czwartek, 26 kwietnia 2018

Odlotowa noc

Zapada zmierzch, a wiatr nie tylko nie cichnie, ale się jeszcze wzmaga. Mocuję dodatkowo linki namiotu od strony wiatru - daję podwójne szpilki i lepiej układam kamienie. Gotuję wodę na kawę.


Przed nocą wiatr na chwilę słabnie, może ucichnie?
Jest już ciemno, kiedy ze zdziwieniem widzę nadchodzącą dwójkę piechurów - przychodzi zdrożona, bardzo sympatyczna para Słowaków - Ahoj!
     Wskazuję im miejsce na postawienie namiotu – wszak znam tu każdy kamień.
Zrobiło się zimno - częstuję gości kawą, jedzenie mają swoje. Są tak zmęczeni, że po kilku zdaniach milkną, a ja mam frajdę - fotografuję młodych, starając się przy okazji uchwycić płomień targany wiatrem.
Udaje się to na dwóch ostatnich zdjęciach.











Wichura wygania do spania – młodzi już powiedzieli dobranoc.  Jeszcze trzeba obowiązkowo zasikać resztki żaru...  
Przy tej czynności pomyślałem: - siki są w pewnym aspekcie podobne do czasu. Czas gasi bowiem płomienne uczucia ....
      Moszczę się w śpiworze.
Wiatr szaleje na całego, wyje w linkach, szarpie tropikiem. Podmuchy chwilami są huraganowe. Jeszcze nie nocowałem przy takiej wichurze.

Pod sufitem namiotu powiesiłem miniaturową latarkę która tańczy w podmuchach - migawka aparatu otwarta na 5 sekund i wyszły ciekawe esy floresy.

Położyłem się przy ścianie nawietrznej, żeby dociążyć namiot, bo wrażenie jest takie, że zaraz odlecimy.
Chwilami wydaje mi się, że stelaż pęknie.
Usypiam z uśmiechem, bo ustaliłem, że jest odlotowo i przypomniała mi się sentencja, że człowiek wszystko zniesie oprócz jajka.

Niespokojna noc. Budzę się wielokrotnie przy silniejszych zadęciach i sprawdzam, czy mam dach nad głową.
    Śni mi się, że wicher porwał mnie razem z namiotem i fruwam bezcielesny nad górami nie mogąc wylądować.

I w ten oto sposób, mija północ i kończy się niedziela 4 września – drugi dzień bieszczadzkiej wycieczki, w trakcie której Anioł urządził mi dwa fikołki – oba w dniu czwartym.
      Nie zdążyłem napisać o tych dwóch kolejnych dniach, zrobię to już po wakacjach.

Kiedy zamieściłem pierwszy post pod tytułem "Ruszam", wydawało mi się, że czasu jest dość, aby opisać cztery dni w górach. Myliłem się jednak, ponieważ dały o sobie znać dwie kwestie, których się trzymam.
     Po pierwsze primo: - jeśli coś robię, staram się robić to dobrze, albo wcale.
     Po drugie primo: - nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz. Czyli wszystko ma swój czas. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz