Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony Kapturek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony Kapturek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2026

Wiersz dla Zielonych

 


Nie lubię koloru czerwonego - mówi entuzjasta ekologii,

siedząc w swoim chińskim elektryku,

pod czerwonymi światłami w Alejach Jerozolimskich.

To kolor zakazu – stój, nie rusz się.

 

Widząc czerwoną plamę na chodniku

obejdź ją z daleka.

Jeżeli wdepniesz w krew

twoje buty posłużą za dowód: byłeś wspólnikiem!

 

Jakże inny jest kolor zielony

to kolor przyzwolenia

kolor łąki,

otwartej przestrzeni: oddychaj, żyj!

 

Nasza przyszłość będzie zielona.

Tylko ci co mają zielono w głowie

nie myślą o strachu.

Na zielone głowy wkładają czerwone kapturki

i już nie boją się wilków.


piątek, 21 kwietnia 2023

Dwa światy

Moje dwa światy. O sobie bowiem mogę pisać swobodnie.

Pierwszy świat ma nazwę Pogoń.

Pogoń za pieniądzem, dobrami materialnymi, odurzenie tak zwaną Prosperity.

     Własna firma, 350 godzin pracy w miesiącu, także jako robotnik, jednak za godziwe, uczciwie zarobione pieniądze.

Plan Balcerowicza – tracę zamówienia, zwalniam wszystkich pracowników, staję sam przy maszynie w cyklu 36 godzin. Kilkakrotnie wysyłam w eter myśl: - Aniołku, nie chcę tak ciężko pracować! Chciałbym się raz porządnie wyspać i wyleżeć!

Myśl zostaje wysłuchana – wypadek samochodowy, śmierć kliniczna, osiem miesięcy w szpitalu. Po dwudziestu latach zamykam działalność.

 

Wychodzę ze szpitala i rozglądałem się za jakąś pracą, ale już nie fizyczną. Rozwijało się zainteresowanie giełdą, wprowadzono kontrakty terminowe, a ja skoczyłem na główkę w ten nowy świat. Z całym sercem, ale jednocześnie na główkę. Przykład? Rano daytrading na Wig 20, wieczorem Wall Street, po północy  noctrading na Nikkei 225. Uzależnienie od pieniądza - witamy w krainie Paranoja.

    Więc kolejna myśl, ale tym razem od Anioła do mnie: - Rzuć to! Przyhamuj. Zarobiłeś? Odpocznij! Niezależnie od tego ile masz i tak umierając zostawisz wszystko.

Poniższy obrazek celnie podsumowuje ten miniony etap mojego życia.


Drugi świat nazywa się Luzik.

Rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady.

- Pod Chryszczatą. 

Na tej łące górskiej każdy dzień odbieram jak niedzielę, a więc święto. A do tego dziś jest akurat niedziela. Czyli jest niedziela w niedzieli. Sto procent niedzieli w niedzieli, wokół przestrzeń, nad głową krzyk orłów i bezmiar nieba. Pogodnego błękitnego nieba, z odcieniem kobaltowym.

I to dzieje się realnie, nie jest to sen, ani bajka.




 

Wilk napadł na Czerwonego Kapturka

Czerwony Kapturek woła : - ratunku!

Przez las idą krasnoludki, jeden pyta: - pomożemy?

Pozostali jednogłośnie; - coś ty! Przecież ona nie jest z naszej bajki!

 

Żeby komuś pomóc, najpierw należy zacząć od siebie, sobie pomóc, siebie naprawić. Rodzice, kapłani, społeczeństwo, oni wszyscy psują, niszczą człowieka.

Silnie dotarło to do mnie właśnie tutaj, na samotnym biwaku pod Chryszczatą. Dotarło poprzez uczucia, które nie kłamią. Jestem wdzięczny Losowi, że dał mi możliwość samonaprawy, obudził iskrę buntu i nasycił wdzięcznością. Zobaczyłem ten mój poprzedni świat, świat chorej pogoni.

      A więc wdzięczność.

Ta wdzięczność to nic innego jak wybijająca z człowieka fontanna bezinteresownej miłości.

Pracowicie gra orkiestra miliona świerszczy, wieje zefir, a ja upajam się widokami na tym dachu Boskiego Hotelu Siedem Gwiazdek.

Podnosi się upał, a wraz z nim jeszcze wyżej unosi się miłość w sercu Zbyszkowym. Tak, to jest godne i sprawiedliwe i tego warto się trzymać.

Uczucia nie kłamią i upajając się nimi, czuję się rewelacyjnie, jakbym na nowo się narodził.

Albo odkrył w sobie wewnętrzne dziecko.


 Wszystko mija, a bieg zdarzeń bierze początek z myśli. Z prawidłowych myśli.  Poza tym, żeby docenić ciepło, najpierw trzeba zmarznąć. Inaczej się nie da. 

      Poza tym, nie trzeba od razu gdzieś wyjeżdżać ......


czwartek, 12 kwietnia 2018

Ruszam

Jest sobota 3 września 2016 godz. 09.09. 

Zeszło się nieco - nie jest to świt jak planowałem, ale co tam!
Nie muszę się spieszyć! Nic nie muszę.....
A wokół dzień wrześniowy rozwija się jak marzenie.

Ruszam!
Jejku! Radość mnie rozpiera. Cieszę się.... cieszę się jakbym był dzieckiem i biegł beztrosko za motylem!
Przecież w każdym z nas jest wewnętrzne dziecko.

Chwile podobnej szczęśliwości, nawet bez widocznego powodu, zdarzały mi się także w trakcie małżeństw. Wtedy moje obie żony wyjeżdżały co ciekawe z taką samą sentencją: - „Cieszysz się, jakby ci ktoś w kieszeń nasikał!”. .
       Ano niech będzie słowami Moich Byłych.
Kiedy przywołuję dzięki zdjęciom tę chwilę ruszania z Kołyby, dobrze pamiętam, że cieszyłem się wtedy tak, jakby ktoś nasikał mi w obie kieszenie! Tak działa WOLNOŚĆ! (bowiem).

Oto jestem panem samego siebie.
Idę i jestem zadowolony....
Idę łąką, potem przez mostek nad strumyczkiem, a rozglądam się pilnie czy przypadkiem nie pojawi się Czerwony Kapturek goniony przez wilka, a ja go uratuję. Nie wilka, ów sobie poradzi.... Czerwonego Kapturka uratuję, a wilka odgonię mówiąc – a sio!
Czerwony Kapturek zapała wdzięcznością...... i takie tam.

Wchodzę na tory kolejki bieszczadzkiej.

Poranek jeszcze. Wokół ciepła lato-jesień, ptaki pitolą – idzie się!

Wczesną wiosną przejeżdża po torach Trująca Chemiczna Drezyna z Majdanu, szprycując zielsko. Dlatego nie chodzę torami przez co najmniej miesiąc, a najlepiej dwa miesiące. Potem już chodzę, a zielsko i kwiaty zaczynają znowu rosnąć. Bieszczadzka przyroda wydaje się niezniszczalna i oto pomiędzy torami urosły dorodne dziewanny. Czyż nie jest uroczo?

Dobrze się idzie po podkładach wąskotorówki. One mają przychylniejsze odległości dla długości kroków piechura.
W odróżnieniu od odległości w podkładach kolei zwykłej, które wymuszają głupie kroki.
      Tędy kolejka nie jeździ od czasów Stachury.
Schodzę z torów przy leśniczówce i idę leśną drogą w kierunku Balnicy.
Przed leśniczówką mylny drogowskaz – Balnica 1,5 km. Tyle to jest do Kapliczki Kowalowej, bo do Balnicy - stacji kolejki jest trzy razy tyle.

Pora jest żmijowa – z pobocza drogi wolno odpełza Piękna Zygzakowata Czarna zanim zdążyłem ją sfotografować. Już za leśniczówką zmykają dwa wielkie zaskrońce. Trzeciego cykam. Mierzy pewnie półtora metra.

Pierwszy przystanek przy Źródełku Kowalowym.
 
Plecak wydaje się potężny przez dwa śpiwory – lubię wyspać się w cieple.....

Opiłem się sławnej twardej świętej wody. Na wiele godzin znika po niej apetyt. Nadleśnictwo Komańcza wzięło przykład od kolegów z Baligrodu i postawili na Balniczku most z prawdziwego zdarzenia.



Tutejsza woda jest tak mocno zmineralizowana, że pomimo zagotowania nie zaparzy się na niej kawa.
Drzeworyt sympatyczny - Matka Boska Leśna.

Podążam do Wojtka Judy.
Plecak nie tyle ciąży, co ugniata kręgosłup. Pod plecami mam zeszyt – bieszczadzki komputer, jednak za nim jest garnek i miska. One są ustawione na sztywno i nie dają ani milimetra ugięcia przy kolejnych krokach. Jest rada na to, aby osłonić kręgi: - podkładam pod plecy raz jedną dłoń, a raz drugą i tak pomału (przecież nigdzie mi się nie spieszy) zbliżam się do przystanku Balnica.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Schody


Schody wejściowe do domu Czerwonego Kapturka są zrobione z miejscowego materiału – z łupków.
    

Do domu Czerwonego Kapturka się wchodzi, do Kołyby się schodzi. Przed Kołybą także nie ma jak na razie balustrady, choć tu przyjeżdża kilka osób starszych wiekiem, lecz młodych duchem.
        W czasie układania odcinka schodów przy Kołybie, przypomniałem sobie, jaką ogromna radość sprawia mi taka praca.
Kiedyś bowiem budowałem schody na swoim mocno pofałdowanym kawałku ziemi, gdzie tylko się dało.
Czyli postępowałem totalnie według dzisiejszej wiedzy.
   
W rozmowie z Czerwonym Kapturkiem, wyjaśniliśmy całkowicie sprawę balustrady. Otóż nie była ona (balustrada znaczy) przy tych schodach przewidziana. Kapturek na ten temat powiedział tak:
- „Ten dom zbudowałam najpierw w marzeniach. Przecież wiesz, z myśli wszystko się bierze. Jest on dokładnie taki, jaki miał być. I to nie tylko z zewnątrz. Cały dom jest taki, jaki miał być..... Nie było w moich marzeniach balustrady.
   
     
 Jestem sprawna i stosunkowo młoda, takie właśnie schody mi się podobają. Czy wszyscy muszą mieć balustradę przy schodach? Nie po drodze mi z wszystkimi. Dlatego działka jest w prawdziwym lesie, którego dzikość bardzo szanuję, tu wilki podchodzą pod dom. Nie obsadzę granicy tujami, jak robi wielu, bo po co w pięknie natury robić „popraweczki”, jeśli to są „pogorszeczki”?
      Po czym Kapturek zapytał: - „Czy wiesz, czym różni się małżeństwo od narzeczeństwa?”

To akurat wiedziałem: - stosunkowo niczym, lecz spora różnica jest.

wtorek, 17 marca 2015

Budynek trzeci

Czyli dom Czerwonego Kapturka.

W czasie bieszczadzkich wędrówek, na ścieżce gdzieś w głębi lasu spotkałem Czerwonego Kapturka.
   

Dzień dobry! - powiedziałem bardzo uprzejmie.
Czerwony Kapturek zmierzył mnie niechętnym wzrokiem i z wyraźnym wahaniem odpowiedział: - dzień dobry.

Oho, myślę sobie, Czerwony Kapturek nie w sosie. W takich przypadkach powinien poskutkować dobry krótki dowcip o konkurencji. - Czy wiesz, Kapturku, jak Królewna Śnieżka budzi krasnoludki?
 - 7 up! 
I poskutkowało. Kapturek się nieco rozchmurzył. 
 - Jeszcze coś opowiesz? Zapytał. Więc nawijam:

Trzech myśliwych przechwala się, kto więcej zwierzyny upolował. -Pierwszy mówi: - ja upolowałem sto zajęcy.
 -Drugi: - a ja upolowałem niedźwiedzia. 
 -Na to trzeci: - a ja upolowałem stado nołplisów!
 -Nołplisy? Co to takiego?
 -Nie wiem. Po prostu biegały i krzyczały: - „No, please!”

Tego też nie znałam, powiedział Kapturek. Jak opowiesz jeszcze jeden dobry dowcip, to zaproszę ciebie do siebie, a babci akurat nie ma w domu ....... Zabrzmiało to tak interesująco, że baśń popłynęła prawie sama:

Dawno, dawno temu była sobie Mała Osada, którą nawiedzał straszny smok. Za każdym razem pożerał dziewice i co mu tam w pazury wpadło. Starszyzna wioski wysłała poselstwo do Dużego Rycerza. - Ratuj nas! - prosili.
 - Rycerz odpowiedział: - Muszę pomyśleć, zastanowić się – przyjdźcie za tydzień. 
 Na drugi dzień smok ponownie spustoszył okrutnie Małą Osadę. Zdesperowani mieszkańcy wysłali poselstwo do Średniego Rycerza. - Ratuj nas! - błagali.
 - Muszę pomyśleć, przyjdźcie za trzy dni – odpowiedział Rycerz. Następnego dnia smok ponownie napadł na Małą Osadę. Zrobiło się całkiem krucho z dziewicami. Właściwie już wcale ich nie było, została tylko Mańka Dzyndzel, i nie było żadnej pewności, czy ona jest dziewicą, czy tylko tak się przechwala. A smok znał się przecież na dziewicach jak mało kto! Nie daj Boże smoka oszukiwać, dopiero by się rozeźlił! Rada w radę, wysłano poselstwo do Małego Rycerza.     
 - Ratuj nas, jesteś naszą ostatnią nadzieją, ale powiedz od razu, ile dni będziesz się zastanawiał, czy zaatakować smoka?
 - Na to Mały Rycerz rzekł: - Tu nie ma się nad czym zastanawiać, trzeba natychmiast spierdalać!
    Uprzyjemniając sobie w ten sposób wędrówkę, doszliśmy do polany, na której ukazał się dom Czerwonego Kapturka.
       


        


    Usiedliśmy na tarasie, zostałem poczęstowany herbatką z dziewanny i ciasteczkami owsianymi i teraz z kolei Kapturek opowiedział niespotykanie dowcipny dowcip:

  • Pewien facet leżał w łóżku i konał. Od czasu do czasu wracał do przytomności. Żona czuwała przy jego łóżku dzień i noc! Pewnego dnia znowu odzyskał przytomność i zaczął zmęczonym głosem mówić do żony: - W najgorszych czasach byłaś przy moim boku. Gdy mnie zwolnili z pracy, dodawałaś mi otuchy, później, kiedy moja firma zbankrutowała, też byłaś przy mnie. Jak straciliśmy nasz dom, także byłaś blisko. Nawet teraz, gdy jestem tak chory, nie opuszczasz mnie ani na chwilę..... 
     Wiesz co..... ? 
     Oczy żony wypełniły się łzami wzruszenia: 
     -Co mój kochany? - wyszeptała. 
    -Myślę, że przynosisz mi pecha!

PS. Informuję, że doszukiwanie się jakichkolwiek podtekstów osobistych w tych dowcipach jest nieuprawnione.
         Do zobaczenia na blogu na początku kwietnia i tą obietnicą kończę wpisy marcowe.