Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzkie wędrówki 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzkie wędrówki 2013. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 maja 2014

Kolorowy brzask w ośmiu odsłonach

Noc za nami, przebija się pierwszy brzask. Dziś jest to brzask kolorowy i do tego bieszczadzki. I jak tu iść spać?
Wybiegam na górkę obok domu i cykam jedną klatkę co kilka minut. I już dość słów, teraz tylko zdjęcia.
     


    
          

wtorek, 20 maja 2014

Noc przy świecach

A więc jestem w uroczym miejscu, w uroczym domu i z uroczymi ludźmi.
Poznaję gospodarza – Henryka Bieszczadnika, oraz młodą parę, właścicieli samochodu. Okazuje się, że Henryk był na czyichś imieninach w Cisnej i stanął w nocy może sto metrów przede mną, aby załapać się na podwiezienie.
        Młoda para zatrzymała się najpierw przy nim, a po stu metrach przy mnie. Kiedy Henryk zaproponował nocleg, młodzi spojrzeli na siebie, bo mogło tak być, że dwóch facetów umówiło się, że staną na szosie w pewnej odległości od siebie, udadzą, że się nie znają, a gdy wsiądą do samochodu, w odludnym miejscu o jakie tu nietrudno, okradną i być może zamordują młodych.
      Taka myśl przebiegła młodej parze po głowie, dlatego popatrzyli na siebie, ale mieli dość odwagi, by nie tylko jechać dalej, ale i przyjąć propozycję noclegu na jakimś zadupiu niebywałym.
Mówiąc krótko przyznali się, że mieli niezłego stracha.
Dopiero gdy zobaczyli dom, wyluzowali......
   



W domu Henryka nie ma prądu. Bo po co prąd? Żeby oglądać głupoty w telewizji? Gospodarz lubi za to siedzieć przy świecach.  Atmosfera  jest niepowtarzalna, a to mi się bardzo podoba...... 
    

Posiedzieliśmy aż do brzasku, tocząc nocne Polaków rozmowy.
   

poniedziałek, 19 maja 2014

Nocleg u Henryka Bieszczadnika





Siadam przed sklepem i piję piwo bez planu, co dalej. W tym momencie konstatuję, że nie mam telefonu. Wracam więc do Siekierezady, przypominam sobie po drodze, że pani barmanka ładowała mi telefon, a potem robiłem zdjęcia diabłów. W Siekierezadzie zabawa na cztery fajerki. Dziki tłum dosłownie.  A telefonu nie ma - wcięło. I kompas i termometr i koszulę. Łemkowską mam znowu na sobie, w Siekierezadzie przebrałem się w inną. I tej innej właśnie nie ma.
Ładnie.
 Nic więcej nie pamiętam.
Luka.
 Jutro tu przyjadę, może się znajdzie, bo przecież wszystkie kontakty poszły.
Wracam na szosę. Jest  północ, gdy decyduję się machać na samochody, bo ochota do pieszej wędrówki dawno mi przeszła. Było to obok miejsca z napisem na szosie 66,6 km i stała tu ostatnia latarnia w Cisnej.

       Pomachałem jakiś czas na luzie – nic. Mało co jeździ. Wreszcie przypomniałem sobie o pomocy Anioła i machnąłem na kolejny samochód…….
Ten się zatrzymał. Wsiadam. Pytają mnie dokąd chcę jechać, mówię, że do Nowego Łupkowa.
W tym momencie odzywa się facet, który siedział obok mnie: - Zapraszam państwa na nocleg do mego domu, to jest przed Komańczą.
Kierowca spojrzał na swą towarzyszkę i po chwili przystali na propozycję pasażera, który proponował nocleg. Jeszcze mnie zapytali, czy mnie to pasuje. Mnie to pasowało……Nie mam pojęcia dokąd jedziemy, po niedługim czasie, skręcamy z szosy w boczną drogę i po ostrym wjeździe do góry, samochód staje.
Wysiadamy. Ciemno jak w dupie. Stopniowo wzrok przyzwyczaja się do mroku.
Jest bezchmurnie. Niebo całe w bieszczadzkich gwiazdach. Jesteśmy na jakiejś górze…. Pasażer zaświeca czołówkę i prowadzi wycieczkę przez krzaki do drzwi. Schody w dół, otwarcie drzwi i zapalamy świece. Wow!!!
     



sobota, 17 maja 2014

Siekierezada



Jest rano i przyjechałem właśnie do Cisnej.
Mam stąd jechać do Łupkowa, tam stoi mój dom…. Ale dziś tak pięknie, co mi tam plan jakiś?! Przecież trzeba żyć spontanicznie, niech żyje wolność i swoboda!
Upalny, bezchmurny dzień, ale żyć się chce!
 Wchodzę do najbliższego sklepu, proszę o podładowanie baterii do aparatu. Po pół godzinie przechadzam się po Cisnej już ze sprawnym aparatem. jest galeria obrazów – ikon. Wchodzę.
        




      




A teraz wio do sławnej Siekierezady!

Siekierezada
- Czyli druga pouczająca przygoda Zbyszka z alkoholem w Bieszczadach.

Jeszcze w autobusie z Wołosatego poznałem młode, szalenie sympatyczne małżeństwo. Mam szczęście do szalenie sympatycznych ludzi dziś! Okazało się, że oni też jadą do Cisnej.
A więc Siekierezada. Miło, ciemnawo, właściwie mrok, przyjemny chłód, bo na zewnątrz już upał na całego! Piwo zimne więc. Ach, jak ono smakuje!
Siekierezada jest pełna diabłów, ma wystrój diabelski. Były Anioły i ikony, to diabły są dla równowagi
       


W stół wbita wielka siekiera z łańcuchami. Super! Jak zaczęliśmy się gościć……Było wspaniale. Nic nie jadłem, to pamiętam.
     Gdy opowiadam ludziom o Janie Gabrielu – że nie przyjmuje pokarmów od 12 lat, nie je w ogóle, to zwykle pada pytanie: - jak to nie je?
Bo jak można nie jeść? To przecież niemożliwe.
    Mówię: - on jest bretharianinem, odżywia się praną, czyli światłem.
Ludzie nie mogą jednak tego pojąć, jak można nie jeść i usiłują to zrozumieć.
Dlatego zadają dodatkowe pytanie: - a pije?
Jan wypija dwie szklanki herbaty, czy kawy dziennie, a więc odpowiadam - Jan pije…..
Nie czas w tym momencie na wyjaśnienia – dlatego większość pojmuje to po swojemu, i odpręża się w jednej sekundzie.
„Aaaa!! Teraz to wszystko jasne! Kiedy ja piję to także potrafię trzy dni nie jeść!”

A więc popiłem piwa i zgodnie z zasadą o niejedzeniu - nic nie jadłem. Potem było wino firmowe postawione przez szalenie sympatyczne małżeństwo. Wypiłem. Brrrr! Brrrr…Niedobre! Mocno sztucznie pachnące. Brrrr!. Była godzina 12.00. Pani barmanka oddała mi naładowany telefon. To jeszcze pamiętam.
      A potem było Wspaniale, Radośnie i Wesoło. A ile się działo!!!! Zabawa na całego!
 Tylko, że mnie urwał się  film i nic nie pamiętam.

Za to kilka razy od spotykanych przypadkowo ludzi słyszałem: - ja ciebie znam przecież z Siekierezady. I to było jakoś tak mówione dziwnie, że wolałem nie pytać o szczegóły. W każdym razie nie pamiętałem tych spotykanych osób. Czyli niedobrze się zaczyna dziać.

Gdy załapałem gdzie jestem, był już wieczór.
 Stoję w Siekierezadzie na środku sali. Chyba tańczyłem solo?
Rozejrzałem się za plecakiem – był na swoim miejscu za stołem. To szczęście, bo tam aparat, a w nim 1500 zdjęć.
      Portfel? – był na swoim miejscu i to razem z kasą. ( Od pierwszej przygody alkoholowej w Smolniku nosiłem przy sobie nie więcej niż siedem stów) Chyba mnie stawiali tym razem, bo prawie nic kasy nie ubyło.
      Poczułem że powinienem opuścić ten lokal, choć nie byłem zmęczony. W pobliżu nikogo znajomego, zarzuciłem przeto plecak i wyszedłem.
      Autobus do Łupkowa stał się tylko wspomnieniem, już dawno odjechał.
Miałem początkowo zamiar iść na piechotę, ale po chwili do mnie dotarło, że to 25 kilometrów, trzeba się więc pokrzepić - piwem najlepiej. Sklepy otwarte do nocy, muzyka dobiegała zewsząd, jakiś dzień imprezowo - imieninowy wypadł. Same zabawy wokół, śpiewy i śmiechy rozbawionych ludzi. Dalej było gorąco.....
    

piątek, 16 maja 2014

Wołosate


Wczoraj były prawie same zdjęcia. Dziś za to jest więcej treści.

Wreszcie hulnąłem w dół do Wołosatego. Bardzo malownicza droga. Jeszcze na gołoborzu zobaczyłem na drodze jakieś zwierzę wielkości kota, wydawało się czarne i grubiutkie, mogło ważyć z pięć kilogramów. Gdy mnie zobaczyło, jakoś tak nieporadnie zaczęło uciekać w dół, a potem znikło. Trochę przypominało maleńkiego niedźwiadka, miałem telefon w garści, cyknąłem więc. Co z tego, jak jeszcze tego samego dnia w Siekierezadzie w Cisnej……..
Przepiękna trasa zejściowa z Tarnicy z kilku powodów:
     - Na dole jest sklep z piwem
     - Z góry jest.
     - Plecak lekki, wszystko zjadłem, co było do zjedzenia.

Schodzę. Och! Jak lekko się idzie!
Jestem już nisko, już widać Wołosate. Przysiadam na moment i patrzę. Ogarnia mnie uczucie miłości do tego całego pięknego świata……

Jeśli przychodzi uczucie, przychodzi do ciebie Chwila. To jest Tu i Teraz. Bezczasowy moment wieczności. Masz tylko to, co jest w Tu i Teraz, nic innego się nie liczy. Plany? To tylko igranie z wodą i wiatrem....Nie żądaj i nie pragnij niczego....Daj się prowadzić.
  
 „Gdy szukasz bezpieczeństwa, unikasz pasji i wiru emocji - powoli umierasz. Pasja i wir emocji przywracają oczom blask i naprawiają serca”.  (Pablo Neruda -Literacka nagroda Nobla)
   
Widzę lisa. Patrzy czujnie na coś. Siedzi bez ruchu i czeka, zupełnie jak kot. Pewnie czeka, aż pojawi się mysz. Ta mysz nie wie jeszcze o tym, że jej szczęście już się skończyło.
    Przyroda jest okrutna? Nie jest okrutna - ona się rządzi prostymi prawdami. Jedną z nich jest: - zabij, aby jeść. I tylko tyle zabij, ile jest niezbędne, aby przeżyć.

To człowiek jest okrutny. Nie musi zabijać w ogóle.....

Jeden ze starszych panów z Izraela, poznany na Tarnicy, powiedział:
- „Gdy ludzie będą czyści w sercu, nie będą potrzebować wiele rządu, żadnych więcej bogatych polityków i ich gadania, że rząd to Bóg. Ludzie nie potrzebują wiele rządu, wysokich podatków, armii. Ale tylko dobrzy ludzie...
   Kiedy byłem dzieckiem i mieszkałem w Polsce, rzucałem ziarna w powietrze i patrzyłem, jak z wiatrem ulatują plewy, niby jak złe myśli w pustkę”
.
       – tę wypowiedź dokładnie spisałem, bo jest cenna.

W pustce kryje się więcej niż przypuszczasz..... To w pustce jest klucz
 (Nassim Haramein)

Ufaj. Jeśli nie nauczysz się ufać, będziesz nieszczęśliwy całe życie....
Łatwo jest zaufać, gdy dzieje się twoja wola, dostajesz to, czego pragniesz, trudno zaufać, gdy jest inaczej...
    - Trzeba być pustym, żeby stać się ponownie napełnionym
    - Trzeba nieraz zranić, żeby pomóc. Tak robi przyjaciel.

Wolność jest wyzbyciem się wszelkiego przywiązania do czegokolwiek, nawet do życia.

Jedyny guru jest w tobie.

Niektórzy ludzie mają w sobie coś , czego szukasz. To coś jest nienazwane, to jakby dystans do świata, spokój  wewnętrzny. Niektórym ludziom jest doskonale w samotności, nie żądają niczego od świata zewnętrznego, ale gdy ten świat im coś daje - biorą to bez wahania. Jest to spokojne doskonałe dystansowanie się.

Na każdym kroku w Bieszczadach nie tylko woła, ale wręcz wyje Historia. Bieszczady to Skrzywdzona Ziemia, Skrzywdzeni Ludzie. Tereny Bitwy Karpackiej z czasów pierwszej wojny i walk bratobójczych z drugiej.
     Tereny przywrócone dzikości, zwrócone we władanie przyrodzie, ale za cenę najwyższą - wypędzenia ludzi, którzy tu mieszkali i zniszczenia nie tylko ich siedlisk. Komuniści posunęli się dalej: poniszczyli wszelkie świadectwa obecności Nie - Polaków na tych ziemiach. Poniszczono w miarę dokładnie cmentarze, cerkwie, synagogi i wiele kapliczek przydrożnych. Także dziś, w roku 2013, napływowy element, który zamieszkał w Bieszczadach, używa na określenie Wypędzonych, słowa "bandyci".
     Przykład? - tego słowa używał pan Polak, który sprzedawał w dniu 9 sierpnia 2013 rano bilety w budce  w Wołosatem, przy wejściu na Tarnicę ......
     Podkreślam, że moje pisanie ma na celu dojście do zgody ponad podziałami. Nie sieję nienawiści. Nazywam tylko rzeczy po imieniu, nie piszę w afekcie. Afekt był, ale dziś minęło sporo miesięcy od momentu, gdy Historia zawyła do mnie i miarkuję się w słowach.
   Gdzie można, próbujmy prostować błędy administracji – urzędników: W Woli Michowej sprzedano cmentarz żydowski prywatnej właścicielce. Cmentarz jest na jej prywatnym terenie, wobec czego właścicielka nie wpuszcza tam nikogo, więcej – szczuje ludzi psami. Czy to może się podobać? Czy to jest w porządku?

A może tak powinno być? Może taka jest właśnie Polska? Może Polska to oszczana klapa?

Przypominam tekst z filmu „Dzień świra”:

„Odkąd mój umysł myśli i sięgam pamięcią, to te klapy zawsze opadały. A dlaczego? Bo przez dziesiątki lat jedni bezmyślni kretyni pod kierunkiem innych bezmyślnych kretynów umieszczają muszle klozetowe w pociągach tak blisko ściany, że klapa po podniesieniu nachylona jest ku muszli i puszczona musi opaść. Dziesiątki lat, Jezu Chryste przenajświętszy. A jeśli Polska to właśnie ta oszczana klapa?”

    Opis: Adam w toalecie w pociągu.
           
     Na dole wita mnie ostatni parking na trasie i szalenie miła pani parkingowa. Po takiej wycieczce spotykane kobiety wydają się nad wyraz szalenie sympatyczne.
Jest sklep i godzina 7.30. Właśnie kolejna przesympatyczna pani otworzyła ten sklep. Poczułem pragnienie dogłębne. Ostatni łyk wody wypiłem przecież wczoraj wieczorem. A tu już podnosi się upał, a piwo jest zimne. To był drugi raz, gdy mi tak smakowało, bo pierwszy to bar w Duszatyniu, gdy szedłem na Chryszczatą. A więc piwo, bułka i lekko osolone pomidory. Przecież wraz z potem ciało sól wyrzuca.
Przyjechał pan oficer Straży Granicznej – zaraz za parkingiem jest Ukraina. Samochód pana oficera miał w tablicy rejestracyjnej liczbę 55 – to pozdrowienie od Anioła dla mnie, jestem przecież Zbyszek 55 z gematrii. Zrobiłem fotkę z panem oficerem – zginęła niestety razem z telefonem w Siekierezadzie.
Nadjechał autobus do Cisnej, w której znalazłem się o 9.00. Dalej miałem jechać autobusem do Nowego Łupkowa o 15.00. Miałem jechać….



czwartek, 15 maja 2014

Świt na Tarnicy



Świt wstawał lekko kolorowy, prawie bezchmurny.
Gdy się budził, zapomniałem o wszystkim – zniknąłem. Została tylko sama radość i wschodzące słońce.
   

  Tu pasuje tylko opowieść Osho:

-
Lao Tzu nie lubił za dużo mówić. Mieszkał gdzieś z dala od ludzi. Z dala od ludzi, ale miał sąsiada, którego lubił. Lubił go dlatego, że ten sąsiad też nie za dużo mówił.

Wychodzili razem przed wschodem słońca i szli na pobliską górę nad rzeką. Stąd był przepiękny widok na okolicę. W porze suchej lubili stać na tej górze i patrzeć jak wschodzi słońce.
    Po tym spektaklu wracali do domów i zajmowali się prostymi czynnościami: noszeniem wody, rąbaniem drzewa.
   Rozumieli się bez słów.
Kiedyś, do sąsiada Lao Tzu przyjechał gość. Gdy usłyszał, kto obok mieszka, zapragnął pobyć obok takiego mistrza, bo o nim już było słychać w całych Indiach.

Uprosił więc swego gospodarza, aby ten zabrał go na ten codzienny poranny spacer nad rzekę.

Poszli wszyscy razem przed świtem.
Idą.
   
 Ani sąsiad nic nie mówi, ani Lao Tzu nie mówi.
Gość dostosował się więc, i też nic nie mówi. Doszli nad rzekę. Stanęli. Słońce wzeszło pięknie.
   W tym momencie gość nie wytrzymał i krzyknął: - „Jaki piękny dzień, jakie piękne słońce!”

Lao Tzu i jego sąsiad nie odezwali się ani słowem. Wrócili przed swoje domy i gość oddalił się widząc, że z tymi dwoma rozmowy nie ma.

Lao Tzu powiedział wtedy do sąsiada: - „Nie przyprowadzaj więcej tego człowieka – to gaduła. Przecież jaki jest dzień i słońce, każdy widzi. Więc po co o tym mówić?”
       



   









Dusiołek



Ciąg dalszy posta: Czartowski Monastyr.

Zgłaszali się ludzie do Monastyru, aby podpisać cyrograf z diabłami i wymienić swą duszę na skarby. Nie wszyscy jednak byli skorzy od razu cyrograf podpisywać. Nie wszyscy także chcieli duszę stawiać za ułudę ziemskiego szczęścia. W Czartowskim Monastyrze i na to znaleziono diabelski sposób.
         
Za trzydzieści reńskich można sobie kupić dusiołka.
    Wiszą one pod powałą na skórzanych rzemykach - tylko brać, wybierać, bo różne są dusiołki.
    - Jasienie od szczęścia do dziewek,
    - Beskidniki od skarbów i pieniędzy,
    - Smolniczki od bydła,
    - Mokliki od koni,
    - Połoninki od mocnej głowy do trunków,
    - Kińczyki od choroby świętego Walentego i wierszy pisania,
    - Zubeńki od muzyki.
Kupisz sobie takiego dusiołka i już umiesz grać na gęślikach, albo na basetli, lubo też dziewki do ciebie lgnąć poczynają, choćbyś nawet był szkaradnego oblicza.
    Powinniście wszakże pamiętać, że dusiołek tylko do pewnego czasu pomaga, a potem zaczyna przynosić pecha.
Należy zatem pozbyć się go w odpowiednim momencie.
Robi się tak:
      Trzeba kupić ładną chustkę na jarmarku, do tego czerwoną jak mak wstążkę i bułkę. W bułce powinno się zrobić otwór i wetknąć weń dusiołka. Bułkę z dusiołkiem zawija się w chustkę i obwiązuje wstążką, a potem zostawia to zawiniątko na jak najbardziej uczęszczanym gościńcu. Ktoś znajduje takie zawiniątko, rozwija go, a tu dusiołek hop na niego i jemu przez pewien czas będzie godziwie służyć.
     Kiedyś i ja miałem takiego dusiołka, Jasień mu było.
Przywiózł mi go z Czartowskiego Monastyru Jędrek Połonina. Niebaczny przestrogi, przetrzymałem go za długo i zdarzyło się nieszczęście.
Pewnego dnia moja księżniczka zmieniła się w Babę Jagę. Teraz mam nowego dusiołka, ale nie powiem jakiego. Może z nim lepiej mi się powiedzie niż z Jasieniem.
       
                     

wtorek, 13 maja 2014

Wieczorne spotkanie



Byłem gotowy do spotkania z zachodem słońca na Tarnicy.
   




I wtedy przyszły one. 
Przyszły, żeby sfotografować stąd zachód słońca.
Dwie "stosunkowo" młode kobiety z aparatami. Pełne ciepła, bardzo przyjacielsko nastawione do świata. Od razu nawiązaliśmy rozmowę na tematy fotograficzne, jak to robią osoby o podobnych zamiłowaniach.
    Z każdą chwilą robiło się coraz sympatyczniej…..
     - I tak sam będziesz tu spał? – zapytały. (Bo już zdążyliśmy przejść na ty)
     - A co mi pozostaje, jeśli brakuje odważnych kobitek?- ja na to.
     - My jesteśmy odważne, tylko nie mamy materacy, ani śpiworów.
Zabrzmiało to całkiem zachęcająco….
    



Zacząłem opowiadać o ciepłych nocach na szczycie połonin i spaniu pod gwiazdami. Nie pominąłem ma się rozumieć, kwestii oczekiwania na fantastyczny wschód słońca oglądany ze szczytów. Paniom podobało się coraz bardziej…..
      Wtedy oznajmiłem, że oddam do ich dyspozycji materac i oba śpiwory. (Nikczemnie liczyłem, że w nocy będzie jednak tym razem zimno i któraś przygarnie mnie chudzinę z litości, co będę ściemniał).
     Zapowiadało się naprawdę interesująco. Przygoda przez duże P zawisła nad Tarnicą, bo panie ochoczo zaakceptowały propozycję nocowania!
     Było pięknie, dzień się pomalutku kończył, zrobiło się nawet jakoś tak ekscytująco oraz romantycznie…….
    
     


I w tym właśnie tak przychylnym momencie z gołoborza zaczęło coś krzyczeć. 
       Jakieś zwierzę, jakiś wyraźnie duży stwór zaczął krzyczeć. Krzyk był donośny i dość Trochę to było podobne do głosu zaniepokojonego koziołka, ale mówiąc szczerze, takie coś usłyszałem w Bieszczadach po raz pierwszy. A niósł się ten głos echem! Oj niósł się…..
     Panie zamarły a potem zapytały co to tak krzyczy, czy to aby nie niedźwiedź i widać było, że nie bardzo wierzą w moje wyjaśnienia, że to koziołek.   
Teraz akcja rozwinęła się błyskawicznie oraz gwałtownie. Paniom zrzedły miny, a ochota na noc pod gwiazdami uleciała w szarzejącą właśnie dal.
Moje niezwykle odważne znajome pożegnały się śpiesznie: - No to cześć!
       I pomknęły jak kozice w dół do Wołosatego.
Domyślałem się, że krzyk tego „koziołka” zesłał mój Anioł, żeby mi zapewnić samotną noc, tak jak układałem sobie w myślach idąc na Tarnicę. A może nawet to Anioł tak zaryczał?
     Fajne kobitki, szkoda że poszły – pomyślałem.
A głowa zaraz odpowiedziała: - szkoda jest wtedy, gdy teściowa wpadnie do studni i ją uratują. Nawet szkoda podwójna, bo woda jest popsuta i teściowa uratowana.


Zostałem więc sam, tak jak jeszcze niedawno chciałem.

Niebo pokryło się srebrnym piaskiem gwiazd….. Siedem Gwiazdek Wielkiego Wozu pojawiło się nad głową. Boziuniu jak cudnie! Boziuniu jak ciepło!
Ciepło to mało powiedziane. O północy było dwadzieścia jeden stopni! O świcie prawie 19!.
       I to był ostatni odczyt z termometru kieszonkowego, bo jeszcze tego samego dnia w Siekierezadzie w Cisnej …….
W każdym razie ta noc na Tarnicy była najcieplejszą nocą przespaną bez namiotu, bezpośrednio pod gwiazdami w bieszczadzkich wędrówkach 2013.

poniedziałek, 12 maja 2014

Na Tarnicy o UPA



Potem poznałem młode małżeństwo Ślązaków mieszkające w Australii. Jak oni słuchali opowiadań o wędrówkach bieszczadzkich!
    Potem…..Nie da się oddzielić tego co jest dziś,od historii. Nie da się. 
Wynikła scysja, bo jakiś mężczyzna za moimi plecami zaczął tłumaczyć grupie harcerzy co robiły w Bieszczadach „bandy” UPA. Krew mnie mało nie zalała, tylko przez to jedno słowo, ale poszedłem do akcji spokojnie. Zapytałem czy on jest Polakiem. 
  Potwierdził.
      - Powstanie Warszawskie to była walka o wolność,   
         zgadza się? – Zapytałem.
 Potwierdził.         
      - Czy pan wie, że Niemcy nazywali bandytami         
         Powstańców Warszawskich? – ciągnąłem dalej.
   Wiem - odpowiedział.
      - Więc jest pan potomkiem tych, którzy zdławili w Bieszczadach ukraiński zryw wolnościowy, ukradli te ziemie, wypędzili stąd ludzi i jeszcze śmie pan powstańców ukraińskich nazywać tak, jak Niemcy Polaków? Czy opowiadał pan młodym o zbrodniach masowych wojska polskiego popełnionych na ludności cywilnej w Bieszczadach, w Zawadzce Morochowskiej i Terce?
Czy opowiadał pan młodym jak wojsko polskie wysadziło w powietrze szpital powstańczy razem z rannymi i obrońcami?
     
       (Facet milczy, ja się zemocjonowałem nieźle. Mówię podniesionym głosem, jestem pewny siebie i od serca to idzie. Czuję na sobie wzrok młodych i innych przygodnych osób. No tak, zmieniłem tu na górze koszulę, bo flanelowa była całkiem mokra. Mam na sobie łemkowską koszulę. Wtedy wydawało mi się, że to koszula przeważyła. Ja jeden – oponentów wielu. Lecz wiem teraz o podstawowej zasadzie: Przekonywanie ludzi zależy od tego jak mówisz- to 70 % powodzenia, 20 % powodzenia zależy od tego co mówisz, a 10 % zależy od mowy ciała, czy pewnie stoisz, czy jesteś wyprostowany, czy się nie cofasz itp.
       Teraz wiem o tej zasadzie, a kiedyś nie wiedziałem, lecz stosowałem ją w sposób naturalny).

Ciągnę przemowę dalej:
        - To komunizm, bandycki ustrój, tak namieszał ludziom  w głowach, że już trzecie pokolenie powtarza brednie propagandy. Trzeba przyznać, że komuniści kłamali koncertowo i byli specami od szczucia ludzi na siebie.
      Twórz podziały, dziel i rządź. Czyli: - niech ludzie skaczą sobie do gardeł. Trzeba znaleźć wroga. Co Stalin mówił?:
       Znajdziemy w ciemnym pokoju kota, nawet gdy go tam nie ma!

Opowiedziałem o epizodzie z wojny radziecko – fińskiej:

Wojna Stalina z maleńką Finlandią. Rosja w końcu "zwyciężyła". Właściwie przegrała, takie dziesiątki tysięcy rosyjskich trupów padło i tyle sprzętu uległo zniszczeniu.
      Finowie bronili się dzielnie.
Stalin przemawiał: - „Towarzysze, zwyciężyliśmy! Ta Finlandia, to nic takiego, u nas ludzi mnogo. Ważne, że zwyciężyliśmy strategię i sprzęt zachodni!”
   Na sali podrywają się słuchacze i następuje owacja: - niech żyje tow. Stalin!

Biorąc pod uwagę ilość strat w ludziach i sprzęcie i długotrwałość walk - Rosjanie przegrali z kretesem. W końcu pokonali Finlandię chamską nawałą ilościową; stu na jednego.
W czasie kampanii fińskiej pokazała swoje oblicze sowiecka propaganda.
Jeden fakt tylko: - Podano, że jednego dnia zniszczono 62 samoloty fińskie, za co dowódca pułku lotniczego dostał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Prawda była inna.
Tego dnia Finowie swoim lotnictwem rozbili doszczętnie sowieckie samoloty na ziemi. Sowiecki pułk przestał istnieć. Straty Finów: - jeden samolot.
Sowieci kłamali koncertowo, największą klęskę przedstawiali w gazetach jako sukces.
        W związku z tym, nie można wierzyć ani jednemu ich słowu.
Dlaczego mówię ciągle o Sowietach? Bo w Polsce powojennej rządzili Sowieci, tu był Priwislanski Kraj, Polski nie było.
Przed wojną Polska miała dwóch wrogów: - Niemcy i Rosję. Ukraińcy za wrogów mieli Rosję i komunistyczną Polskę. 
Dziś Ukraina wstaje z kolan. Gorzej jest z Łemkami i Bojkami. Wobec nich komuniści zastosowali odpowiedzialność zbiorową. To była zemsta za sprzyjanie Powstańcom UPA.

Chwila ciszy.
    - To mamy zapomnieć o Wołyniu?
    - Nie trzeba o niczym zapominać, tylko rzetelnie policzyć grzechy i podać sobie ręce do zgody.
         UPA dopuściła się na Wołyniu czystki etnicznej, ludobójstwa.
Na jedno chcę zwrócić uwagę: - podawana ilość strat wśród Polaków - ogromna - sto tysięcy cywilów. Dlaczego przez wiele dziesiątków lat komuniści zabraniali ustalać straty?
        Kłamali.... Dziś historycy szacują straty na 80 tys. po stronie polskiej - 20 tys. po stronie ukraińskiej.
Zmieniają się proporcje, kiedyś było sto do jednego, dziś jest cztery do jednego. To pokazuje skalę kłamstwa. Ale nie o to tylko chodzi. To dalej ocean trupów i nikt nie przywróci im życia. Chodzi o to, żeby nie skakać sobie do oczu, odkreślić przeszłość Grubą Kreską.
Nie wolno siać nienawiści. Zupełnie odwrotnie: - mamy wreszcie sobie wybaczyć i pogodzić się. Zerwać ze stereotypem złego Ukraińca i dobrego Polaka. Jesteśmy równi. Mamy także w swej historii wiele nieudanych Powstań. Z kłótni polsko - ukraińskich cieszy się Rosja.
       Uff! Ale się nagadałem!
Stopniowo gasły emocje. Rozstawaliśmy się w pokoju.  
Ludzi ubywało, zbliżał się zachód. 
    



Wreszcie ostatni turyści poszli i zapanowała cisza. 

piątek, 9 maja 2014

Ptaszek z Tarnicy





Szczyt i upał, upał i szczyt.
Na szczycie Tarnicy tłum oczywiście, bo jest dopiero południe. Zmieniłem koszulę na świąteczną, jako że dla mnie była niedziela (jak każdego dnia zresztą) i usiadłem za barierką na śpiworze. Zabrałem się za jedzenie. I tu dzieje się coś niebywałego: - na bucie,  dokładnie na czubie mego buta usiadł ptaszek, taki nieco do wróbla podobny, tylko z długim ogonkiem.
       Ten ptaszek mógł usiąść na bucie z trzech powodów:
       - But był „rozmowny” – miał odklejoną podeszwę, a ptaszek chciał sobie pogadać.
       - Zapach buta spodobał się ptaszkowi.
       - trzeci powód pozostaje tajemnicą.
 Oniemniałem. Ludzie za barierką, za moimi plecami, którzy to zobaczyli, także oniemnieli. Ptaszek siedzi na bucie i czyści sobie piórka! Znaczy czuje się bezpieczny. Tyle nieprawdopodobnych zdjęciowych okazji przepuściłem, bo nie było aparatu pod ręką, a tu był.
Sięgam niegwałtownie po aparat i cyk. Ptaszek na bucie już nie siedział niestety, a taki był malowniczy! I trochę ciemne zdjęcia, ale i tak dokument jest.



    


  
Rzuciłem ptaszkowi kilka okruchów, gdyż zaczął wyciągać nitki ze śpiwora – znaczy pokazał, że głodny. Ale ptaszek olał okruchy z bułki. To kawałeczek suchej kiełbasy rzuciłem. ( Miałem, a jakże, dopiero w procesie wegetariańskim jestem ).
        Ptaszek zjadł natychmiast, pochodził jeszcze trochę, zakąsił świerszczem i po kilkunastu minutach odleciał. Sensacja w każdym razie była. 
       Podszedł do mnie chłopiec może sześcioletni, Wojtek i zapytał, czy ten ptak jest moją oswojoną własnością, skoro sobie tak po mnie chodził. Wyjaśniłem, że każdy ptak jest wolny,o ile człowiek nie zamknie go w klatce. I tak samo jest z człowiekiem: - jest wolny, gdy wyrwie się z klatki, jaką uszykowało dla niego społeczeństwo. 
     Pogadaliśmy z Wojtkiem w sposób niezwykle dojrzały o wolności. Nic dziwnego – jak się okazało, jego ojciec czyta Osho. Niesamowite, Wojtek nie chodzi jeszcze do szkoły, a ma mądrość starca. Zakolegowałem się z Wojtkiem. On także fotografuje, miał aparat, pokazywał mi swoje zdjęcia.
      A jak się nazywa ten ptaszek? Nie wiem. Mógłbym zajrzeć do albumu ptasiego, ale ja nie jestem profesjonalistą ornitologiem. To jest po prostu mięsożerny ptaszek z Tarnicy.

Potem poznałem dwóch panów z Izraela w moim wieku. Tu wymieniliśmy poglądy na tematy męsko-damskie. Chodziło konkretnie o rozwodzenie się, o odzyskiwanie wolności za cenę oskubania do imentu. Było wesoło, dowcipy tylko furkotały.
      - Jeśli nie układa ci się w małżeństwie wina leży po dwóch stronach: - żony i teściowej.
Żydzi są niedoścignieni w opowiadaniu dowcipów. Byliśmy zgodni, że człowiek powinien mieć dystans do świata i do siebie i powinien potrafić się z siebie śmiać.

środa, 7 maja 2014

Taka ładna góra





Na kolejnym postoju zacząłem podliczać kilometry w Bieszczadach. Do tysiąca już będzie, ale czy w ilości tajemnica? W zaliczaniu tras? Nie. W życiu tylko jakość się liczy. Suma wrażeń, suma Nieznanego, ilość przygód. To tak samo, jak nie zawsze mądry jest ten, kto jest starszy. Często starszy jest głupi jak ten mój but z odklejoną podeszwą. A jak już zaczyna podkreślać swoje osiągnięcia życiowe, albo  nie daj boże przedstawia się jako inżynier, doktor, pułkownik, możemy być pewni, że to homo mechanicus, z uszkodzonym poczuciem wartości. Taki człowiek wewnątrz jest spięty i smutny, ale w sposób „naukowy” nam każdą rzecz wytłumaczy, bo on wszystko wie o życiu. Dla niego życie nie ma tajemnic.
      A tajemnica polega właśnie na cieszeniu się tym, że samo życie jest tajemnicą. Rzecz polega na tolerancji wobec innych, bo ci inni dają różnorodność.
     Spotykani mądrale są prawdziwym folklorem na drodze życia. Zabawnie ich posłuchać, oni wszystko wiedzą, tylko rura im mięknie gdy zobaczą w trasie nadciągającą burzę z piorunami, usłyszą w nocy krzyk puchacza, zaniepokojonego kozła, ryk niedźwiedzia, lub złapią pierwszego kleszcza.
Tak się czuje ich rozdęte ego, (czytaj: - ukrywaną niezdarnie wyższość…..)
Tu jak ulał pasuje anegdota o profesorze i przewoźniku. Już ją zamieszczałem, ale nie szkodzi powtórzyć.

Profesor i przewoźnik
Pewnego dnia jeden z najsławniejszych profesorów uniwersytetu, kandydat do nagrody Nobla, dotarł nad brzeg jeziora. Poprosił przewoźnika, by go wziął do swej łodzi na przejażdżkę po jeziorze. Milczeli. Przewoźnikowi było z tym dobrze, a profesorowi nie. Zaczął się wiercić. Jego rozdęte ego domagało się pokarmu. Potrzebował podkreślić, jaki jest mądry. Gdy byli już daleko od brzegu, profesor zaczął więc wypytywać przewoźnika:
- Znasz historię ? Nie ? A więc jedna czwarta twego życia stracona.                            
- Znasz astronomię ? Nie? A więc dwie czwarte twego życia poszły na marne.
- Znasz filozofię ? Nie? A więc trzy czwarte twego życia są stracone….  Zadowolony ze swej wielkości profesor nadął się jak balon, jeszcze chwila, a mógłby pęknąć.
Niespodziewanie zerwał się wiatr i rozpoczęła się wielka burza. Łódka na środku jeziora kołysała się jak mała łupinka orzecha. Przewoźnik przekrzykując ryk wiatru zapytał profesora:
- Proszę pana, czy umie pan pływać ?
- Nie! - wykrzyknął profesor.
A zatem całe pańskie życie jest stracone! – podsumował przewoźnik.
 Mam nadzieję, że na Tarnicy zostanę sam…….
(Spisuję swoje myśli z zeszytu i po raz kolejny przekonuję się, jak silnie działa myśl, jaką ma siłę stwórczą. Kilka razy poszła myśl o samotnej nocy na Tarnicy – Anioł tego wysłuchał, potem chciałem odkręcić, ale widocznie nie można tak kręcić Aniołem w lewo, a potem w prawo. Poza tym przecież zaufałem Aniołowi, on mnie prowadzi i wie najlepiej, jakie lekcje mam przerobić)

Mogłem jednak pomyśleć: - być może będą jacyś fajni ludzie odmiennej płci, którzy doceniają zachód i wschód słońca w takim miejscu, oraz gorące noce do spania bez namiotu pod gwiazdami.
   
 Podstawowa zasada przecież:
      - Pomyśl dobrze.
      - Powiedz co pomyślałeś.
      - Wykonaj co powiedziałeś.
                               Zaratustra.

A teraz idę coraz dalej drogą pod dachem nieba i patrzę na Tarnicę jak z każdym krokiem się zmienia. Jest cudnie, a to jest bardzo miłe i tego trzymać się trzeba.