piątek, 20 kwietnia 2018

Rozmowy w Roztokach

Informacja: - Za tydzień, w piątek 27 kwietnia pojawią się na blogu ostatnie wiosenne wpisy i autor uda się na zasłużone wakacje.
Przerwa we wpisach potrwa do jesieni.

Idzie się wyśmienicie o tym rześkim poranku. Mijam bobrowiskowy zalew z widocznym żeremiem. (dom bobrów)


coraz bliżej Roztok



Po drodze dwie rozmowy.
Pierwsza zaraz obok tego drogowskazu ze zdjęcia.
.
Na pniu ściętego drzewa siedzi puszysta jejmość. Siedzi i je czipsy. Widocznie zgłodniała.

- Dzień dobry, ależ ma pan ciężki plecak!
Zatrzymuję się.
- Dzień dobry. Otóż proszę szanownej pani on nie jest ciężki – on się tylko ciężki wydaje, nie waży więcej niż dwanaście kilo.
- Ooo.. to bardzo dużo, to jest ciężki.... i jeszcze z takim ciężarem wspinać się po górach? Zdrowiem szastać?
                                                                                                                                                     Popatrzyłem na kobietę wymownie.
- Bez urazy – Ale zdrowie jest z powodu „dużo chodzić” a nie „dużo siedzieć”. Poza tym wiele lekarstw można zastąpić ruchem fizycznym, natomiast nie ma takiego lekarstwa które potrafi zastąpić ruch fizyczny.

Jednak moje wyjaśnienie nie trafiło widocznie pani do przekonania, bo rzekła:
- Rozumiem że można wejść na jakąś górę dla widoków, ale po co z takim plecakiem?
- Niosę ze sobą namiot i śpiwory, aby pomieszkać na szczycie...
- Co pan? Przecież są niedźwiedzie, wilki, zimne noce, nie szkoda panu zdrowia?
- Powtórzę jeszcze raz – bez urazy – a pani nie szkoda zdrowia?
- Jak to?
- a tak to! Przecież pani niesie i to non stop, o wiele cięższy plecak niż mój, szacując na oko co najmniej dwadzieścia kilo. Niesie go pani dzień i noc, nigdy go nie zdejmuje, przez co pani serce i kręgosłup nie mają nawet chwili odpoczynku.
A ja dojdę gdzie mam dojść i plecak zdejmę.

Kobieta zamilkła i przestała jeść.
I po rozmowie.

Trochę mi jej było żal, ale.... powiedziałem prawdę, a prawda boli najczęściej.  

Mijam Roztoki. Żywego ducha nie widać....



Tylko to pomyślałem i jak spod ziemi napatoczył się wypytywacz.

Dołączył do mnie – nic nie niesie – za to ma kijki. 
Idziemy obok siebie. Rozmowa mnie bawi – chociaż odpowiadam jedynie monosylabami tak – nie.
A skąd, a dokąd, ile mam lat, gdzie mieszkam itp.
Wreszcie pada pytanie - tyle pan podróżuje, trzeba mieć na to pieniądze, to z czego pan się utrzymuje?

Do faceta nie dociera, że niosę namiot, wyobraża sobie, że przez kilka miesięcy nocuję non stop w hotelach.
W każdym razie mam okazję zastosować jeden z ulubionych dowcipów pod tytułem "pieniądze z szafy".

- Biorę pieniądze z szafy proszę szanownego pana – odpowiadam.
- Jak to z szafy? - Zainteresował się.
- No po prostu podchodzę do szafy jak mi potrzeba pieniędzy i wyjmuję potrzebną sumę – tłumaczę.
                                                                                                                                                              Facet widać myśli i choć nie jest przekonany, zadaje pytanie, na które czekałem.
- A skąd biorą się pieniądze w tej szafie?
- Moja żona tam je wkłada.
- A żona skąd je ma?
- Ja jej daję....
- Pan ze mnie kpi?
- Ależ skąd.

Po raz kolejny udał mi się stary dowcip! Idziemy w milczeniu jakiś czas - staram się utrzymać poważną minę, bo kątem oka widzę, że facet mi się przypatruje.

- No dobrze – mówię wreszcie, powiem panu jaka jest prawda.
Dla większego efektu oglądam się za siebie – za nami nikogo nie widać, tylko my dwaj. Wypytywacz także się obejrzał.
                                                                                                                                                                   - Otóż w ustronnych miejscach proszę pana, takich jak tutaj, to ja morduję brutalnie, a potem ograbiam zwłoki przygodnych turystów którzy za dużo pytają.
                                                                                                                                                  Poskutkowało – dotarło. Facet się zmieszał, a może obraził, coś tam bąknął i zakręcił w ścieżkę biegnącą za ostatnim domem w Roztokach.

Nie ma to jak swoboda! (i dziewczyna młoda)
Nie uznaję konieczności prowadzenia grzecznej rozmowy zawierającej konwenanse. Co nie znaczy, że podpieram się chamstwem. Bynajmniej.
Mogę rozmawiać sensownie, albo robić sobie jaja, lecz zawsze z klasą. A kiedy zajdzie konieczność, potrafię posłać do diabła każdego, kto wyda mi się niesympatyczny.

Czyli asertywność po prostu! - mógłby ktoś podsumować. Może być asertywność, ale ja wolę nieco szerzej:
Ot – wolność.

Przełęcz ponad Roztokami. Widok na Słowację. Przed wojną było tu przejście graniczne na Węgry. Po widocznym na zdjęciu budynku węgierskiej straży granicznej  zachowała się resztka betonowej piwnicy.


Komplet drogowskazów i ciekawostka: - fotografuję pierwszy z trzynastu słupków granicznych, które są ustawione odwrotnie - pokazują Słowację tam gdzie powinna być Polska. Dokumentuje to drugie zdjęcie ze słupkiem - stoję od strony Cisnej - za słupkiem widać drogę na Ruske Sedlo, a na słupku po mojej stronie widać S.....

Trzynaście kolejnych słupków w stronę  Balnicy ustawili pijani żołnierze, a potem widocznie wytrzeźwieli, bo dalej jest prawidłowo. Zwykle żołnierze mają dowódcę, on więc także musiał być w stanie wskazującym. No a generał co na to powie?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz