Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeleń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeleń. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lutego 2024

Ognisko wieczorne

 




Część 14.

Najpierw płonęło tylko ognisko, potem nastawiłem garczek, w którym pichciła się zupa wieczorna maślakowa.






Ściemniało się pomaleńku, jadłem, a w myślach nuciłem osobistą wersję piosenki:

„Płomień strzela już z ogniska, czyś z daleka jest czy z bliska, bo ognisko wszystko zmienia, coraz trudniej o jelenia”. 




                  CDN

sobota, 15 stycznia 2022

W białośnieżnej bajce

I zobaczmy - taki myk: - budzi się człowiek i od razu jest zadowolony, ponieważ zobaczył przy domu przepiękną kupę śniegu. Do tego zapowiada się dzień bezchmurny, tudzież czeka wycieczka w Wysokie Bieszczady. To czegóż trzeba więcej?


 Krząta się więc on uroczyście, ten zadowolony człowiek i myśli. A myśli bo ma czas. Gdyby bowiem czasu nie miał, to by się tylko krzątał.

I wymyślił: - Ceremonia śniadania, a więc niespieszność, upewnia nas, że to my mamy wpływ na rzeczywistość. Jednocześnie z tak celebrowanej czynności płynie szacunek dla samego siebie, a to z kolei jest niezbędne dla zdrowej psychiki.

Turysta gotowy wychodzi przed dom, a tu świat, no przecudniały!


No to na szlak miły bracie! Po godzinie jestem na szlaku. 


Koniec grudnia, dzień krótki, szybko mijają świetlne godziny na dachu lokalnego świata. Jest fantastycznie, jeszcze o zachodzie byłem na górze, a schodziłem już w nocy. Zdjęcie jelenia z archiwum, atoli pięknie pasuje do całości. I słów już wystarczy.






czwartek, 29 kwietnia 2021

Wilki





Każdemu człowiekowi przydarza się coś po raz pierwszy. Ten pierwszy raz zwykle zapamiętuje się mocno i na zawsze. Tak było z moim pierwszym dziennym spotkaniem oko w oko z wilkiem, kiedy z biwaku schodziłem po wodę. Potem w tych samych okolicach Chryszczatej przydarzył się pierwszy nocny koncert watahy, wyjącej do księżyca. Oba zdarzenia z 2013 roku opisałem.








Po powrocie do miasta z tego niezapomnianego zbratania się z bieszczadzką przyrodą, zajrzałem do książek traktujących o wilczych zwyczajach.  Książek dwóch autorów: - Adama Wajraka i sławnego Shauna Ellisa. Sławnego Ellisa, ponieważ ten człowiek poznał zwyczaje wilków w naturalnym terenie i to od środka! Otóż wilki po wielu miesiącach i perypetiach przyjęły Shauna do watahy i spędził z nimi w stadzie rok jako „nietypowy wilk”! Dla miłośników zwierząt książka przefantastyczna!




W czasie wędrówek często natykam się na miejsca biesiadowania watahy. Po jeleniu zostają kości, po zającu tylko wspomnienie.


Po sarence zostaje czasami nóżka. Położyłem ją na mrowisku dla oczyszczenia. 



poniedziałek, 29 marca 2021

Odruch zwierzęcy

 


2013 rok. Biwak blisko Chryszczatej. Mija pierwszy tydzień pomieszkiwania w całkowitej inności prawdziwego odludzia. Rzecz dzieje się stopniowo, bo na początku nie byłem na odludzie gotowy, dlatego miesiąc biwakowałem na terenie Krysi Rados w Łupkowie. Biwakowałem, a odludzie wabiło.

Więc jestem ci ja na tym odludziu wreszcie i o poranku schodzę po wodę do potoku. Dzień zapowiada się piękny, mgły już się podniosły, ale trawy jak zwykle ociekają - spływają rosą. 



Zdobywałem dopiero doświadczenia biwakowe, dlatego już w połowie zejścia miałem przemoczone buty. Zaniedługo atoli zmieniłem system – po wodę schodziłem nieco później, kiedy słońce już rosę wysuszyło. A potem to ta rosa przestała mnie obchodzić, bo przy namiocie chodziłem tylko na bosaka i skóra na stopach szybko stwardniała - mogłem schodzić boso.


Więc schodzę ci ja zadowolony wielce, od nieba uderzył właśnie pierwszy ostry krzyk orlika, z dołu słychać już śpiew ptaków, oddycham pełną piersią, nie myślę o niczym specjalnym. Akurat doszedłem do miejsca na zboczu, z którego już widać w dole drogę leśną Bystre – Żebrak. Nagle oko rejestruje na drodze ruch – idzie pojedynczy człowiek. A ja jednocześnie czuję niepokój i natychmiast kucam skrywając się w zielsku. Skryłem się i myślę o tym, co zrobiłem. Oto odkryłem, że jestem zwierzęciem! Jestem zwierzęciem, ponieważ widząc człowieka poczułem się jak zwierzę, dla którego człowiek jest zagrożeniem i właśnie wykonałem klasyczny odruch zwierzęcy – kryj się! Przeczekałem kilka minut aż piechur z plecakiem przejdzie i zszedłem tam, gdzie miałem zejść. Nie miałem bowiem ochoty na rozmowę, a sam widok piechura oceniłem jako dyskomfort. Z jednej strony dyskomfort, a z drugiej satysfakcja, bo ja go widziałem, a on mnie nie zobaczył. Czyli wykonałem prawidłowy ruch czujnego zwierzęcia.                                                                                                                     

A to ci dopiero! Odezwało się we mnie zwierzę! No tak: - kto z kim przestaje takim się staje. Co dzień widzę tu orły, sarny, kozły, jelenie, lisy, wieczorem słyszę puchacza i tak mi w tej samotności dobrze, że nie wiadomo kiedy zapomniałem o istnieniu ludzi. Do świata ludzi, do Baligrodu schodziłem raz w tygodniu po jedzenie. Kupowałem i zaraz wracałem. A idąc powtarzałem sobie: - idę i czuję, że jestem. Albo inaczej: - idę, więc jestem!






Uczucia nie kłamią, a ten pierwszy osobisty odruch zwierzęcy który zarejestrujesz, jest niepowtarzalny, odświeżający, resetujący, uzdrawiający, daje dreszczyk Nieznanego. Co ciekawe każdy może tak mieć, trzeba tylko się odczłowieczyć - pospać tydzień pod dachem nieba, posłuchać nocnego wycia watahy i masz to uczucie jak w banku.

I takiego cennego uczucia życzę Czytelnikom, zwłaszcza dziś, gdy władze usiłują nas zamknąć w indywidualnych klatkach mieszkalnych.

czwartek, 20 lutego 2020

Otulić się Pierzyną Zadowolenia


Listy do samego siebie: - Fereczata po raz kolejny. 

No pokochałem tę kolejną górę, ciągnie mnie tu jakaś szczególna magia miejsca. Oczywiście nie chodzi tylko o przyjście na szczyt i krótkotrwałą kontemplację, ale o to, aby tu pomieszkać.  
     Więc dom postawiony i się zmierzcha. 
Ostatnia para młodych turystów przechodziła tędy od strony Smereka w stronę Cisnej kiedy słońce było już nisko. Właściwie przemknęli prawie biegiem. 
Zatrzymali się tylko na moment i zapytali: - Czy tu są wilki?
- Są - odpowiedziałem krótko.                                                                          Dziewczyna przestępuje z nogi na nogę (może jej się sikać zachciało?), chłopak tylko stoi. Stoją i milczą - jakby czekali jeszcze na coś, więc dodaję informacyjnie: -Trzysta metrów stąd leży kościotrup zeżartego jelenia. Chcecie zobaczyć zdjęcie? 


Nie chcieli. Chwycili się za ręce i poszli.
Nie zdziwiłem się - koniec sierpnia, słońce zachodzi zaraz po 19.00, będą na Okrągliku na godzinę przed zachodem, potem do przodu po równym, a dalej czeka ich wielogodzinne, bo już po ciemku, schodzenie do Cisnej w terenie wilczym. No otuchy jakby im nie  dodałem ....                                                    

Czy jednak powinienem dodawać otuchy? Czy jestem matką Joanną od Aniołów z Kalkuty? 
I tak informacja była niepełna: - nie powiedziałem o świeżych śladach niedźwiedzia, pozostawionych tuż przy źródle, tudzież o dwóch żmijach - jedną wyprosiłem z miejsca pod namiot, druga wygrzewała się na skraju jagodzin.                                                                  
Zapytali - dostali odpowiedź i święto lasu!

Powoli zapada noc - coraz wyraźniej widać księżyc. Cisza absolutna.

Oto siedzę otulony Pierzyną Zadowolenia w tym przestrzennym bieszczadzkim odludziu, a w głowie układa się zrozumienie daru samotności. 
Pojmuję, co to znaczy tylko siedzieć. Bo że coś mogę, ale nic nie muszę – to wiedziałem już wcześniej.
Jednak tu, na dachu lokalnego świata, gdzie kontakt z ziemią trzymam bosymi stopami, a na niebie zapalają się pierwsze lampiony gwiazd, ta prawda jaśnieje jasnością. 
Wiem, że to są banały, atoli jakoś obrazują aktualny stan ducha.
 
Kolory zachodu gasną, a mnie przypomina się melodia i słowa piosenki „Czarnoksiężnik”. Oczywiście w wykonaniu Jana Młynarskiego i z zawodzeniem piły.

Tak mówią ludzie, że życie jest niby sen
I że człowiek wciąż śni
Snem są noce i dni
Gdybym miał skarby świata całego
Do nóg bym je dał dziewczęcia mego
Gdybym miał władzę czarnoksiężnika
To cud by się stał na rozkaz jej

Zamieszkali byśmy z daleka od ludzi
By nikt nie przebudził
Snu wybranki mej

(Każdemu wolno kochać) ......

W nocy następuje sławne bieszczadzkie gwałtowne przebudzenie: - na kamiennej dróżce, dziesięć metrów od namiotu słychać stąpania wielu istot kopytnych. 
To przechodzi stado saren - przyszły na nocny popas jagodowy - oceniam i śpię dalej.
I już warto się obudzić, bo dnieje.
Niebo czyste. Słońce wynurzy się od strony Wetliny i połonin.  


Samotność – nie trzeba nosić żadnej maski, siedzę albo chodzę otoczony niepowtarzalną atmosferą miejsca i czuję się jakbym wpadł w białą chmurę przenikniętą światłem. Jestem w niej cały, kąpię się w niej i piję z niej świeżość, jak z krynicy.
Dopiero w takiej chwili można się dzielić. Jak mówił Osho efektem zrozumienia samotności jest miłość. Pewnie tak jest, jednak wolę powiedzieć skromniej – przeniknięty zostałem radością. I to nią właśnie się dzielę garściami.

Kiedy chmura jest brzemienna deszczem – spada deszcz i nie pyta co dostanie w zamian, a chmura jest szczęśliwa, że uwolniła się od ciężaru.
Jeszcze o poranku niebo zaciągnęło się chmurami i zaczęło padać.
Deszcz, samotność, odludzie, to wszystko pomaga zapaść się w siebie.



Samotność jest największym skarbem, prawdziwym bogactwem, prawdziwym królestwem. Ludzie uciekają od samotności nieraz przez całe życie.
Jeśli posmakujesz samotności w całej pełni, jeśli zanurkujesz w niej razem z głową, wtedy wynurzysz się jako nowo narodzony. I przypomnisz sobie słowa: - narodzić się na nowo, wejść do królestwa. Każdy takie królestwo nosi w sobie.
Było już popołudnie, kiedy deszcz ustał. 
- Dziś nikt przez Fereczatę nie przechodził i chyba jest już za późno, aby ktokolwiek pokazał się na szlaku. Och! Jak dobrze mi tu samemu! - pomyślałem uśmiechając się szeroko.
Krople wody potrafią wyczarować niecodzienny klejnot.


 Nazbieram jagód i połażę trochę.



Kiedy dziecko opuszcza łono matki, w tym nowym nieznanym świecie odkrywa podświadomie słowo osamotnienie. To pragnienie powrotu, ucieczki, myśl, że oto zabrakło czegoś lub kogoś. Potem dochodzą doświadczenia odstawienia od piersi, odejścia z domu i zamieszkania wśród obcych. 
Lekarstwem na osamotnienie dla dziecka jest misio, lub inna zabawka. Dla dorosłego szukającego ucieczki od osamotnienia lekarstwem bywa ktoś drugi chorujący na to samo, a wtedy choroba staje się podwójna.

Kolejny poranek.
Do uschniętych łodyg jagodzin wystarczy tylko przyłożyć zapałkę i już bucha ogień. Nie ma znaczenia że są mokre. Na podpałkę nadają się lepiej od brzozowej kory. Z pewnością w suchych listkach są olejki eteryczne.


Myląc chore osamotnienie ze zdrową samotnością, uciekamy od samotności uważając, że ona jest destrukcyjna. A to błędna diagnoza, ponieważ to, co niby mnie gnębiło, od czego uciekałem przez tyle lat, w rzeczywistości jest darem – do tego od samotności nie da się uciec. Rodzimy się samotni i tacy umieramy.
Tak samo jak rodzimy się nadzy i nago (bez dóbr doczesnych) umieramy.
Nie da się niczego ze sobą zabrać na tamten świat.

Co więc robić?
Nic. 
Po prostu przestać uciekać, bo nie ma sposobu, żeby od siebie uciec. Zatrzymać się, uspokoić, ochłonąć.

A pamiętając o konieczności polubienia siebie, przygarnąć do serca także klejnot samotności. Samotność bowiem jest skarbem, ponieważ to jest wolność, wyzwolenie od bliźnich. 
Oto nie musisz się spotykać z kimś (z rodziny, albo szefem, albo...) kto działa ci na nerwy.

Wtedy czujesz, że znalazłeś się na zielonych pastwiskach, jesteś kompletny. Dociera do ciebie, że zawsze byłeś kompletny, tylko o tym nie wiedziałeś. Znika zaborczość, znika wysiłek.
Ogarnia ciebie radość, masz jej boski nadmiar i wtedy dopiero możesz się dzielić. Bo dzielić możesz się tylko tym, co masz.
Oto przytrafiło się coś niezwykle cennego.