opowiem o Wojtku.

                Wojtek Juda  z Balnicy.

Jest połowa lipca, wybiegnę nieco w przyszłość, żeby pokazać czarodziejskość liczb.

 W Balnicy znalazłem się ponownie 23 sierpnia.
Znalazłem się tu, prowadzony przez mego Anioła Opiekuńczego, w pięknej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, gdy nad głową rozlegał się krzyk odlatujących żurawi…..    
       Ciekawe….
Żurawie odlatują stąd, o tej samej porze co roku: - 23 sierpnia.
Także 23 sierpnia nastąpiło moje pożegnanie z Łupkowem; - odleciałem ze strażnicy.
      Pisałem kiedyś posta: - tajemnica liczby 23…
A Życie dopisało kilka nowych pozycji w osobistym ciągu „nieprawdopodobnych” przypadków związanych z liczbą 23. I to nie jest subiektywne. Liczba 23 w literaturze okultystycznej ma swoje zasłużone miejsce. (Robert Wilson – tajemnica liczby 23)
Tylko dwie zależności ogólne: - 23 dni to cykl biologiczny męski.
                                                 - 23 stopnie, to kąt nachylenia osi Ziemi.
Oraz jedna zależność szczególna – wracam autobusem z Cisnej do Łupkowa, na bilecie autobusowym który trzymam w garści podano odległość: - 23 km.



   Zacząłem pisać o Wojtku. O czym pisać, a co jest osobiste? Z kłopotu wybawił mnie „Bieszczadnik”. Oto urywki z artykułu w "Bieszczadniku" - jesień, zima 2012.

      -  Zaszyłeś się na kompletnym pustkowiu.
Może to przypadek, a może nie ma przypadków. W mieście, gdzie wcześniej mieszkałem, było mi za ciasno, nie nadawałem się do tamtego życia. 25 lat temu nie było jeszcze tej gonitwy, tego szalonego tempa, ale i tak nie znajdowałem tam dla siebie miejsca. Każdą wolną chwilę spędzałem w lesie i w górach.
   
     - No więc skąd się tutaj wziąłeś?

Urodziłem się w Przemyślu. O powojennych Bieszczadach pierwszy raz usłyszałem od dziadka. Opowiadał o niebywałej dziczy, o tym, że trawa i chaszcze są tu tak duże, iż konie zapadają się po szyję.
 I mnie to zapadło w pamięć.
    Później mieszkałem w Tarnobrzegu, potem w Krakowie.
Miałem zacząć studiować psychologię, jednak zostawiłem to, wsiadłem do pociągu i znalazłem się w Bieszczadach.
   Naczytałem się „Siekierezady”, chciałem brać życie we własne ręce.
Przyjąłem się do pracy w lesie jako pomocnik pilarza, ten, co łupie i składa metrówki. Wylądowałem w hotelu robotniczym. Na najbliższy przystanek autobus przyjeżdżał tylko dwa razy dziennie. Był listopad, pierwsze dni sprowadziły mnie na ziemię. Woda zamarzała w miednicy, robota jak dla młodego chłopaka z miasta ciężka jak cholera, rąk nie czułem. Po wyjściu na zrąb już miałem dość.
     
     - I dałeś nogę?

Co to, to nie, miałem ambicję, nie chciałem, żeby inni nazwali mnie mięczakiem. W hotelu łóżko zająłem po chłopaku, który zmarł tragicznie przed moim przyjazdem, a współmieszkańcy w większości byli po kryminale.
Była to twarda szkoła życia. Przemęczyłem się parę miesięcy, zarobiłem trochę grosza i trafiła się praca w schronisku studenckim, zaś nieco później przy kolejce leśnej.
Na własne życzenie trafiłem do Balnicy. Kierownik się dziwił, bo to była jakby karna jednostka, nikt tu nie chciał dobrowolnie pracować. W międzyczasie ożeniłem się, rodziły się dzieci. Samo życie, choć szczęśliwie nietuzinkowe.

    - Na czym polega niezwykłość Balnicy?

Mam do tego miejsca osobisty stosunek, znam tu bez mała każde drzewo, jar, potok. Drogę z Balnicy do Maniowa i Żubraczego przedeptałem setki, tysiące razy – o każdej porze roku. Latem przechodzi koło mojego domu niemało turystów, kursuje wąskotorówka, ale od jesieni aż do wiosny – zupełna pustka. Słychać tylko odgłosy lasu i czasami szczekanie Luny, mojego ukochanego psa.
    Jestem jedynym mieszkańcem wsi, która przed „akcją Wisła” liczyła 420 mieszkańców. Na każdym kroku natknąć się można na ślady przeszłości. Nagle w środku lasu wchodzi się pomiędzy połacie zdziczałych jabłoni i grusz, po chwili można dostrzec zarysy piwnic, zawalone studnie. To pozostałości łemkowskich zniszczonych wsi. Zniszczonych właśnie podczas wysiedlania rdzennej ludności.
    Gdzieniegdzie widać jeszcze pochylone krzyże, nieliczne nagrobki na starych cmentarzach. Ale w lasach Balnicy i okolic natrafić można też na stare łuski, pociski karabinowe, czasem hełmy. To ostatnie ślady po wojskach, które utrzymywały tu linie umocnień w I wojnie światowej.

   - dawniej mieszkałeś tu z całą rodziną, potem żona z dziećmi przeniosła się do Cisnej?

To była konieczność podyktowana rozpoczęciem przez dzieci nauki w szkole. Gimbus do Balnicy nie przyjeżdżał, cały trud dowożenia dzieci ponosiliśmy sami. A bywały zimy cholernie śnieżne i ostre, nie takie, jak teraz. Zaprzęgaliśmy dwa konie do sań, potem jeździliśmy wysłużonym UAZ-em. Po jakimś czasie doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu, że dzieciaki strasznie się męczą, muszą bardzo wcześnie wstawać. Zaczęliśmy więc pomieszkiwać na dwa domy, żona z dziećmi w Cisnej, potem w Sanoku, ja w Balnicy.
Teraz większość z czwórki moich latorośli to już dorośli ludzie, mają swoje życie.
Lata przed rozpoczęciem edukacji szkolnej dzieci, to był dla nas bardzo rodzinny czas. Dzieci wychowywały się na łonie przyrody i w zgodzie z przyrodą. Myślę, że wyniosły z tego okresu zupełnie inne doświadczenia niż większość ich rówieśników.
   
     - Jaki rodzaj turystów zagląda do Twojej samotni?

Mam to szczęście, że goszczę bardzo wyselekcjonowanych turystów, którzy pragną czegoś więcej niż tylko przejścia wyznaczonym górskim szlakiem, a zwłaszcza połoninami.
Tu pod dom normalnym autem się nie podjedzie, nie ma knajp, sklepów (oprócz mojego skromnego sklepiku) i wszystkich uciech tego świata. To miejsce wymagające. Trzeba wiedzieć, czego się chce. Trafiają do mnie tacy, jak przed laty, idący od schroniska, do schroniska.
Większość to „Przyrodoluby”, dla których za ciasno w blokach. Szukają przygody, chcą odkrywać, poznawać niezależnie od aury. Nie potrzebują cieplarnianych warunków, są twardzi. Dla takich mój dom zawsze stoi otworem.
    
      - Podobno kłócisz się z leśnikami?

To za dużo powiedziane. Czasami mam odmienne zdanie. Lasy Państwowe mają swoje plany, ale las świadczy o tym, kto w nim gospodarzy. Nie zawsze muszą być koleiny po kolana, a las jak po wybuchu.
Wiele zależy od tego, w jakim czasie są prowadzone prace. Dawniej „żniwa” w lesie to była zima, wiele za tym przemawiało, od wartości technicznej drewna, po szkody, jakie wyrządza zrywka. To tylko kwestia organizacji pracy i chęci.

    - Masz także „ale” w stosunku do łowiectwa…

Myślę, że polowania nie są konieczne. Dyskusyjne jest też dokarmianie, bo to sztucznie zawyża stan zwierzyny. Dostępność naturalnego pokarmu powinna być głównym czynnikiem wpływającym na zagęszczenie.
      W Bieszczadach, jak nigdzie indziej, mamy wszystkie duże drapieżniki, zatem mogłaby się w takich warunkach wytworzyć równowaga i samoregulacja.
      Człowiek nie jest w stanie zastąpić naturalnych drapieżników. Las to bardzo złożony system. Patrzymy mylnie na to z perspektywy krótkiego ludzkiego życia, a przecież to tylko chwila.

    - Skoro mieszkasz na takim odludziu, to musisz często spotykać dziką zwierzynę. Czy niedźwiedź i wilk to krwiożercze bestie?

Miałem z nimi wiele spotkań i proszę sobie wyobrazić, że przeważnie widywałem duże drapieżniki, głównie wilki, siedząc na werandzie domu i popijając kawę.
     One żyją bardzo blisko mojego gospodarstwa i gdy jest pusto i cicho czasami podchodzą. Miałem wiele spotkań zupełnie przypadkowych, wielokrotnie z niedźwiedziami. Nigdy nie były to spotkania niebezpieczne, a czasem były bardzo bliskie. Zależało mi nawet na tym, bo od lat współpracuję z wrocławskim oddziałem Polskiej Akademii Nauk przekazując informacje o niedźwiedziach.    
      Szczególną sympatią darzę też wilki, mają w sobie to coś, tę dzikość. Są bardzo płochliwe, wręcz bojaźliwe. Zdarzyło mi się znaleźć miejsce, gdzie były z młodymi. Ostatnimi czasy nieczęsto je widuję, wydaje mi się nawet, że jest ich mniej, niż dawniej, ale mogę się mylić. Zupełnie inaczej zachowują się rysie, widziałem je tylko cztery razy. To bardzo skryte i tajemnicze zwierzęta.

Niedźwiedź brunatny

Przy odrobinie szczęścia wystarczy wyjść kilkadziesiąt metrów za dom, żeby trafić na odcisk wielkiej łapy w błocie lub śniegu. W Bieszczadach żyje ich kilkadziesiąt. Są kulturalne, to znaczy nie rozbestwiły się jak ich kuzyni z Tatr. Unikają kontaktu z ludźmi. Nie szukają jedzenia w śmietnikach. Człowiek nie kojarzy im się jako dostarczyciel pożywienia, więc kiedy tylko go wyczuwają wolą się schować, popatrzeć na dwunogiego dziwoląga z daleka. Nerwowe stają się jedynie wtedy gdy przypadkowo zostaną zaskoczone nagłym pojawieniem się człowieka w bliskiej do siebie odległości. Zdarza się to jednak niezmiernie rzadko, ponieważ miś ma znacznie lepszy słuch i o niebo lepszy węch niż my i zazwyczaj zdąży się w porę schować. Można śmiało powiedzieć, że niedźwiedzie w Bieszczadach widzą ludzi kilkanaście razy częściej niż są przez nas widziane. Nie znaczy to że mają stracha. Wręcz przeciwnie. Nie boją się nas zupełnie. Wolą jednak nas unikać, a bo to i hałasu za dużo robimy i pachniemy niezbyt przyjemnie jak dla nich.
    ( Zdjęcie misia z archiwum Wojtka ).
    



    - Cechuje cię szczególny stosunek do koni…

Konie w moim życiu były prawie od zawsze. Mój dziadek był ułanem, darzył te zwierzęta wielką miłością. Pamiętam opowieść o siwku, którego wykupił z cyrku.
    Siwek przychodził pod okno chałupy, a dziadek dawał mu jabłka. Siwek odwdzięczał się dziadkowi robiąc różne sztuczki.
    Chmiel i Wigor, bo tak nazwałem moje koniki, spełniają różne funkcje – komunikacyjne, transportowe i rekreacyjne. Mają status członka rodziny, chętni przybysze mogą sobie na nich pojeździć. Ale ja nie oprowadzam w kółko po podwórzu, tylko wyprawiam się z gośćmi w teren. To jest prawdziwa przygoda, coś, co zostaje na długo w pamięci.

    - Balnica to Twoje dożywotnie miejsce na ziemi?

Nigdzie mnie nie ciągnie. Czuję się tu naprawdę szczęśliwy.