czwartek, 7 kwietnia 2016

Wiszący most na Sanie

Schodzę z Otrytu, jestem już blisko szosy, gdy podjeżdża samochód z młodą parą. Wysiada facet – mięśniak, i pyta: - długo trzeba iść tam na górę?
      Niedługo – odpowiadam. 
- Dokładnie tyle, ile jest napisane na drogowskazie za panem.
Facet odwraca się, sprawdza napis na drogowskazie i podaje czas partnerce, która siedzi w samochodzie i jak się wydaje, nie ma zamiaru wychodzić.
       Kobieta mówi: - 45 minut? Pogięło cię? Zobacz jaka to góra! Chcesz żebym wyzionęła ducha?
- No chodź, zobacz jak tu ładnie.
- Gdzie ładnie? Zadupie jakieś i tyle. Ani mi się śni wysiadać! Taki kawał pod górę? A drugie tyle przecież trzeba, żeby wrócić do samochodu! I ciekawe kto będzie niósł Pikusia?

W tym momencie Pikuś dał głos, a dokładniej to rozszczekał się na całego.
- No ja będę niósł.
Ona – nie ma mowy, szpilki sobie zniszczę. Lepiej jedźmy do karczmy coś zjeść.
I pojechali.
A ja poszedłem.

Jestem już niedaleko mostu, wiem gdzie skręcić, bo sam most z szosy jest słabo widoczny. Oznaczenie trzeba przyznać – jest żadne. Albo jest humorystyczne, to już brzmi lepiej.

Można podejść do mostu na kilkadziesiąt metrów i jeszcze go nie widać.

A przecież to atrakcyjna w końcu konstrukcja wybudowana kiedyś specjalnie dla turystów.





Przechodzę po moście na drugą stronę. Susza, w Sanie woda po kostki.


Po drugiej stronie rzeki zieloność aż kipi. Chodzę tu i tam.




Wokół żywego ducha nie ma – pomyślałem idąc cichutko wąską ścieżką. Naraz zobaczyłem sarnę siedzącą w wysokich trawach. Przystanąłem szykując aparat. Nie widziała mnie.
Podniosłem szybko aparat ponad głowę i przycisnąłem guzik.
Poszła seria kilku zdjęć.
Aparat wydaje dźwięk w chwili otwarcia migawki. Dość cichy dźwięk, ale w tej panującej tu ciszy, wydawało mi się, że strzela jak karabin maszynowy.
Sarna usłyszała i instynktownie dała natychmiast susa do lasu. A więc dwa zdjęcia: pierwsze i ostatnie. 
Pora powędrować dalej, opuszczam wiszący most na Sanie.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza