Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzkie wędrówki 2013.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzkie wędrówki 2013.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

TARNICA



Zbliżam się do Tarnicy. To oczywiste, że na niej spędzę pod gwiazdami kolejną noc. Oczekiwanie na zmierzch, gdy już wszyscy sobie pójdą, jest niepowtarzalne.
       Obie baterie już mi siadają, oraz lewy but stał się rozmowny – odkleiła się podeszwa. Jak dotąd te buty wytrzymały pięćset kilometrów, ale tu wszystko szybciej się niszczy. Błoto natychmiastowe po deszczu, i wielokrotnie wracałem w całkiem przemoczonych butach. W wilczych przesmykach za buty łapią pędy jeżyn, a rano silna rosa na trawach w dolinach, po kilkuset metrach buty robią się mokre – gdy tylko mogę nie chodzę przecież drogami, nie chodzę nawet ścieżkami, gdy się da.
Gdy trawy wyschną, wysychają także buty i taka huśtawka bardzo skraca ich żywot.
     W bazie – w strażnicy na przełęczy Łupkowskiej mam następne nowe buty. To trzecia para będzie. One powinny mnie już doprowadzić do końca bieszczadzkich wakacji.
Bateria w telefonie trzyma w normie – dziś trzeci dzień bez ładowania. ( następnego dnia problem się rozwiązał, już nie miałem tego telefonu)
Aparatem cyknąłem trzysta zdjęć, po powrocie zrobię niezły przesiew, bo za dużo tego.
Jak pisałem, zdjęcia robię na najmniejszej przesłonie i czas krótszy, niż optimum – takie eksperymenty ze światłem. A w ogóle to mogę cały dzień chodzić z aparatem i czatować na odpowiednie światło i ujęcie. Na dobrą sprawę wszystkie eksperymenty lubię, w każdej dziedzinie, chociaż piosenka mówi:- „Eksperymentów zaprzestać, bo wyjdzie zero i nul, czy na plan własny nas nie stać? Bo my są ziemi tej sól”.
A świat wokół mnie Tu i Teraz jak wygląda?
Jest cudnie! Wręcz bajkowo! Zobaczcie sami.

Dziś tylko jedno zdjęcie Tarnicy w pełni dnia.
    


piątek, 4 kwietnia 2014

Smerek



Jeszcze dwa zdjęcia z pierwszych chwil na Smreku o zachodzie słońca.
Na pierwszym spojrzenie w kierunku Cisnej – północny zachód.
   


A na tym jestem już w kotlince, w której mam spać.
   
Na tym zdjęciu jest więcej światła niż na górnym, chociaż najpierw zrobiłem to górne, a potem w kotlince. Na połoninach eksperymentowałem z czasem naświetlania. Generalnie wiele fotografii wydaje się zbyt ciemnych.


    A więc siedzę na materacu. Jest noc.
Naraz na szlaku na górze, obok ławek, w miejscu, z którego zszedłem pojawia się światełko czołówki (latarka noszona na czole)
Po chwili dołącza do niej drugie światełko i trzecie.
     Kurcze. Chciałem być sam.
Czekam, aż sobie ci turyści pójdą. Muszą się tu szwendać po nocy?
A tu po kilkunastu minutach jedno światełko schodzi w dół wyraźnie do mnie…..
   Po chwili słyszę: - „dobry wieczór”. To młoda dziewczyna.
Nie jestem w tym momencie zadowolony z towarzystwa, dlatego odpowiadam „dobry wieczór” dopiero po chwili wahania i to niezbyt radosnym głosem. Właściwie jestem nastawiony wrogo.
     Dziewczyna: - „Proszę pana, jest nas kilkoro, chcielibyśmy tu spać, czy nie będzie pan miał nic przeciwko temu”? I tym pytaniem mnie ujęła.
     Młodzi ludzie są zachwyceni światem, przyrodą, i odważni, a więc tacy jak ja.
Ulotniła się wrogość we mnie i odpowiadam: - „ Jak mogę mieć coś przeciwko, jeśli ta dolinka jest tak samo moja jak i wasza”?
     - Czy tu są węże? – pada następne pytanie.
     - Tu nie widziałem żadnego – informuję zgodnie z prawdą.
Dziewczyna wydaje się uspokojona i wraca na górę do swoich. Po chwili w dół schodzi kilka par dwudziestolatków.
      Moszczą się cichutko niedaleko. A niebo w pełnej gwiezdnej krasie, z Wielkim Wozem prawie ponad nami. Taka atmosfera, jakbyśmy byli w świątyni. Bo jesteśmy w Świątyni Natury.
     Przyzwyczajam się do sąsiedztwa młodych. Zrobiła się grupowa spalnia, ci młodzi zachowują się godnie. Rozmawiają szeptem. Wydaje się nawet, że są wręcz w nabożnym skupieniu. Przecież Świątynia narzuca takie zachowanie. To z powodu tego fantastycznego miejsca na szczycie i bycia tu w nocy.
Tak, jest tutaj niecodziennie, miejsce raz, a dwa to grupowe spanie pod gwiazdami, to dla mnie nowość.
Młodzi ułożyli się w odległości akurat, nie za blisko i nie za daleko. Patrzę na gwiazdy i słucham dobiegających szeptów. Znam ten wpływ miejsca i czasu na ludzi. Tak Natura wymusza szacunek. Tak samo zachowywali się przecież rozhukani chłopcy w schronisku Koniec Świata. Naraz krzyk zamienili w szept i zaczęli mówić szeptem nie pouczani, sami z siebie. 
Jest ciepło, jest błogo.
Młodzi szepczą między sobą. Najpierw boczyłem się, a teraz czuję ciepło w sercu dla młodych, już ich lubię, i z tym uczuciem dopiero koło północy usypiam.

środa, 19 marca 2014

Rower



Dziurawa szosa do Smolnika zmieniła się w ubiegłym tygodniu. To Ciotka Unia Europejska tak działa.
     



W Smolniku znalazłem się dużo przed czasem - rowery wypożyczają bowiem od 12.00.
Zaszedłem w takim razie do Bieszczadzkich Smaków.
Zagroda wypieszczona, wystarczy popatrzeć. Ludzie, który tu żyją, szanują Naturę.
    To miejsce zasługuje na osobnego posta.
Jeszcze zaplątało się jedno zdjęcie helikoptera nad strażnicą.
(Zamieszczam zdjęcia i je usuwam z nośnika– w ten sposób zamykam przeszłość. Amen dla przeszłości).
      



Zagroda Chryszczata, gdzie wypożyczają rowery.
      




To było kiedyś więzienie - filia z Nowego Łupkowa. Teraz mają kilka pokoi utrzymanych w więziennym stylu i spanie w nich turyści uznają za wielką atrakcję.
    To ciekawe miejsce i także zasługuje na osobnego posta.

Serwują bardzo dobre jedzenie, polecam. Na przykład zupa kresowa - to rozgotowany groch w przyprawach na wędzonce z grzankami.

Można tu także kupić drzeworyty.
     




Potrzebuję szybkości. Wsiadam na rower.

Ruszam ostro w stronę Mikowa. Tak, bezpośrednio odczuwana szybkość upaja, rower to wielka frajda. Tego mi było trzeba.
     Przejeżdżam przez brody na Osławie - woda sięga do pedałów. Mijam Duszatyń i skręcam w Prełukach pod górę do Komańczy. Na krótkim odcinku pod górę nie daję rady nawet na najmniejszym trybiku, zsiadam więc i prowadzę rower.
Ze szczytu ponad Komańczą następuje zjazd aż do klasztoru sióstr Nazaretanek.
Chciałem sprawdzić kolor budynku klasztornego, bo wydawało mi się, że aparat zafałszował.
Sprawdzam rzeczywistość. Jest ok. Zdjęcia oddają wiernie sytuację.
         
  


Jadę z powrotem: - Komańcza, Prełuki, Duszatyń, Mików. Idzie mi znacznie lepiej niż za pierwszym razem, co to znaczy kondycja. Jednak na dwóch odcinkach już niedaleko przełęczy także prowadzę rower, no i razem odpoczywamy.
                



 Jest Żebrak.
Koszula całkiem mokra od potu, chociaż dzień wcale nie taki gorący. Zajmuję pozycję zjazdową i fruuu!
      Już wiem co mnie czeka, jaka jest droga, że pusto, że żywego ducha, jakie zakręty, teraz pojadę szybciej, niż poprzednim razem.
Na piechotę chodziłem tędy kilka razy, przecież to jest droga na Chryszczatą.
    Pojadę na maksa, ile Bozia pozwoli.

Zaczynam szaleńczy zjazd z Żebraka.
        
Szum powietrza w uszach, upajający pęd. Zatracam się w tym pędzie całkiem. Stapiam się w jedno z rowerem.
Hamuję tylko ociupinkę na zakrętach, tylko tyle, żeby mnie pęd nie wyrzucił z asfaltu.
Na tej cudnej drodze leśnej leży cienka warstwa najdrobniejszego żwirku.
    Od poprzedniego razu nieco się zmieniło: - żwirek jest rozniesiony po całej powierzchni.
Pruję na złamanie karku, jak to mówią, jest szybko, bo jak ma być, jeśli jest z góry?

 W pewnym momencie ścierpła mi skóra: - szybkość zatrzęsła rowerem, nieznacznie zarzuciło tylnym kołem. I to na prostej! Rower dostał wibracji – przygasiłem te wibracje liźnięciem tylnego hamulca.
      No…. Ciarki miałem, adrenalina podskoczyła, zrobiło się gorąco w uszach, serce załomotało. I o to chodzi, tego potrzebowałem, bo uczucia nie kłamią - w tym momencie obudziła się nagle wewnętrzna radość, taka przez duże R.

Przemknęły znowu zakręty, proste odcinki, mignęły polany, ciemne ściany lasu, a ja nie jadę, tylko frunę! 
Ale jest bosko!

Zmarzłem od tego pędu, kilka razy przełykałem ślinę z powodu zmiany wysokości, ale i ze strachu, i już jest mostek w Woli Michowej.
Było więc tak, jak miało być: - super super! Było superpędowo! Za krótko tylko.
     Skręcam teraz w lewo, w kierunku tarasu widokowego ponad Cisną. Potem powrót i znowu super zjazd aż do Maniowa. Dalej już prawie płasko. Skręt do Smolnika, oddaję mego mustanga - jest 17.00.
Rower należy oddać do 17.00. 
      Jeszcze małe powrotne 8 km do Łupkowa i jutro połoniny!

wtorek, 18 marca 2014

Zmierzch

Idę do Smolnika wypożyczyć rower.
Potrzebuję szybkości, pędu powietrza, potrzebuję iść stąd, gdzie już żaby nie zakumkają, gdzie się zabija naturę.
I natychmiast nie ma mnie w Szwejkowie.
Idę po torach, potem na skróty do Smolnika.
Jazdę rowerową opiszę jutro.
        Przeszło mi trochę. Odreagowałem. Wróciłem po swój dom.
   
   

Wróciłem późno, celowo dopiero wieczorem, prawie o zmierzchu.
 
    

Robię kilka zdjęć.

   
    
   

Pakuję się do namiotu.
A rano idę na połoniny!....Nawet jestem gotów w nocy iść- tylko po co?
Nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz.


sobota, 8 marca 2014

Dwie morgi słońca



Ojczyznę kocha się nie dlatego, że wielka, ale dlatego, że własna.

     



Czego brakuje ci w pochmurne polskie dni,
gdy ciągle mży, lub pada?
W kraju, gdzie wieczny niż odmierza twoje dni,
ze słońca cię okrada.
Co byś naprawdę chciał, gdy zimy biały szal
przemrozi cię do kości?
Co możesz serio chcieć, aby przez chwilę mieć,
mieć parę chwil radości?

Dwie morgi słońca, na nich pomarańczy gaj,
tam już bez końca śpiewać możesz "baju baj"...
         


Baju baju baj, baju baj...
Baju baju baj, baju baj...
Baju baju baj, baju baj...
Baju baju baj, baju baj...

Ach gdzież są one, gdzie słoneczne morgi dwie?
Gdy wreszcie wywędrujesz
z kraju, gdzie burak pan pleni się ponad stan,
a ziemniak mu wtóruje...
Nie odziedziczysz ich, nie leżą koło Tych,
w pobliżu Kielc, czy w Mławie...
Czasem już blisko jest, lipiec ma hojny gest,
ale to jest, no... prawie.

Dwie morgi słońca. . .

Andrzej Cierniewski - dwie morgi słońca

środa, 19 lutego 2014

Łemkowska Odyseja 2



Na okładce Łemkowskiej Odysei jest zdjęcie ruin cerkwi p.w. Orędownictwa Przeczystej Bogurodzicy w Płonnej.
Zdjęcie z 2004 roku.
                                                               - 2 -
    
Bywało również, że przychodzili urzędnicy w sprawie tworzenia przybytków oświaty, a ludzie traktowali te propozycje z wielkimi oporami.
Bo kto miał się uczyć w wiejskich szkołach? Co prawda dzieci nie brakowało - ich najłatwiej można było się dorobić.  Ale dzieci były potrzebne w domu przy różnych pracach: do pasienia krów, pilnowania zagrody, sprzątania obejścia, przy poganianiu wołów,  ale też do kopania kartofli, wiązania i wożenia zboża, do pracy przy sianie. Dzieci nie były przeznaczone do przesiadywania w klasach szkolnych. Liczenia i odmawiania pacierza nauczyć przecież mogła babusia z dziadziem. Oni to właśnie i bajki przecież znali, a czasem nawet o starych dziejach rozpowiadali, wierszyka mogli też nauczyć...
     Tak więc, nie było potrzeby i czasu roztrząsać, co to za lud mieszka w wioskach rozpościerających się w malowniczych dolinach pomiędzy wzgórzami Bieszczadów i Beskidu Niskiego. Tacy sami ludzie przecież żyli w krainie rozciągającej się od Pienin po Karpaty Wschodnie. Mówili z odmiennymi narzeczami w poszczególnych wioskach, gminach i powiatach. W Boga wierzyli i nie trzeba było więc wiedzieć, kim się jest naprawdę. Wszyscy byli tutejsi, a rozmawiali po prostu po swojemu.
       Byli wśród nich tacy, co nazywali się Łemkami, Bojkami lub Hucułami. Niektórzy twierdzili, że są Rusnakami. Czasem jedni  o drugich mówili że są góralami, a tamci o pierwszych, że podolakami. Wszyscy chodzili do cerkwi. Tam odprawiano nabożeństwa w języku starocerkiewnosłowaińskim, a kazań wysłuchiwano i modlono się po ukraińsku - podobnie mówiono na "Wielkiej Ukrainie".
Wełyka Ukrajina znajdowała się daleko. Mało kto ją widział, ale wszyscy wiedzieli, że tam ludzie przechodzili wiele cierpień i zniewolenia. Najładniej o tym pisał Taras Szewczenko. Wielu znało jego  mądre dumki, i smutne wiersze o sierotach, wdowach i chłopach-niewolnikach. Gdy wędrowcy wygłaszali tę poezję, to aż serce się krajało. Cierpienia najczęściej pochodziły od tych, co stali nad nimi - od szlachty, która w większości była polska, od obcych najeźdźców, jakimi byli Rosjanie, Turcy, i Tatarzy i od własnych panów, którzy nie zawsze myśleli o własnym narodzie. Z tarasowej poezji wynikało też wiele nauk i przykazań, jak na przykład ta,  że własną mowę należy szanować i pielęgnować
          ...Mowa moja ridna, chto t'ja zabuwaje
            Cej w hrud'jach ne serce, ale kamin maje.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Łza

Miotła ulewy przyfrunęła do Boskiego Hotelu. Padało rzęsiście przez pół godziny.


Ucichły świerszcze. Łąka pije zachłannie, już tak wołała: - pić!
Zmieniła się sceneria, nadpłynęła mgła.
 
    


Krople deszczu wiszące na trawach wyglądają zupełnie jak łzy.
           

       
Od razu udziela się nastrój poetyckiej refleksji.

Łza

        Kap... i spadła. Roztrzaskała się o realia.
        A toczyła się tak spokojnie po twarzy.
        Po twarzy bez wyrazu, przeźroczystej.
        Lecz cicho! Bo dusza tej mgły jeszcze marzy.

        Kap... i spadła. Rozbiła się o rzeczywistość.
        Była zbyt słaba, nieziemsko delikatna.
        Przeraziła ją wymarzonych perspektyw mglistość.
        Ona jest przecież dziecinnie jedwabna i księżycowa.

        Kap... i spadła. Zderzyła się z prawdą.
        Łza, która szuka szczęścia i oparcia
        A spotyka się z bezlitosną pogardą
        I brakiem tolerancji, współczucia. Boi się starcia.

        Kap... O nie! Już nic nie spada.
        Skończyły się łzy. Brak im sił na rzeczywistość.
        Zrozumiały, że nic nie pomogą,
        Są cicho. Chcą zachować swoją swoistość.

        Nie ma już nic, co by mogło spływać po twarzy.
        Nie ma już łez, które załamywały promienie świata.
        Nie ma już sił na płacz. Każdy swą wartość waży
        i zdejmuje odważniki. A może waga jest zepsuta?




       

 

czwartek, 13 lutego 2014

Łemkowska Księżniczka




Samotnia.
Zaczął się kolejny przefantastyczny dzień.
     Przywitanie ze słońcem, i szykuję się do toalety porannej w potoku.
Czyli sięgam po buty. 
Bo poza tym, całe dnie po łące chodzę boso. To ważny sposób kontaktu z matką Ziemią. Skóra na stopach już zgrubiała i jest ok.
      Sięgam więc po pierwszy but – one stały w nocy na zewnątrz namiotu pod płachtą, chwytam go i….- mam chęć go odrzucić!

Następuje Bliskie Spotkanie Trzeciego Stopnia.
W bucie coś siedzi i na mnie patrzy!

Wąż? 
    


Nie. To ropucha. Ropucha patrzy na mnie, a ja na nią.
    


Próbuję tę ropuchę delikatnie wyewakuować z buta, ale ona nie bardzo się kwapi do wyjścia.
   


Jej najwyraźniej podoba się siedzenie w bucie, a mnie się zaczynają podobać jej oczy oraz buzia i cała osoba.
      

      Jejku! Jaka ta ropucha jest piękna!

Zachwyt!!!! Umysł zgasł! Odbieram przekaz z serca: - To jest na pewno prześliczna Księżniczka Łemkowska, zaklęta tylko w ropuchę przez złą wróżkę.
Żeby ją odczarować – trzeba ją pocałować!

Może tak być. Wracają myśli, a razem z nimi zaskakująca logika: - Chwilunia. Nie działajmy pochopnie.
Spontanicznie tak – ale nie pochopnie.

Jeśli tak jest naprawdę, co jest całkiem możliwe, i pocałuję tę ropuchę, to zmieni się ona w atrakcyjną kobietę. Jestem już dość długo bez kobiety i taka sytuacja mogłaby spowodować, że się nawet w niej zakocham.
      Bo jak jest dalej w bajkach?
W nagrodę za odczarowanie, Księżniczki natychmiast zakochują się w rycerzu – wybawcy, biorą z nim ślub i żyją długo i szczęśliwie.
Życie długie i szczęśliwe tak, tylko ten ślub…. To przecież oddanie wolności.
       Tak, Księżniczka z pewnością zaproponuje mi małżeństwo, i wtedy ponownie stracę wolność! Księżniczki są takie piękne! A Łemkowskie Księżniczki są szczególnie piękne!
   Natomiast wolność jest dobrem najwyższym!  

Nie ze mną te numery! Nie pocałuję Ciebie Piękna Księżniczko zaklęta w ropuchę!
Musisz poczekać na innego rycerza.
Śmieję się ze swoich myśli!

I Księżniczka została delikatnie, a jednocześnie zdecydowanie wyeksmitowana z buta.
Świadoma swojej piękności ustawiła się do portretu. Czy nie jest Śliczna?
  


Odtąd nie byłem już sam na biwaku.
       Gdy przyniosłem wodę z potoku, Księżniczka siedziała obok namiotu, jakby na coś czekała.
Mówię: - nie dam ci buzi, kochana, nie ma szans….
A ona na mnie patrzy……I znowu w zachwycie zatrzymały się myśli - zacząłem widzieć sercem. 
     Boziuniu! 
Serce zadrżało a potem odleciało! Zakochałem się w Księżniczce!
Bo na moment czary znikły i zobaczyłem wtedy cud piękności Łemkowską Księżniczkę w pełnej krasie.
   


     Naraz nadleciały gzy, czyli muchy końskie. Dwie muchy. Albo dwa gzy. I one, te dwa - usiadły na spoconym ciele Zbyszka, w wiadomym celu. Nie dopuściłem do realizacji tego ich celu. Spotkała je natychmiastowa zagłada.
Zaraz, zaraz. Księżniczka na mnie patrzy….
     Gdzie upadły te muchy – gzy? Odszukałem zwłoki much i ostrożnie podrzuciłem blisko Księżniczki.
Zastanawiała się chwilę…Po tym zrobiła mały ropuszy ( bo nie żabi chyba? ) krok do przodu i łyk, łyk – zjadła muchy.
Wycofała się rakiem i wydało mi się, że widzę wdzięczność w jej oczach.
     Opatrzność znalazła dla mnie zajęcie. Odtąd, zabite na śmierć gzy lądowały w przepastnych wnętrznościach Księżniczki.
Przyszedł mi do głowy następny pomysł: - to i pająki mogę karmić!
I zrealizowałem ten pomysł: - Chwilowym nadmiarem jedzenia obdzieliłem kilka zaprzyjaźnionych pająków.
        


W następnych dniach, pogorszyła się sytuacja na odcinku much końskich. Nadmiaru jedzenia już nie było: dziennie trafiałem może 5 – 6 much, i one znikały natychmiast w czeluściach Ślicznej.
    Księżniczka trwała na posterunku przez trzy kolejne dni.
Bardzo uważałem, żeby na nią nie nadepnąć, bo zmieniała miejsce pobytu, ale zawsze była tuż-tuż.
Dopiero na dzień przed odmarszem - gdzieś znikła.
Może trafiła na swego rycerza, który ją odczarował? Mogło tak być.

sobota, 8 lutego 2014

Zdjęcia są statyczne



Dedykacja dla przyjaciela, który potrafi być w ciszy.

       - Dowiedz się, co to znaczy być w ciszy.

Takie zadanie postawił Budda przed szukającymi drogi.
     Kto jest ograniczony, nie zrozumie.

Budda nie zalecał, abyś ciągle milczał, abyś był bierny. Wręcz przeciwnie: - tylko z ciszy rodzi się wszelka aktywność.
    



Jeśli nie nauczysz się być w ciszy zawsze dasz się wciągać w reakcję.
Ktoś powie coś obraźliwego, a ty jak za naciśnięciem guzika – reagujesz, jesteś zły – rzucasz się na niego.
        Popatrz na to inaczej: - to ktoś tobą manipuluje, a ty na to zezwalasz.
On naciska guzik, a ty zaczynasz działać – jak maszyna.
Naciskasz przycisk w kontakcie i zapala się światło, znów naciskasz i światło gaśnie. Oto co robią z tobą ludzie.
Włączają ciebie i wyłączają.
     
Pojawia się jakaś osoba i chwali cię. Twoje ego zaczyna się nadymać. Uważaj! Ono może pęknąć.
         Ale czujesz się tak dobrze!
A za chwilę ktoś inny ukłuje cię i już leżysz płasko na ziemi jak placek.
Nie jesteś panem samego siebie.
Każdy może ciebie zasmucić, zaniepokoić, obrazić, wywołać twoją agresję
I każdy może cię pochwalić, dzięki czemu poczujesz się panem świata, zupełnie jak Aleksander Wielki.
Twoje zachowanie jest zależne od manipulatorów.
       
( na tym statycznym zdjęciu czuję upał.....)


Zobacz: - ktoś przysyła do ciebie paczkę. Na paczce jest opisana zawartość. Możesz ją przyjąć, lub nie przyjąć.
A ty jej nie przyjmujesz. Do kogo wraca paczka?
Paczka wraca do nadawcy!
        Nie dajesz się manipulować. Nie reagujesz. Pojawia się w tobie nowa jakość.
Podejmujesz działanie lub nie podejmujesz, ale jest to już twoja suwerenna decyzja, nie z czyjejś manipulacji.

Człowiek świadomy, działa pełnią siebie, wie, że rzeczywistość się rozwija. Jest jak lustro – pokazuje rzeczywistość.
Człowiek nieświadomy robi zdjęcia. Zrobisz zdjęcie róży – jest piękne, ale to już nie rzeczywistość , teraz róża jest już nieco inna. A jutro będzie jeszcze bardziej inna.
      


Matka pokazuje album ze zdjęciami rodzinnymi swojemu synowi. Natknęli się na zdjęcie młodego mężczyzny wyraźnie zadowolonego, z gęstymi włosami.
        Synek pyta: - mamo, kim jest ten pan?
-To twój tatuś synku. Nie poznajesz? – odpowiada mama.
- Jeśli to mój tatuś, to kim jest ten łysy facet, który z nami mieszka?
            
Zdjęcie pozostaje statyczne. Tak samo funkcjonuje nieświadomy umysł.
Lustro jest prawdziwe w stosunku do życia.
Ale klisza nie jest prawdziwa. 
(Nie jest prawdziwa ale miło sobie przypomnieć - i usunąć)
      


Budda mówi: - nauczcie się być lustrem.

Nie nosisz wtedy w głowie albumu ze zdjęciami. Wtedy twoje oczy są jasne i niewinne.

  

Modlitwa do Natury



Generalnie nie modlę się, w rozumieniu osób wytresowanych, które powtarzają codziennie to samo.
              Po co tak?

Możesz przecież powiedzieć: - „Panie Boże – to samo, co wczoraj”!

Przecież powtarzasz ciągle jedną wyuczoną modlitwę. Bóg ma tę płytę – nie musisz się wysilać.
     „Panie Boże – to samo, co wczoraj”  – i masz z głowy. 
Osho o tym mówił.

Jedno szczere „Ach”, jest więcej warte niż tępe powtarzanie tej samej płyty.
Natomiast dziękuję często mojemu Aniołowi za prowadzenie. Ale robię to spontanicznie, wyłącznie w chwilach, gdy jestem w zachwycie, i nie myślę o tym, jak dziękuję.
           
     


 Dziękuję po swojemu, w prostych słowach. Wydaje mi się, że często całymi dniami - tygodniami nie dziękuję, czyli się nie modlę.
     I nic się nie dzieje! Nie wali z nieba grom, który jest we mnie wymierzony!
Nic nie musisz – wszystko możesz.
Wcale nie trzeba się modlić i jest ok.!

      Nie masz chęci nadawać do „Góry” – nie rób tego!
Naczytałem się nieco, mam szufladki w głowie, które otwierają się na zadany temat.
Jutro zamieszczę posta na temat rozmów z „Górą”.

A dziś jestem znowu w nastroju Uroczystym.
Uroczystym dla Miejsca, dla Czasu, dla Biesów i Czadów, Aniołów i Wilków.   
              



Czuję się zakotwiczony w Tu i Teraz.  Chciałem napisać, że stoję na ziemi, nie bujam w obłokach, ale bym skłamał, bo leżę.
A więc leżę na matce ziemi i odbieram świat szóstym zmysłem, który każdy ma, tylko trzeba go obudzić.
       I zrób to w sposób naturalny……
Dziękczynienie, albo modlitwa.
( Jeszcze raz: - Nic nie musisz, nikt od ciebie  nic nie wymaga – jesteś wolny, zawsze byłeś wolny, tylko nie wiedziałeś o tym)
      
No więc jaka ta twoja modlitwa?
         To tylko kilka słów do Anioła: - Dzięki ci Aniele za liczbę 23. Dziś było  23 lipca. Trwałem w radosnym oczekiwaniu dobra, był przecudny dzień, niczego więcej się nie spodziewałem. A Ty zaskoczyłeś mnie muzyką natury. To było znowu jak wykrzyknik w tym Boskim Teatrze, i jak Ciebie nie kochać?

To było wyjątkowo długie dziękczynienie.

A rano zobaczyłem, że wilki mnie nie zjadły, czyli dalej żyję, a wokół jest......chciałem napisać że jest bosko. Może za często używam tego słowa?. Wieje ciepły zefirek, odurzająco pachnie łąka, trwa koncert miliona świerszczy - Radość Natury. Czyli jednak jest bosko!
Popatrzcie zresztą sami jak jest wokół.