sobota, 5 stycznia 2019

Po burzy

Rzeczy dzieją się zawsze w odpowiednim czasie.
Styczniowa sobota powoli się kończy, jak najbardziej można wrócić wspomnieniami do wakacji.

Czerwiec 2018. 
Góra 686 pod Chryszczatą.

Jeszcze wieczorem nadeszła burza.
A w nocy nastąpiła istna kanonada piorunów! (Niektórzy określają takie nadzwyczajne wydarzenie słowem „hatakumba”)

W każdym razie szedł huk za hukiem tudzież oślepiająco błyskało.
A przecież byłem w namiocie, nie spałem co prawda, ale oczy miałem zamknięte.
     Namiot zatrzymywał jakąś część błysku, zamknięte powieki jeszcze bardziej, a ja te błyski odbierałem tak, jakbym miał żarówkę w głowie!
       I nie jestem już przecież nowicjuszem, którego potrafi przestraszyć wataha dzików (Bieszczadzka inicjacja z roku 2013).
Także wielokrotnie, siedząc w namiocie miałem burzę nad głową.
Jednak ta burza czerwcowa była wyjątkowa, być może to anomalia pogodowa.
Więcej o burzy we wpisie: – „Zieloność w zieloności”.

Po błyskawicach i hukach, aż do rana lały się już tylko strugi deszczu.
W końcu rozwidniło się, a ja się obudziłem. Padało jeszcze, gdy jadłem śniadanie.
     Coraz mniej padało, już tylko siąpiło i czuło się przez same uszy, że zbliża się diametralna zmiana w otaczającym świecie.
Mówiąc krótko: - zaraz będzie po deszczu.
     Jak pisałem, akurat przyszywałem guzik, kiedy wyjrzało słońce.
Wyskoczyłem z namiotu i ….. wpadłem w sam środek fantazji zieloności!

Ciemne chmury, niepowtarzalne światło, świeżość umytej zieleni, tak, tak, powtórzę jeszcze raz: - to się nazywa być w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie!
Teraz pozostawało tylko zapisać ten zielony świat w telefonie.
       I zaprawdę, powiadam wam, miałem na to zapisanie może dwie, a może trzy minuty......
Stałem się okiem obiektywu, czyli nastąpiła fotograficzna medytacja.
Lubię fotografować.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz