czwartek, 12 kwietnia 2018

Ruszam

Jest sobota 3 września 2016 godz. 09.09. 

Zeszło się nieco - nie jest to świt jak planowałem, ale co tam!
Nie muszę się spieszyć! Nic nie muszę.....
A wokół dzień wrześniowy rozwija się jak marzenie.

Ruszam!
Jejku! Radość mnie rozpiera. Cieszę się.... cieszę się jakbym był dzieckiem i biegł beztrosko za motylem!
Przecież w każdym z nas jest wewnętrzne dziecko.

Chwile podobnej szczęśliwości, nawet bez widocznego powodu, zdarzały mi się także w trakcie małżeństw. Wtedy moje obie żony wyjeżdżały co ciekawe z taką samą sentencją: - „Cieszysz się, jakby ci ktoś w kieszeń nasikał!”. .
       Ano niech będzie słowami Moich Byłych.
Kiedy przywołuję dzięki zdjęciom tę chwilę ruszania z Kołyby, dobrze pamiętam, że cieszyłem się wtedy tak, jakby ktoś nasikał mi w obie kieszenie! Tak działa WOLNOŚĆ! (bowiem).

Oto jestem panem samego siebie.
Idę i jestem zadowolony....
Idę łąką, potem przez mostek nad strumyczkiem, a rozglądam się pilnie czy przypadkiem nie pojawi się Czerwony Kapturek goniony przez wilka, a ja go uratuję. Nie wilka, ów sobie poradzi.... Czerwonego Kapturka uratuję, a wilka odgonię mówiąc – a sio!
Czerwony Kapturek zapała wdzięcznością...... i takie tam.

Wchodzę na tory kolejki bieszczadzkiej.

Poranek jeszcze. Wokół ciepła lato-jesień, ptaki pitolą – idzie się!

Wczesną wiosną przejeżdża po torach Trująca Chemiczna Drezyna z Majdanu, szprycując zielsko. Dlatego nie chodzę torami przez co najmniej miesiąc, a najlepiej dwa miesiące. Potem już chodzę, a zielsko i kwiaty zaczynają znowu rosnąć. Bieszczadzka przyroda wydaje się niezniszczalna i oto pomiędzy torami urosły dorodne dziewanny. Czyż nie jest uroczo?

Dobrze się idzie po podkładach wąskotorówki. One mają przychylniejsze odległości dla długości kroków piechura.
W odróżnieniu od odległości w podkładach kolei zwykłej, które wymuszają głupie kroki.
      Tędy kolejka nie jeździ od czasów Stachury.
Schodzę z torów przy leśniczówce i idę leśną drogą w kierunku Balnicy.
Przed leśniczówką mylny drogowskaz – Balnica 1,5 km. Tyle to jest do Kapliczki Kowalowej, bo do Balnicy - stacji kolejki jest trzy razy tyle.

Pora jest żmijowa – z pobocza drogi wolno odpełza Piękna Zygzakowata Czarna zanim zdążyłem ją sfotografować. Już za leśniczówką zmykają dwa wielkie zaskrońce. Trzeciego cykam. Mierzy pewnie półtora metra.

Pierwszy przystanek przy Źródełku Kowalowym.
 
Plecak wydaje się potężny przez dwa śpiwory – lubię wyspać się w cieple.....

Opiłem się sławnej twardej świętej wody. Na wiele godzin znika po niej apetyt. Nadleśnictwo Komańcza wzięło przykład od kolegów z Baligrodu i postawili na Balniczku most z prawdziwego zdarzenia.



Tutejsza woda jest tak mocno zmineralizowana, że pomimo zagotowania nie zaparzy się na niej kawa.
Drzeworyt sympatyczny - Matka Boska Leśna.

Podążam do Wojtka Judy.
Plecak nie tyle ciąży, co ugniata kręgosłup. Pod plecami mam zeszyt – bieszczadzki komputer, jednak za nim jest garnek i miska. One są ustawione na sztywno i nie dają ani milimetra ugięcia przy kolejnych krokach. Jest rada na to, aby osłonić kręgi: - podkładam pod plecy raz jedną dłoń, a raz drugą i tak pomału (przecież nigdzie mi się nie spieszy) zbliżam się do przystanku Balnica.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza