Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 października 2019

Bez urazy

Czyli pokarmowy recykling.

Bez urazy, atoli trzeba nieraz wyrażać się dosadnie, znaczy bezpruderyjnie, aby być konkretnym tudzież zwięzłym w przekazywaniu myśli.

Od dwóch dni na biwaku podstawę mojego pożywienia stanowiły czarne jagody. A tak w ogóle to odżywiałem się bardzo wegetariańsko. 
Takie jedzenie krócej zalega w człowieku. Najadałem się jagód do syta, a organizm działał jak zegarek szwajcarski (tak się kiedyś mówiło, gdy zegarki były mechaniczne).
     
Stolec pojawiał się regularny i obfity. Oraz z powodu jagód prawie czarny. W odwiedzanym miejscu na uboczu kucałem już trzy razy, gdy poszedłem tam po raz czwarty.
Bez najmniejszego zdziwienia zauważam fakt, z którym stykam się od lat: - kupy zniknęły.

Ktoś je sprzątnął? Ależ skąd! Zostały zjedzone.
Najprawdopodobniej przez dzikie świnie czyli dziki.
Bo które zwierzęta jedzą gówna i od tego pożywienia nie doznają zdrowotnego uszczerbku?                                                                   
     Gówniany recykling stosują szczury, myszy, wiewiórki, świnki morskie, szynszyle, niektóre gatunki gadów no i świnie, w tym dziki. Kupy jedzą także psy, a więc także lisy i wilki. Od takiego pożywienia nie doznają zdrowotnego uszczerbku.
    Udział już raz zjedzonego pożywienia może stanowić nawet jedną czwartą diety u wymienionych zwierząt.
Jest to recykling pokarmowy, który ma podobną funkcję, jak u krów, chociaż w przeciwieństwie do bydła wspomniane wyżej zwierzęta mają tylko jeden żołądek.

Uśmiechnąłem się: - no i walory smakowe - być może robię smaczną kupę......

- Czy ludzie odżywiają się prawidłowo? 
Odpowiedź jest trudna, ponieważ tak wiele dostępnych powszechnie produktów spożywczych i używek jest ekstremalnie niezdrowych .....

Wydaje się to zaskakujące, ale (Ciemna materia – Florian Werner) „Człowiek zjadający codziennie swój poranny stolec, żyłby prawdopodobnie dłużej niż ktoś, kto rano pije kawę z prądem, a w ciągu dnia wypala paczkę papierosów”.

I tyle gównianych dywagacji na dziś, zaraz weekend
 - miłego wypoczynku życzę.

środa, 9 marca 2016

Luje z Lutowisk




Lutowiska (1944-1957 Szewczenko) – wieś w Bieszczadach, mieszkańców 2200.



Usiadłem na tarasie tak, że widzę jednocześnie dwa ptaki: koguta i bociana.



Ten widok, to jakby telewizja lokalna. Na razie bez dźwięku ta telewizja, bo dźwięk się dopiero szykuje.
Luj, który wyłonił się z niebytu, stoi, ja pogryzam drożdżówkę i czekam na tekst, który mi pewnie zaraz zaserwuje.
Luj przestępuje z nogi na nogę, nie wie jak zacząć.
- Dzień dobry! Pan z daleka?
Grzeczny, nienamolny początek. Odpowiadam:
- Z Woli Michowej ci ja idę. Trzeci tydzień idę niespiesznie.
- Jak niespiesznie, to znaczy, że ma pan czas.
- Ano mam! Mam czas, czego i panu życzę.
- E tam, panie! Czas to ja mam, ale co z tego, jak kasy nie ma.
- A czemu kasy nie ma?
- Bo robić się nie chce, co ja będę w bawełnę owijał. Tak się obijam z dnia na dzień, najgorsza to zima jest.
- Czemu najgorsza?
- Jak to czemu najgorsza? Bo panie w zimie zimno jest! Marznie człowiek sakramencko!
- Racja. W zimie jest zimno.
- Ale teraz jest ciepło?
- No tak, teraz tak....
Siedzę i jem, rozmawiamy, a luj stoi, trochę nieładnie....
Lecz przecież wszyscy domyślają się, o co chodzi.
- Ciepło jest to i pić się chce – rzucam tak ogólnie.
Zabłysły oczy luja.
- O tak, panie tak! Święte słowa pan powiedział!
Wyjmuję dwa złote i podaję lujowi ze słowami: - proszę, oto na puszkę. (piwo od 1,29 zł puszka, jak zauważyłem kupując bułki).
Luj machnął się do sklepu, akurat skończyłem jeść, kiedy zdarzenia nabrały tempa: - wraca mój luj nie tylko z puszką już otwartą, ale i z drugim lujem.
- Kolega! Przedstawia powierzchownie kamrata.
No, na taką ładną prezentację wypada się zachować: podaję lujowi-koledze rękę i przedstawiam się: Zgrywus!
- Siara! Odpowiada.
- A ja Furman, wyciąga rękę pierwszy luj.
I Siara już biegnie po swoją puszkę z moją dwuzłotówką.
Popijam wodę.
- A pan piwa nie? Pyta Furman.
Żeby przeciąć temat, mówię: - niestety nie, lekarz zabronił.
- Toś pan chory?
- Tak, i to bardzo. Mam trzy choroby: - syfilis, różę i śpiączkę kurzę!
Luje zgodnie rżą ze śmiechu, bo Siara już zdążył obrócić.
- Zgrywus z pana! - Oceniają.
- To wam powiem jeszcze, że mam taką pigułkę uniwersalną, którą łykam....
Viagra! Wykrzyknął Siara.
Sragra! Zareplikował Furman.                                                                                   - Milcz, kiedy pan jeszcze nie skończył mówić. Dobrych obyczajów nie znasz?        - To na co, panie, ta pigułka jest?
- Na głowy bolenie i kuśki stojenie!
Ha, ha, ha! Zaśmiali się luje szeroko, wspólnie podsumowując: Zgrywus zupełny! Jajcarz! Dobrą ksywkę masz! I w ten oto sposób niewidoczny przeszliśmy na „ty”.
- A słyszałeś co powiedział..... i tu Siara rzuca nazwisko jakiegoś polityka.
- Nie słyszałem – odpowiadam zgodnie z prawdą.( Od maja odciąłem się od giełdy, od komputera, a od telewizyjnych czy radiowych wiadomości to już piąty czy któryś rok będzie, tyle, co mi ludzie powiedzą, a przeważnie to moja niereformowalna, prawie stuletnia ciocia)
     Siara wyrzuca z siebie to bulwersujące go zdanie wypowiedziane przez kogoś.
Następuje długa chwila ciszy.
Nawet lekko zgrozą powiało.  
Siara delektuje się efektem jaki wywarł na słuchaczu.
A słuchacz, czyli ja, pyta: - A co na to Gomułka? On pozwala na takie wypowiedzi?
- Jaka Gomułka?!!!
Furman i Siara patrzą na mnie nic nie rozumiejąc.
- No jak to jaka Gomułka? Pierwszy sekretarz partii komunistycznej!
Cisza. Luje myślą. - Nie ma już go, tego Gomułki.... po głębszym namyśle rzecze Siara.
- To kto teraz jest? Pytam robiąc wielkie oczy.
Odpowiada mi milczenie......
Luje patrzą się na siebie porozumiewawczo... Świr znaczy? Nie, przecież on jaja sobie z nas robi!
I piwo stawia. Znaczy się zupełnie przyzwoity normalny zgrywus-jajcarz!
    Wybuchamy śmiechem, ja się aż załkałem.
Furman idzie po kolejne puszki.
Następnie rozmowa toczy się dalej. Byłoby za długo, żebym ją przytaczał w całości. Napiszę więc krótko: była to bardzo całkiem niegłupia rozmowa.
Opowiedziałem między innymi jak zostałem okradziony przez Dzikiego w Smolniku nad Osławą.
     Że to dla mnie była nauczka. I że trzeba wybaczać, bo inaczej cierń w sobie się nosi. I że pobieramy lekcje, a każdy na naszej drodze może być nauczycielem.
Furman natomiast wykazał się naprawdę nie byle jakim podejściem filozoficzno-logicznym. Niby się ze wszystkim zgadzał, powtarzał: racja, racja, ale na koniec dopowiadał jedno celne słowo, górnolotne słowo, a więc niezrozumiałe dla Siary, którego to coraz bardziej denerwowało.
Na koniec Siara się wkurzył i mówi:
- A co ty Furman tylko racja i racja! Co ty tak łatwo zgadzasz się z nami?
I tu pada niezwykle trzeźwy osąd, biorąc pod uwagę tę kolejną kolejkę dwuzłotowych piw:
- Bo to co mówicie, nie koliduje z moimi osobistymi poglądami, przeważnie dlatego, ponieważ ich nie mam.

Bardzo mi się to spodobało i uznałem, że to jest miły akcent do pożegnania. Kończę więc to przyjacielskie spotkanie mówiąc: na mnie już czas!
Żegnamy się w przyjacielskiej atmosferze i bardzo odpowiedniej chwili, bo właśnie nadchodzą trzej inni luje – koledzy Furmana i Siary.

Ruszam w całkowitej i bezbłędnej samotności w powrotną drogę do Smolnika. Tam wezmę swój dom na plecy i wio na Otryt!
    Myślę sobie: - To była pouczająca rozmowa dla obu stron, mam nadzieję. Lubię bowiem rozmawiać z ludźmi, którzy potrafią mądrze mówić o wszystkim i niczym, a także znają się na żartach.
Idę i jestem zadowolony. 
Nie ma się czym przejmować, każdy przecież osiągnie swój czas i miejsce. O czym przypomina tabliczka z centrum Lutowisk.

Nieco dalej widzę malunek z kolejnym niegłupim ponadczasowym tekstem - przecież to słynne greckie "Panta rhei". A dokładnie to sentencja Heraklita o zmienności Wszechświata. No, no, aż tyle filozofii w Lutowiskach?












poniedziałek, 28 października 2013

Dziki w Łupkowie - zima 1953 r. ( 2 )



Opowieści syna dowódcy strażnicy - 2
Widzi pan ten wąwóz? - zapytał, wskazując na południowe zbocze góry jagodowej.
- Po bardzo upalnym, przepięknym lecie w 1953 roku, nadeszła sroga i śnieżna zima.
          

Był koniec grudnia, tuż przed świętami. Nastały wielkie mrozy. W nocy niebo aż iskrzyło od gwiazd i było tak widno!
      Wydawało mi się, że to gwiazdy oświetlały leżący śnieg, a śnieg oświetlał gwiazdy. Białego puchu były góry całe! Spadły oceany śniegu, a wiatr nawiał z tego zaspy do trzech metrów.
      Potem nadciągnęły te wielkie mrozy i wiatr, który przewiewał do szpiku kości.....

 Tylko na hucułach można było się poruszać i na nartach. W strażnicy były cztery hucuły, one puszczały po powrocie z patrolu, z nozdrzy, takie długie strumienie pary, które sięgały im do samych kopyt, i wyglądało zupełnie tak, jakby te hucuły zamieniały się w małe parowozy. Bo parowozy – czajniki, na które napatrzyłem się na stacji w Łupkowie, tak właśnie puszczały parę przy manewrowaniu.

 Od drzwi strażnicy do furtki był przekopany tunel w śniegu. Tunel o pionowych ścianach. Przy furtce ściany tego tunelu sięgały na wysokość dwóch żołnierzy.        
             Zwierzyna była osłabiona, bo nie mogła się dostać do pokarmu leżącego pod śniegiem. A pierwszy duży śnieg spadł już w połowie października. Nocą temperatura zaczęła spadać poniżej trzydziestu stopni, w ciągu krótkiego dnia nie podnosiła się wiele bardziej, chociaż zrobiło się bezchmurnie i świeciło oślepiające słońce.
           Wreszcie przyszła ta najzimniejsza noc. Było minus 42 stopnie. Do wąwozu, który pan widzi, weszło kilka dni wcześniej wielkie stado dzików. I po tej jednej mroźnej nocy już nie wyszło. Osłabione dziki zamarzły….
          
W strażnicy była wtedy pełna obsada - 42 żołnierzy ( Synchroniczność?), oraz ja i ojciec. Mięsa z tych dzików było bardzo dużo. Tak dużo, że żołnierze najadali się do syta, jak rzadko kiedy. Stado było naprawdę wielkie, jedliśmy dziczyznę przez kilka miesięcy, do końca marca. I nie tylko my jedliśmy. Jadły też orły...
    Na zdjęciu orzeł na padniętym wilku.


  Momentalnie zjawiły się wilki. Także one jadły do spółki z ludźmi. Wilków również musiało być sporo, bo gdy zapadała noc, rozlegało się donośne wycie i niosło się, jak mi się wydawało, pod samo niebo. 
       Na wiosnę, kiedy śniegi stopniały, całe dno wąwozu zalegały oczyszczone do białości sterty kości....