wtorek, 5 grudnia 2017

Chmury w szkle

0.26?
Podwójna miłość, albo modlitwa.
Przepiękna godzina!
Jak wygląda o tej godzinie wielkie miasto europejskie?
Jeśli ktoś jest normalny w tym nienormalnym świecie, wszędzie zauważy piękno.
     Więcej: - sednem jest umiejętność cieszenia się z drobiazgów, albo jeszcze inaczej: - sednem jest zrozumienie, że szczęście i radość jest wewnątrz człowieka, a nie na zewnątrz.

Kiedy przyjdzie czas każdego z nas, nic ze sobą nie zabierzemy, jesteśmy tylko duszami wcielonymi w taki lub inny pokrowiec ciała plus przypisany termin użytkowania.
       Wszyscy jesteśmy jedynie podróżnikami.
Podróżnikami przez życie. I najlepiej jeśli jest to własne życie.



„Źródła rozkoszy szukaj nie w obcym kraju, ale najbliżej: - we własnej duszy”.
Epikur 341-270 pne.

Czyli tylko powtarzamy, albo: „Wszystko już było” – rzekł Ben Akiba.

Zawsze fascynowały mnie chmury i lubiłem się na nie gapić.
W najbliższej okolicy gdzie mieszkam, jest tyle atrakcyjnych miejsc do fotografowania. Te same miejsca w świetle dziennym są tak samo, albo jeszcze bardziej interesujące w nocy.
Na zdjęciach budynek Q22 przy rondzie ONZ.








Reklama
Na ulicy wielkiego miasta stoi elegancka młoda para z psem.
Nagle pojawia się i majestatycznie przejeżdża cudne Das Auto napędzane zachwytem.
         Ogromny efekt!
Panu z wrażenia spadają spodnie.
Pani spadają majtki,
Pies się zesrał.
Amen.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Daty zwrotu Wig 20 w grudniu 2017


24 listopada wykres osiągnął 0.618 długości spadku pomiędzy 7 listopada a 16 listopada i zanurkował.
Podwójny szczyt, linia szyji itd.
Także możemy policzyć Pierwszy Poziom Docelowy 2290 pkt.
Analiza Techniczna pozwala policzyć również ewentualny Drugi Poziom Docelowy.

W skali makro można zauważyć piątkę spadkową zakończoną Brexitem. Czyli litera C.


Następnie w miarę wyraźna piątka w górę, czyli w sumie może być jedynka wyższego rzędu.
AT podpowiada jak wyglądają korekty w fali dwa.
Bywają głębokie.
Jak na razie można się pokusić o wpisanie 1 przy dacie 16 listopada i 2 przy 26 listopada. Dalej powinno być 3 potem 4 i 5 kończące falę drugą i wio w górę!
Czy tak się ułożą fale nie wiadomo, to przecież tylko prognozowanie.
To co wiadomo?
Otóż wiadomo, że z astronomii finansowej wyskakują daty. Lubię liczyć daty zwrotu, daje mi to wielką frajdę proszę Waćpaństwa!
     Daty zwrotu są jak kamienie milowe bowiem....

W poprzednim wpisie giełdowym podałem datę 18 grudnia, a pominąłem nieco wcześniejszą, mianowicie 10 grudnia, co uzupełniam niniejszym.
      
A kiedy mógłby być ten ewentualny dołek w fali dwa?
W kolejnej silnej dacie zasługującej na miano Zapory Gwiezdnej – a to wypada w połowie marca 2018.

sobota, 2 grudnia 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 14

Poszukiwanie Hedostazy, czyli impreza u Ojców Abnegatów

Preparat nr 6 101 obudził w Trurlu-Stwórcy znaczniejszą nadzieję.

Proklamowano tam raj techniczny, solidarystyczny, wprost śliczny, więc poprawił się na stołku i ruszył mikrometryczną śrubą, żeby obraz wyostrzyć.
         Rychło mina mu się wydłużyła.
Jedni mieszkańcy szklanego lądu gnali okrakiem na maszynach, szukając czegoś, co byłoby jeszcze niemożliwe, inni kładli się do wanien pełnych bitej śmietany z truflami, głowy posypywali kawiorem i tonęli tak, puszczając nosem bańki teadium vitae.
           Jeszcze inni, na barana noszeni przez cudnie amortyzowane bachantki, z wierzchu polani miodem, z dołu masłem waniliowym, jednym okiem zaglądając do szkatuł pełnych złota i wonności, drugim łypali za kimś, kto by im chciał chociaż na mgnienie pozazdrościć takiego stężenia słodyczy, lecz nikogo takiego nie było.
Toteż, zmęczywszy się, złazili na ziemię, porzucali skarby i depcząc je jak śmiecie, chwiejnym krokiem przyłączali się do osób bardziej ponurych, które prawiły o konieczności zmian na lepsze, to jest na gorsze.
       Grupa byłych wykładowców Instytutu Inżynierii Erotycznej, założyła Zakon Abnegatów i ogłaszała manifesty wzywające do życia w pokorze, ascezie i innych udrękach.


Nie na stałe wszakże, lecz przez sześć dni tygodnia.

W siódmym dniu Ojcowie Abnegaci wyciągali z szaf bachantki, z piwnic – dzbany wina, jadło, kolie, erotyzatory oraz aparaty do popuszczania pasa i rozpoczynali z porannym dzwonem orgię, od której szyby z okien leciały.
         Lecz już w poniedziałek rano znów wszyscy w ślad za przeorem umartwiali się, że aż trzeszczało.
Jedna część młodego pokolenia przebywała z Ojcami Abnegatami od poniedziałku do soboty, opuszczając ich przybytek na niedzielę, podczas gdy inna tylko w tym świątecznym dniu bawiła u nich.
Kiedyś zaś ta pierwsza jęła drugą łoić za obmierzłość manier i rozpustę.

Trurl zadrżał i odwrócił oczy od mikroskopu.
A jeszcze stało się tak, że w inkubatorze, mieszczącym tysiące preparatów, w toku powszechnego postępu przyszło do śmiałych wypadów eksploracyjnych, i tym sposobem rozpoczęła się era Podróży Międzyszkiełkowych.
         Pokazało się, że Emulaci zazdroszczą Kaskadyjczykom, Kaskadyjczycy - Drabinom, Drabini – Zwalitom.

Nadto chodziły pogłoski o jakowejś krainie, w której pod rządami Seksokratów żyło się wprost cudnie, choć nikt nie wiedział dokładnie – jak.
      Tameczni obywatele podobno uzyskali taką wiedzę, że sami siebie poprzerabiali cieleśnie i popodłączali do Hedowarów - pomp tłoczących sam stężony ekstrakt szczęścia.
Jednakowoż niedowiarki półgębkiem głosili, że ów nieznany kraj nierządem stoi.
       Jakkolwiek Trurl przepatrzył tysiące preparatów, Hedostazy, czyli w pełni ukształtowanego szczęścia, nigdzie nie wykrył. 
Toteż musiał, chociaż z ciężkim sercem, między bajki i mity włożyć gadki powstałe podczas Międzyszkiełkowych Wypraw, i z niemałym strachem położył na mikroskopowym stoliku preparat numer 6 590, bo nie był już pewien, czy i to oczko w głowie go pocieszy.

Cdn

piątek, 1 grudnia 2017

Julka

Właściwie jest to wspomnienie o Janie Gabrielu.
Zdjęcie z archiwum Mirka.


Jan szanował wszystkie zwierzęta, ale jedno otaczał szczególną lubością: to była Julka.
Cieszył się z jej posiadania, zbudował dla swojej ulubienicy kozi pałac.
Wyrabiał pyszne, woskowane sery z koziego mleka.
W domu Julki przebywał godzinami, hołubił, głaskał, rozmawiał, jednym słowem kochał stworzenie.

Przyszedł czas, że Jana zabrakło.
Przyjechałem do Domu na Górze zaraz po śmierci Jana.
Marzec wczesny, nocą było koło zera, a w dzień już lato.

Zająłem się prowadzeniem taczki (lubię jeździć taczką) i układaniem drewna (lubię układać drewno).
       Do Julki przychodziłem podawać siano.
Już było z Julką lepiej, bo od śmierci Jana nie chciała jeść i zanosiło się na to, że umrze śmiercią głodową z tęsknoty.
       Wracałem i z domu patrzyłem przez okno na jej wybieg.




Julka stała w drzwiach, albo kilka kroków od nich, godzinę, dwie, i patrzyła na dom. Potem wchodziła do swego lokum i po przerwie ponownie wysuwała swoją osobę patrząc w kierunku domu.





W tym czasie była w błogosławionym stanie.
Pytam Bożenki: - ”Czemu ona tak stoi bez ruchu”?
„Czeka na Jana” - słyszę odpowiedź.

No tak. Człowiek daje miłość zwierzęciu a zwierzę to czuje i odpłaca na swój sposób.

czwartek, 30 listopada 2017

Czerwcowe Ciężkowice.

Odwiedzam Dom na Górze.
Pusto i smutno jest bez Jana.

Rozmawiamy z Bożenką o tym i owym, stary zegar szlachetnym dźwiękiem jakoś uroczyście wybija godziny.
Na pierwszym zdjęciu widać Funię – to ostatni piesek Jana i Bożenki.
A poza tym.... Cisza, spokój, i przyroda po stokroć szczęśliwa - jak to na wsi.




Wszystko jest względne.

Tu na wsi słychać przeraźliwą ciszę,
nie skaleczoną zgiełkiem informacji,
Wolno mi w nic nie wierzyć, wymownie przemawiać milczeniem,
Mnie, który widziałem cuda w niedomknięciu powiek,
który widziałem anioła nad strumieniem,
jego dłoń promienistą w powietrzu,
znak najoczywistszej zagłady.

To samo grząskie pole,
łopuchy, pełno mokrego zielska,
zamachowiec oddał trzy strzały do prezydenta
lekko go tylko raniąc,
odetchnij, Ameryko,
Jedynie brzoza nieświadoma faktów
ocieka w deszczu rzadkimi kroplami,
po trawie łażą owady
i nic nie wiedzą o niczym
zadowolone
czy niezadowolone

Przyroda po stokroć szczęśliwa,
bo niedoinformowana.

                                              Jalu Kurek


środa, 29 listopada 2017

Cuda


Kwiaty są cudami natury i zawsze przywołują miłe wspomnienia,

Apostołowie grali w kości. Piotr cały czas wygrywał. Dosiadł się Jezus. Rzucił Piotr i wypadły same szóstki, rzucił Jezus i wypadły same siódemki.
I rzekł Piotr: - Panie, tylko bez cudów, bo gramy na pieniądze!






Spacer o zachodzie


Wyspa Sobieszewska poza sezonem.
Nad morzem nikogusieńko.

Wiatr i szum fal.
Gdy tak idę niespiesznie, czuję się zawieszony między niebem a ziemią, często nawet wydaje mi się, że mnie nie ma.
Myśli ucichły, idzie ktoś, a ja go tylko obserwuję.


Taki spacer odświeża umysł, a przez to ów staje się kreatywny i zaczyna wymyślać sympatyczne teksty do bloga.
       Bo co jest ważne? Zadowolenie jest ważne.
Jesteśmy zadowoleni, kiedy robimy to, co lubimy.
Nieprawdaż? - Prawdaż!
Lubię pisać....

wtorek, 28 listopada 2017

Kwitnie rzepak nad zatoką

Wyspa Sobieszewska leży (bowiem) nad Zatoką Gdańską.
A kwitnący rzepak, w gorącym dniu, pachnie..... no, wiadomo: - urzepiająco!
          Upał majowy.
Powietrze właściwie stoi, jest popołudnie i ze 30 stopni.
Czyli jak w piecu....
        Jedynie chwilami, ledwo uchwytne, delikatne powiewy, właściwie muśnięcia, przynoszą fale zapachu z milionów żółtych kwiatów.         
     Powietrze drga, drży, pulsuje, wibruje.
Nozdrza rozszerzają się - chwytają napływającą woń.... Wdech w sposób naturalny robi się głębszy niż zwykle.




Wędruję niespiesznie wśród pól.
To są te cenne chwile, które się liczą.....
           Bo liczą się tylko chwile....
Fotografuję, aby zatrzymać tę Ulotność, czuję się odurzony i ….urzepiony! To jest taki stan – błogostan nazywany takoż Luzikiem.
Dziś o świcie nad morzem była flauta - krótka fala, a właściwie falka, bez wiatru, robiła - szuuu...  i wyrzucała bursztyny. Mam owych kilka w kieszeni.





Jedno jest pewne! Wokół maj i tak sielsko (i gorąco) że nie chce się myśleć.
         A więc jestem!
Bo jak mawiał Osho – tak naprawdę jesteś dopiero wtedy, kiedy nie myślisz!
      Jestem i wpadam w PrawieRaj!
Nie myślę i wydaje mi się, że znikam....



Azaliż Doczesność ściąga mnie z powrotem, bo przypomina mi się limeryk o nie myśleniu:

Pewien wściekły turysta spod Gdyni
Nawymyślał kierowcy od świni
I gdy tak mu wymyślał
To o niczym nie myślał
A jedynie o dupie Maryni

poniedziałek, 27 listopada 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 13

Trurl-Stwórca obserwuje rozwój kolejnych cywilizacji...

Preparat następny, Nr 95, przedstawiał się bardziej zawile.

Cywilizacja tamtejsza, Drabinów, była nastrojona metafizycznie, ale tak, że wzięła problematykę metafizyczną we własne ręce.
        Z doczesności przechodziło się w niej do Purgatoriów-Sanatoriów, stamtąd do Niedoraju, z niego do Przedraju, potem do Poraju, skąd do Przyraju, i wreszcie otwierały się wrota Prawieraju, a cała teotaktyka i chytrość tkwiła w tym, że właściwy Raj odwlekali sobie i odraczali bezustannie.
        Co prawda, sekta Niecierpliwców domagała się tego Raju właśnie natychmiast, a inna, Drabinów-Kołaków, w ramach tejże skwantowanej i frakcjonowanej transcendencji chciała urządzić na wszystkich piętrach uchylne zapadnie.
Kto by stąpił na takową, zleci na sam spód, w doczesność, i będzie się od początku raz jeszcze wspinał. Jednym słowem, miał to być Zamknięty Cykl z Pulsacją Stochastyczną, ewnetualnie nawet z Migracją Przesiadkowo-Reinkarnacyjną.
      Azaliż ortodoksi zwali tę doktrynę Herezją Skołowania Rzucawkowego.
Potem odkrył Trurl jeszcze wiele innych typów Metafizyki Porcjowanej.
      Na jednych szkiełkach roiło się już od błogosławionych i świętych Angstremków, na innych pracowały Rektyfikatory Zła, czyli Prostowniki Dróg Życiowych, lecz w toku desakralizacji mnóstwo tych urządzeń połamano, a z Rozhuśtania Transcedentalnego tu i ówdzie wyłoniła się przez laicyzację technika budowania zwyczajnych Kolejek Górskich.
         Wszelako kultury dokumentnie ześwieczczone zjadał niejaki marazm.

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 12

         Zwalici - czyli huśtawkowość kultury.

W preparacie Nr 2 931 mieszkali Kaskadyjczycy, plemię cnotliwe, pielęgnujące liczne ideały, jako to:
PraDamy Kaskadery, Najczystszej Anielicy, Błogosławionego Ferestrona i innych takich Istot Doskonałych, którym hołdy oddawali, liturgicznie je ubóstwiali i w prochu się przed właściwymi wizerunkami, we właściwych miejscach, właściwie tarzali.

A gdy podziwiał Trurl niebywałą kulminację Angelizowania, Klękania i Tarzania, owi, wstawszy z prochu i otrzepawszy suknie, jęli z piedestałów ściągać, na bruk defenestrować, po PraDamie skakać, Anielicę zanieczyszczać, że się patrzącemu przez mikroskop włos na głowie zjeżył.
        Lecz właśnie w tym powszechnym zwalaniu dotąd czczonego, upatrywali taką ulgę, że się czuli, przynajmniej chwilowo, całkiem szczęśliwi.
       Wyglądało na to, że grozi im los Emulatów, lecz przezorniejsi Kaskadyjczycy mieli Instytuty Projektowania Sakry, i te wypuszczały już jej rzut następny.
Wnet nowe modele zaczęli hisować na cokoły i ołtarze – w czym się przejawiała huśtawkowość ich kultury.
Zanotował sobie Trurl:

Odsądzanie czczonego od czci niekiedy satysfakcjonuje,

a dla pamięci nazwał Kaskadyjczyków – Zwalitami.

piątek, 24 listopada 2017

Myśli namiotowe

Bieszczady, góra 686, Rabe koło Baligrodu.

Zapadła cudna letnia noc. 
Księżyc wznosił się nad grzebieniem gór, płonęło ognisko. 
Leżałem w namiocie na pierzynie ciszy i myślałem.
(bo miałem czas).

I wymyśliłem, że jesteśmy nieustannie bombardowani wiadomościami.
Ludzie przepełnieni śmietnikiem informacyjnym nie potrafią się już skupić na dłużej.
             Czyli nie jest dobrze.
„Nie jest dobrze, lecz nie beznadziejnie” – powiedział Cygan - Ivan Kwiek, kiedy go prowadzili w 1888 roku na rynek w Preszowie, w celu powieszenia za potrójne morderstwo.

Jaka jest najlepsza wiadomość? - Brak wiadomości!
Albo wiadomość leciutka, może nawet jakby głupia, ale niosąca luz.

Życzę Czytelnikom luzu i miłego odpoczynku sobotnio-niedzielnego.






Międzygalaktyczni Konstruktorzy 11

           Co cieszy

Trurl-Stwórca eksperymentuje na prototypach ludzi. Jak na razie są to eksperymenty cokolwiek nieudane. Postanawia więc działać szybciej i nowocześniej. Wszak jest Stwórcą, a ów wszystko może....

Dotąd wypróbowywał prototypy jeden po drugim, więc każdy krok pochłaniał co niemiara czasu i materiałów.
Obecnie postanowił uruchomić tysiąc eksperymentów naraz, w skali jeden do miliona.
          Pod elektronowym mikroskopem poskręcał więc liczone na sztuki atomy tak, że z nich powstały istotki niewiele roślejsze od mikrobów. Nazwał je Angstremkami, ćwierć miliona osobników takich składało się na kulturę umieszczoną końcem włoskowej pipetki na podstawowym szkiełku.
          Każdy taki mikrocywilizacyjny preparat przedstawiał się nie uzbrojonemu oku jako plamka szarooliwkowa, to zaś, co się w niej działo, można było dostrzec tylko przy najmocniejszym powiększeniu.
Wszystkich Angstremków wyposażył Trurl w regulatorki altruistyczno-heroiczno-optymistyczne, z przeciwagresywną zapadką, imperatywem kategorycznym a zarazem elektrycznym, dobroczynności wprost niesłychanej, oraz w mikroracjonalizator z dławikami zarówno ortodoksji, jak i herezji, żeby żadnego fanatyzmu wcale być nie mogło.
        Kultury pozakraplał na szkiełka, te zaś poskładał w paczuszki, a paczuszki – w pakiety.
Wszystkie one umieścił na półkach inkubatora cywilizacyjnego i zamknął go na dwie i pół doby.
        Uprzednio przykrył każdą cywilizację szkiełkiem nakrywkowym starannie oczyszczonym, lazurowej barwy, gdyż miało się ono stać
niebem tamecznego społeczeństwa. Dostarczył też kroplomierzem pożywki i surowców do fabrykacji tego, co uzna consensus omnium za najbardziej wskazane i potrzebne.
Rozwoju, który energicznie ruszył na wszystkich owych szkiełkach, nie mógł oczywiście śledzić wszędzie, toteż na chybił trafił wyjmował pojedyncze cywilizacje, a chuchnąwszy na okular mikroskopu i wytarłszy go fularem, ze wstrzymanym tchem przypatrywał się zbiorowym poczynaniom z wysokości, bo spoglądał przez tubus mikroskopu w dół, jakoby Pan Bóg zerkający spoza chmur na swoje dzieło
          Trzysta preparatów rychło zeprzało.
Objawy były zwykle podobne. Najpierw plamka kultury poczynała się rozrastać żywo, puszczając w bok cieniuchne odrostki, potem unosił się nad nią leciusieńki dymek, czy mgiełka raczej, pojawiały się mikroskopijne błyski, które pokrywały mikromiasta i mikropola wysypką fosforyczną, po czym całość rozsypywała się z leciutkim trzaskiem w drobny mak.
        Założywszy osiemnastokrotny okular na mikroskop, dostrzegł Trurl w jednym z takich preparatów same jeno zwęglone ruiny a zgliszcza, pośród nich zaś okopcone resztki sztandarów z napisami, których jednak nie zdołał, dla ich małości, odczytać.
      Wszystkie takie szkiełka szybko powyrzucał do kosza. Nie wszędzie jednak działo się tak źle. Setki kultur dążyły wzwyż, rozrastając się chyżo, więc gdy brakło im miejsca na szkiełku, przenosił je na inne porcjami.
W trzy tygodnie miał już owych prosperujących ponad 19.000.

Podług myśli, co mu się wydała genialną, Trurl niczego sam nie ustanawiał w kwestii generalnego uszczęśliwienia, lecz wszczepił tylko Angstremkom hedotropizm, czyniąc to na wiele różnych sposobów. Już to zaopatrzył w ośrodek szczęściopędny każdego Angstremka, już to podzielił takowy na cząstki i dostarczył każdemu po jednej.
        Wówczas marsz ku szczęśliwości zakładał ogólne zespolenie w ramach odpowiedniej organizacji. Stworzeni pierwszą metodą sycili hedotropizm na własną rękę.
A jako że czynili to bez pomiarkowania, toteż każdy w końcu od nadmiaru z cicha pękł.
         Druga metoda zaowocowała pomyślniej. Powstałe na szkiełkach bogate cywilizacje urządziły sobie techniki socjalne i najrozmaitsze kulturowe instytucje. 
 Preparat Nr 1 376 sprokurował Emulator. 
 Nr 3 932 – Kaskader,
 a Nr 95 – Hedonistykę Frakcjonowaną w łonie Metafizyki Drabiniastej.
Emulaci współzawodniczyli w ściganiu wzorca cnót, podzieliwszy się na Wigów i Hurysów.
Co do Hurysów, ci mniemali, że:
Nie może znać Cnoty ten, kto Niecnoty nie zna, boż trzeba
jedno od drugiego rozgraniczyć.
       
Wypróbowywali więc Niecnoty podług katalogu, żywiąc solenny zamiar porzucenia ich w Dniu Właściwym.
Jednakowoż hurysowanie, będące terminatorką przygotowawczą, obróciło środki w cel. Tak przynajmniej twierdzili Wigowie.

Zwyciężywszy Hurysów, zaprowadzili Wigorianizm, czyli kulturę zbudowaną z 64 000 zakazów bardzo żywotnych i kategorycznych.
        Nie wolno było za ich rządów grabić ani babić, wróżyć ni burzyć, siedzieć na węgle ani grać w kręgle, mlaskać ni trzaskać, włazić ni razić, toteż te srogie zakazy szturmowano i po kolei obalano, z rosnącą satysfakcją i ogólnym rozsmakowaniem.
       Kiedy Trurl obejrzał preparat emulacki po niedługim czasie, zaniepokoiła go powszechna bieganina. Wszyscy latali tam jak opętani, poszukując jakiegoś zakazu do przekroczenia, pełni strachu, bo już żadnego nie było. Więc chociaż niektórzy jeszcze babili, grabili, mlaskali, trzaskali, razili zza węgła i włazili na każdego, kto podleciał, satysfakcji było z tego tyle, co kot napłakał.
       Wpisał więc Trurl do raptularza laboratoryjnego uwagę:

Tam, gdzie można wszystko, nic nie cieszy.

Cdn

czwartek, 23 listopada 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 10

                        Wiara w Sierotę Absolutną

Gdy wyszli na dwór o młodym księżycu, pobojowisko przedstawiało żałosny widok.
       W okopconej dymami osadzie ledwie tu i tam jakiś Felicyjant, w pośpiechu nie do końca rozkręcony, wyrażał w mechanicznej agonii słabym głosem swoje nadzwyczajne i niczym nie przeparte przywiązanie do idei Dobra Powszechnego.

Nie dbając o zachowanie twarzy, Trurl wybuchnął gniewem i rozpaczą, nie rozumiał bowiem wcale, gdzie popełnił błąd, który życzliwców mordodzierżcami uczynił.
- Dyrektywa Wszechżyczliwości, mój drogi, jeśli nazbyt generalna, rozmaite może rodzić owoce – wyjaśnił mu Klapaucjusz przystępnie. - Ten, komu lubo, chce rychło, aby innym też się lubo stało, a krnąbrnych zaczyna wnet w szczęśliwość łomem popychać.
    • A więc Dobro może rodzić Zło!                                                                
          O! Jakże perfidną jest Natura Rzeczy! - zakrzyknął Trurl.
Wypowiadam tedy bój Naturze onej samej! Żegnaj, Klapaucjuszu! Widzisz mnie chwilowo pokonanym, lecz jedna bitwa o wyniku wojny nie stanowi!
                                                                                                                                                                  Co powiedziawszy, Trurl oddalił się, po czym, w samotności zasiadł czym prędzej do ksiąg uczonych i szpargałów, chmurny, lecz tym bardziej zacięty. 
       Rozum podpowiadał, że nieźle byłoby przed następnymi doświadczeniami otoczyć domostwo murami, a przez ich otwory wystawić gardziele armatnie, lecz nie mógł wszak żadną miarą od tego rozpoczynać budowy Życzliwości Powszechnej.
       Toteż postanowił tworzyć odtąd już tylko modele redukcyjne, w skali 1:100 000, w ramach eksperymentalnej socjologii zmikrominiaturyzowanej.
Dla lepszej pamięci, aby je zawsze mieć na oku, zawiesił na ścianach pracowni wykaligrafowane hasła, jako to: - Wytyczne.

1. Dobrowolność Miła
2. Łagodność Perswazyjna
3. Życzliwość Delikatna
4.Opiekuństwo Subtelne                                                                                           

I zabrał się Trurl–Stwórca do przekładania onych haseł na byt praktyczny.                                                                                                                                           Na początek zmontował tysiąc elektroludzików pod mikroskopem, obdarzywszy ich niewielkim rozumkiem i niewiele większym umiłowaniem Dobra, bo się już w tym zakresie lękał fanatyzmu.

Elektroludziki krążyły tedy dosyć ospale w szkatułeczce przydanej im na mieszkanie, a podobnej, przez ów ruch miarowy i monotonny, do zegarowego mechanizmu.
        Poddał im nieco mądrości, przykręcając śrubkę myślnika, i zaraz żwawiej się zaruszali, a zrobiwszy z opiłków instrumenciki, jęli nimi podważać ściany i wieczko. Zwiększył z kolei potencjał Dobra; - zaraz ofiarą zrobiła się cała społeczność......
        Każdy w niej leciał pędem przed siebie, żywo rozglądając się za takimi, których dolę wypada polepszyć, a specjalny był popyt na wdowy i sieroty, szczególnie po ociemniałych. Ujętych, takimi atencjami otaczano, takie im świadczono dusery, że poniektóre biedactwa chroniły się za mosiężnym zawiaskiem puzdra.

To była już istna cywilizacyjna zawierucha. Niedobór sierot oraz nędzarzy spowodował bowiem kryzys: - nie mogąc na tym padole, to jest w pudełku, znaleźć obiektów zasługujących na wyjątkowo aktywną życzliwość, mikrolud po osiemnastu generacjach wytworzył wiarę w Sierotę Absolutną, której do końca odsierocić, ani doszczęśliwić w ogóle nie można
       Furtką takiej nieskończoności uchodził w transcendencję nadmiar życzliwości, na metafizykę przerobionej. Patrząc w zaświat, społeczeństwo zaludniło go obficie – pośród istot czczonych pojawiła się Dziwowdowa, a także Pan Niebios, też zasługujący na wyjątkowe współczucie.                                                            

Tym samym świat doczesny silnie zaniedbano i organizacje zakonne pochłonęły większość świeckich.

  Cdn