wtorek, 14 stycznia 2020

Taki spokojny wpis




Po pierwsze: - nazywając rzecz prawidłowo, nie zbieramy grzybów, tylko owocniki. 





Grzybnię można porównać do drzewa jabłoni – część, którą zbieramy nazywając grzybami, to owocniki, czyli jabłka. Czy się owocnik wykręca, czy ucina, nie ma to znaczenia – nie jesteśmy w stanie uszkodzić grzybni.






Grzybnia to nitki i strzępki, które tkwią przeważnie w ziemi lub ściółce. Jest to całość systemu komórkowego grzyba, czyli cały grzyb.




Grzybnia nie ma początku, końca, ani centrum. Grzybnia może być naprawdę duża. Na przykład grzybnia opieńki z parku narodowego w Oregon USA, jest największym powierzchniowo organizmem żywym na Ziemi – pokrywa obszar dziesięciu kilometrów kwadratowych. Do tego grzybnia ta jest wiekowa, bo ma dwa tysiące lat.





poniedziałek, 13 stycznia 2020

90 puszek


Jak powiedział był klasyk: - Słuchając wypowiedzi ludzi chorych na władzę i patrząc na nich, miewam nieodparte wrażenie, że dla trwania przy korycie byliby skłonni zjeść gówno i to nie tylko własne.

Natomiast zupełnie inne konotacje mają wydzieliny intymne w świecie artystycznym.
W tych kręgach liczy się pomysł, jak w przypadku Salvatora Dali. (był wpis)
To zapewne inspiracja Dalego nie dawała spać włoskiemu konceptualiście Piero Manzoniemu, który stworzył najsłynniejsze swoje dzieło Merda d'artista (Gówno artysty)

W maju 1961 roku napełnił swymi ekskrementami dziewięćdziesiąt ponumerowanych puszek, zamknął je fabrycznie, opatrzył precyzyjnym opisem po włosku, angielsku, francusku i niemiecku (zawartość: - trzydzieści gramów netto, numer seryjny, podpis, wyprodukowano:  - Piero Manzoni) i sprzedał za równowartość aktualnej ceny złota!

Tym samym wcielił w życie ideę, która napędzała wcześniej Paula Cezanne'a, gdy w 1870 roku na pytanie swego kolegi Edouarda Maneta, jakież to dzieło pokaże podczas Salonu Paryskiego (wielokrotnie odmawiano wystawienia jego obrazów), miał odpowiedzieć: - garnek gówna.

Zmieniając się w srającego pieniędzmi osła z bajki braci Grimm, Manzoni zademonstrował, że nawet najbardziej prozaiczne produkty mogą zostać podniesione do rangi sztuki – pod warunkiem, że wyszły od kogoś, kto miał pomysł.
       Jednocześnie zobaczyliśmy arbitralność, z jaką coś zostaje zaszeregowane jako cenne, a inne jako bezwartościowe.
Czyli: - gówno (jak i wszystko inne) jest kwestią kontekstu.

Transakcja Manzoniego była grą z zasadami rynku sztuki, z oczekiwaniami kolekcjonerów, wymagających coraz bardziej zindywidualizowanych (szalonych) form wyrazu artystycznego.
       W 1961 roku Manzoni powziął myśl, którą opisał w liście do przyjaciela: - „Jedynym w swoim rodzaju śladem osobowości artysty uchodzi odcisk kciuka. Lecz gdyby kolekcjonerzy chcieli nabyć coś bardziej osobistego i intymnego, to gówno artysty nadaje się najlepiej”.
Nie była to, jak już wiemy myśl odkrywcza (Salvatore Dali), jednak wszystkie puszki z gównem Manzoniego, mimo wysokiej ceny i nędznej zawartości zostały sprzedane.
       Azaliż to nie wszystko. One zyskują na wartości!
W połowie lat osiemdziesiątych jedna puszka uzyskała na aukcji cenę dwudziestu tysięcy marek, a w roku 2010 każda była warta trzydzieści tysięcy euro.
    Sam artysta niedługo cieszył się finansowym sukcesem swoich fekaliów. Umarł na zawał serca wiosną 1963 roku, niecałe dwa lata po napełnieniu puszek.
Puszki stały się w pewnym sensie jego urnami – jak relikwiarze przechowują doczesne szczątki artysty.
     
I jeszcze do kompletu pojawia się synchroniczność (nie ma przypadków).
Wydanie „Style” zawierające opisaną powyżej historię człowieka produkującego artystyczne gówno, miało się ukazać 10 września 2001 roku.
Nie ukazało się jednak, ponieważ biuro redakcji pisma znajdowało się na szesnastym piętrze World Trade Center i o poranku tego feralnego dnia samo stało się historią razem z całym budynkiem.
      Jak zwykle, ostatnie słowo należy do śmierci.


czwartek, 9 stycznia 2020

Przypowieść o dwóch wilkach



Pewien stary Indianin Cherokee nauczał swoje wnuki. Powiedział im tak:
– Wewnątrz mnie odbywa się walka. To bezwzględna walka.
                               Walczą dwa wilki:

Jeden wilk reprezentuje strach, złość, nienawiść, zawiść, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, urazę, poczucie niższości, kłamstwa, fałszywą dumę i poczucie wyższości.


Drugi wilk to radość, spokój, zgoda, miłość, nadzieja, akceptacja, chęć zrozumienia, hojność, prawda, życzliwość, współczucie i wiara.


Taka sama walka odbywa się wewnątrz was i każdej innej osoby.
Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało:
– Dziadku,  a który wilk wygra?
– Ten, którego nakarmisz –
odpowiedział Indianin.

Nienawidzę więc jestem

Jak dobrze jest odsunąć się co jakiś czas od świata ludzi i skryć za góry, za lasy .....


"Ludzie nigdy nie czynią zła w tak szerokim zakresie i z takim zapałem, jak wtedy, gdy robią to z przekonań religijnych.
      
Odi ergo sum - nienawidzę więc jestem".

 (Cmentarz w Pradze - Umberto Eco).








środa, 8 stycznia 2020

Bubo bubo poluje w zimie



Puchacz, ta największa sowa występująca w Polsce, ma otwory uszne umieszczone niesymetrycznie, a szlara z piór na twarzy zbiera dźwięki podobnie jak talerz anteny satelitarnej zbiera sygnał z satelityTV.


Dzięki temu ptak słyszy superstereofonicznie  (takich doznań nie zapewni aktualna mp któraś tam) i lokalizuje najmniejsze nawet szmery. A to jest niezwykle ważne w zimie. Sowa siedząca na gałęzi sześć metrów nad ziemią, słyszy nagle szmer. Cichy szmer, ponieważ szmer z natury swej jest cichy.


Oto w odległości 50 metrów, a pół metra pod warstwą śniegu, nornica zaczyna coś gryźć - być może przemrożony liść. Tego puchacz nie wie, bo nie to, co gryzie nornica jest ważne. Ważne jest to, że dzieje się coś, co pozwoli trwać. Będzie można zaspokoić głód i dzięki temu przetrwać kolejny zimowy dzień. 

Ten jedynie ledwie słyszalny szelest obudził natychmiast internet puchacza - zaświecił się ekran, a na nim hasło: - JEDZENIE W ZASIĘGU! 
Bubo bubo obrócił nieco głowę, żeby doprecyzować namiar. Po ustaleniu miejsca, skąd dochodzi odgłos, pochylił się do przodu i lotem ślizgowym spłynął w dół.
Wykonał ten ślizg niewiarygodnie cicho, jak to sowa, dzięki specjalnym wypustkom na krawędzi lotek pierwszego rzędu, podobnym do grzebienia.  Puchacz wykonuje dolot do jedzenia z pomocą tłumika dźwięku.
Pełen kamuflaż!




Mysz niczego się nie spodziewa, a puchacz przez cały czas wsłuchuje się w szelest, jeszcze bardziej precyzując namiar, teraz do centymetrów. Mija kilka sekund i sowa unosi się już nad celem szykując do ataku. Nic nie widzi, skupia się wyłącznie na dźwięku.




Uderzając skrzydłami wznosi do góry tumany śniegu – ustawia szpony w dół i wpada w niewidzialną ofiarę. Po sekundzie następne mocne uderzenia skrzydłami i puchacz unosi się w górę trzymając w szponach szamocącą się nornicę. Następuje powrót na ulubioną gałąź, gdzie Bubo-bubo realizuje szybki posiłek: - gryzoń w górę i niezwłoczne połknięcie owego w całości.



Nornica zaspokaja apetyt sowy na jakiś czas, następnie na ziemię spada wypluwka złożona z kości i sierści. 
     Opisany sposób polowania puchacza jest oczywiście możliwy na początku zimy, kiedy śnieg jest puszysty. Później, kiedy na powierzchni śniegu tworzy się lodowa skorupa, terenami łowieckimi sowy stają się południowe zbocza gór, gdzie bardzo szybko promienie słońca tworzą łysiny wolne od śniegu. 
Jak na razie nornic - pożywienia nie tylko dla sów, mamy w Bieszczadach dostatek.
Zobaczymy, co będzie dalej.

wtorek, 7 stycznia 2020

Ile światów jest za nami


Powrotna droga do przełęczy. Idzie się.
Idzie się przez świat otulony mglą. 
Widać coraz więcej wilczych tropów - nic dziwnego, to przecież jest wilczy teren. Wataha, która tędy przechodziła, stanowi tu swoje prawo: - słaby zwierz, albo mało czujny ma małą szansę przeżycia. Tylko silny i sprytny zdoła uciec. 



Teraz na przełęczy jest zupełnie inny świat niż ten skąpany porannym słońcem. Przypominam sobie, jak kilka lat temu szedłem tędy z Reksiem, psem Darka Karalucha. Ten waleczny młody pies czuł respekt jedynie przed wilkami. Gdy byliśmy daleko od przełęczy, biegał swobodnie na lewo i prawo, jednak na samej górze robił się czujny, stawiał uszy, które zwykle były nieco oklapnięte i szedł dobre dwa kilometry tuż przy nodze.


Idę przez magiczny świat śniegu i mgły. Za mną dolina Rabe, a jeszcze dalej zostawiłem miejski świat z betonu. 
I przychodzi myśl: - To ile jest w sumie światów za nami? Albo:- Co widać za murem przeszłości? Jest to rzecz arcyciekawa.




Powtarzanie sprzyja zapamiętaniu: - jeszcze nie raz przytoczę ten urywek.

 Rzecz dzieje się w czasie wędrówki Edwarda Stachury gdzieś nad Sanem.
- Napotkany chłopiec informuje i pyta: - ja jestem Malinowskich, a pan czyj jest?
- Niczyj – odpowiada Stachura – nie należę do nikogo, chyba że do siebie.
- A dokąd pan idzie?
- Naprzód idę, przed siebie.
- Ja też bym tak chciał! Być niczyj i iść naprzód, ale muszę chodzić do szkoły. A ja szkoły nie lubię.
- Do szkoły trzeba chodzić, niezależnie od tego, czy się ją lubi, czy nie – odpowiedział Sted, azaliż pomyślał tak:
     Szkoły są potrzebne, ale mądre to one nie są. Bo gdyby człowiek uczył się sam i tylko tego, co go interesuje, a tyle jest rzeczy arcyciekawych, to po pewnym czasie nie nadawał by się już do mieszkania wśród ludzi.
Dlatego szkoły są potrzebne, chociaż mądre nie są.


Popatrzmy na ewolucję, jaką naukowy świat przeszedł z ustalaniem daty budowy Wielkiej Piramidy. Ostatnia, najbardziej sensowna data to czas przed potopem - 12 tys. lat p.n.e.
I nieustalone przeznaczenie budowli.

Szkoły są potrzebne, ale mądre to one nie są.....
Szkoły służą indoktrynacji – tresurze społecznej. Według zasad tresury człowiek powinien być społeczeństwu użyteczny: - nie myśleć za dużo, być trybikiem maleńkim, założyć rodzinę, rozmnożyć się, aby nowi ludzie płacili podatki i dawali na tacę, a Zroślak kapłan-polityk nimi kołował. 
Człowiek-niewolnik ma pracować, raz w tygodniu ewentualnie być w stanie upojenia, nie wyskakiwać przed orkiestrę: - słuchać władzy, nie zadawać trudnych pytań, nie mieć szerszych zainteresowań, a po przejściu na emeryturę żyć krótko, aby broń boże nie stać się obciążeniem dla państwa.
      Natomiast dla człowieka myślącego liczą się fakty z przeszłości. Liczy się historia ludzkości zawarta w starożytnych eposach. I nie historia biblijna, chrześcijańska, bo ta jest młodziutką kompilacją czyli po prostu plagiatem wielu o wiele starszych religii i zdarzeń. Poza tym człowiek myślący jest dla rządzicieli niewygodny - wątpi w "szczere" intencje władzy, śmie zadawać pytania i trudno nim sterować. 


Pisałem o Kamieniach z Ica.

Widać na nich między innymi koegzystencję ludzi i dinozaurów. A przecież dinozaury wyginęły 65 milionów lat temu. Więc to niemożliwe?
      Możliwe! Mamy przecież skamieniałe ślady dinozaura, a obok ślady dwóch ludzi. I do tego jeden z tych ludzi szedł w butach......
     Mamy także tablice z Palenque, na których zapisy zdarzeń gwiezdnych zaczynają się czterysta milionów lat temu.....
Nie pasuje to do oficjalnej historii Ziemi, dlatego o niewygodnych sprawach w szkołach nie uczymy, bo i po co?
Z takich informacji mogłaby wyniknąć tylko bieda, w postaci trudnych pytań. A trudnych pytań szkoła bardzo nie lubi…..
Bo jak tu odpowiadać na trudne pytania, skoro szkoły mądre nie są?

Rysunek naskalny w kanionie Hava Supai w Arizonie ukazuje stojącego na tylnych łapach Tyranosaurusa. Jak mówią Indianie, na rysunku przedstawiony jest jeden z „potworów z praczasów”.
       Indianie Hopi, spokrewnieni z plemieniem Zuni, uważają, że „ludzie istnieli także przed pojawieniem się obecnej ludzkości”.
       Księga Indian Hopi mówi o czterech światach.

Pierwszy świat nazywał się Tokpela i była to Nieskończona Przestrzeń – Space........ (Zwięźle nazwane).
Z tej Nieskończonej Przestrzeni ….. Taiowa - Stwórca, utworzył Skończoność. Koniec kropka.
Tam też umieścił pierwszych ludzi w miejscu, o którym mówi się „wysokość” lub „niebo”.
To właśnie niebo - Pierwszy Świat, został zniszczony przez ogień.
Zniszczenie nastąpiło, „ponieważ ludzie stali się źli”.

Drugi świat został zniszczony przez lód.

Trzeci świat „Kasskara”- Kraina Słońca” została zniszczona przez wodę. Potop.
A więc Kasskara to epoka zakończona budową Wielkiej Piramidy  - 13 tysięcy lat pne. (Edgar Cayce opisuje Atlantydę – Posejdonię i zdarzenia sprzed 52 tysięcy lat – był wpis).
Nasze czasy to Czwarty Świat według wierzeń Indian Hopi.
Ten świat już wkrótce dobiegnie swego kresu.

Z kosmologicznego punktu widzenia mitologia Indian Hopi jest całkiem sensowna.
Zniszczenie Pierwszego Świata mogłoby odnosić się do uderzenia meteorytu 65 mln lat temu.
Zniszczenie Drugiego Świata przypadałoby na okres któregoś ze zlodowaceń sprzed miliona – stu tysięcy lat.
Zaś zagłada Trzeciego Świata na okres wielkich deszczów i powodzi w okresie 30 – 12 tysięcy lat temu.
      A więc potopu znanego głównie z przekazów starożytnego Sumeru.
W każdym razie kronika Indian Hopi obejmuje czasy sumeryjskiej Listy Królów
  
  
Święta Księga Majów - Quiche – Popol Vuh, mówi o czterech aktach stworzenia, o czterech ludzkościach, które zostały zniszczone przez spadającą z nieba „płynną żywicę”(lawę?) trzęsienia ziemi i potop.
Według Popol Vuh małpy żyjące w dżungli wywodzą się z resztek drugiej ludzkości.
Gdyby Darwin usłyszał ten przekaz, pewnie przewróciłby się w grobie.

Według chronologii meksykańskich Azteków nasz świat jest już piątym z kolei.

I cóż do tego dodać w naszym nowoczesnym, bieżącym świecie, w którym pierwszy człowiek (w erze nowożytnej, jakby dodał Oppenheimer) dopiero „wczoraj” poleciał na Flybordzie?
    
Sprawę podsumowuje doktor Damian Nance z Instytutu Tektoniki, Oceanografii i Geochemii Uniwersytetu Ohio i oświadcza: - „W okresie dwóch i pół miliarda lat istniało przed nami sześć ludzkości”.

Wniosek? Wiemy sporo o drobnym wycinku nowożytnej historii ludzkości, atoli o całości historii właściwie nic nie wiemy.


poniedziałek, 6 stycznia 2020

Zima śnieżna


Nie tak dawno zima śnieżna, czyli prawdziwa, pojawiała się również w europejskich miastach. Być może takie zimy kiedyś wrócą, lecz dziś, w aktualnym cyklu ocieplenia, trzeba do zimy dojechać.
A więc w góry miły bracie! Na przykład w Karpaty Wschodnie – znaczy: - Zakerzonie.
I już jesteśmy w konkretnym miejscu - Bieszczady – Wola Michowa.
Jest białośnieżnie. 
Cisza dzwoni w uszach. Rano zimowe kwiaty na szkle maluje Dziadek Mróz. 


Potem przechodzę obok Nalewkarni. 


A później tylko idzie się, a radość wibruje w uszach! Czy ty też tak masz, że czujesz czasami ciepło radości w uszach? 


 Kieruję się na drugą stronę świata, czyli przez przełęcz Żebrak do wsi Rabe i Huczwice, które jak wiemy są dziś tylko miejscami na mapie.                                  Idzie się lekko, nogi same niosą, bo ciężar mego ciała niewielki, no i nic nie niosę poza duszą radosną.                                                                                                                     Ach! jak cudnie wokół!
Kontrast pomiędzy szarym miastem, a bajkową tutejszą zimą jest krańcowy. Wydaje się, że w środku człowieka coś śpiewa. 
Kto wie, może to śpiewa wewnętrzne dziecko? 
W każdym razie jeśli jest Raj i bywa w nim zima, to tutejszy świat nadaje się akurat na wzór dla Zimowego Raju. 
I natychmiast mam w głowie wierszyk, znany już Czytelnikom bloga: 

Każdy aniołek ma dwa skrzydełka  
I leci na nich prosto do Raju  
Inaczej było w życiu Pawełka  
On miał odloty tylko na haju
       
Schodzę z przełęczy i mijam tereny bliskie memu sercu. Śnieg skrzy się w słońcu. Radość, radość! Olbrzymia beczka miodu!
Jednak w tej beczce miodu znajdzie się także łyżka dziegciu.                   
Pokręcona historia dała nam w spadku to oto fantastyczne i dzikie odludzie. Często podnoszony jest argument, że mieszkał tu lud biedny, a głód był rzeczą zwykłą. Deportacja rzuciła ten naród w świat i ogólnie potomkowie tubylców przeszli na stronę zamożności - widać to na Łemkowskiej Watrze. Atoli miejsce ojców przyciąga: - wyślij górala nad morze i tłumacz mu, jak jest pięknie.                                                                                              
Dla Polaków, zwanych tu Lachami, tubylcy byli chamami. 
Ktoś powie: - To uproszczenie!                                                                                         Może i uproszczenie, lecz dzisiejsza zawiła mowa profesorska, albo mowa pokrętna w wykonaniu tak zwanych polityków, do niczego nie prowadzi. Rzeczy powinny być nazywane po imieniu. 
Na tych terenach Polak to był pan, a Ukrainiec i pokrewne nacje to chamy. 
Zbierała się nienawiść w narodzie...... Potem za sanacji (1938 rok) Polacy zaczęli podpalać cerkwie, natomiast Niemcy gdy przyszli, zapalili zielone światło dla Samostijnej Ukrainy. 
Przecież wolność jest dobrem najwyższym.
Po siedemdziesięciu latach szukam śladów po Wypędzonych z Ojcowizny i znajduję takie miejsca bardzo dobrze widoczne w śniegu. A to rząd krzewów porzeczkowych, a to prostokąt sadu wyznaczony kilkoma starymi jabłoniami, albo tylko sam kształt terenu wskazujący na miejsce po chyży - to tutaj przez kilkaset lat, w skrajnie trudnych warunkach żyli Łemkowie, Bojkowie, Lachy, Żydzi, Ukraińcy, Rusini i Cyganie.






Ale dość tych myśli, widzę ruch pod lasem, chwila teraźniejsza woła o uwagę!


I już fotograf jest zadowolony! A kiedy jesteś zadowolony, wtedy twoja energia wibruje w takt modlitwy dziękczynnej. 
Są przecież rzeczy niepojęte, jak mówi pismo święte.... tylko modlitwa dziękczynna jest czytana przez „Górę”. Jeśli o coś prosisz, potwierdzasz jedynie fakt, że tego nie masz.
Dotarłem kawał za Bystre, kiedy zeszła mgła i przypomniała, że czas najwyższy na powrót. 
Wracam więc. Krótki dzień grudniowy się chyli a jednocześnie mgła gęstnieje. Znowu kontrast: - w słońcu było wesoło a teraz zrobiło się ponuro. Na śniegu tylko moje ślady i wilka - zwiadowcy.