poniedziałek, 17 lutego 2014

"Odpowiedzialność"



Źle rozumiana odpowiedzialność.....
        Ona was przytłacza.
Jesteście "Odpowiedzialni" , czyli coś musicie wobec rodziców, żony czy męża, jesteście odpowiedzialni za dzieci, odpowiedzialni wobec sąsiadów, wobec społeczeństwa. Zdaje się, że jesteście tu po to, by ponosić "Odpowiedzialność" wobec wszystkich razem i każdego z osobna, tylko nie wobec siebie. Macie wszystkim służyć, tylko nie sobie. Przedziwna sytuacja.
   
Pewna kobieta tłumaczyła dziecku:
    - Najważniejsze w naszej religii to służyć innym.
    - A co wtedy będą robić inni? - zapytało dziecko.
    - Naturalnie, będą służyć komuś innemu - odpowiedziała matka.
    - To dziwne. Jeśli każdy ma służyć komuś innemu, to dlaczego ja nie mogę służyć samemu sobie, a ty sobie? Po co to wszystko komplikować? Dlaczego mam służyć komuś innemu i czekać na kogoś, kto usłuży mnie?
    W swojej niewinności dziecko wypowiedziało prawdę, którą ukryły wszystkie religie.
Osho



        Zapylała raz pszczółka jakiegoś badyla,
        Wtem czuje, że od tyłu też ją ktoś zapyla.
        Patrzy się, a to truteń, niejaki Zenobi.
        Morał - rób dobrze innym, tobie też ktoś zrobi.
  Andrzej Waligórski

niedziela, 16 lutego 2014

Uwierz w siebie



Jak zostać królem.

Czytelnicy! W tym, co czytacie, forsuję przesłanie: - uwierz w siebie.
     Wszystkie narody mają prawo uwierzyć w siebie.
Był taki facet w czasach niedawnych; - hrabia Alfred Korzybski.
To wielki Polak. Nawet Osho o nim wspominał
Pisałem o Korzybskim.
Wyjechał z Polski przed II wojną światową do Ameryki.

I teraz prośba do tych, którzy coś chcieliby zmienić w swoim życiu: - obejrzyjcie angielski dramat historyczny, nagrodzony czterema Oskarami p.t.: - Jak zostać królem. Pamiętajcie przy tym, że ten Lionel z filmu to pewnie Polak hrabia Alfred Korzybski.
Ktoś fałszuje historię.
        Ten film pokazuje, że wszystkie zahamowania biorą się z głowy, z tresury.
U Anglików szczególnie właśnie tam zbierają się zahamowania.
Enigma też ich jest.
I mam pytanie; - dlaczego Margaret Thatcher przesunęła odtajnienie akt o zamachu na Sikorskiego o 25 lat?

Jeden z żołnierzy Der Erste Polnische Luftbrigade nazywał Anglików dżemojadami.
 I Janek z dywizjonu 300 też ich nie lubił.( pisałem o Janku - bombardował Drezno)
Polacy bronili ziemi i nieba Anglii, a nie dopuszczono ich do defilady zwycięstwa. Podobno Stalin mógł się pogniewać.
Anglicy wiedzieli o Katyniu, ale nabrali wody do ust, bo Stalin mógł się pogniewać.
Anglicy ( nie tylko oni ) sprzedali Polskę. I Anglicy ( nie tylko oni ) fałszują historię.
·     Osho – nie ugrzęźnij na poziomie słów.
·     Tak samo pisze Eckhart Tolle – Każde słowo jest tylko narzędziem, abstrakcją, drogowskazem, który wskazuje kierunek. Wielkie osiągnięcia w tej dziedzinie ma hrabia Alfred KORZYBSKI – Założył w USA w 1938 r. szkołę lingwistyki,  nazywaną Instytutem Semantyki Ogólnej. Pracują tam nad: 
      rekonstrukcją matematyki,
·     pomocą jąkałom, aby nie jąkać się,
·     poprawą diagnozowania w medycynie psycho-somatycznej i poradnictwem w psychoterapii indywidualnej i grupowej,
·     leczeniem zaburzeń mowy oraz problemów z czytaniem,
·     eliminowaniem strachu przed wystąpieniami publicznymi,
·     poprawą prezentacji i argumentacji w przewodach sądowych,
·     wprowadzaniem nowych metod edukacji, począwszy od najmłodszych dzieci aż po studia akademickie.
·     Stworzyli  tam krótką, ale znaczącą piosenkę, to ich podstawowe nauczanie:    -„Och, słowo to nie rzecz, słowo to nie rzecz                                                                             Hop siup, trala bum, słowo to nie rzecz”-.                                                        
·     Wydaje się to śmieszne, głupie wręcz, dopóki nie przeczytamy, jak Świat uhonorował naszego rodaka.
 Piszą o nim Osho i Robert Wilson. Że Korzybski to Gość. (Zajrzyj w google)  Semantyka Ogólna odblokowała także Króla Anglii.                                                                                                 

Anegdota? Nie! Tak nauczał Alfred Korzybski.

W czasie pewnego wykładu dla studentów, Korzybski wyjął zawinięte w biały papier pudełko ciastek. Wyjaśnił, że musi coś zjeść, po czym zaproponował studentom pierwszego rzędu, by także się poczęstowali. Wszyscy jedli ze smakiem, gdy naraz Korzybski szybkim ruchem zerwał biały papier z pudełka, ujawniając oryginalne opakowanie - duże zdjęcie głowy psa z napisem "Ciastka dla psów".
Studenci zareagowali z przerażeniem, dwoje nawet wybiegło wymiotować do toalety. Korzybski skomentował to następująco: "Drodzy państwo, właśnie zademonstrowałem, że ludzie nie tylko jedzą pokarmy, ale także słowa, i że smak tych pierwszych często zdominowany jest smakiem drugich".
Ten żart posłużył zilustrowaniu powstawania problemów międzyludzkich, których początek bierze się z niezrozumienia, czy też łączenia w jedno, różnych, czasem przeciwstawnych sformułowań językowych, ostatecznie zawodzących w próbie opisywania rzeczywistości.


piątek, 14 lutego 2014

Jagody w Huczwicach



Było usypianie pod gwiazdami. Było także Ach!
      I poleciałem do gwiazd.
Obudziłem się w środku nocy, jakoś wilgotno się wydawało, więc przeniosłem się do namiotu. I tu dospałem  w ciepełku śpiwora, oraz pulsującej w żyłach gorącej krwi – przecież tuż-tuż obok jest Łemkowska Piękność.
     Obudził mnie blask słońca na twarzy. Wstało słońce nad Baligrodem.
 I co zrobić z takim pięknym dniem? Pójdę gdzieś. Jagód pojem.
I zaprawdę powiadam wam - stało się. Poszedłem i pojadłem
    

          Jagody
Jagody są w pełni dojrzałości. Powiem tak: - tak słodkich, tak dużych, jeszcze nie jadłem.
  


Te jagody akurat zbierałem dziś w Huczwicach. Będzie 10 kilometrów w jedną stronę.
Huczwice... Mała wioseczka położona malowniczo u stóp Chryszczatej. Wioska, której dziś nie ma. To tylko miejsce na mapie. Miejsce przeszło do historii – tu zwycięskie walki prowadziła legendarna sotnia Chrina. Polacy nie doceniali jego dowodzenia. Zaatakowali Huczwice. Oddział Chrina odpierał kolejne ataki, a potem striłcy uderzyli z flanki na wroga w walce wręcz. Na placu boju zostało kilkunastu zabitych, działo 76 mm, a pozostali Polacy uciekali aż do Baligrodu. 

Meldunek UB: ( o wiele bardziej wiarygodny, niż meldunki wojska, bo te preparowali rosyjscy politrucy )
- 2 maja sotnia Chrina starła się w Huczwicy z WP. Po ataku na bagnety wojsko uciekło. Chrin zdobył działo 76 mm. Wielu zabitych.
    
Obserwując krajobraz jeszcze teraz można dojrzeć ślady dawnych pól, smętne pozostałości po cerkwi i cmentarzu. Na szczęście część terenu jest wykaszana, w końcu jesteśmy w UE i obowiązuję dotacje, tej pięknej dolinie nie grozi wtórna sukcesja leśna.
      Huczwice były małą osadą, tuż po lokacji liczyły 10 gospodarstw kmiecych, posiadały młyn. W pierwszej połowie XX w. były przysiółkiem Rabego. W 1921 r. w czasie powszechnego spisu stwierdzono tu: 28 domów, i 156 mieszkańców, 132 grekokatolików i 24 Żydów. W czasie akcji "Wisła" cała ludność została wysiedlona. Wojsko w powiecie leskim wywoziło miejscową ludność od 28 kwietnia do 25 maja . Wieś przestała istnieć, zabudowę zniszczyło wojsko polskie.
      Na zdjęciu na pierwszym planie krzaki porzeczek. One są w bardzo wielu miejscach w Bieszczadach, ale po siedemdziesięciu latach nie owocują już. Porzeczki trzeba przycinać – wymagają pielęgnacji, zabrakło ręki człowieka.
  


     Huczwice - ta piękna kotlina znana jest prawie każdemu Bieszczadnikowi.  Mała kotlina malowniczo położona u stóp Chryszczatej, w dolinie bezimiennego strumyka, dopływu Rabiańskiego Potoku.
      Taka mała miejscowość, a były w niej dwie cerkwie. Pierwsza powstała w XVI w. a ostatnia drewniana pw. Zwiastowania NPM z 1850 r. została zniszczona po wysiedleniach.
Jak wyglądało jej wnętrze? Pewnie tak, jak w tej zachowanej cerkwi z Nowicy.
  


Huczwice były w dekanacie baligrodzkim, więc część wyposażenia ze świątyni została zabrana do magazynu paramentów i sprzętów liturgicznych znajdującego się przez rok w cerkwi w Baligrodzie. Nie zachowały się informacje mówiące co konkretnie zostało przekazane do składnicy.
     20 sierpnia 1947 r. żołnierze KBW załadowali dobra zgromadzone w baligrodzkiej cerkwi na ciężarówkę i wywieźli w nieznanym kierunku. Wiemy o tym dzięki księdzu rzymskokatolickiemu, który sporządził odręczną notatkę i przesłał ją do Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie.


A jagody są jak marzenie. Zebranie kubka zajmuje tylko kilka minut. Opaliłem się na murzyna, a palce mam codziennie niebieskawe od soku jagodowego. Nie tylko ja te jagody zbieram. Sarny robią to samo. I dla wszystkich starcza. Co to znaczy obfitość natury.

Już w czasie poprzedniego biwaku posilałem się jagodami, mam więc skalę porównawczą, są teraz o wiele słodsze. ( za dwa tygodnie, w czasie następnej rundy samotni okażą się najsłodsze )
     Wczoraj namoczyłem groch. Zaczyna się celebracja gotowania obiadu.
Trach! Trach! I już jest gotowy obiad w postaci dwóch gzów dla mojej Ślicznej Przyjaciółki.
Dla mnie grochówka na wędzonce od Łemków z Watry, z majerankiem. Dostałem też wielki kawał kiełbasy. Zauważyłem zmianę w sobie, polegającą na silnym odczuwaniu tego co jem.
Jem, bo dostałem to jedzenie "z serca", ale te mięsne rzeczy zaczynają mi dosłownie stawać w gardle. Staram się nie myśleć o tym, kogo zamordowanego jem w postaci kiełbasy, bo i tak niezbyt mile robi mi się w środku człowieka.
Wszystko z głowy się bierze, jestem przecież wegetarianinem. I takie mam refleksje gdy zrywam grzyba, który urósł nieopodal. Dodam go do zupy, będzie przeciwwagą dla wędzonki.
A na koniec poobiedni widok z panoramicznego okna mego mieszkania w kierunku na Baligród.

Daty dla Wig 20

Daty uzupełniające, podane w abonamencie na Wig 20.
Oraz kropki według Zbyszka. Jak na razie liczyć? Wygląda na piątkę. Daty wypadły zgrabnie. Czyli co? Czyli kilka zielonych kropek za nami.

Ten Trzeci



Ten Trzeci....
Możesz nazwać go Aniołem Stróżem.

Niektóre przeżycia – przyjemność z oglądania kolorowego zachodu słońca, radość z czytania fascynującej książki, zachwyt nad czytanym wierszem – są równocześnie konkretne i ulotne.
Stanowią cząstkę tajemnicy życia. Jest to terytorium rzeczywiste, ale jednocześnie nieznane. Na tym terytorium zdarzają się zjawiska niełatwe do wytłumaczenia.
Jednym z takich zjawisk jest Ten Trzeci – który pojawia się, gdy nasze życie jest zagrożone. Większość ludzi odbiera jego obecność jako sygnał pozytywny, bo okazuje się, że nie jesteśmy jednak sami.

          Był spokojny wiosenny ranek.
James Sevigny, 28 letni student z Hanower w New Hampshire, i jego przyjaciel Richard Whitmire postanowili zdobyć Deltaform, szczyt w kanadyjskich Górach Skalistych niedaleko Lake Louise w Albercie.
Pierwszego kwietnia 1983 roku wspinali się na żleb połączeni liną i zaopatrzeni w raki. Whitmire, 33 latek z Bellingham w stanie Waszyngton, szedł przodem….
Gdy w pewnym momencie lód się ukruszył, Richard krzyknął ostrzegawczo do kolegi. Sevigny uchylił się przed spadającymi soplami, ale za lodem runęła lawina…

Pociągnęła obu mężczyzn 600 metrów w dół, do podnóża Deltaform. Sevigny stracił przytomność.
     Odzyskał ją mniej więcej godzinę później. Był ciężko ranny. Doznał urazu kręgosłupa w dwóch miejscach, miał pęknięte oba przedramiona i połamane żebra, złamany nos, wybite zęby, porozdzieraną skórę – krótko mówiąc był w ciężkim stanie. Nie miał pojęcia, gdzie jest.
Początkowo wydawało mu się, że jest w Himalajach, gdzie wspinał się kilka lat temu.
Minęło trochę czasu, zanim rozpoznał górę. Wstał z trudem i rozejrzał się w poszukiwaniu towarzysza. Whitmire leżał niedaleko. Pozycja jego ciała mówiła wszystko – nie żył.
Sevigny położył się obok niego, przekonany, że wkrótce do niego dołączy.
„Pomyślałem, że jeżeli zasnę, odbędzie się to najmniej boleśnie”.
Leżał tak przez kilkadziesiąt minut. Dreszcze ustąpiły uczuciu ciepła – wywołały je szok i hipotermia. Zapadał w drzemkę…

Uświadomił sobie, że życia od śmierci nie dzieli szeroka przepaść, lecz zaledwie cienka linia. W tamtej chwili czuł, że łatwiej ją przekroczyć, niż dalej walczyć.
    Nagle jednak poczuł, że tuż obok jest jakaś niewidzialna istota.
„To było… Nie widziałem tego Coś, ale wyczuwałem fizyczną obecność”. Jasny był też przekaz psychiczny, który odebrał: - „Nie poddawaj się, walcz”.

„Ten ktoś mówił mi, co robić. Do tamtej chwili miałem tylko jedną decyzję – położyłem się obok Ricka, żeby zasnąć i przywitać śmierć – do niczego więcej nie byłem zdolny. Teraz kolejne decyzje podejmował ten ktoś, a ja wykonywałem polecenia….Wiedziałem, o co mu chodzi, chciał żebym żył”.

Niewidzialny towarzysz kazał Sevigny’emu wstać, a potem dawał mu praktyczne wskazówki. James brnął w głębokim śniegu, znacząc swoją drogę krwią, która kapała z rozbitego nosa. Z najwyższym trudem odrywał nogi od podłoża. Chwilami się czołgał. Ten Trzeci kazał mu iść dalej, chociaż walka wydawała z góry przegrana.
Czasami milkł, ale nawet wtedy James czuł jego obecność.
         Siła empatii kazała mu myśleć o nim jako o kobiecie.
Towarzyszyła mu w dolinie dziesięciu szczytów do obozowiska, z którego o świcie wyruszyli z Whitmire’em. Liczył, że znajdzie tam ciepło, żywność i być może pomoc. Pokonanie odcinka długości półtora kilometra zajęło mu niemal cały dzień.
Niewidzialna towarzyszka była z nim cały czas.

   Kiedy w końcu dotarł do obozowiska, nie był w stanie wejść do śpiwora – nie pozwalały mu na to rany. Nie mógł także jeść – powybijane zęby. Nie zdołał nawet zapalić ognia.
Usiadł. Sądząc z pozycji słońca, było późne popołudnie.
Pomyślał, że za kilka godzin umrze.  
    „Żałosny, skulony w śniegu jak embrion”.
Zawsze wiedział, że może zginąć podczas wspinaczki, więc teraz myślał tylko o trym, jak będzie rozpaczała jego matka.  Nagle wydało mu się, że słyszy głosy. Zawołał o pomoc, ale nikt mu nie odpowiedział. I wtedy poczuł, że niewidzialna towarzyszka odpływa. Po raz pierwszy, odkąd zeszła lawina, poczuł się przeraźliwie samotny.
   „Wydawało mi się, że mam halucynacje, że moja towarzyszka wie, że po mnie i zrezygnowała ze mnie. Ale, jak się okazało, to byli prawdziwi ludzie. I przyszli po mnie. Jeden z nich pojechał na nartach po pomoc i tego samego wieczoru zabrali mnie helikopterem. W rzeczywistości moja towarzyszka odeszła, bo wiedziała, że nic mi już nie grozi”

Czerwony Kapturek



Też kiedyś goniłem. I to jak.
Nie miałem czasu na siebie.
Nie miałem czasu na wyciszenie, na zrozumienie, że to nie życie mną miota, tylko sam nim zarządzam.
Nie miałem czasu na zrozumienie, że to świadomość zarządza bytem.
Tak właśnie działa indoktrynacja społeczna, czyli tresura: - zasłania ludziom prawdziwy świat. Otumania. Wbija w przesądy. Uczy jak chodzić w jarzmie.
Zadaniem tresury społecznej jest wybić ci z głowy słowo Wolność.
Zadaniem tresury społecznej jest przekonać cię, że człowiek szczęśliwy to wariat.

To pisanie na blogu Astronomia ma skłaniać do zdrowego myślenia.
Najpierw Wolność ma zagościć w głowie. Potem, to już z górki…
  
Są ludzie, którzy żyją z tego, że szukają w innych zła.  Cały sekret ich rzemiosła polega na tym, aby umieć coś takiego znaleźć. Dadzą ci ideały, ideologie, przykazania. Wzbudzą w tobie poczucie winy, chcą byś poczuł się  bezwartościowy. Gdy poczujesz się poniżony we własnych oczach, zapomnisz zupełnie o wolności.
    Lepiej żebyś za kimś podążał.
Kiedyś byli tacy, którzy podążali za Leninem.

"Towarzysz Lenin wzywał, aby stręczycieli i spekulantów rozstrzeliwać bez sądu, a miał tylko kiłę. Ciekawe co by było, gdyby miał hipotekę we frankach?"
(Slavoj Żiżek, 1949-)

Tak właśnie postępują duchowni i politycy.
 oni współdziałają ze sobą.
Mówią ci, co dobre, a co złe, narzucają ustalone normy, których sami nie przestrzegają.
Uczą ciebie moralności i pouczają o cnocie.

    Dobre sobie: wilk chce uczyć Czerwonego Kapturka.


Bajka o Czerwonym Kapturku

        Kiedyś Czerwony Kapturek
        Niósł pół litra i ogórek
        Dla Babci w lesie dziewiczym
        Co tam żyła z Nadleśniczym,

        Ale go już razy kilka zdradziła
        Na korzyść Wilka!
        Teraz też - kapturek bieży,
        A ta prukwa z Wilkiem leży!

        Podśpiewuje coś po rusku,
        A kocha się po francusku.
        (Bo taki Wilk to wygrzmoci
        Nawet i giełdę staroci!)

        Gdy zobaczyła dziewczynka,
        Że z jej Babci taka świnka -
        Dała cynk Nadleśniczemu,
        Żeby też się przyjrzał temu.

        A on, ze swojej dwururki,
        Dorobił w Babci dwie dziurki,
        Poczem z krzykiem: - Oż, ty zdrajco!
        Trafił Wilka w lewe cośtam.

        Pochował ich pod pagórkiem
        I ożenił się z Kapturkiem.
        Wniosek: Kto w porę kabluje,
        Nigdy biedy nie poczuje!

Poznaj siebie



Co mogę zrobić dla siebie?
Dać sobie co pewien czas odrobinę magii, oraz popracować z podświadomością.
Mogę skorzystać z Mądrości Pokoleń.

Jest taka dziedzina zaliczana do wróżb, która nazywa się I - Cing Księga Przemian.
To mądrość chińska, która ma kilka tysięcy lat.


- Ten wynalazek chiński jest Niesamowity. Pomógł mi kiedyś bardzo.
To sposób pytania Losu o wszystko, co ciebie interesuje. Do mnie kiedyś trafiło wytłumaczenie matematyczne. Że to osiem do potęgi czwartej. A osiem to Oktawa jak pamiętasz. Porównanie z komputerem, który daje wynik tylko do drugiej potęgi.    
      - Czyli długość x szerokość = płaskie odzwierciedlenie.
     - Jeśli dodamy wysokość, mamy trzeci wymiar.
     - I - Cing ma także czwarty wymiar - dodaje Czas.
     - Oraz piąty wymiar, który jest poza sferą, i jest on określony jako NAWIGACJA.
Odpowiedzi I - Cingu są często szersze niż zadane pytanie.

Na początku tego roku zadałem I - Cingowi pytanie: - W jakim miejscu jestem? ( Bo być może błądzę)

Zanim zadamy pytanie, które należy zapisać, powinniśmy się wyciszyć.

Jak się wyciszyć?
        Wyobraź sobie, że jesteś w wieży zamkowej i schodzisz coraz niżej po schodach…. wreszcie stajesz przed starymi drzwiami z wielką mosiężną klamką.
Już tylko takie wyobrażenie wywołuje wrażenie oderwania od codzienności  i otwarcia na bodźce z głębszych poziomów psychiki.
Wyobraź sobie dalej, że otwierasz te drzwi i wychodzisz do pięknego ogrodu, lub cichego starego lasu.

Koniecznie trzeba zapalić świeczkę. Płomień świecy oczyszcza bowiem pomieszczenie ze złej energii. Na stole ma być porządek, dobrze położyć czysty obrus. To wszystko po to, aby odczuć szacunek dla samego siebie.

I - Cing nauczy nas patrzeć na siebie z dystansem. Pomoże nam zakotwiczyć się w tym co stałe i nie poddawać się tej wielkiej nieraz zmienności, która nas otacza.
Bardzo łatwo bowiem przywiązać się do chwilowych emocji i zastygnąć w nich jak owad przyszpilony w gablocie.
       Dzisiejsze stany ducha, emocje, uczucia, które wypełniają nas bez reszty, jutro lub pojutrze odsuną się w cień, a ich miejsce zajmą nowe przeżycia. Wydaje się nam często, że nasze obecne myśli i to, co nas otacza, będzie trwać wiecznie. Że miłość nigdy się nie skończy, skoro właśnie rozkwita, że ponad nasze siły jest rozpacz, którą czujemy po rozstaniu, że grozi nam katastrofa po utracie pracy. Jesteśmy skłonni przywierać do swoich myśli.
Sparaliżowani przez nie, rozmijamy się z życiem, bo przecież jego istotą jest ruch.
   
I - Cing i Księga Przemian przywraca nas życiu, przekonując, że wszystko podlega nieustannym transformacjom. Mobilizuje do działania, pokazując, co moglibyśmy w swoim otoczeniu lub w sobie zmienić, by było nam lepiej.
                   
                Siadamy w kierunku na północ - to kierunek mądrości.
 A dalej działamy już zależnie od tego, czy rzucamy monetami, czy też jak autor, posługujemy się 48 kartami w sześciu kolorach.


czwartek, 13 lutego 2014

Łemkowska Księżniczka




Samotnia.
Zaczął się kolejny przefantastyczny dzień.
     Przywitanie ze słońcem, i szykuję się do toalety porannej w potoku.
Czyli sięgam po buty. 
Bo poza tym, całe dnie po łące chodzę boso. To ważny sposób kontaktu z matką Ziemią. Skóra na stopach już zgrubiała i jest ok.
      Sięgam więc po pierwszy but – one stały w nocy na zewnątrz namiotu pod płachtą, chwytam go i….- mam chęć go odrzucić!

Następuje Bliskie Spotkanie Trzeciego Stopnia.
W bucie coś siedzi i na mnie patrzy!

Wąż? 
    


Nie. To ropucha. Ropucha patrzy na mnie, a ja na nią.
    


Próbuję tę ropuchę delikatnie wyewakuować z buta, ale ona nie bardzo się kwapi do wyjścia.
   


Jej najwyraźniej podoba się siedzenie w bucie, a mnie się zaczynają podobać jej oczy oraz buzia i cała osoba.
      

      Jejku! Jaka ta ropucha jest piękna!

Zachwyt!!!! Umysł zgasł! Odbieram przekaz z serca: - To jest na pewno prześliczna Księżniczka Łemkowska, zaklęta tylko w ropuchę przez złą wróżkę.
Żeby ją odczarować – trzeba ją pocałować!

Może tak być. Wracają myśli, a razem z nimi zaskakująca logika: - Chwilunia. Nie działajmy pochopnie.
Spontanicznie tak – ale nie pochopnie.

Jeśli tak jest naprawdę, co jest całkiem możliwe, i pocałuję tę ropuchę, to zmieni się ona w atrakcyjną kobietę. Jestem już dość długo bez kobiety i taka sytuacja mogłaby spowodować, że się nawet w niej zakocham.
      Bo jak jest dalej w bajkach?
W nagrodę za odczarowanie, Księżniczki natychmiast zakochują się w rycerzu – wybawcy, biorą z nim ślub i żyją długo i szczęśliwie.
Życie długie i szczęśliwe tak, tylko ten ślub…. To przecież oddanie wolności.
       Tak, Księżniczka z pewnością zaproponuje mi małżeństwo, i wtedy ponownie stracę wolność! Księżniczki są takie piękne! A Łemkowskie Księżniczki są szczególnie piękne!
   Natomiast wolność jest dobrem najwyższym!  

Nie ze mną te numery! Nie pocałuję Ciebie Piękna Księżniczko zaklęta w ropuchę!
Musisz poczekać na innego rycerza.
Śmieję się ze swoich myśli!

I Księżniczka została delikatnie, a jednocześnie zdecydowanie wyeksmitowana z buta.
Świadoma swojej piękności ustawiła się do portretu. Czy nie jest Śliczna?
  


Odtąd nie byłem już sam na biwaku.
       Gdy przyniosłem wodę z potoku, Księżniczka siedziała obok namiotu, jakby na coś czekała.
Mówię: - nie dam ci buzi, kochana, nie ma szans….
A ona na mnie patrzy……I znowu w zachwycie zatrzymały się myśli - zacząłem widzieć sercem. 
     Boziuniu! 
Serce zadrżało a potem odleciało! Zakochałem się w Księżniczce!
Bo na moment czary znikły i zobaczyłem wtedy cud piękności Łemkowską Księżniczkę w pełnej krasie.
   


     Naraz nadleciały gzy, czyli muchy końskie. Dwie muchy. Albo dwa gzy. I one, te dwa - usiadły na spoconym ciele Zbyszka, w wiadomym celu. Nie dopuściłem do realizacji tego ich celu. Spotkała je natychmiastowa zagłada.
Zaraz, zaraz. Księżniczka na mnie patrzy….
     Gdzie upadły te muchy – gzy? Odszukałem zwłoki much i ostrożnie podrzuciłem blisko Księżniczki.
Zastanawiała się chwilę…Po tym zrobiła mały ropuszy ( bo nie żabi chyba? ) krok do przodu i łyk, łyk – zjadła muchy.
Wycofała się rakiem i wydało mi się, że widzę wdzięczność w jej oczach.
     Opatrzność znalazła dla mnie zajęcie. Odtąd, zabite na śmierć gzy lądowały w przepastnych wnętrznościach Księżniczki.
Przyszedł mi do głowy następny pomysł: - to i pająki mogę karmić!
I zrealizowałem ten pomysł: - Chwilowym nadmiarem jedzenia obdzieliłem kilka zaprzyjaźnionych pająków.
        


W następnych dniach, pogorszyła się sytuacja na odcinku much końskich. Nadmiaru jedzenia już nie było: dziennie trafiałem może 5 – 6 much, i one znikały natychmiast w czeluściach Ślicznej.
    Księżniczka trwała na posterunku przez trzy kolejne dni.
Bardzo uważałem, żeby na nią nie nadepnąć, bo zmieniała miejsce pobytu, ale zawsze była tuż-tuż.
Dopiero na dzień przed odmarszem - gdzieś znikła.
Może trafiła na swego rycerza, który ją odczarował? Mogło tak być.

Jesteś w Tu i Teraz?



Są ludzie, którzy żyją z tego, że szukają w innych „czegoś złego”, a cały sekret ich rzemiosła polega na tym, aby umieć coś takiego znaleźć. Oni nie są w stanie zaakceptować cię takim, jakim jesteś.
     Dadzą ci ideały, ideologie, przykazania. Wzbudzą w tobie poczucie winy, chcą byś poczuł się  bezwartościowy. Gdy poczujesz się poniżony we własnych oczach, zapomnisz zupełnie o wolności.
    Właściwie zaczniesz się nawet bać tej wolności, bo pokażą ci, jak bardzo się mylisz, jak rzekomo błądzisz. Nie możesz więc być wolny, bo mógłbyś zrobić coś złego. Lepiej żebyś za kimś podążał.
    Tak właśnie postępują duchowni i politycy.
Zauważyłeś już, że oni współdziałają ze sobą?
Mówią ci, co dobre, a co złe, narzucają ustalone normy, a ty już na zawsze pozostajesz z poczuciem winy.
Uczą ciebie moralności i pouczają o cnocie.
Utrzymują w tobie nieświadomość.

A ty im wierzysz, bo nie ma ciebie w Tu i Teraz.
Zawsze jesteś w niewłaściwym pokoju…..

Do Nowego Jorku przyjechał młody chłopak z małej mieściny w Arkansas, bo jego ojciec chciał, żeby nauczył się zawodu przedsiębiorcy pogrzebowego, terminując u znanego Franka Campbella.
   Kilka miesięcy później ojciec przyjechał do syna w odwiedziny.
    - No i co, dużo się nauczyłeś? – zapytał.
    - O tak, tato – odpowiedział syn. Nauczyłem się bardzo ciekawych rzeczy.
    - A co było najciekawsze?
Po krótkim milczeniu syn odparł: - Mieliśmy jedno niesamowite zdarzenie, które było dla mnie ważną lekcją.
   - Opowiedz mi o tym! – poprosił ojciec.

- Pewnego razu zatelefonowali do nas z hotelu „Taft”. Pokojówka sprzątająca pokoje, natrafiła w jednym z nich na parę, która zmarła podczas snu – leżeli kompletnie nadzy.
    - Jejku! – wykrzyknął ojciec. - I co zrobił pan Campbell?
    - No cóż, włożył frak, mnie też kazał włożyć frak i pojechaliśmy limuzyną pogrzebową do hotelu. Dyrektor sprawdził numer pokoju u recepcjonisty i razem pojechaliśmy windą na górę. Nic nie mówiliśmy, bo pan Campbell wymaga, by w pracy zachowywać się z wielką powagą.
   - Wspaniale! – zawołał ojciec. – I co dalej?
   - Na miejscu pan Campbell pchnął drzwi swoją elegancką laseczką ze złotą gałką. Weszliśmy cicho do pokoju, dyrektor hotelu, pan Campbell i ja.
Rzeczywiście na łóżku leżała golusieńka para.
   - I co dalej? – dopytywał się ojciec.
   - Pan Campbell spostrzegł pewien problem domagający się natychmiastowego rozwiązania. Mężczyzna miał potężną erekcję.
   - No i co, i co?
   - Pan Campbell jak zwykle wiedział, co się robi w takich sytuacjach. Zamachnął się tą elegancką laską i precyzyjnie obalił członek.
   - I co dalej?
   - No cóż, tato, wtedy dopiero rozpętało się piekło, bo widzisz, pomyliliśmy pokoje….

No właśnie, nieustannie się coś takiego przytrafia, bo ciągle jesteś w niewłaściwym pokoju.
Nieświadomość to inaczej niewłaściwy pokój.
Jeśli jesteś w przeszłości lub w przyszłości – to znaczy, że jesteś w umyśle.
A wracając do metafory, to właśnie umysł jest tym niewłaściwym pokojem.