poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Do Wilczej Jamy

Rozwija się cudny letni dzień w Bieszczadach, upał jak się patrzy.
Idę naprzód skrajem szosy, niosąc ze sobą największy dar – umiejętność cieszenia się życiem.
     Słyszę, a potem widzę traktor, który kosi pobocze i rów, jadąc tym razem od Dwernika. Wyprzedzam traktor. Na nieskoszonym jeszcze poboczu rosną dorodne kwiaty, całe łany dorodnych kwiatów. Są tak piękne, a za parę chwil zamienią się w siano.
Zanim to się stanie zrobię oczywiście bukiet.



Ostatni bukiet wtykam w kopiec kreta, bo komu mam go dać, jeśli okolica bezludna?
Upał.
Powietrze aż drży. Jest dobrze ponad 30 stopni. Ponad 30 stopni Celsjusza.

Życie jest piękne do pewnego stopnia.
                                     Celsjusz.

Staram się być precyzyjny, ponieważ bloga czyta także Ameryka w translate i potem pytają, czy temperaturę podaję według Farenheita, czy lorda Kelvina.
Polska, to dla przeciętnego Amerykanina dalej zupełne peryferie świata, prawie Rosja, w każdym razie egzotyka i niedźwiedzie chodzące w zimie po ulicach miast.

      Czerwcowy upał w Bieszczadach.
Można byłoby się czegoś napić, na przykład piwa. Zimnego piwa....
Przyjmuję kierunek na karczmę i ośrodek Wilcza Jama.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza