Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florian Werner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florian Werner. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 marca 2020

Bullshit


O ile zdolność śpiewania odbytem z zasady budzi nie tylko zainteresowanie, ale i podziw, o tyle fenomen przeciwny zwykle spotyka pogarda.
      A cóż to jest tym fenomenem przeciwnym?
Są to ludzie, którzy gadają „gówno prawdę”.

Nowy Testament ostrzega przed zanieczyszczaniem otoczenia wydalinami werbalnymi:
    „Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi – oznajmia Jezus w Ewangelii św. Mateusza.
Zrozumcie, że wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz. Natomiast to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca i to czyni człowieka nieczystym.
      Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwo, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwo, przekleństwa.
To właśnie czyni człowieka nieczystym”.


Ekskrementy produkowane przez usta – pointuje zaskakująco Jezus, są nawet bardziej nieczyste niż te, które opuszczają ciało przez odbyt.
     Wydaliny spadają do dołu, tak więc po defekacji nie mogą wyrządzić większych szkód. Natomiast kupa werbalnego gówna zostaje w społeczeństwie, a poza tym w przeciwieństwie do pokarmów danych od Boga, pochodzi wyłącznie od człowieka, wypływa z jego niestałego serca.




    
Jeśli ktoś wypowiada przeciw komuś fałszywe świadectwo,  oskarża lub atakuje, oblewa go werbalną gnojówką, w sposób nikczemny stara się wykluczyć ze wspólnoty – działa podle.

Jest jeszcze jedna dziedzina zaliczana do werbalnego gówna: to logorea – słowna biegunka.
Niestety, ta forma zanieczyszczania przekazów werbalnych płynie z polskich mediów.
Po pierwsze primo: - podnosząc głos wszyscy rozmówcy mówią jednocześnie. Kiedyś nazwalibyśmy taką rozmowę zwykłym chamstwem, dziś spece od propagandy tego sposobu panowania nad przeciwnikiem wręcz uczą.
Dyskutanci godzą się na ten bazar, a osoby prowadzące nie potrafią, albo nie chcą zapanować nad sytuacją.


Po drugie primo: - obok chamstwa - nie dopuszczania przeciwnika do głosu, mamy do czynienia z rozwodnieniem wypowiedzi, paplaniem dla paplania.
Mówiący stara się utopić rozmówcę lub rozmówców w wypowiadanej werbalnej gnojówce.
Do tego służy specyficzne tempo, frekwencja, oraz ilość wypowiadanego. Słowa płyną z ust mówiącego nieustannie, bez akcentu, monotonnie i szybko, zupełnie jak gówniany ściek.
Wydaje się, że mówiącemu zwiotczał zwieracz i nie jest w stanie tego potoku zatrzymać.

     
Specjalną formą werbalnego gówna jest bullshit – dosłownie wydaliny byka. (gówno prawda, pieprzenie, bzdury, picowanie).
W brytyjskim angielskim wyrażenie to początkowo było używane w wojsku i określało bezsensowne rozkazy dowódców.
Filozof Harry Frankfurt w eseju „O wciskaniu kitu” prezentuje bullshit - przemowy w wykonaniu polityków: - Przemawiający z okazji Dnia Niepodległości rozwodzi się górnolotnie na temat naszego wspaniałego błogosławionego kraju, którego Ojcowie Założyciele prowadzeni ręką Boga, wyznaczyli nowy początek dla całej ludzkości.......

Gówno dorosłego zwierzęcia jest zazwyczaj duże.
Kto przemawia  w tonie jak powyżej, nie wydala z siebie werbalnych bobków, lecz rozdziela wielkie placki.
Bullshit rzadko bywa subtelny, z reguły wpada w przestrzeń z hucznym pacnięciem.
Polityczne samce alfa nie mają jednak wyboru – są stale zmuszani do wypowiedzi w kwestiach, o których w najlepszym wypadku mają blade pojęcie.
Poza tym produkcję bullshitu wspiera sama demokracja, ponieważ stwarza wrażenie, że każdy obywatel nie tylko powinien mieć własne zdanie na każdy możliwy temat, ale i je wygłaszać przy każdej okazji.


Zdjęcia: 7 marca 2020 Warszawa



środa, 19 lutego 2020

Święte gówno


Dziś mało znane, acz ciekawe zagadnienie, ukrywane wstydliwie przez mocno pogubiony kk.

Wierzenia ludowe, azaliż także święte piśmiennictwo w postaci apokryficznych opowiadań o dzieciństwie Jezusa, na przykład w Ewangelii Dzieciństwa, zwanej Arabską, przypisuje cudowne właściwości pieluchom małego Zbawiciela.
Otóż one same, ale też woda, w której były prane, uchodzą za środek leczniczy na wszystkie choroby, nadają kwiatom szczególną woń, sprawiają, że uschłe zarośla zaczynają kwitnąć.
     Kiedy Mędrcy ze Wschodu złożyli nowo narodzonemu pokłon, Maria z braku innego prezentu, miała dać im pieluszkę.
Po powrocie do domu Trzej Królowie modlili się do niej, jakby była – albo raczej jej zawartość, częścią Jezusa.
Później, podczas ucieczki do Egiptu, Maria powiesiła wyprane pieluchy do wyschnięcia.
    Przechodzący tamtędy chłopiec, opętany przez złe duchy, owinął sobie pieluchę Jezusa wokół głowy, a wtedy demony wyleciały z jego ust, pod postacią wron i węży, a on sam został uzdrowiony.
     Jeszcze dziś, podczas odbywającej się co siedem lat pielgrzymki akwizgrańskiej, wierni modlą się do relikwii uchodzącej za pieluchę Jezusa – Karol Wielki przywiózł ją podobno z Jerozolimy do swojej siedziby z okazji konsekrowania akwizgrańskiej Kaplicy Karolińskiej w 799 roku.

W dawnych czasach wiara w cudowną moc świętego gówna – niezależnie od tego, czy pochodziło od samego Zbawiciela, czy też od prostych duchownych – była szeroko rozpowszechniona.
     Kiedy na początku VII wieku Aed Uaridnach, późniejszy król Irlandii, przejeżdżał przez miasto Othna Muru, jeden z jego ludzi ostrzegł go, by nie mył rąk w przepływającej przez miasto rzece.
- Dlaczego? - miał zapytać Aed.
- Bo nieco w górę biegu tej rzeki, na brzegu znajduje się ubikacja miejscowego księdza i woda zanieczyszczona jest ekskrementami – odpowiedział rycerz.
      Dowiedziawszy się, że święty człowiek sra do rzeki, Aed natychmiast postanowił się w niej umyć.
„Nie tylko umyję w niej twarz – cytuje staroirlandzki manuskrypt – wezmę ją także do ust i napiję się (wziął trzy głębokie hausty) bo woda, do której wpadają jego odchody, jest dla mnie jak sakrament”.
      Widząc tak głęboką pobożność, duchowny przepowiedział Aedowi Uaridnachowi władzę nad całą Irlandią i długie życie, a po prowizorycznej fekalnej wieczerzy podał mu komunię.

Parafrazując George'a Orwella można powiedzieć: - „Wszystkie gówna są równe, ale niektóre równiejsze”.





poniedziałek, 27 stycznia 2020

Flatuliści

Uwaga techniczna: proszę nie przysyłać komentarzy zawierających link - nie będą zamieszczane.


Jak zwykle samo życie dowodzi, że nie da się ukryć tematu fekalnego.

Artykuł z prasy niemieckiej, 2 grudnia 2019.

Zdemolowane pokoje hotelowe i "wszelkie możliwe odchody pozostawione w miejscach niewyobrażalnych" - miała zostawić po sobie polska delegacja Strzegomia w partnerskim mieście Torgau w Niemczech. W efekcie niemieccy radni zdecydowali się zerwać trwającą 22 lata współpracę obu miast.
      Samorządowcy ze Strzegomia - burmistrz Zbigniew Suchyta, radni Cezary Włodarczyk i Roman Asynger (plus kierowca i tłumacz) - w partnerskim Torgau w Niemczech gościli w październiku. Pojechali na święto niemieckiego miasta w Saksonii. Wszyscy zatrzymali się w trzygwiazdkowym hotelu Central. Spędzili tam jedną noc.
Artykuł z prasy polskiej 23 stycznia 2020.

Ambasador RP w Berlinie Andrzej Przyłębski (pseudo Wolfgang) odwołał wizytę w Torgau. Czy dlatego, że niemieckie miasto zerwało współpracę ze Strzegomiem, gdy polscy radni zdemolowali tam hotel?
(Zobaczmy jak skrzętnie ukrywa się słowo „obsrali”, tudzież „gówno”).

O co chodzi? Ano o to, że polskie władze nie potrafią się zachować. Zamiast przeprosić, robią focha i postponują ważny symbol naszych sąsiadów.
Otóż 27 stycznia, w rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz, Niemcy obchodzą dzień pamięci ofiar narodowego socjalizmu. Z tej okazji w Torgau, 30-tysięcznym mieście położonym na wschodzie kraju, między Lipskiem a Wittenbergą, zorganizowano dzień pamięci poświęcony  ofiarom niemieckich sądów wojskowych.
Z szacunków historyków wynika, że podczas wojny wydały one 30 tys. wyroków śmierci, głównie na dezerterów i odmawiających służby.
Liczba wykonywanych wyroków rosła pod koniec wojny, gdy Hitler kazał bronić III Rzeszy do ostatniego człowieka. Wystarczyło wówczas zakwestionować sens oporu czy nazwać go szaleńcem, by skończyć przed plutonem egzekucyjnym. Wyroki śmierci na żołnierzach na niezajętych przez aliantów terenach wykonywano jeszcze w maju 1945 r.
Wracamy do meritum: - Historia gówna, Florian Werner.

Marcin Luter nie mogąc poradzić sobie z diabłem przy pomocy modlitwy, pomagał sobie wypowiedzią analną.
     Pisał: - „Kiedy podczas nocnych odwiedzin nie pomagają modlitwy, pomoże pierdnięcie”.
Czy takie działanie jest obrazoburcze? Ależ skąd!                                          

Przecież wszystko zależy od ilości hamulców narzuconych jednostce przez indoktrynację.
      Oto św. Augustyn twierdził, że kiedyś wszyscy ludzie byli w stanie porozumiewać się za pomocą gazów. Była to świadoma komunikacja.
„Dopiero wskutek grzechu pierworodnego – pisze Augustyn – ludzie poza nielicznymi wyjątkami stracili panowanie nad swoim ciałem.
Wiemy, że i ludzie niektórzy mają naturę odmienną od innych, naturę dziwną, bo mogą z ciałem swoim takie rzeczy robić, w jakie inni z ledwością wierzą.
Są na przykład tacy, co uszami ruszają, albo każdym z osobna. Są też tacy, co całą skórę z głowy razem z włosami, nie ruszając głową, ściągnąć potrafią, jak zechcą, na czoło i znowu ją podnieść.
Inni dolną częścią tułowia, bez żadnego plugastwa, tak rozmaite wedle woli dźwięki wydają, że wydaje się, jak gdyby tamtą częścią śpiewali”.
    
Ten „śpiew dolną częścią tułowia” był darem i opisywali go dawni kronikarze.
I tak w angielskiej kronice z XII wieku czytamy, że Roland the Farter (Pierdziel) co roku w dzień urodzin króla, musiał wykonywać przed monarchą jeden skok, jeden gwizd i jedno pierdnięcie.
      W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku Joseph Pujol bawił publiczność Moulin Rouge w Paryżu, naśladując zadkiem dźwięki instrumentów muzycznych, takich jak tuba czy puzon, odgłosy kanonady armatniej spod Austerlitz, a także grał na flecie napędzanym wiatrami.
       W latach sześćdziesiątych w slawońskiej Pożedze przebywał więzień, który był tak zdolnym flatulistą, że raz musiał dać publiczny koncert. (….) Opuścił spodnie, ręką oparł się o stół, uniósł nieco lewą nogę ukazując publiczności goliznę.
      Z niej wydobył się wyraźnie, dźwiękiem o przedziwnej barwie, chorwacki hymn narodowy. Panowie i panie krzyczeli: Divno! Za kudno! Krasno! - Boskie, wspaniałe, cudowne!.
Pani żupanowa i pani sędzina zbliżyły się do naturalnego instrumentu, żeby naocznie się przekonać, czy nie doszło do oszustwa.
     I wreszcie na początku XXI wieku międzynarodową popularność zdobył angielski muzyk o pseudonimie artystycznym Mr.Methane. Jego repertuar oprócz własnych kompozycji, obejmował także klasykę: - Nad pięknym modrym Dunajem Johanna Straussa, uwerturę Rok 1812, tudzież taniec małych łabędzi z Jeziora Łabędziego Piotra Czajkowskiego.
     


poniedziałek, 13 stycznia 2020

90 puszek


Jak powiedział był klasyk: - Słuchając wypowiedzi ludzi chorych na władzę i patrząc na nich, miewam nieodparte wrażenie, że dla trwania przy korycie byliby skłonni zjeść gówno i to nie tylko własne.

Natomiast zupełnie inne konotacje mają wydzieliny intymne w świecie artystycznym.
W tych kręgach liczy się pomysł, jak w przypadku Salvatora Dali. (był wpis)
To zapewne inspiracja Dalego nie dawała spać włoskiemu konceptualiście Piero Manzoniemu, który stworzył najsłynniejsze swoje dzieło Merda d'artista (Gówno artysty)

W maju 1961 roku napełnił swymi ekskrementami dziewięćdziesiąt ponumerowanych puszek, zamknął je fabrycznie, opatrzył precyzyjnym opisem po włosku, angielsku, francusku i niemiecku (zawartość: - trzydzieści gramów netto, numer seryjny, podpis, wyprodukowano:  - Piero Manzoni) i sprzedał za równowartość aktualnej ceny złota!

Tym samym wcielił w życie ideę, która napędzała wcześniej Paula Cezanne'a, gdy w 1870 roku na pytanie swego kolegi Edouarda Maneta, jakież to dzieło pokaże podczas Salonu Paryskiego (wielokrotnie odmawiano wystawienia jego obrazów), miał odpowiedzieć: - garnek gówna.

Zmieniając się w srającego pieniędzmi osła z bajki braci Grimm, Manzoni zademonstrował, że nawet najbardziej prozaiczne produkty mogą zostać podniesione do rangi sztuki – pod warunkiem, że wyszły od kogoś, kto miał pomysł.
       Jednocześnie zobaczyliśmy arbitralność, z jaką coś zostaje zaszeregowane jako cenne, a inne jako bezwartościowe.
Czyli: - gówno (jak i wszystko inne) jest kwestią kontekstu.

Transakcja Manzoniego była grą z zasadami rynku sztuki, z oczekiwaniami kolekcjonerów, wymagających coraz bardziej zindywidualizowanych (szalonych) form wyrazu artystycznego.
       W 1961 roku Manzoni powziął myśl, którą opisał w liście do przyjaciela: - „Jedynym w swoim rodzaju śladem osobowości artysty uchodzi odcisk kciuka. Lecz gdyby kolekcjonerzy chcieli nabyć coś bardziej osobistego i intymnego, to gówno artysty nadaje się najlepiej”.
Nie była to, jak już wiemy myśl odkrywcza (Salvatore Dali), jednak wszystkie puszki z gównem Manzoniego, mimo wysokiej ceny i nędznej zawartości zostały sprzedane.
       Azaliż to nie wszystko. One zyskują na wartości!
W połowie lat osiemdziesiątych jedna puszka uzyskała na aukcji cenę dwudziestu tysięcy marek, a w roku 2010 każda była warta trzydzieści tysięcy euro.
    Sam artysta niedługo cieszył się finansowym sukcesem swoich fekaliów. Umarł na zawał serca wiosną 1963 roku, niecałe dwa lata po napełnieniu puszek.
Puszki stały się w pewnym sensie jego urnami – jak relikwiarze przechowują doczesne szczątki artysty.
     
I jeszcze do kompletu pojawia się synchroniczność (nie ma przypadków).
Wydanie „Style” zawierające opisaną powyżej historię człowieka produkującego artystyczne gówno, miało się ukazać 10 września 2001 roku.
Nie ukazało się jednak, ponieważ biuro redakcji pisma znajdowało się na szesnastym piętrze World Trade Center i o poranku tego feralnego dnia samo stało się historią razem z całym budynkiem.
      Jak zwykle, ostatnie słowo należy do śmierci.


wtorek, 10 grudnia 2019

Zasada przeciwieństw


Właściwie to wszystko jest do dupy.
Tylko pasta jest do zębów.

Nie zawsze  naruszenie tabu jest zamierzone.                    
Brytyjski malarz Chris Ofili, syn nigeryjskich emigrantów, od czasu studenckiego wyjazdu do Zimbabwe na początku lat dziewięćdziesiątych, wciąż używa w twórczości odchodów słoni, a wielkoformatowe prace stawia   na cokołach z tego materiału.
Uważa, że w ten sposób łączy inspiracje afrykańskie z europejskimi.
       
Słoniowe wydaliny są w pracach Ofiliego starannie polakierowane i  wręcz estetycznie miłe.
Jednak wystawa jego prac z roku 1999 w Brooklyn Museum - Matka Boska połączona z glazurowanymi odchodami słonia i wycinkami z pism pornograficznych, wywołała skandal.
     Pewien rencista oblał dzieło farbą, a ówczesny burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani określił obraz mianem „chorego” i zagroził muzeum wycofaniem miejskiej dotacji wynoszącej siedem milionów dolarów.
I tu przejawia się główna, wciąż powracająca cecha sztuki ekskrementalnej     – pomijając prowokowanie skandalu, sztuka ta zawsze łączy wysokie z niskim, sacrum z profanum.
     
Ponieważ Bóg i kupa, sacrum i profanum zdają się niemal magicznie przyciągać, nikogo nie dziwi, że gówno jest utożsamiane z materiałem,      który w naszej kulturze jest symbolem dobrobytu: - ze złotem.
      Kłania się tu odkrycie Freuda, że utożsamienie materiału najmniej wartościowego z najbardziej wartościowym, dokonało się na zasadzie przeciwieństw.
Na tym przecież opiera się dualizm świata: czarne – białe,                        czyste – brudne, stare – młode.
Salvatore Dali, biegły w wyrażaniu teorii psychoanalitycznych (dodawał    swoją spermę do werniksu) twierdził: - „Złoto i gówno są tym samym”.

wtorek, 26 listopada 2019

Sztuka gówna



Czyli atak na cywilizacyjne tabu.

Ludzie nie chcą oglądać gówna?
Hmmm… A polityka czym jest? Przecież owa opiera się na obgównianiu przeciwnika. W polityce wszelkie chwyty są dozwolone.



To nas już nie dziwi, natomiast oburzamy się, gdy realne ekskrementy są używane w sztukach plastycznych i w performance art. Jednak sukces licznych autorów abject art. dowodzi, że istnieje publiczność zainteresowana tym tematem.
      Insynuacja, że ktoś zamiast farbami maluje gównem, należy w świecie sztuki do klasycznych obelg: - cacatum non est pictum (nasrane to nie pomalowane), mówi łacińskie przysłowie.
      Kiedy malarz i profesor Drezdeńskiej Akademii Sztuk Pięknych postanowił zwymyślać swego kolegę, ekspresjonistę Emila Noldego, ogłosił, że zamiast farby używa on własnych ekskrementów.
Nic to nie dało, Nolde miał publiczność, a ów profesor publiczności miał tyle, co kot napłakał, kipiał złością i wykrzykiwał: - „wsadza sobie taki palec do dupy i maże tym po papierze!”

O van Goghu profesor ów także wyrażał się z fekalną pogardą: - „Co to ma być? Ja maluję obraz dwa lata, a taki van Gogh smarował swoje gówna w pół godziny”.
I to był zarzut bardzo powszechny na przełomie wieków.
      W dziełach zachodnich artystów, gówno jako masa plastyczna występuje przeważnie w rzeźbie.
To materiał zawsze dostępny i tani, łatwo się formuje i nadaje rzeźbom niepowtarzalną teksturę.
Wystarczy spojrzeć na rzeźbę królika, wykonaną z odchodów tegoż, zmieszanymi ze słomą, dzieło Dietera Rotha (1965 rok).
W  latach sześćdziesiątych to się działo!.
Właściwie mieliśmy do czynienia z gównianą rewolucją.
     Tu jeden tylko przykład ataku na cywilizacyjne tabu w wykonaniu Grupy Wiedeńskiej - wiedeńskich akcjonistów.
7 czerwca 1968 roku, publiczność została zaproszona do sali wykładowej w jednym z gmachów Uniwersytetu Wiedeńskiego na akcję pod hasłem „Sztuka i rewolucja”.
      W czasie performance'u na podium wszedł Guenter Brus, rozebrał się do samych skarpetek, nasikał do ręki, wypił mocz, zwymiotował, a następnie na oczach zebranych widzów zrobił to, co prasa z zażenowaniem nazwała „grubszą potrzebą”.
Na koniec rozsmarował ekskrementy na swoim nagim ciele, śpiewając przy tym pełnym głosem austriacki hymn narodowy.

Państwo ukarało prowokację bezlitośnie. Brus za poniżenie austriackich symboli państwowych został skazany na sześć miesięcy więzienia, uniknął jednak kary dzięki ucieczce do Berlina Zachodniego.
       Obrazoburcza zaraza dotarła także do Berlina, gdzie członek Kommune I (Studencka komuna kontestująca mieszczański model rodziny) został skazany na dziesięć miesięcy więzienia, ponieważ podczas rozprawy zdefekował na stół sądu, a następnie podtarł się aktami.
Ruch '68 gwałtownie próbował się odciąć od wartości wyznawanych przez generację rodziców – chodziło o „ostateczne złamanie tabu”.
        Atoli wszelkie tabu okazują się o wiele silniejsze niż nam się wydaje.
Można je obalić, lecz to wymaga czasu, ponieważ w pierwszej chwili każda próba jego naruszenia wzmacnia opór fundamentalistów, przyczyniając się paradoksalnie do wzmocnienia granicy moralnej.
    Lecz to jest tylko ostatnie zipnięcie - „Transgresja wiedzie tę granicę do granicy jej bytu – pisze Michel Foucault - to jest ostatnie ożywienie przed jej rychłym zniknięciem”.

Jak wiemy z nauk Czerwonej Królowej: - wszystko podlega zmianie, ewoluuje, wszystko mija i nic nie trwa wiecznie.

poniedziałek, 4 listopada 2019

Wszyscy jesteśmy równi


Interesuję się wieloma sprawami, między innymi od początku ery kosmicznej ciekawił mnie temat defekacji w kosmosie.
Jak oni to robią?
Początkowo loty orbitalne trwały krótko – walą więc w kosmiczną pieluchę – konstatowałem.
Lecz stopniowo loty trwały coraz dłużej i problem wypróżniania się w stanie nieważkości stawał się zagadnieniem kluczowym.

Te myśli powróciły do mnie po wielu latach, w Bieszczadach, gdzie zanurzyłem się w oceanie wolności.



Otulony swobodną wędrówką i samotnością, obserwowałem swoje reakcje na to co wokół. Obserwowałem nie tylko myśli, lecz także ciało.
- Na przykład: - coś zaswędziało – obowiązkowo trzeba zbadać czy to nie kleszcz jest przyczyną drapania. 
- Jeśli biwakuję kilka dni w jednym miejscu – załatwiam sprawy fizjologiczne na uboczu, żeby potem, przypadkiem nie wejść we własne gówno.
        
I tu pada to magiczne słowo, które cywilizowany świat, w swej hipokryzji, tudzież pruderii omija kiedy tylko może.
A ja tak lubię pisać, więc kiedyś zdrążę to zagadnienie i je opiszę – ponieważ rozwój duchowy polega także na przełamywaniu wewnętrznych i zewnętrznych barier - pomyślałem. 

I zaprawdę powiadam wam: - oto zadziałało sławne wu-wei podsuwając mi gotowy materiał - książkę Floriana Wernera pod tytułem Historia gówna.

Defekacja jest czynnością głęboko demokratyczną.
Wydalamy wszyscy, niezależnie od statusu społecznego, płci, narodowości, czy przynależności religijnej.
Wydalamy dzień w dzień, rok po roku – a jeśli w którymś momencie przestajemy, oznacza to, że jesteśmy martwi.
    Jest rzeczą znamienną, że początek zainteresowania literatury miejskimi fekaliami, na przykład u Wiktora Hugo, zbiega się w czasie z umacnianiem idei demokratycznych.
    W Nędznikach mamy opisaną postać Jeana Valjeana, pracownika kanałów paryskich, który po wielu latach pracy doszedł do wniosku, że wobec Boga i gówna wszyscy jesteśmy równi.

Egalitarny aspekt wydalania ujęła precyzyjnie arystokratka Elżbieta Charlotta, księżniczka Palatynatu Reńskiego, księżna orleańska, szwagierka Ludwika XIV: „ Ach, to przeklęte gówno (list z 9 października 1694 roku do ciotki – Zofii Doroty, księżnej Hanoweru). Uznaję, że czynią to tragarze, gwardziści, ci, którzy noszą lektyki, i cały lud.
A cesarze? Oni po prostu srają, królowie srają, królowe srają, papież sra, kardynałowie srają, książęta srają, arcybiskupi i biskupi srają, a także proboszczowie i wikariusze. Przyznasz pani, że świat jest pełen obrzydliwych ludzi!”
    Ten raport z serca francuskiego dworu czyta się jak fekalny taniec śmierci, bo podobną hierarchię mamy w średniowiecznych przedstawieniach dance macabre.
List księżniczki jest jakby melancholijną skargą na to, że wszyscy ludzie są poddani temu samemu bezlitosnemu dyktatowi ciała.
Wszyscy muszą srać, co oznacza także, że wszyscy muszą umrzeć.
       Oburzona księżniczka pisze dalej: - „Człowiek sądzi, że całuje małe, słodkie usteczka, białe ząbki, a tymczasem całuje gówniany młyn: - wszystkie smakołyki, biskwity, pasztety, torty, masy, szynki, kuropatwy i bażanty, istnieją tylko po to, by zostać zmielonymi na gówno”.
     Hmmm...... To prawda. Jeśli spojrzymy na pożywienie przez barokowe okulary i uznamy wszystkie pokarmy powiązane w trawieniu ze śmiercią, a ludzkie usta za „gówniany młyn”, dojdziemy do ekscytującego wniosku, że całość tego, co bierzemy do ust, wcześniej czy później zamieni się w gówno, a my właściwie jesteśmy gównożercami.




czwartek, 3 października 2019

Ekologia na arnikowej łące


Z miejsca, gdzie zostawiam namiot, w kierunku Kalnicy droga prowadzi podnóżem Chryszczatej.
Azaliż najpierw idzie się przez łąkę arnikową.







Jest piękny dzień w samym środku lata, dzień pełen kolorów, ptaki śpiewają, świerszcze grają, no po prostu cudnie wokół, a także w środku człowieka podobnie.
Idę więc powolutku ścieżką zwierzęcą i naraz …..

Uwaga! Poniższe zdjęcie zawiera lokowanie produktu!

W trawie leży elegancka ekologiczna kupa żubra.
Ekologiczna ponieważ nie ma w niej chemii tudzież antybiotyków, oraz GMO, które to składniki są w każdym naszym ludzkim przetworzonym jedzeniu…
     Sprawa prosta: - są żubry to i kupy być muszą. 
Ciemną barwę owe kupy zawdzięczają przetrawionym szpilkom sosny, które razem z żywicznymi gałązkami żubry namiętnie zjadają. W sezonie jedzą także czarne jagody.
    Nie ma przypadków – obok mnie leży niecodzienna książka: - jej tytuł - „ Historia gówna”.
I już jest temat do posta, bo można pisać o wszystkim, pod jednym warunkiem: - nie może to być gniot.

Gówno należy do naszego ciała, choć nie całkiem.
Składa się z resztek pokarmów, ale nie pozwala ich dokładnie rozpoznać.
Jest ciepłe i zdaje się żyć, dopóki nie ostygnie. Wtedy staje się martwe.
Nic dziwnego więc, że na myśl o zbliżeniu się do niego odczuwamy obrzydzenie.
Unikamy kontaktu z nim, tak samo, jak unikamy kontaktu cielesnego ze zwłokami. 

Gówno i śmierć są bliskimi krewnymi w jeszcze jednym aspekcie.
Oto toaleta (u niektórych sracz) jest miejscem, gdzie nie tylko wydala się część swojego ciała, ale i można wyzionąć ducha.
      Taki Seneka na przykład opisuje zdarzenie, jak to pewien niewolnik germański, aby uniknąć śmierci na arenie, popełnił samobójstwo w latrynie.
     „Tam kij ów z uwiązaną gąbką, przeznaczony do oczyszczania z kału, wepchnął sobie w całości do gardła i zatkawszy przewód oddechowy, pozbawił się życia. Oto był czyn obelżywy dla śmierci”.
Cesarz rzymski Heliogabal został zamordowany w ustępie, do którego się schronił. By zaś zbeszcześcić jego ciało, zabójcy wrzucili je do kloaki.
     Król Anglii Edmund II został zasztyletowany podczas załatwiania się. Morderca ukrył się w kloace i wbił zdziwionemu nieco królowi sztylet w odbyt.
Podobny los spotkał króla Szkocji Jakuba I, który został zamordowany w roku 1437 w klasztorze dominikańskim w Perth, kiedy próbował uciec przez latrynę.

Jak pokazują nowożytne filmy, udając się do toalety nie odkładaj miecza, czy co tam masz, nie zdejmuj zbroi, bo możesz skończyć jak Vincent Vega grany przez Johna Travoltę w obrazie Pulp Fiction.
     
Toaleta jest wymarzonym miejscem do śmiertelnego ataku z zaskoczenia, ponieważ klient ma na pewno nagie niektóre części ciała, a więc są one narażone na zranienie, oraz z racji czynności, którą uskutecznia. Nie jest zdolny do natychmiastowej ucieczki.
      A także zwykle w toalecie jest bez ochroniarzy.
I tak mamy do czynienia z ważnym powiązaniem między wypróżnianiem a końcem życia:

- Gówno jest podobne do śmierci: - wszystkich zrównuje. 

Historia gówna - Niemcy, Florian Werner.