środa, 9 marca 2016

Luje z Lutowisk




Lutowiska (1944-1957 Szewczenko) – wieś w Bieszczadach, mieszkańców 2200.



Usiadłem na tarasie tak, że widzę jednocześnie dwa ptaki: koguta i bociana.



Ten widok, to jakby telewizja lokalna. Na razie bez dźwięku ta telewizja, bo dźwięk się dopiero szykuje.
Luj, który wyłonił się z niebytu, stoi, ja pogryzam drożdżówkę i czekam na tekst, który mi pewnie zaraz zaserwuje.
Luj przestępuje z nogi na nogę, nie wie jak zacząć.
- Dzień dobry! Pan z daleka?
Grzeczny, nienamolny początek. Odpowiadam:
- Z Woli Michowej ci ja idę. Trzeci tydzień idę niespiesznie.
- Jak niespiesznie, to znaczy, że ma pan czas.
- Ano mam! Mam czas, czego i panu życzę.
- E tam, panie! Czas to ja mam, ale co z tego, jak kasy nie ma.
- A czemu kasy nie ma?
- Bo robić się nie chce, co ja będę w bawełnę owijał. Tak się obijam z dnia na dzień, najgorsza to zima jest.
- Czemu najgorsza?
- Jak to czemu najgorsza? Bo panie w zimie zimno jest! Marznie człowiek sakramencko!
- Racja. W zimie jest zimno.
- Ale teraz jest ciepło?
- No tak, teraz tak....
Siedzę i jem, rozmawiamy, a luj stoi, trochę nieładnie....
Lecz przecież wszyscy domyślają się, o co chodzi.
- Ciepło jest to i pić się chce – rzucam tak ogólnie.
Zabłysły oczy luja.
- O tak, panie tak! Święte słowa pan powiedział!
Wyjmuję dwa złote i podaję lujowi ze słowami: - proszę, oto na puszkę. (piwo od 1,29 zł puszka, jak zauważyłem kupując bułki).
Luj machnął się do sklepu, akurat skończyłem jeść, kiedy zdarzenia nabrały tempa: - wraca mój luj nie tylko z puszką już otwartą, ale i z drugim lujem.
- Kolega! Przedstawia powierzchownie kamrata.
No, na taką ładną prezentację wypada się zachować: podaję lujowi-koledze rękę i przedstawiam się: Zgrywus!
- Siara! Odpowiada.
- A ja Furman, wyciąga rękę pierwszy luj.
I Siara już biegnie po swoją puszkę z moją dwuzłotówką.
Popijam wodę.
- A pan piwa nie? Pyta Furman.
Żeby przeciąć temat, mówię: - niestety nie, lekarz zabronił.
- Toś pan chory?
- Tak, i to bardzo. Mam trzy choroby: - syfilis, różę i śpiączkę kurzę!
Luje zgodnie rżą ze śmiechu, bo Siara już zdążył obrócić.
- Zgrywus z pana! - Oceniają.
- To wam powiem jeszcze, że mam taką pigułkę uniwersalną, którą łykam....
Viagra! Wykrzyknął Siara.
Sragra! Zareplikował Furman.                                                                                   - Milcz, kiedy pan jeszcze nie skończył mówić. Dobrych obyczajów nie znasz?        - To na co, panie, ta pigułka jest?
- Na głowy bolenie i kuśki stojenie!
Ha, ha, ha! Zaśmiali się luje szeroko, wspólnie podsumowując: Zgrywus zupełny! Jajcarz! Dobrą ksywkę masz! I w ten oto sposób niewidoczny przeszliśmy na „ty”.
- A słyszałeś co powiedział..... i tu Siara rzuca nazwisko jakiegoś polityka.
- Nie słyszałem – odpowiadam zgodnie z prawdą.( Od maja odciąłem się od giełdy, od komputera, a od telewizyjnych czy radiowych wiadomości to już piąty czy któryś rok będzie, tyle, co mi ludzie powiedzą, a przeważnie to moja niereformowalna, prawie stuletnia ciocia)
     Siara wyrzuca z siebie to bulwersujące go zdanie wypowiedziane przez kogoś.
Następuje długa chwila ciszy.
Nawet lekko zgrozą powiało.  
Siara delektuje się efektem jaki wywarł na słuchaczu.
A słuchacz, czyli ja, pyta: - A co na to Gomułka? On pozwala na takie wypowiedzi?
- Jaka Gomułka?!!!
Furman i Siara patrzą na mnie nic nie rozumiejąc.
- No jak to jaka Gomułka? Pierwszy sekretarz partii komunistycznej!
Cisza. Luje myślą. - Nie ma już go, tego Gomułki.... po głębszym namyśle rzecze Siara.
- To kto teraz jest? Pytam robiąc wielkie oczy.
Odpowiada mi milczenie......
Luje patrzą się na siebie porozumiewawczo... Świr znaczy? Nie, przecież on jaja sobie z nas robi!
I piwo stawia. Znaczy się zupełnie przyzwoity normalny zgrywus-jajcarz!
    Wybuchamy śmiechem, ja się aż załkałem.
Furman idzie po kolejne puszki.
Następnie rozmowa toczy się dalej. Byłoby za długo, żebym ją przytaczał w całości. Napiszę więc krótko: była to bardzo całkiem niegłupia rozmowa.
Opowiedziałem między innymi jak zostałem okradziony przez Dzikiego w Smolniku nad Osławą.
     Że to dla mnie była nauczka. I że trzeba wybaczać, bo inaczej cierń w sobie się nosi. I że pobieramy lekcje, a każdy na naszej drodze może być nauczycielem.
Furman natomiast wykazał się naprawdę nie byle jakim podejściem filozoficzno-logicznym. Niby się ze wszystkim zgadzał, powtarzał: racja, racja, ale na koniec dopowiadał jedno celne słowo, górnolotne słowo, a więc niezrozumiałe dla Siary, którego to coraz bardziej denerwowało.
Na koniec Siara się wkurzył i mówi:
- A co ty Furman tylko racja i racja! Co ty tak łatwo zgadzasz się z nami?
I tu pada niezwykle trzeźwy osąd, biorąc pod uwagę tę kolejną kolejkę dwuzłotowych piw:
- Bo to co mówicie, nie koliduje z moimi osobistymi poglądami, przeważnie dlatego, ponieważ ich nie mam.

Bardzo mi się to spodobało i uznałem, że to jest miły akcent do pożegnania. Kończę więc to przyjacielskie spotkanie mówiąc: na mnie już czas!
Żegnamy się w przyjacielskiej atmosferze i bardzo odpowiedniej chwili, bo właśnie nadchodzą trzej inni luje – koledzy Furmana i Siary.

Ruszam w całkowitej i bezbłędnej samotności w powrotną drogę do Smolnika. Tam wezmę swój dom na plecy i wio na Otryt!
    Myślę sobie: - To była pouczająca rozmowa dla obu stron, mam nadzieję. Lubię bowiem rozmawiać z ludźmi, którzy potrafią mądrze mówić o wszystkim i niczym, a także znają się na żartach.
Idę i jestem zadowolony. 
Nie ma się czym przejmować, każdy przecież osiągnie swój czas i miejsce. O czym przypomina tabliczka z centrum Lutowisk.

Nieco dalej widzę malunek z kolejnym niegłupim ponadczasowym tekstem - przecież to słynne greckie "Panta rhei". A dokładnie to sentencja Heraklita o zmienności Wszechświata. No, no, aż tyle filozofii w Lutowiskach?












Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza