środa, 19 marca 2014

Wyjeżdżam, czyli hrabia Lew Tołstoj




Hrabia Lew Tołstoj.


Przedmowa - (Zbyszek)

     Jezus Buntownik.

A kim był Archanioł Lucyfer, jeśli nie buntownikiem?
Archanioł Lucyfer nie zgadzał się z Bogiem.
      Nieposłuszeństwo.
 Dlatego został strącony w Otchłań.
        Mamy prawo wysłuchać argumentów Strąconego Archanioła?
Mamy. Tylko te argumenty-fakty, mogłyby do nas trafić i byłby problem dla czarnych.
(Gorzej, jeśli byśmy zwątpili w Boga. Czy coś takiego jest możliwe?
Właśnie przekonałeś - aś się o tym)
Więc nie ma argumentów.

       Dlatego tu jest milczenie, lub czarna dziura.

Adam był także buntownikiem. Buntownik nie słucha się.
Adam zjadł jabłko. Mógł nie jeść.
      - Ewa niewinna.
      - I nie zwalajmy winy na węża.
Adam wstał z kolan. Okazał Nieposłuszeństwo.
     Czarni orzekli: - grzech. Jaki grzech? Niech czarni poszukają grzechu pod swoją sukienką.

Wracamy do hrabiego Lwa Tołstoja. Lew, jak na Lwa przystało zaryczał.
Nie ma silniejszej broni niż satyra.
Zaraz. Jest bomba wodorowa.
      Czy myślisz Czytelniku, że rządziciele po tę bombę sięgną?
Sam sobie odpowiedz, co oni mają do stracenia, zobacz, jak są przyspawani do stanu posiadania, do materii. I jak Tobą manipulują razem z czarnymi.

Lew popadł w zatarg z rządem (Dostał zakaz rozpowszechniania drukiem swoich myśli) i w zatarg z Cerkwią (został ekskomunikowany i wydalony z niej w 1901).
      
Tyle lat minęło, a politycy, rządy idą dalej na pasku kleru. Zmieniło się coś?

Lew był w tym czasie nominowany do Literackiej Nagrody Nobla (mówiono o nim jako o najważniejszym kandydacie) Nobla ostatecznie nie otrzymał.
     Dziwne?
Tołstoj uznawany jest za twórcę Wolnościowego Chrześcijaństwa Anarchistycznego.      

Jezus Anarchistyczny….. taki właśnie Jezus, z ogniem w oczach, strzelający z bicza w świątyni jest mi najbliższy!

Tołstoj sam nauczył się w krótkim czasie języka esperanto. Za jeden z jego artykułów do La Esperantisto, w którym nauczenie się esperanta nazwał „obowiązkiem każdego chrześcijanina”, zabroniono propagowania pism esperanckich na ziemiach podlegających Rosji.

Tołstoj był wegetarianinem.

Prezentowane opowiadanie zostało wydane drukiem dopiero po śmierci Lwa Tołstoja przez jego syna. Lew był sądzony o herezję, jednak go uniewinniono. Polska wersja opowiadania krążyła w edycjach powielaczowych, ukazała się też m.in. w piśmie "Wegetariański Świat" Nr 5 (42) maj 1998r. Opowiadanie jest w istotny sposób satyrą religijną i parodią na stan prawosławia w XIX wieku.
       
O tym opowiadaniu, wspominał wielokrotnie Osho.

Na koniec prośba tylko: - rozważ Czytelniku w swoim sercu argumenty diabłów.
                      

         

Hrabia LEW TOŁSTOJ.

          

                  ODBUDOWA PIEKŁA

I. 

Działo się to w czasach, gdy Chrystus głosił ludziom swą naukę, nauka ta była tak zrozumiała i stosowanie jej w życiu tak łatwe, tak widocznie uwalniała ludzi od zła, że nie sposób było się jej oprzeć. Nic nie mogło położyć tamy jej rozpowszechnianiu.
Belzebub - ojciec i władca wszystkich diabłów - przestraszył się.
Wiedział dobrze, że Jego władza nad ludźmi skończy się na zawsze, jeśli Chrystus nie wyrzeknie się głoszenia swojej nauki. Był w strachu, lecz nie tracił nadziei i podburzał posłusznych mu faryzeuszy i uczonych w piśmie, aby możliwie najdotkliwiej obrażali i dręczyli Chrystusa, uczniom zaś jego radził uciec i zostawić go samego. Ufał, że skazanie na śmierć haniebną, naigrywanie się, opuszczenie przez wszystkich uczniów, wreszcie same męki i kara śmierci sprawią, że Chrystus w ostatniej chwili wyrzeknie się swojej nauki, a wyrzeczenie zburzy całą jej potęgę.

Sprawa rozstrzygała się na krzyżu. Gdy Chrystus zawołał: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!". Belzebub wydał okrzyk triumfu; schwycił przygotowane kajdany i włożył je sobie na nogi, dopasował je tak, żeby nie mogły być zerwane, gdy zostaną założone Jezusowi.
Wtem z krzyża dały się słyszeć słowa: "Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". Zaraz potem Chrystus zawołał: "Spełniło się" i wyzionął ducha.
       Belzebub zrozumiał, że wszystko stracone. Chciał zdjąć kajdany i uciekać, lecz nie mógł ruszyć z miejsca. Kajdany przywarły do jego nóg. Chciał wznieść się na skrzydłach, lecz nie mógł ich rozpostrzeć. I widział Belzebub jak Chrystus w wielkiej światłości zatrzymał się w bramie piekieł, widział jak wyszli z piekła grzesznicy od Adama do Judasza, widział jak rozbiegły się wszystkie diabły, nawet jak same ściany piekieł rozpadły się bez hałasu na cztery strony świata. Nie mógł znieść tego widoku, więc zaryczał przeraźliwie i wpadł w bezdenną przepaść przez pękniętą posadzkę piekieł.

II.

Upłynęło sto, dwieście, trzysta lat. Czasu Belzebub nie liczył. Naokoło była zupełna ciemność i cisza. Leżał bez ruchu i starał się nie myśleć, o tym co zaszło, a jednak myślał i pałał bezsilną nienawiścią do sprawcy swej zguby.

Nie pamiętał już i nie wiedział, ile setek lat upłynęło od tamtego czasu, gdy raptem usłyszał nad sobą szmery podobne do tupotu nóg, stękania, krzyki i zgrzytanie zębów. Belzebub podniósł głowę i zaczął nasłuchiwać. W to, że po zwycięstwie Chrystusa piekło mogłoby być odbudowane, nie mógł uwierzyć, tymczasem zaś tupot, jęki, krzyki i zgrzytanie zębów stawały się coraz wyraźniejsze. Belzebub podniósł tułów, podciągnął pod siebie kosmate nogi z odrośniętymi kopytami (kajdany ku jego zdziwieniu same z nich opadły) i zatrzepotawszy swobodnie rozpostartymi skrzydłami, wydał zwykły sygnałowy świst, którym dawniej wzywał swe sługi i pomocników. Nie zdążył jeszcze nabrać tchu, gdy nad jego głową zrobił się otwór, błysnął czerwony ogień i tłum diabłów w wielkim ścisku wysypał się z otworu w przepaść i na podobieństwo kruków obsiadających padlinę, rozsiadł się naokoło Belzebuba.

Diabły były wielkie i małe, grube i chude, z długimi i krótkimi ogonami, z prostymi i krzywymi rogami.

Jeden z diabłów, odziany w pelerynkę narzuconą na ramiona, cały nagi, czarny i błyszczący, z twarzą ogoloną i ogromnym, obwisłym brzuchem, siedział w kucki przed samym obliczem Belzebuba i przewracając swymi ognistymi ślepiami, uśmiechał się bezustannie, machając z boku na bok swym długim, cienkim ogonem.

III.

- Co znaczy ten hałas? - zapytał Belzebub wskazując do góry

- Cóż tam się dzieje?

- To, co zawsze - odpowiedział błyszczący diabeł w pelerynce.

- A czy są jeszcze grzesznicy? - spytał Belzebub.

- O tak, wielu - odparł błyszczący.

- Jak tam z nauką tego, którego imienia nie chcę wymieniać? - zapytał Belzebub. Diabeł w pelerynce wyszczerzył zęby tak, że pokazały się wszystkie jego ostre kły, a przez całą zgraję przeszedł tłumiony śmiech.

- Nauka ta już nam nie przeszkadza. Oni przestali w nią wierzyć - powiedział diabeł w pelerynce.

- Jak to? Przecież nauka ta, poświadczona jego własną śmiercią, w sposób oczywisty ratuje ich od nas - rzekł Belzebub.

- Tak było, dopóki jej nie przerobiłem -- odparł z dumą diabeł w pelerynce, uderzając ogonem o podłogę.

- Jak ci się to udało?

- Właściwie nie musiałem nic robić. Trochę tylko pomagałem.

- Opowiedz w skrócie - rozkazał Belzebub.

Diabeł w pelerynce, spuściwszy głowę, pomilczał chwilę, jakby dla namysłu, następnie nie spiesząc się zaczął opowiadać:

- Gdy nadszedł ten straszny czas, że piekło zostało zburzone, a ojca naszego i władcy zabrakło między nami, udałem się w miejsca gdzie właśnie głoszona była ta nauka, która o mały włos nie doprowadziła nas do całkowitej zguby. Przyszła mi chęć zobaczyć, jak żyją ludzie stosujący się do niej. I ujrzałem, że ludzie stosujący tę naukę w życiu, byli zupełnie szczęśliwi i dla nas niedostępni. Nie gniewali się na siebie, nie ulegali urokowi kobiet i albo nie żenili się, albo mieli tylko jedną żonę, majątku zaś nie posiadali wcale, wszystko było uważane za wspólną własność, nie bronili się przed tymi, którzy na nich napadali, a za złe płacili dobrem. I życie ich było tak dobre, że wciąż więcej i więcej ludzi do nich przystawało. Widząc to pomyślałem sobie, że wszystko stracone i chciałem już odejść. Oto jednak w tym czasie zaszedł incydent sam w sobie błahy, lecz mnie wydał się interesujący i pozostałem. Zdarzyło się bowiem, że wśród tych ludzi jedni byli zdania, iż wszyscy powinni ulegać obrzezaniu i nie powinni jeść tego co zostało złożone w ofierze bogom pogańskim, inni zaś uważali, że takie rozgraniczenie jest zbyteczne, i że można nie stosować obrzezania i jeść wszystko. Zacząłem więc podpowiadać jednej i drugiej stronie, że ta różnica zdań jest różnicą o pierwszorzędnym znaczeniu, i że nie można ustąpić, ponieważ chodzi tu o rzecz ważną - o służenie Bogu. Ludzie uwierzyli mi, a ich kłótnie przybrały ostry charakter. Więc i ci i tamci zaczęli gniewać się na siebie wzajemnie, a wtedy ja zacząłem im podsuwać myśl, że cudami mogą dowieść prawdziwości swojej nauki. Jakkolwiek było rzeczą oczywistą, że cuda prawdziwości nauki dowieść nie mogą, ludzie zapałali taką żądzą, aby mieć rację, że uwierzyli mi, ja zaś urządziłem im cuda.

Z urządzeniem cudów trudności nie miałem. Ludzie wierzyli we wszystko, co potwierdzało ich chęć posiadania prawdy przez nich jedynie. Jedni utrzymywali, że zstąpiły na nich ogniste języki, inni zapewniali, że widzieli samego zmarłego nauczyciela i wiele innych rzeczy; imaginowali to, czego nie było i niepostrzeżenie kłamali nie gorzej od nas, w imię tego, który nas kłamcami nazywał. Jedni o drugich mówili:

"Wasze cuda nie są prawdziwe", a tamci odpowiadali: "Nie, to wasze cuda są nieprawdziwe, a nasze prawdziwe". Wszystko szło dobrze, ale obawiałem się, że ludzie mogą rozpoznać zbyt ewidentne oszustwo i wtedy wymyśliłem kościół. Kiedy uwierzyli w kościół, byłem już spokojny, zrozumiałem, żeśmy uratowani, a piekło odbudowane.

IV.

- Cóż to takiego "kościół"? - zapytał surowo Belzebub, nie chcąc uwierzyć, że jego słudzy okazali się mądrzejsi od niego.

- Kościół to jest coś takiego, że gdy ludzie kłamią i czują, że im się nie wierzy, wtedy, powołując się na Boga, mówią: "Jak Boga kocham, prawdą jest to, co ja mówię"; to właśnie jest kościół, z tą tylko osobliwością, że ludzie, którzy uznali się za kościół, nabierają przekonania, że są nieomylni, i dlatego nie mogą się już później wyrzec żadnego, choćby raz tylko wypowiedzianego głupstwa. Tworzy się zaś kościół w taki sposób: ludzie wmawiają w siebie i w innych, że nauczyciel ich, Bóg, po to, by objawione przez niego ludziom prawo nie zostało fałszywie wytłumaczone, wybrał szczególnych ludzi, i oni to jedynie, lub ci, na których przeleją tą władzę, mogą dokładnie tłumaczyć jego naukę. Ludzie więc, którzy nazywają siebie kościołem, twierdzą, że są w posiadaniu prawdy nie dlatego, że to, co głoszą jest prawdą, a dlatego, iż uważają siebie za jedynych prawowitych spadkobierców uczniów samego nauczyciela - Boga.

W manipulacji tej, podobnie jak w cudach, była pewna niedogodność, taka mianowicie, że ludzie jednocześnie mogli utrzymywać każdy o sobie, że są członkami jedynego prawdziwego kościoła (działo się to zawsze). Nasza wygrana polegała jednak na tym, że skoro raz tylko ludzie powiedzieli: "My stanowimy kościół" i na tym zapewnieniu zbudowali naukę, wtedy nie mogli już zrzec się wypowiedzianych przez siebie słów, niezależnie od tego, jak wielkim były głupstwem i cokolwiek mówiliby inni ludzie.

- Dlaczego jednak kościół przekręcił naukę na naszą korzyść? - zapytał Belzebub.

- Powód jest prosty - ciągnął dalej diabeł w pelerynce - ludzie ci uznawszy się za jedynych tłumaczy prawa boskiego i przekonawszy o tym innych ludzi, stali się tym samym panami ich losu i posiedli nad nimi władzę zwierzchnią. Posiadłszy zaś tę władzę, naturalnie urośli w pychę i w większości przypadków ulegli zepsuciu, wskutek czego wzniecili przeciwko sobie oburzenie i gniew ludzki. W celu pokonania swych wrogów, nie dysponując innym orężem niż przemocą, zaczęli prześladować, skazywać na śmierć i palić na stosie wszystkich, którzy ich władzy nie uznawali. W ten oto sposób samo przyjęte stanowisko zmuszało ich do przekręcania nauki tak, aby usprawiedliwiała ich złe życie i okrucieństwa, które stosowali wobec swych wrogów.

V.

- Nauka jednak była tak prosta i zrozumiała, że nie można było jej przekręcić - upierał się Belzebub, nadal nie mogący uwierzyć, że jego słudzy byli sprytniejsi od niego. - "Postępuj wobec innych tak, jak byś chciał, aby postępowano wobec ciebie". W jaki sposób można to przekręcić?

- Stosując się do mych rad, posługiwano się w tym celu różnymi sposobami - kontynuował diabeł w pelerynce. - Ludzie opowiadają bajkę o tym jak dobry czarodziej, ratując człowieka od złego czarodzieja, zamienił go w ziarnko kaszy jaglanej i jak zły czarodziej, przedzierzgnąwszy się w koguta, gotów był już zadziobać owo ziarnko, lecz dobry czarodziej wysypał na ziarnko całą ćwierć tychże ziaren. I zły czarodziej nie mógł już ani zjeść wszystkich ziaren, ani znaleźć tego, które zjeść zamierzał. To samo, idąc za mą radą, uczynili ci ludzie z nauką tego, który nauczał, że całe prawo polega na tym, aby drugiemu czynić to, co chciałbyś, aby i tobie czyniono: ogłosili, że świętym wykładem prawa boskiego jest 49 ksiąg i uznali każde słowo w nich zawarte za dzieło Boga - Ducha Świętego. Tak więc wysypali na prostą, zrozumiałą prawdę taką kupę rzekomo świętych prawd, że stało się niemożliwością przyjąć je wszystkie i znaleźć pośród nich tę, która ludziom jest potrzebna. Na tym polega pierwszy sposób.

Drugi sposób, którego oni używali z dobrym skutkiem przez więcej niż tysiąc lat, polega na zabijaniu i paleniu wszystkich tych, którzy chcą głosić prawdę. Obecnie sposób ten wychodzi z użycia, lecz nie porzucają go całkowicie, bo chociaż już nie palą ludzi próbujących ujawnić prawdę, to jednak tak ich szkalują, tak zatruwają im życie, że tylko niewielu odważa się ich demaskować. Na tym polega drugi sposób.

Trzeci zaś sposób polega na tym, że uznając się za kościół, a więc za nieomylnych, uczą, gdy im jest to potrzebne, rzeczy wprost sprzecznych z tym, co jest powiedziane w Piśmie: "Ale wy nie nazywajcie siebie rabbi, albowiem jeden jest nauczyciel wasz, a wy wszyscy jesteście bracia. I ojcem nie nazywajcie nikogo na ziemi; albowiem jeden jest ojciec wasz w niebiosach". Oni zaś mówią: "Myśmy ojcami, myśmy nauczycielami waszymi".
Albowiem powiedziane jest: "Ale ty, gdy się będziesz modlić, wejdź do komórki swojej i zamknąwszy ją, módl się do ojca twego w ukryciu, a ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie".
Oni zaś nauczają, że trzeba się modlić gromadnie, w świątyniach, przy dźwiękach muzyki i pieśni.
   - Albo powiedziane jest w Piśmie: "A ja powiadam wam, abyście zgoła nie przysięgali", oni zaś nauczają, że trzeba przysięgać na bezwzględne posłuszeństwo władzom, nie bacząc na to, jakie mogłyby być żądania tych władz.
   - Albo powiedziane jest: "nie zabijaj", oni zaś nauczają, że zabijać można i trzeba na wojnie i z wyroku sądowego - zakończył diabeł w pelerynce, wywrócił ślepia i roześmiał się, rozwarłszy paszczę po same uszy.

- To bardzo dobrze - rzekł Belzebub i uśmiechnął się, a wszystkie diabły zawtórowały mu głośnym śmiechem.

- Czyż tak jak dawniej są jeszcze rozpustnicy, złodzieje, zabójcy? - zapytał już wesoło Belzebub. Diabły, również rozweselone, zaczęły mówić wszystkie razem, chcąc wykazać się przed Belzebubem swoją sprawnością.

- Nie tak jak dawniej, lecz więcej niż dawniej - wrzeszczał jeden z nich.

- Rozpustnicy nie mieszczą się w dawnych oddziałach - piszczał drugi.

- Złodzieje dzisiejsi gorsi są od dawniejszych - huknął trzeci.

- Brak nam opału dla zabójców! - ryczał czwarty.

- Nie mówcie wszyscy razem, niech odpowiadają tylko ci, których zapytam - rzekł Belzebub.

- Niech wystąpi ten, pod którego opieką jest nierząd i niech opowie, w jaki sposób radzi sobie z uczniami tego, który zabraniał zmieniać żony i mówił, iż nie należy patrzeć na kobietę z pożądliwością. Kto opiekuje się rozpustą?

- Ja - odpowiedział bury, przypominający kobietę diabeł z nalaną, oślinioną twarzą, z bezustannie żującym pyskiem i na pośladkach przyczołgał się do Belzebuba.

Diabeł ten wysunął się spośród innych, usiadł w kucki, przechylił głowę na bok, i machnąwszy ogonem zakończonym miotełką, głosem śpiewnym zaczął mówić:

- Robimy to według starego sposobu, przez ciebie, ojca naszego i władcę użytego jeszcze w raju, który to sposób oddał w naszą władzę cały rodzaj ludzki i według nowego sposobu kościelnego. Tak więc przekonujemy ludzi, że prawdziwe małżeństwo polega nie na tym, na czym zasadza się ono w swej istocie - na wspólnym życiu mężczyzny z kobietą - lecz na tym, żeby odziać się w najszykowniejszą nową odzież, pójść do wielkiego, przeznaczonego na ten cel gmachu, oświetlonego świecami, przystrojonego dywanami i kwiatami, następnie wobec ciekawej gawiedzi dokonać przysięgi w imię tego, który nauczał: "A ja wam powiadam, abyście zgoła nie przysięgali".
Wmawiamy w ludzi, że tylko ta ceremonia jest właśnie małżeństwem prawdziwym, że po niej ludzie otrzymują specjalną łaskę Boga, dzięki której bez specjalnego ze swej strony wysiłku nabywają zalety potrzebne do zgodnego pożycia i należytego wychowania dzieci - i, że każdy stosunek kobiety z mężczyzną, pomimo tych warunków, jest zwykłą, do niczego nie zobowiązującą przyjemnostką lub zadośćuczynieniem potrzebie biologicznej, przeto ludzie nie krępując się, oddają się tej przyjemności, krzywoprzysięzców zaś manipulacja ta stwarza tylu, iż o ściganiu ich nikt nie myśli, gdyż zabrakłoby więzień dla skazanych za krzywoprzysięstwo.

Podobny do kobiety diabeł o nalanej twarzy, skłonił na bok głowę i zamilknął, jak gdyby w oczekiwaniu działania swych słów na Belzebuba. Belzebub kiwnął głową na znak aprobaty, a podobny do kobiety diabeł ciągnął dalej:

- Tymże sposobem, nie porzucając dawniejszego, użytego w raju sposobu "zakazanego dla ciekawości owocu" - wspomniał diabeł, niedwuznacznie próbując przypodobać się Belzebubowi - osiągamy najlepsze rezultaty. Wyobrażając sobie, że mogą zawrzeć uczciwy małżeński związek kościelny po wielu kontaktach miłosnych, mężczyźni zmieniają setki kobiet i tak przyzwyczajają się do rozpusty, że czynią to samo i po zawarciu małżeństwa. Jeśli zaś niektóre żądania związane z małżeństwem kościelnym wydadzą się im zbyt krępujące, to urządzają ceremonię po raz drugi, a pierwsza ceremonia zostaje uznana za nieważną. Podobny do kobiety diabeł zamilkł, utarłszy końcem ogona ślinę wypełniającą usta, przechylił głowę na drugą stronę i wlepił milczący wzrok w twarz Belzebuba.

VI.

- Krótko i zwięźle: aprobuję - rzekł Belzebub. - Kto opiekuje się grabieżcami?

- We własnej osobie! - odpowiedział, wypełzłszy z tłumu, okazały diabeł z długimi, krzywymi nogami, z wąsami podkręconymi do góry i ogromnymi łapami, krzywo przystawionymi do tułowia. Diabeł ten wysunąwszy się jak jego poprzednicy do przodu, wzorem ludzi wojskowych oburącz podkręcał wąsy i czekał na pytania.

- Ten, który zburzył piekło - rzekł Belzebub - uczył ludzi żyć jak ptaki niebieskie i rozkazywał dawać temu, który prosi, a temu, kto chce zabrać suknię, oddawać i płaszcz - i powiedział, że aby być zbawionym, trzeba rozdać majątek. W jaki sposób nakłaniacie do grabieży ludzi, którzy o tym słyszeli?

- Postępujemy tak samo, jak nasz ojciec i władca przy obieraniu Saula na króla - odparł wąsaty diabeł, w uroczystym geście zarzucając łeb do tyłu.

- Dokładnie tak, jak wtedy wmawiamy w ludzi, że zamiast przestać się wzajemnie okradać, powinni pozwolić się okradać jednemu człowiekowi, oddawszy mu całkowitą władzę nad sobą. I człowiek ów i jego pomocnicy tych pomocników - wszyscy oni grabią naród nieustannie, spokojnie i bezpiecznie. Zazwyczaj zaprowadzają przy tym takie prawa i porządki, przy których mniejszość próżniacza może bezkarnie łupić pracującą większość. Jak więc widzisz, ojcze nasz i władco, sposób przez nas stosowany jest w gruncie rzeczy sposobem starym. Nowe w nim jest tylko to, że uczyniliśmy go bardziej ogólnym, zamaskowanym, rozpowszechnionym w czasie i przestrzeni i trwalszym. Bardziej ogólny jest przez to, że dawniej ludzie z własnej woli ulegali tym, których wybierali, teraz zaś niezależnie od swej woli ulegają nie tym, których wybierają, lecz komu popadnie. Bardziej tajnym sposób ten uczyniliśmy przez to, że teraz, dzięki wprowadzeniu podatków, zwłaszcza pośrednich, okradani swych grabieżców nie widzą, a często nawet nie domyślają się samego faktu grabieży. Bardziej rozpowszechnionym w przestrzeni sposób ten stał się przez to, że narody tak zwane chrześcijańskie, nie zadawalając się okradaniem swoich, grabią pod rozmaitymi dziwnymi pozorami, najczęściej zaś pod pozorem krzewienia chrześcijaństwa, te wszystkie obce narody, u których jest coś do zagrabienia. W czasie zaś sposób ten jest bardziej rozpowszechniony niż dawniej, dzięki wprowadzeniu pożyczek zaciąganych przez organa samorządu lokalnego i państwa, co powoduje, że nie tylko żyjące pokolenia, ale i te które po nich nastąpią mogą być okradane już teraz. Sposób ten bardziej trwałym uczyniliśmy poprzez to, że główni grabieżcy uważani są za osoby nietykalne, więc ludzie, lękając się surowych kar, nie odważą się na opór.

Pewnego razu w celach doświadczalnych sadzałem jedną za drugą najpodlejsze baby, głupie i nieoświecone i nie mające żadnych praw według panujących u nich przepisów, ostatnią zaś posadziłem nie tylko rozpustnicę, lecz i zbrodniarkę, która zamordowała swego męża i prawego następcę tronu. I ludzie nie wyrwali jej nozdrzy i nie siekli jej batem, jak to zazwyczaj robili z zabójczyniami, lecz przez wiele lat, niewolniczo ulegali jej samej i jej kochankom, których miała bez liku, pozwalając im pozbawiać ludzi nie tylko majątku, lecz i wolności osobistej. Tak więc w obecnych czasach jawne złodziejstwa, takie jak odebranie przemocą wózka z pieniędzmi, konia, odzieży, stanowią zaledwie jedną milionową wszystkich tych grabieży prawnych, popełnianych na co dzień przez ludzi mających odpowiednie możliwości. Obecnie, utajona, bezkarna grabież i w ogóle pogotowie złodziejskie zorganizowane jest wśród ludzi do tego stopnia, że stało się to głównym celem i przedmiotem gorących pożądań prawie wszystkich i maskowane jest tylko przez walkę złodziei między sobą.

VII.

- No cóż, bardzo dobrze - rzekł Belzebub. - A zabójstwa? Kto opiekuje się zabójstwami?

- Ja! - odpowiedział, występując z tłumu czerwony jak krew diabeł z kłami sterczącymi z pyska, ostrymi rogami i zadartym do góry nieruchomym ogonem.

- W jaki sposób zmuszasz do zabójstw uczniów tego, który nauczał: "Nie odpowiadaj złem na zło, kochaj nieprzyjaciół swoich"? W jaki sposób robisz zabójców z tych ludzi?

- Robimy to według starego sposobu - odparł czerwony diabeł ogłuszającym, bełkotliwym głosem - wzniecając w ludziach chęć zysku, warcholstwo, nienawiść, mściwość, pychę; stosujemy również starą metodę, gdy wmawiamy w nauczycieli, że najlepszy sposób oduczenia ludzi od zabójstw polega na tym, żeby sami nauczyciele zabijali tych, którzy popełnili zabójstwo. Sposób ten nie tyle daje gotowych już zabójców, ile przygotowuje ich dla nas. Większą zaś ich liczbę dają nam nowe nauki: o nieomylności kościoła, o małżeństwie chrześcijańskim i o równości chrześcijańskiej. Nauka o nieomylności kościoła dawała nam dawnymi czasy największą liczbę zabójców. Ludzie, którzy uznali się za członków nieomylnego kościoła, nabrali przekonania, że zbrodnią byłoby pozwolić fałszywym wykładcom nauki gorszyć ludzi, więc ich zabijanie jest sprawą miłą Bogu. W taki sposób zabijano całe wioski i skazywano na śmierć setki tysięcy ludzi. Śmieszne wydaje się to, że ci, którzy skazywali na śmierć i palili ludzi zaczynających rozumieć prawdziwą naukę, uważali tych najniebezpieczniejszych dla nas ludzi za nasze sługi, tzn. sługi diabłów. Ci zaś, którzy zabijali i palili na stosach i rzeczywiście byli naszymi sługami, uważali się za świętych wykonawców woli Boga. Tak było w dawnych czasach; w naszych czasach wielką liczbę zabójców stwarza nauka o małżeństwie chrześcijańskim i o równości. Nauka o małżeństwie daje nam przede wszystkim zabójstwa wzajemne małżonków, następnie dzieciobójstwa popełniane przez matki. Mężowie i żony zabijają się wzajemnie, gdy niektóre żądania prawa i zwyczaju małżeństwa kościelnego wydają im się zbyt krępujące. Matki zaś zabijają dzieci wtedy, gdy związki, z których dzieci powstały, nie są uważane za małżeństwa. Takie zabójstwa popełniane są stale. Zabójstwa wywołane przez chrześcijańską naukę o równości dokonywane są periodycznie, ale za to masowo. Według nauki tej wmawia się w ludzi, że są równi wobec prawa. Ludzie ograbieni czują jednak, że to nieprawda. Widzą, że nie ma równości, gdyż grabieżcy mogą grabić bez przeszkód, a im nie wolno, więc buntują się i napadają na swych grabieżców. Wtedy to zaczynają się morderstwa wzajemne, które dostarczają nam niekiedy dziesiątek tysięcy morderców jednocześnie.

VIII.

- A zabójstwa na wojnie? W jaki sposób doprowadzacie do nich uczniów tego, który uznał ludzi za synów jednego Ojca i kazał kochać nieprzyjaciół? - zapytał Belzebub.

Czerwony diabeł wyszczerzył zęby, wypuścił z pyska strumień ognia i dymu, i uderzył się radośnie po plecach grubym ogonem.

- Wmawiamy w każdy naród, że jest narodem najlepszym na świecie: "Deutschland über alles", Francja, Anglia, Rosja "über alles", i że naród ten powinien panować nad wszystkimi innymi narodami, ponieważ zaś we wszystkie narody wmawiamy to samo, więc węsząc ciągłe niebezpieczeństwo ze strony sąsiadów, narody szykują się stale do obrony i pałają do siebie nienawiścią. Im bardziej zaś szykuje się do obrony jedna strona i z tego powodu pała nienawiścią do sąsiadów, tym bardziej szykują się do obrony wszystkie pozostałe narody, pałając do siebie wzajemną nienawiścią. Tak oto wszyscy ludzie, którzy po przyjęciu nauki tego, który nazywał nas zbójcami, stale zajęci są przygotowywaniem się do zabijania i zabijaniem.

IX.

- Tak, to bardzo dowcipne - rzekł Belzebub po długim milczeniu - Ale dlaczego ludzie uczeni, zabezpieczeni przed oszustwem, nie spostrzegli tego, że kościół sfałszował naukę i nie przywrócili jej pierwotnego znaczenia?

- Uczeni nie mogą tego uczynić - odpowiedział pewnym tonem, przesuwając się do przodu, matowo-czarny diabeł w doktorskiej todze, z płaskim, spadzistym czołem, z kończynami o zanikłych mięśniach i odstającymi, długimi uszami.

- Dlaczego?! - zapytał surowo Belzebub niezadowolony z pewnego siebie tonu wypowiedzi diabła w todze.

Nie pesząc się wykrzyknikiem Belzebuba, diabeł w todze siadł z wolna, spokojnie i nie w kucki jak inni, lecz na wzór wschodni - skrzyżowawszy nogi o mięśniach w zaniku. Potem zaczął mówić bez zająknięcia się, cichym, miarowym głosem:

- Nie mogą tego zrobić dlatego, że ja stale odwracam ich uwagę od tego, co mogą i powinni wiedzieć i kieruję ją na to, co nie jest im potrzebne i czego nigdy tak naprawdę nie zdołają poznać.

- W jaki sposób to robisz?

- Sposoby są różne, odpowiednio do czasu - odparł diabeł w todze. - Dawniej wmawiałem w ludzi, że najważniejszą dla nich rzeczą jest znać szczegóły stosunku wzajemnego pomiędzy osobami Trójcy, szczegóły na temat pochodzenia Chrystusa, jego pierwiastka boskiego i ludzkiego, właściwości Boga itp. Ludzie uczeni wiele i rozwlekle dyskutowali o tym, kłócili się i gniewali na siebie. A te dysputy tak ich absorbowały, że wcale nie myśleli o tym, jak mają żyć, więc nie odczuwali też potrzeby wiedzieć, co ich nauczyciel mówił o życiu.

Potem, gdy już tak zaplątali się w roztrząsaniach, że sami przestali rozumieć, co mówią, ja wmówiłem w jednych, że najważniejszą dla nich sprawą jest zbadać i wyjaśnić wszystko, co napisał człowiek imieniem Arystoteles, który żył tysiąc lat temu w Grecji, w innych zaś wmawiałem, że najważniejsze to znaleźć kamień, za pomocą którego można wytworzyć złoto i taki eliksir, który leczyłby wszystkie choroby, a ludzi czynił nieśmiertelnymi. I najmędrsi i najbardziej uczeni pośród ludzi skierowali na te sprawy wszystkie swoje siły umysłowe. Tym zaś, których to nie interesowało, wmówiłem, że najważniejszą sprawą jest wiedzieć, czy Ziemia obraca się wokół Słońca, czy też Słońce dookoła Ziemi, a gdy przekonali się, że obraca się Ziemia, a nie Słońce i obliczyli, ile milionów mil jest od Słońca do Ziemi, ucieszyli się wielce i od tamtego czasu z jeszcze większą gorliwością badają odległość od gwiazd i nie mogą się nadziwić, że liczba gwiazd jest nieskończona, choć wiadomość ta jest im zgoła zbyteczna. Oprócz tego, wmówiłem im jeszcze i to, że koniecznie powinni wiedzieć, w jaki sposób powstały wszystkie zwierzęta, wszystkie robaczki, wszystkie rośliny i wszystkie nieskończenie drobne żyjątka. Chociaż i te wiadomości nie są im wcale potrzebne i choć jest zupełnie jasne, że nie będą w stanie poznać tych wszystkich szczegółów, gdyż różnorodność życia jest nieskończona, to jednak na te i podobne badania zjawisk świata materii ludzie kierują wszystkie swe zasoby umysłowe i bardzo się dziwią, że im więcej poznają rzeczy, których znajomość nie jest im pilnie potrzebna, tym więcej wyłania się rzeczy jeszcze nie poznanych. I chociaż jest oczywiste, że w miarę rozwoju tych badań, obszar tego, co pozostaje do zbadania, rozszerza się, a przedmioty badania stają się coraz bardziej zawiłe i same zdobywane wiadomości znajdują coraz mniej zastosowania w życiu, to jednak okoliczność ta wcale nie zbija ich z tropu i ludzie ci, przekonani w zupełności o wadze swych badań badają, głoszą, piszą i drukują, tłumaczą z jednego języka na drugi wyniki swych w większości do niczego niezdatnych badań i roztrząsań, a jeżeli i czasami zdatnych, to tylko na pociechę bogatej mniejszości lub na pogorszenie położenia większości niezamożnej.

Po to zaś, aby już nigdy nie domyślili się, że jedyną ich rzeczywistą potrzebą jest ugruntowanie praw życiowych, wskazanych w nauce Jezusa, wmawiam w nich, że nie mogą znać praw życia duchowego i że każda nauka religijna, nie wyłączając nauki Jezusa, jest to stek błędów i zabobonów, i że wiedzę o tym, jak trzeba żyć zdobyć mogą dzięki nauce zwanej socjologią, polegającej na badaniu tego, w jak zły sposób ludzie żyli dawniej. Tak więc zamiast starać się żyć lepiej według nauki Chrystusa, myślą, że wystarczy zbadać życie dawnych ludzi, wyprowadzić z tych badań ogólne prawa życiowe i by żyć lepiej, stosować się tylko do tych wymyślonych praw. Po to zaś, aby jeszcze bardziej utwierdzić ich w błędzie, wmawiam w nich, że istnieje pewien system wiedzy zwanej nauką, i że założenia tej nauki są niepodważalne. Skoro zaś ci, którzy uważani są za działaczy nauki, nabiorą przekonania o swej nieomylności, wówczas ogłaszają jako niewątpliwe prawdy, różne zbyteczne i często oczywiste głupstwa, których wyrzec się już nie mogą, gdy raz je wygłosili. Na tej oto podstawie twierdzę, że dopóki będę wmawiał w nich cześć i służebność wobec nauki, którą dla nich wymyśliłem, nigdy nie zrozumieją tej nauki, która o włos nie doprowadzała nas do zguby.

X.

- Bardzo dobrze! Dziękuję - rzekł Belzebub i twarz jego rozjaśniła się. - Zasłużyliście na nagrodę i wynagrodzę was według zasług.

- A o nas panie zapomniałeś! - krzyknęła wielkim głosem zgraja diabłów różnokolorowych, małych, dużych, grubych, chudych i o krzywych nogach.

- A jakaż wasza profesja? - zapytał Belzebub.

- Ja jestem diabłem ulepszeń technicznych!

- Ja - podziału pracy!

- Ja - dróg i komunikacji!

- Ja - sztuki drukarskiej!

- Ja - sztuk pięknych!

- Ja - medycyny!

- Ja - kultury!

- Ja - wychowania!

- Ja - poprawy ludzi!

- Ja - odurzania się!

- Ja - filantropii!

- Ja - socjalizmu!

- Ja - feminizmu! - przekrzykiwały się wzajemnie, cisnąc się przed oblicze Belzebuba.

- Mówcie pojedynczo i nie rozwlekle! - krzyknął Belzebub

- Czym ty się zajmujesz? - zwrócił się najpierw do diabła ulepszeń technicznych.

- Wmawiam w ludzi, że im więcej rzeczy będą, wytwarzać i im szybciej będą to robić, tym będą szczęśliwsi. I ludzie marnując życie na produkowanie rzeczy, wytwarzają ich coraz więcej, nie bacząc na to, że rzeczy te ani nie są potrzebne zmuszającym do ich produkowania, ani dostępne dla tych, którzy Je produkują.

- Dobrze! A ty? - zapytał Belzebub diabła podziału pracy.

- Ja wmawiam w ludzi, że skoro przedmioty wytwarzać można szybciej za pomocą maszyn niż ręczne, więc trzeba ludzi przekształcić w maszyny; i to właśnie się robi, a ludzie przekształceni w maszyny, nienawidzą tych, którzy to z nimi zrobili.

- I to dobrze! Jak u ciebie? - rzekł Belzebub, zwracając się do diabła dróg i komunikacji.

- Ja wmawiam w ludzi, że zachodzi potrzeba możliwie najszybszego przemieszczania się z miejsca na miejsce. I ludzie zamiast ulepszać swe życie każdy na swoim miejscu, spędzają większą jego część w przejazdach. Są bardzo dumni z tego, że w ciągu godziny mogą przejechać 50 wiorst i więcej.

Belzebub pochwalił i tego diabła. Wysunął się z tłumu diabeł sztuki drukarskiej. Jego praca, jak objaśnił polega na tym, aby jak największej liczbie ludzi zakomunikować wszystkie te paskudztwa i głupstwa, które dzieją się i o których piszą na świecie.

Diabeł sztuk pięknych objaśnił, że pod pozorem pocieszenia i wzbudzenia u ludzi wzniosłych uczuć, pobłaża ich nałogom, przedstawiając je w ponętnej i atrakcyjnej postaci. Diabeł medycyny wyjaśnił, że wmawia w ludzi, iż najważniejszą dla nich sprawą jest troska o ciało; ponieważ zaś troska o ciało nie ma końca, więc ludzie troszczący się o swe ciało z pomocą medycyny, zapominają nie tylko o życiu innych ludzi, ale i o swoim własnym. Diabeł od kultury opisał jak wmawia w ludzi, że korzystanie z tych wszystkich przedmiotów, którymi opiekują się diabły ulepszeń technicznych, podziału pracy, dróg i komunikacji, sztuki drukarskiej, sztuk pięknych, medycyny - stanowi coś w rodzaju cnoty, i że człowiek korzystający z tego wszystkiego może być zupełnie zadowolony z siebie i nie musi starać się być lepszym. Diabeł wychowania wyjaśnił jak to wmawia w ludzi, że mogą żyjąc źle i nawet nie wiedząc na czym polega istota dobrego życia, uczyć dzieci dobrego życia.

Diabeł poprawy ludzi opowiedział, jak przekonuje ludzi, że mogą poprawiać innych, nie wyzbywając się uprzednio swych złych przyzwyczajeń.

Diabeł odurzania się chwalił się, że naucza ludzi, iż wygodniej jest szukać zapomnienia przez odurzanie się winem, opium, morfiną, tytoniem, niż uwolnić się od cierpień spowodowanych złym życiem przez poprawę tego życia. Diabeł filantropii powiedział, że wmawia ludziom, iż są dobroczynni, grabiąc na pudy i oddając ograbionym na łuty. Dzięki temu nie odczuwają potrzeby doskonalenia się, stają się niedostępni dla dobra.

Diabeł socjalizmu chwalił się, że w imię najdoskonalszej organizacji społeczeństwa ludzkiego, wznieca nienawiść klasową. Diabeł feminizmu dodał, że dla jeszcze większego udoskonalenia organizacji życia, oprócz nienawiści klasowej, wznieca jeszcze nienawiść pomiędzy ludźmi odmiennej płci.

- Jestem komfort! - A ja moda! - wrzeszczały jeszcze inne diabły, pełznąc ku Belzebubowi.

- Czy myślicie, żem stary i głupi i nie rozumiem, że wszystko, co mogłoby być dla nas szkodliwe, staje się pożyteczne, gdy nauka o życiu jest błędna - wykrzyknął Belzebub i głośno roześmiał się.

- Dosyć! Dziękuję wszystkim! - i zatrzepotawszy skrzydłami, wstał. Diabły otoczyły go kołem. Na jednym końcu łańcucha był diabeł w pelerynce, na drugim diabeł w todze. Obaj podali sobie łapy i koło zostało zamknięte. Diabły śmiejąc się, krzycząc, gwiżdżąc i wymachując nogami, rozpoczęły taniec wokół Belzebuba. Ten zaś rozpostarłszy skrzydła zatańczył pośrodku.
W górze słychać było krzyk, płacz i zgrzytanie zębów.

PS. Pozdrowienia dla moich przyjaciół na Ukrainie Wolnej! Jadę do Was!

Rower



Dziurawa szosa do Smolnika zmieniła się w ubiegłym tygodniu. To Ciotka Unia Europejska tak działa.
     



W Smolniku znalazłem się dużo przed czasem - rowery wypożyczają bowiem od 12.00.
Zaszedłem w takim razie do Bieszczadzkich Smaków.
Zagroda wypieszczona, wystarczy popatrzeć. Ludzie, który tu żyją, szanują Naturę.
    To miejsce zasługuje na osobnego posta.
Jeszcze zaplątało się jedno zdjęcie helikoptera nad strażnicą.
(Zamieszczam zdjęcia i je usuwam z nośnika– w ten sposób zamykam przeszłość. Amen dla przeszłości).
      



Zagroda Chryszczata, gdzie wypożyczają rowery.
      




To było kiedyś więzienie - filia z Nowego Łupkowa. Teraz mają kilka pokoi utrzymanych w więziennym stylu i spanie w nich turyści uznają za wielką atrakcję.
    To ciekawe miejsce i także zasługuje na osobnego posta.

Serwują bardzo dobre jedzenie, polecam. Na przykład zupa kresowa - to rozgotowany groch w przyprawach na wędzonce z grzankami.

Można tu także kupić drzeworyty.
     




Potrzebuję szybkości. Wsiadam na rower.

Ruszam ostro w stronę Mikowa. Tak, bezpośrednio odczuwana szybkość upaja, rower to wielka frajda. Tego mi było trzeba.
     Przejeżdżam przez brody na Osławie - woda sięga do pedałów. Mijam Duszatyń i skręcam w Prełukach pod górę do Komańczy. Na krótkim odcinku pod górę nie daję rady nawet na najmniejszym trybiku, zsiadam więc i prowadzę rower.
Ze szczytu ponad Komańczą następuje zjazd aż do klasztoru sióstr Nazaretanek.
Chciałem sprawdzić kolor budynku klasztornego, bo wydawało mi się, że aparat zafałszował.
Sprawdzam rzeczywistość. Jest ok. Zdjęcia oddają wiernie sytuację.
         
  


Jadę z powrotem: - Komańcza, Prełuki, Duszatyń, Mików. Idzie mi znacznie lepiej niż za pierwszym razem, co to znaczy kondycja. Jednak na dwóch odcinkach już niedaleko przełęczy także prowadzę rower, no i razem odpoczywamy.
                



 Jest Żebrak.
Koszula całkiem mokra od potu, chociaż dzień wcale nie taki gorący. Zajmuję pozycję zjazdową i fruuu!
      Już wiem co mnie czeka, jaka jest droga, że pusto, że żywego ducha, jakie zakręty, teraz pojadę szybciej, niż poprzednim razem.
Na piechotę chodziłem tędy kilka razy, przecież to jest droga na Chryszczatą.
    Pojadę na maksa, ile Bozia pozwoli.

Zaczynam szaleńczy zjazd z Żebraka.
        
Szum powietrza w uszach, upajający pęd. Zatracam się w tym pędzie całkiem. Stapiam się w jedno z rowerem.
Hamuję tylko ociupinkę na zakrętach, tylko tyle, żeby mnie pęd nie wyrzucił z asfaltu.
Na tej cudnej drodze leśnej leży cienka warstwa najdrobniejszego żwirku.
    Od poprzedniego razu nieco się zmieniło: - żwirek jest rozniesiony po całej powierzchni.
Pruję na złamanie karku, jak to mówią, jest szybko, bo jak ma być, jeśli jest z góry?

 W pewnym momencie ścierpła mi skóra: - szybkość zatrzęsła rowerem, nieznacznie zarzuciło tylnym kołem. I to na prostej! Rower dostał wibracji – przygasiłem te wibracje liźnięciem tylnego hamulca.
      No…. Ciarki miałem, adrenalina podskoczyła, zrobiło się gorąco w uszach, serce załomotało. I o to chodzi, tego potrzebowałem, bo uczucia nie kłamią - w tym momencie obudziła się nagle wewnętrzna radość, taka przez duże R.

Przemknęły znowu zakręty, proste odcinki, mignęły polany, ciemne ściany lasu, a ja nie jadę, tylko frunę! 
Ale jest bosko!

Zmarzłem od tego pędu, kilka razy przełykałem ślinę z powodu zmiany wysokości, ale i ze strachu, i już jest mostek w Woli Michowej.
Było więc tak, jak miało być: - super super! Było superpędowo! Za krótko tylko.
     Skręcam teraz w lewo, w kierunku tarasu widokowego ponad Cisną. Potem powrót i znowu super zjazd aż do Maniowa. Dalej już prawie płasko. Skręt do Smolnika, oddaję mego mustanga - jest 17.00.
Rower należy oddać do 17.00. 
      Jeszcze małe powrotne 8 km do Łupkowa i jutro połoniny!

wtorek, 18 marca 2014

Bezpieczne życie?



Nic nie powinno być bezpieczne, nawet nie może być, bo życie bezpieczne jest gorsze od śmierci. 
        Życie powinno być pełne niespodzianek - oto jego piękno!
Życie toczy się pośród tysiąca niepewności, na tym polega jego wolność.
To właśnie rozum nazywa wolnością - niepewnością. Czy wiesz dlaczego?

To jest tak samo, jakbyś spędził kilka miesięcy, lat, w więzieniu.

Jeśli siedzisz w więzieniu, kiedyś nadchodzi dzień uwolnienia. Wtedy odczuwasz niepewność, co do swojej przyszłości.
W więzieniu wszytko było jasne, wszystko opierało się na rutynie.
Zapewniano ci jedzenie, miałeś schronienie, swoją celę i łóżko. Wszystko było pewne. Aż któregoś dnia pojawi się strażnik i oznajmi: - "Teraz będziesz wolny". Więzień zaczyna drżeć. Za murami znów pojawi się niepewność, znów trzeba będzie błądzić z poczuciem wolności.
    
Wolność budzi lęk. Ludzie rozprawiają o niej, ale się jej boją.
Nie można mieć pewności. Pewność nie istnieje.

Daję wam wolność, nie daję bezpieczeństwa. Daję wam zrozumienie, a nie wiedzę. To wiedza przynosi ze sobą pewność.

Gdybym udzielał wam wskazówek o piekle i niebie, o tym, co dobre, a co złe, o tym, że za popełnianie grzechów traficie do piekła, a za cnotliwe uczynki będziecie w niebie - to byłby koniec!
      Wtedy mielibyście pewność.
Właśnie dlatego tak wielu ludzi wybrało bycie chrześcijaninem, hinduistą, muzułmaninem, dżainistą - oni nie chcą wolności, chcą sztywnych zasad.

Życie jest dynamiczne, wszystko się zmienia. Nie ma gotowych odpowiedzi. Tylko głupcy polegają na gotowych odpowiedziach, bo do tego nie jest potrzebna inteligencja.
Zamieniłeś się w papugę.
     Oto raz na zawsze wiesz, co jest właściwe, a co niesłuszne, możesz łatwo zapamiętać, lista nie jest długa.
Dziesięć przykazań - proste!
Już wiesz, co jest dobre, a co złe. Tylko zapominasz o jednym: - życie się zmienia.

Gdyby powrócił Mojżesz, nie sądzę, by podał ci tych samych dziesięć przykazań - nie mógłby.
     Po upływie trzech tysięcy lat te same przykazania?
Musiałby dać coś nowego.

Radość niebezpiecznego życia



 Odważni pędzą na złamanie karku. Poszukują niebezpieczeństwa. Ich życiowa filozofia nie ma nic wspólnego z podejściem firm ubezpieczeniowych. To filozofia himalaistów, lotników, surferów. A surfują nie tylko w morzach zewnętrznych, ale także po oceanach ukrytych we wnętrzu nich samych. Nie wspinają się jedynie w Alpach czy Himalajach. Zdobywają najwyższe szczyty w sobie.
     Niebezpieczne życie sprawia, że czujesz się w pełni żywym człowiekiem. Jeśli nie podejmiesz ryzyka, nie żyjesz wcale. Życie kwitnie tylko, gdy jest niebezpiecznie, niepewnie, w bezpieczeństwie nie rozkwita nigdy.
   
Jeśli dążysz do bezpieczeństwa, stajesz się spokojnym stawem. Twoja energia przestaje się poruszać.
Zaczynasz się bać....ponieważ nie umiesz wyprawić się w nieznane.
      Po co ryzykować?
Znane jest bardziej bezpieczne. Wpadasz w obsesję tego, co znane. Czujesz się nim zmęczony, jesteś znudzony, czujesz się smutny, ale nadal pozostajesz w tym, co znasz. Pozostajesz w tym, co zdaje się być wygodne. Nieznane sprawia, że drżysz.
     Na samą myśl o nim masz zawroty głowy.
Na świecie są tylko dwa typy ludzi: - jedni, dążący do wygody, poszukujący śmierci, zmierzający do komfortowego grobu, i drudzy, którzy chcą żyć.
     Ci drudzy wybierają ryzyko, ponieważ tylko dzięki niemu życie kwitnie.
Gdy mówię, żebyś żył ryzykownie, nie mam na myśli po prostu ryzyka fizycznego, ale psychiczne, a w końcu duchowe. Religijność jest duchowym ryzykiem. Możesz w tej religijności dotrzeć do punktu, z którego nie ma powrotu. Takie jest właśnie znaczenie określenia Buddy: anagamin – „ten, który nigdy nie wróci”.
    Gdy mówię, byś żył niebezpiecznie, chodzi mi o to, żebyś nie wiódł życia szacownego obywatela – burmistrza miasta czy członka zarządu korporacji.
      To nie jest życie.
Jeśli zostaniesz ministrem, albo będziesz miał inny dobry zawód, każdego dnia na konto będą ci napływać nowe pieniądze i wszystko będzie wspaniale.
Ale kiedy wszystko tak wspaniale się układa – przyjrzyj się: - umierasz, nic się nie dzieje. Być może ludzie cię szanują, a gdy umrzesz podąży za tobą długa procesja.

Będzie pięknie! Tylu będzie szło za twoim ciałem......

A ty oddałeś swoje życie rzeczom, które mają pewien sens, znaczenie, ale nie tak duże, jak ci się wydaje .
     Pieniądze są potrzebne, ale nie są i nie mogą być celem. Dom jest potrzebny, jest konieczny. Nie jestem ascetą i nie namawiam, abyście zburzyli swoje domy i uciekli w Himalaje.
Dom jest potrzebny – ale ma służyć tobie. Nie zrozum tego źle – gdy obserwuję ludzi, widzę że wiele spraw przewróciło się do góry nogami.
Ludzie pracują na potrzeby domu. Pracują tak, jakby zaspokajali potrzeby swoich kont w banku – po prostu zbierają pieniądze……. a potem umierają.
Zresztą oni nigdy nie zaczęli życia. Ani przez chwilę nie doświadczyli pulsowania – mocy życia.
Byli uwięzieni w bezpieczeństwie, rutynie, szacunku.
     - Kochaj, ale nie licz na nic.
     - Niech twoje jutro będzie nieprzewidywalne.
     - Niczego nie oczekuj i na wszystko bądź gotów.
     - Kochaj, ale nie pozwól twojej miłości zdegradować się jedynie do małżeństwa.
     - Pracuj, ale nie pozwól by praca stała się jedynym twoim życiem.
W centrum twojego życia powinna tętnić zabawa. Praca powinna być tylko środkiem do realizacji tej zabawy.
Pracuj w biurze, pracuj w fabryce, w sklepie, ale znajduj czas i okazje do zabawy – ponieważ celem życia jest zabawa!

Jeśli nie teraz, to kiedyś to zrozumiesz.

Zmierzch

Idę do Smolnika wypożyczyć rower.
Potrzebuję szybkości, pędu powietrza, potrzebuję iść stąd, gdzie już żaby nie zakumkają, gdzie się zabija naturę.
I natychmiast nie ma mnie w Szwejkowie.
Idę po torach, potem na skróty do Smolnika.
Jazdę rowerową opiszę jutro.
        Przeszło mi trochę. Odreagowałem. Wróciłem po swój dom.
   
   

Wróciłem późno, celowo dopiero wieczorem, prawie o zmierzchu.
 
    

Robię kilka zdjęć.

   
    
   

Pakuję się do namiotu.
A rano idę na połoniny!....Nawet jestem gotów w nocy iść- tylko po co?
Nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz.


Helikopter

Robię zdjęcia kwiatów, a tu przelatuje helikopter.
   
        

Taki żółty jak pszczoła. I nie przelatuje tylko krąży.

   
   

I nie krąży, tylko zniża się i siada - ląduje przy strażnicy.

   
  

Oho, coś się stało.
U Krysi na podwórku pracuje spychacz. Krysia poprawia przyrodę: - zasypuje oczko wodne z kumkającymi żabami.  Takie prawo właściciela. U siebie jesteś panią w tym przypadku.
Jeden z młodych robotników ma zawał. Helikopter ratowniczy z Sanoka przyleciał w ciągu dziesięciu minut. Zastrzyk (w serce chyba?)
I uratowali chłopa.

Kwiaty w Łupkowie


Życie jest dynamiczne. Następna przerwa kilkudniowa w pisaniu wypada.
To dziś jeszcze i jutro popiszę intensywnie.
      Pierwszy post ma tytuł Kwiaty.
      



              Wstał dzień. A ja zaspałem. Jest 8.00. Chciałem wschód słońca uchwycić. Od razu sobie wybaczam - i ty też tak rób.
Jutro też będzie dzień.
     Prysznic poranny. A co? Płacę?
I na górę zasuwam popatrzeć na świat.
      A na górze jest widok i samo piękno.
Wiadomo: Łemkowyna.

     
   

Robię bukiety dla siebie, dla Was, czytelnicy, czyli dla Nas. Ludzie tyle gadają i tyle piszą. Lepiej popatrzmy.

     
         

Na zdjęciu, tam w dole, budynki nieczynnej stacji Lupkass.
    - Na pierwszym planie kwiaty krwawnika. To I-Cing. Pałeczkami krwawnika się wróży.
    - Na drugim planie budynki stacji.
    - Na trzecim planie biznesplan.
Biznesplan, dla kogoś, kto go wymyśli dla tego niepowtarzalnego miejsca.
Budynki można wynająć. Za psie pieniądze.
Tylko w te mury trzeba tchnąć życie. ( Wystarczy przyciągnąć ludzi? )
Te mury w dobrym stanie mają jeden walor: - stoją w super miejscu.







Wracam do Łupkowa



 Zaprawdę, powiadam wam, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne.
I wstąpiłem jeszcze raz do potoku.
Miło, chłodno, pachnąco. Nabrałem wody w butelkę 0,3 litra. Napiłem się tej zimnej wody, zostało pół butelki - wystarczy. W Woli Michowej jest sklep, tam się piwa napiję.

Liczba PÓŁ

Anna Maria Dróżdż

        Liczba PÓŁ
        jest liczbą optymalną
        dam ci pół jabłka
        dasz mi pół siebie
        pół życia dla mnie
        połowa dla nich
        z mojej połowy pół moim myślom
        druga
        dla moich słów
        pół uśmiechu
        co pół godziny
        połowicznie samotnym
        i zdecydowanym
        półpocałunek
        na półpożegnanie
        W zasadzie można by
        zdecydować się na liczbę zero
        ale z pewnością
        owo PÓŁ od niechcenia
        jest bardziej bezpieczne
        dla nas wszystkich
        półludzi

O tej porze, tu na dole jest dużo cienia. I cisza w której słychać tylko
jak żwir chrzęści pod butami.

Zbliżam się do obozowiska studentów. Profilaktycznie opuszczam nogawki spodni i rękawy koszuli.
Następuje atak much końskich, jak się spodziewałem. Atakują na odcinku kilometra akurat przy studentach. Przecież to udręczenie ogromne. Nawet się zastanawiałem, jak studenci wytrzymują i doszedłem do wniosku, że wszystko ma także swoje dobre strony. Dzięki gzom, jest tu tylko kilka osób.
       Nadleśnictwo ulitowało się w końcu nad nimi i wycięło sporą polanę wokół. Widzę pracownika lasów, który podkosiarką wycina zielsko – siedlisko gzów.
Kilometr za studentami można ponownie podwinąć nogawki i rękawy.

Wspinanie niespiesznie do przełęczy.
       Jest Żebrak.
Dostaję silny gorący wiatr w twarz.
Jest bardzo miło, oraz niezwykle przyjemnie. Teraz żegluję na luziczku znowu w dół, a myśli ulatują mi w kierunku zimnego piwa.
        Plecak lekki, ciało pracuje prawidłowo, idzie się wygodnie.
Zostawiam za sobą kolejne kilometry i już widzę sklep!
Na drzwiach kartka: - dziś sklep zamknięty…..To niemiłe akurat.
       
          Zachodzę do chałupy, żeby zapytać o godzinę. Jest bardzo wcześnie: 12.30. Widocznie pomyliłem się nieco w swej rachubie czasu z wysokości słońca i wyruszyłem za wcześnie. Ale nic to. Mam dwie i pół godziny do autobusu. Wypijam resztkę wody i postanawiam odpocząć w cieniu nad  Osławą. Zdejmuję buty, żeby przejść w urocze miejsce. Idę bardzo ostrożnie, bo kamienie są niezwykle śliskie od glonów. Woda płyciutka, po kostki tylko, jeszcze tylko jedno głębsze miejsce, tu woda po kolana i już będę na miejscu.
W tym głębszym miejscu pośliznąłem na glonach i wywijam orła na plecy. Plecak w wodzie!
          Wygramalam się na kamienie po środku Osławy i rozpakowuję plecak. W środku sucho, aparat był zawinięty w foliową torbę, jest ok. Znowu druciak uratował sytuację: on jest najniżej pod plecakiem.
Przepieram spodnie, są całe w łatach i ogólnie brudne, ale teraz na tyłku to jedno wielkie błoto z glonów. Wyżymam śpiwór. Rozkładam rzeczy na kamieniach. Jest takie ostre słońce w zenicie, że wszystko szybko wysycha.
Pakowanie i jestem znowu na przystanku.
         Nawet fajna przygoda. Lubię przygody.
Pełnia sezonu, połowa lata, przyjeżdża autobus z Cisnej. Jestem jedynym pasażerem. W Nowym Łupkowie także nikt nie wsiada. 
       
Małe zakupy w sklepie i piję niezwykle smaczne piwo.
Było dobrze w moim człowieku, ale teraz zrobiło się jeszcze lepiej. Stęskniony za „głupimi krokami” idę po torach do strażnicy.
       Dzień dobry Semaforom!

Stawiam dom, podłączam ładowarki, gotuję obiad.
Jest bardzo miło. W strażnicy nie ma nikogo poza mną. Krysia poszła do stacji nakarmić psy.
    
Cisza – spokój. Po obiedzie kasuję nieco zdjęć i fruu na górę jagodową popatrzeć z góry na Łemkowynę.
       


A Łemkowyna jak zwykle w kwiatach cała.
    




Po obfitym jedzeniu, zaczynam się snuć. Prysznic bardzo ożywczy. Piję kawę, ale przychodzi senność. Kręcę się jeszcze przy ognisku, jednak coraz częściej patrzę w kierunku spania.
Dziś położę się nawet przed kurami.
Wspaniały dzień, piękne życie jest!