Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nobla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nobla. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 listopada 2025

Kreatywne grzybobranie

 Czytelnicy bloga dobrze znają powiedzenie: - „Życie bez pasji do dupy jest”. To zdanie usłyszałem w Bieszczadach od faceta, który chodził z wykrywaczem. Z ogniem w oczach opowiadał, że w Woli Michowej znalazł bardzo starą (V wiek?) chińską monetę z dziurką.

Czyli dla uatrakcyjnienia szarej egzystencji warto mieć jakieś hobby, konika, pasję, osobistą Cudowną Przystań, albo nazywaj to jak chcesz.

Jedną z moich Cudownych Przystani jest las i wszystko, co w nim, a więc także grzyby. Atoli po pewnym czasie samo zbieranie jakby powszednieje i człowiek kreatywny wymyśla dodatki, które mają ożywić zdjęcia, bo przecież fotografia jest moją kolejną Cudowną Przystanią.



Pomarańczowy grzyb to młody siarkowiec. (Pyszności).












Kreatywność według Osho:

„Jeśli to, co robisz, przepełnia cię radością, robisz to z miłością, jeśli nie robisz tego dla pieniędzy, wtedy jest to kreatywne.

Jeśli coś wypływa z twojego wnętrza, jeśli cię rozwija, to jest to duchowe, jest kreatywne, jest boskie. Wszystkie religie na świecie mówią, że Bóg jest stwórcą. Nie wiem czy to prawda, ale wiem jedno: - im bardziej jesteś kreatywny, tym bardziej stajesz się boski.

Kreatywność to kochanie tego, co się robi, znajdowanie w tym przyjemności - kochaj więc to, co robisz. Małe rzeczy stają się wielkimi, dzięki dotykowi miłości.

Każdy człowiek rodzi się jako twórca. Obserwuj dzieci a zauważysz, że one wszystkie są kreatywne. Jednak stopniowo niszczymy w nich kreatywność, narzucamy im fałszywe przekonania, zakłócamy ich umysły. Sprawiamy, że stają się coraz bardziej nastawione na pieniądze, politykę, stają się coraz bardziej ambitne.

   Gdy wkracza ambicja, znika kreatywność. Człowiek ambitny nie może być kreatywny, nie może kochać czynności samej w sobie.

 Człowiek ambitny ma zatkane, zablokowane wszystkie źródła kreatywności, a całą energię kieruje tylko na to, co się opłaca. Gdy coś robi, patrzy w przyszłość i zastanawia się: - „Kiedy dostanę Nagrodę Nobla”?


PS. W katalogu Cudownych Przystani nie może zabraknąć Osho.




środa, 15 stycznia 2025

Leib Gruber


W drugiej połowie XIX wieku, w zapadłej mieścinie, gdzieś w olbrzymim, wiekowym
cesarstwie austro-węgierskim dorastał pewien chłopiec.

Nazywał się Leib Gruber. Jego ojciec zajmował się sprzedażą ryb, kiedy tylko miał co sprzedawać. W owym czasie żyło się ciężko. Jedynym uczciwym zajęciem, jakie Leib mógł znaleźć w latach swej młodości, było przeprawianie ludzi przez pobliską rzekę Bug. W wysokich butach – będących jego podstawowym wyposażeniem – Leib brał swych pasażerów, mężczyzn i kobiety, na plecy i brodząc przez płyciznę rzeki, przenosił ich na drugi brzeg.

      W niektórych miejscach woda sięgała mu do pasa. W okolicy nie było żadnego mostu, ani promu. Można było do przeprawy używać koni, ale wykorzystywano je do innych celów. Pozostawał Leib i kilku podobnych mu młodzieńców – nikt ich nie potrzebował, nie było dla nich żadnej innej pracy.

      Przesiadywali zatem w gromadce na brzegu, wykrzykując cenę i namawiając potencjalnych pasażerów. Wynajmowali się więc do pracy, do której zazwyczaj używano czworonogów. Mój dziadek wykonywał pracę konia.

      Nie sądzę, aby za czasów swej młodości Leib zapuścił się dalej niż 100 km. od rodzinnego Sasowa. Ale oto niespodziewanie, w 1904 roku wyruszył do Nowego Świata. Jak głosi rodzinna opowieść, uciekał przed oskarżeniem o zabicie człowieka, pozostawiwszy młodą żonę.

     Jakże odmienne od zapadłej mieściny musiały mu się wydawać niemieckie miasta portowe, jakże rozległy ocean, jakże strzeliste drapacze chmur, oraz nieustanny zgiełk nowego kraju.

    Nic nie wiadomo o przeprawie Leiba przez ocean, zachował się natomiast dokument z podróży jego żony, Chai, która podążyła za mężem, kiedy tylko zaoszczędził on dość pieniędzy, by ją sprowadzić.

   Podróżowała najtańszą klasą na Batavii, statku, którego macierzystym portem był Hamburg. Coś chwyta mnie za serce, gdy czytam jej odpowiedzi na pytania urzędnika emigracyjnego:

- Czy potrafi czytać lub pisać?

- Nie.

- Czy zna angielski?

- Nie.

- Ile ma przy sobie pieniędzy?

- Jednego dolara.

Mogę sobie tylko wyobrazić jej skrępowanie i wstyd, gdy odpowiadała urzędnikowi.

Po opuszczeniu statku w Nowym Jorku, połączyła się z Leibem i żyła na tyle długo, by urodzić moją matkę i jej siostrę, zanim umarła w wyniku komplikacji po porodzie.

W ciągu tych kilku lat spędzonych w Ameryce imię mojej babki przybrało angielską formę Clara. Ćwierć wieku później moja matka nadała swemu pierworodnemu synowi imię po matce, której sama nigdy nie znała”.

 

Ta wzruszająca opowieść rozpoczyna książkę Błękitna Kropka, autorstwa Carla Sagana.

Proszę zauważyć, że większość laureatów Nagrody Nobla to Żydzi. Dwa procent ludzkości posiada 98 % wszystkich dóbr ziemskich. I są to przeważnie Żydzi. Więc zamiast pałać nienawiścią, jak to czyni rodzime narodowo-katolickie średniowiecze, czyż nie lepiej uczyć się od mądrych ludzi?

Nie jestem naiwny, wiem, że te słowa to „wołanie na puszczy”. Antysemityzm był, jest i będzie się panoszył, ale kiedy tylko mam okazję, forsuję zasadę: - Człowieku! Posługuj się własnym mózgiem.



poniedziałek, 4 marca 2024

Diesenberg 1935

 

Twardy orzech do zgryzienia, albo ciąg dalszy paradoksu babci.

Pewnemu biednemu wynalazcy wreszcie się powiodło: - po wielu latach nieudanych prób skonstruował wehikuł czasu. A pora już była po temu najwyższa, ponieważ bank, od którego pożyczył pieniądze, stracił cierpliwość i zażądał natychmiastowej spłaty długu.

     Nasz bohater postanawia dopomóc szczęściu: - wsiada do wehikułu i niezwłocznie przenosi się o tydzień w przyszłość. Tam sprawdza jakie liczby padły w totolotku. Zapisuje wylosowane numery, sprawdza listę wygrywających na której nie ma jego nazwiska, wraca, wypełnia kupon i jak się można było spodziewać, przy najbliższym losowaniu wygrywa główną nagrodę.

Spłaca kredyt. Spada mu ciężki kamień z serca tak nagle, że ledwo zdążył cofnąć stopę. Ufff!

    Ta wygrana nie jest dla niego zaskoczeniem, atoli jedna rzecz zaczyna go gnębić – nie potrafi zrozumieć dlaczego obok wygranej z ubiegłego tygodnia nie było jego nazwiska.

I w tym miejscu pojawia się nasz sławny paradoks babci, wyjaśniany przez fizyków kwantowych za pomocą teorii wielu światów, czy też światów równoległych.

Klasycznym przykładem ilustrującym tę teorię jest tak zwany kot Schrödingera ze słynnego eksperymentu myślowego wiedeńskiego fizyka, laureata Nagrody Nobla, Erwina Schrödingera (1887-1961).

    Zadajemy pytanie - Czy zdarzało się, że człowiek został w jakiś niewyjaśniony sposób przeniesiony w inny okres czasowy, czy też w świat równoległy, po czym wrócił?

Zdarzało się i to wielokrotnie! Opisywałem między innymi relacje z Dziur w Czasie.

Jaki wpływ na ludzką psychikę miały takie zdarzenia?

Ogromny. Ludzie po takim zdarzeniu znajdowali się w szoku, byli psychicznie rozdarci, zmieszani i wstrząśnięci! Najczęściej potrzebowali pomocy psychiatry, żeby dojść ze sobą do ładu, a ich relacje uznawane były co najmniej za niewiarygodne.

Często nigdy już nie dochodzili ze sobą do ładu.

Zostawali uznawani za wariatów, albo wręcz sami się za takich uznawali. Człowiek bowiem jest z natury logiczny i jeśli czegoś w znany sobie sposób (posługując się zawężonym aparatem poznawczym indoktrynacji społecznej) nie potrafi wyjaśnić – wypiera sprawę ze świadomości, albo poddaje się mniemaniu ogółu, uznając: „normalny to ja nie jestem”.

 

Oto przypadek z 1969 roku, opisany w magazynie „Strange Magazine 2”:

   Mężczyzna o inicjałach L.C. podróżował w interesach ze swoim przyjacielem biznesmenem. Właśnie zjedli lunch w małej mieścinie Abberville w południowo-zachodniej Luizjanie. Wsiedli do samochodu i ruszyli autostradą 167 do pobliskiego miasta Lafayette. Rozmawiali o interesach. Działo się to 20 października 1969 roku około godziny 13.30.

Był piękny wczesnojesienny dzień, niebo bezchmurne, dość ciepłe powietrze, dlatego szyby samochodu były opuszczone.

      Na autostradzie nie było prawie ruchu. Po jakimś czasie zaczęli się zbliżać do wolno jadącego przed nimi starego samochodu ocenionego ogólnie mianem Oldtimer.

Kiedy zbliżyli się do tego reliktu przeszłości, skupili na nim uwagę całkowicie, ponieważ wyglądał, jakby dopiero co wyjechał z wystawy starych samochodów.

Z tyłu miał jaskrawopomarańczową tablicę rejestracyjną z wyraźnie wypisanym rokiem 1940. Było to nie tylko dziwne, ale i przypuszczalnie zabronione, chyba że samochód miał specjalne zezwolenie, na przykład z uwagi na uczestnictwo w rajdzie starych maszyn.

     L.C. i jego towarzysz nie mogli się powstrzymać od głośnych komentarzy, ponieważ akurat zwolnili jadąc równolegle z „zabytkiem” i zdumieni podziwiali jego stan jak „spod igły”. Czerwony lakier błyszczał nowością, jakby został położony wczoraj, olśniewała biel na bokach opon klasy Lux, a chromowane chrapy, szprychy, zderzaki, chłodnica, oraz inne metalowe części odbijały refleksy słońca. 

- Toż to istne cudeńko ! - zachwycił się L.C, gdy jego kolega wolniutko wyprzedzał opisywane cacko.

Podczas powolnego wyprzedzania, L.C. siedzący obok kierowcy zobaczył, że za kierownicą siedzi młoda kobieta ubrana w stylu lat 40. W roku 1969 kobieta w kapeluszu z długim kolorowym piórem i futrze – odstawała delikatnie mówiąc – od obowiązującej mody. Na siedzeniu obok kobiety stało (!) dziecko – mała dziewczynka, ubrana w płaszcz z kapturem. Okna tego samochodu były zamknięte, co także zdziwiło L.C. ponieważ było to nieprzystające do pogody.

     Gdy zrównali się z wyprzedzanym pojazdem, który został przez L.C rozpoznany jako Diesenberg 1935, ten przeraził się na widok wyrazu twarzy kobiety siedzącej za kierownicą. Była ona w wyraźnej panice. Przerażona i bliska płaczu wpatrywała się z napięciem w drogę przed sobą, oglądała się także do tyłu, tak jakby coś zgubiła, albo wyglądała ratunku.


L.C. krzyknął do kobiety, czy potrzebuje pomocy. Przytaknęła skinieniem głowy, spoglądając ze zdziwieniem w dół na ich samochód (stare samochody miały o wiele wyższe podwozia)

L.C. pokazał jej na migi, aby zjechała na pobocze i zatrzymała się. Musiał kilkakrotnie powtórzyć prośbę gestami i bezgłośnym poruszaniem warg, gdyż kobieta nie opuściła szyby w swoim samochodzie przez co miała wyraźne trudności ze zrozumieniem.

Kiedy wreszcie zobaczyli, że kobieta zjeżdża wolno na pobocze, wyprzedzili ją, również zjechali na pobocze i zatrzymali się. Kiedy wysiedli z samochodu i spojrzeli za siebie, ze zdumieniem stwierdzili, że Diesenberga nie ma!


Zniknął! - Zupełnie jakby rozpłynął się powietrzu!

Obaj biznesmeni stali z opadniętymi szczękami nie pojmując co się stało.

W tym momencie zatrzymał się obok nich inny samochód, a jego kierowca wypada i w podnieceniu powtarza pytanie: - Co to było!? Co to było? Co się stało z tym starym samochodem!?

Po chwili nieco ochłonął i opowiedział jak to wyglądało z jego strony.

Oto jechał w pewnej odległości za nimi i naraz zobaczył, jak się zrównują ze starym samochodem. Ponieważ oba pojazdy jechały w żółwim tempie, musiał zwolnić. Oczekiwał, że współczesny samochód wyprzedzi starego grata, a chwilowo współcześni pewnie rugają zawalidrogę.

    Potem oba pojazdy zaczęły zjeżdżać na pobocze, a on był coraz bliżej. Na moment auto na wysokim podwoziu zasłoniło mu współczesny samochód, po czym nagle zniknęło bez śladu!

Na poboczu zobaczył tylko jeden samochód. Zdezorientowany podjechał zatrzymując swój pojazd i wysiadł, aby dowiedzieć się co to było?!

Trzej mężczyźni przez godzinę kręcili się po najbliższej okolicy, potem opowiadali sobie nawzajem o tym, co widzieli. Ten drugi kierowca pochodził z innego stanu i upierał się żeby powiadomić policję. L.C i jego kolega nie chcieli słyszeć o policji, nie chcieli dziennikarzy i rozgłosu obawiając się utraty wiarygodności w oczach klientów. Wreszcie wymienili się adresami i przez wiele lat pozostawali w kontakcie, tylko po to, aby utwierdzić się w przekonaniu, że dziwne zdarzenie, którego byli świadkami, zdarzyło się naprawdę.

 

poniedziałek, 13 listopada 2023

Kosmologia Kadir Chana.

 


Wszechświat powstał około piętnastu miliardów lat temu i zaczął od niemal absolutnej prostoty. Od tej pory zmierza ku coraz większej złożoności. Ruch od prostoty do złożoności jest spleciony z siecią i osnową Wszechświata i nazywa się Tendencją ku Złożoności. Ludzie, ptaki, drzewa, gwiazdy i galaktyki są owocem tej złożoności.

                        

                             Bóg, dobro i zło.

Ostateczna, Finalna Złożoność – punkt do którego zmierzają zdarzenia jest to, lub kto, kogo nazwiemy Bogiem.

Więc wszystko co sprzyja, ułatwia lub przyspiesza kierunek do większej złożoności, czyli do Boga, jest dobrem.

A wszystko inne, przeciwne, jest złem.

Jeśli chcemy poznać, co jest dobrem, a co złem, (chcemy coś zrobić i przedtem rozpoznać czy to dobre czy niedobre) zadajmy sobie pytanie: - Co by się stało, gdyby wszyscy tak postępowali? Czy w naszym wycinku Wszechświata to by pomogło w postępie, czy go wstrzymało?

Odpowiedź da nam pogląd, czy jest to dobro, czy zło. Co ważniejsze, dowiemy się, dlaczego jest to dobre lub złe.

Czasami konieczność nakazuje, by uczynić zło z dobrych pobudek. Ważne jest wtedy upewnienie się, że pobudki są dobre i że przyznajemy się do popełnienia zła i nie będziemy się okłamywać, że to, co uczyniliśmy jest dobre.

        

                         Rzeczy martwe i żywe

Wydaje się, że na świecie istnieją twory martwe, na przykład kamienie i żywe – drzewa, ryby, ludzie. Ponieważ jednak wszystko zbudowane jest z tych samych cząstek, należy stwierdzić, że życie jest właściwością wszystkich istnień.

Każdy atom Wszechświata ma pewną charakterystyczną cechę – jest nią życie. Im bardziej złożoną postać przybierają atomy składające się na daną rzecz, tym bardziej złożony jest wyraz tej cechy pod nazwą życie.

Kamień to bardzo prosty układ atomów, więc życie kamienia jest także niezwykle proste. Ono jest tak proste, że nie potrafimy go dostrzec. Robak to już bardzo złożony układ atomów, więc jego życie jest oczywiste.

  

                                 Światło

 Życie i wszystkie inne cechy charakterystyczne istnień we Wszechświecie, jak świadomość, wolna wola,  miłość i tendencja ku złożoności, pojawiły się dzięki światłu. Dzięki światłu na Początku Czasu jaki znamy.

Na Początku Czasu pojawił się Punkt Osobliwości. Było w nim bezgranicznie gorąco i panowało bezgraniczne skupienie. Jednak punkt ten nie zajmował przestrzeni i nie było w nim czasu.

Ten punkt to kocioł wrzącej energii światła. Coś spowodowało jego rozdęcie – na razie nie wiemy co to było – i z tego światła powstały wszystkie cząsteczki i atomy, a także przestrzeń, czas i inne znane nam siły. Na początku Wszechświata to światło dało każdej cząsteczce zestaw cech charakterystycznych, a gdy te cząstki scaliły się w bardziej złożone twory, owe cechy zaczęły się ujawniać także w coraz bardziej złożonej postaci. Taki jest związek między świadomością i materią. Wszystko żyje, ma świadomość i duszę. Trzeba tylko pamiętać, że struktury bywają proste i złożone.

----------------------------------

PS. Pisałem kiedyś, co miał odwagę wyartykułować jeden z laureatów Nagrody Nobla z fizyki bodajże: - To co powiem, wyda się wielu obrazoburcze, ale nawet to krzesło, na którym siedzę, ma duszę.

To po pierwsze primo. A jako że od wczoraj trzymamy się światła i nie ma przypadków, wypunktuję, że po drugie primo 13 listopada 2023 roku usłyszeliśmy w Warszawie inne ważne słowa: - „W Polsce zaświeciło dziś potężne światło nadziei”.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

Piękny umysł Edward Witten

Edward Witten z Institute Advanced Study w Princetown w stanie New Jersey, należy do najważniejszych postaci fizyki teoretycznej. Witten jest przywódcą nieformalnego zespołu, oraz najbardziej błyskotliwym fizykiem wszystkich energii, wytyczającym nowe drogi w fizyce, tak jak Picasso robił to w sztuce.

        Setki fizyków podążają z religijną ufnością jego śladem, aby znaleźć się w blasku nowatorskich idei. Samuel Treiman, kolega Wittena z Princetown, mówi: - „On bije na głowę całą resztę, skierował wielu na nowe ścieżki. Tworzy eleganckie, zapierające dech w piersiach dowody, na które naukowcy patrzą z podziwem i uwielbieniem. Nie powinniśmy zbyt pochopnie nadużywać porównania z Einsteinem, ale jeśli chodzi o Wittena …..”.

       Witten wychował się w rodzinie fizyków. Jego ojciec Leonard Witten, profesor fizyki na Uniwersytecie Stanu Cincinnati i wielki autorytet w dziedzinie ogólnej teorii względności Einsteina, twierdzi, że jego największym wkładem w rozwój fizyki jest syn.

Edward nie przypomina innych fizyków. Większość z nich rozpoczęła bowiem swój romans z fizyką wcześnie (w szkole średniej, czy nawet podstawowej). Tymczasem Witten podejmując studia na Uniwersytecie Brandeisa, wybrał historię jako główny przedmiot i wykazywał olbrzymie zainteresowanie lingwistyką. Po ukończeniu studiów w 1971 roku, zaangażował się w kampanię prezydencką George’a McGoverna i jednocześnie kończył studia doktoranckie. Publikował artykuły polityczne wyznając opinie, że najinteligentniejszym człowiekiem jest liberalny demokrata.

       Po przygodzie wyborczej zdecydował, że jego powołaniem jest jednak fizyka, na którą rzucił się z pasją. Został doktorantem w Princetown, uczył w Harvardzie, a w wieku 28 lat zdobył samodzielną profesurę w Princetown. Otrzymał prestiżowe stypendium McArtura (czasem zwane nagrodą dla geniuszy). Tylko uboczne rezultaty jego pracy wpłynęły głęboko na matematykę. W 1990 roku został odznaczony Medalem Fieldsa, który cieszy się równie wielkim uznaniem wśród matematyków, jak Nagroda Nobla wśród innych dziedzin nauki.

       Większość czasu Witten spędza siedząc i patrząc przez okno. W tym czasie, wyłącznie w głowie manipuluje wzorami matematycznymi, tworząc rozlegle szeregi równań.

Jego żona mówi: - „On zawsze wykonuje wszystkie obliczenia w głowie, ja muszę zapełnić wiele stron, zanim zrozumiem, co robię. Edward siada do obliczeń wyłącznie wtedy, gdy potrzebuje ustalić znak wyrażenia albo czynnik dwa”.

Żoną Wittena jest Chiara Nappi, również fizyk teoretyk z Princetown.

    Bohater artykułu twierdzi: - „Większość ludzi, którzy nie studiowali fizyki myśli zapewne, że nasza praca polega na niesamowicie skomplikowanych obliczeniach, ale się mylą, bo nie to stanowi jej esencję. Istotą tej pracy są koncepcje i chęć zrozumienia zasad rządzących światem”.

   To pomysłem Wittena była teoria superstrun, teoria ambitna i śmiała, która wywołała sensację, ponieważ potrafiła zjednoczyć teorię grawitacji Einsteina z teorią kwantową. Kiedy Witten zorientował się, że grawitacja wynika z teorii superstrun jedynie na podstawie  wymagań dla spójności, jak wspomina - „był to największy dreszcz intelektualny jego życia”. Teoria strun wymusza  istnienie grawitacji.

    Witten posuwa się nawet do stwierdzenia, że „wszystkie naprawdę wielkie idee w fizyce” są odgałęzieniami teorii superstrun. Ma przez to na myśli, że wszystkie wielkie dokonania w fizyce teoretycznej zawierają się w teorii superstrun. 

Dalej twierdzi, że odkrycie ogólnej teorii względności Einsteina, zanim odkryto teorię superstrun było „niezwykłym i niewyjaśnionym wypadkiem przy pracy” w historii Ziemi. Uważa, że gdzieś w przestrzeni kosmicznej inne cywilizacje mogły odkryć najpierw teorię superstrun i dopiero z niej wyprowadzić ogólną teorię względności - tak byłoby „bardziej prawidłowo, tudzież po kolei”.

Witten wniósł tu nowy powiew – postawił przed sobą zadanie znalezienia źródeł teorii superstrun, czyli w efekcie końcowym wyjaśnienie zagadki powstania Wszechświata. Siłą i unikatowością tego pomysłu, jest niezwykła geometria: - struny mogą drgać spójnie tylko w dziesięciu lub dwudziestu sześciu wymiarach. 

 

 

 

    

czwartek, 15 grudnia 2022

Myśli przy układaniu drewna

 

Aby zrozumieć, jak się rzeczy mają, potrzebna jest odpowiednia perspektywa.

"Nie zobaczysz bowiem wzorów na perskim dywanie, jeśli tkwisz w nim nosem" – Nassim Haramein (fizyk kwantowy).

Na przykład wraz z upływem lat, okazuje się, że Albert Einstein zasługuje na więcej niż jedną Nagrodę Nobla. Jak to bywa u geniuszy, wyprzedził on swoją epokę o całe dziesięciolecia. Dopiero dziś wiele z jego idei obleka się w ciało.

Czy był doceniany?

Był. Na przykład przez Washington Post, który po jego śmierci w roku 1955 zamieścił rysunek Ziemi widzianej z kosmosu, a na niej umieścił napis widoczny poniżej.


Faktem jest, że to dzięki okruchom z talerza
Einsteina inni uczeni zdobywają i będą zdobywać swoje Nagrody Nobla.

Trzeba jednak pamiętać, że Einsteina jednocześnie niszczono. Był niszczony przez zazdrosnych kolegów naukowców, przez Beocjan, antysemitów, zwykłych frustratów, tudzież ludzi tylko podłych, którzy czekają na okazję, aby kogoś ukąsać.

Teraz używamy nowoczesnego słowa hejt, na określenie zachowania pospolitego łachudry.

Tak samo, jak nie "powinno się" nazywać pijaka pijakiem, bo on się weźmie i obrazi.

Otworzyłem archiwum zdjęciowe, a w nim folder „Dom na Górze”. To był marzec roku 2017, zaraz po śmierci Jana Gabriela. 

Bożenkę, partnerkę Jana, związaną z nim na dobre i niedobre, opuściły siły, wydawało się, że tylko chwilowo. Jeszcze zrobiła napitek dla gościa i siebie. Jeszcze upichciła podpłomyki.




 A po trzech miesiącach dołączyła do Jana. 

A ja? Podwoziłem drewno taczką, waliłem młotkiem w klin, układałem kawałki przed domem, za nim i z boku także. I myślałem niespiesznie o tym i owym, a teraz oglądam ten zatrzymany czas na zdjęciach i to niesamowite, ale każda myśl z czasu owego mi się przypomina.












Wszystko mija.

I takie właśnie niezbyt długie wynurzenia przyszły mi do głowy, kiedy zasiadłem dziś do pisania przedostatniego w tym roku wpisu.

Nie ma się co smucić, że na przykład kogoś mogą powołać do wojska, potem na front i zginie człowiek. I tak wszyscy kiedyś, każdy w swoim czasie, spotkamy się na Niebieskich Połoninach. Jedna rzecz jest na tym świecie pewna – jest nią śmierć. Bo podatki niektórzy potrafią jednak ominąć. Nie tak jest?

I nie wymiękać, a za to pamiętać koniecznie, jakie motto mają tak zwani rządziciele: - „Na tłum najsilniej działa strach”.

Więc alleluja i do przodu!

czwartek, 21 października 2021

Wszystko jest liczbą

 Żydzi. Stanowią maleńki ułamek procenta ludzkości (1,5  - może 2 %), a przodują w paru istotnych dziedzinach. I tu pojawia się pytanie, od którego często zaczynałem spotkania z inwestorami giełdowymi:

„- Skoro wiemy, że większość laureatów Nagrody Nobla to Żydzi, tudzież wymieniona nacja kontroluje całość przepływu światowego pieniądza, więc rządzi również rynkami finansowymi, to czy należy ich uznać za mądrych, czy okazywać pogardę? Bo po co przyszliście na to szkolenie? Żeby zarobić? Odrzućmy więc antysemityzm, którym Polacy zostali nasączeni, darujmy sobie szukanie wroga i spróbujmy uczyć się od tych, którzy wiedzą w czym rzecz. Otóż wszystko jest liczbą, więc także słowa mają wartość liczbową”.

Dziś kolejny, krótki urywek z książki polskiej Noblistki.

„I przypomniałem im, że w starym języku słowo światło i tajemnica mają tę samą wartość liczbową – 207.

Patrzcie, mówiłem im: wszystkie księgi, które studiowaliśmy były o świetle: Księga Jasności, Szare Ora to Bramy Światła, Meor Enajim – Światło oczu i w końcu Sefer ha-Zohar – Księga Blasku. Ciągle studiowaliśmy światło.

To studiowanie odkryło nam, że ogromne ciało materii i jej praw nie jest meciut – rzeczywiste, i takoż wszystkie jej kształty i przejawy, jej nieskończone formy, jej prawa i nawyki. Prawdą świata jest nie materia, lecz wibracja iskier światła, to nieustanne migotanie, które znajduje się w każdej rzeczy.

 

 

 

Pomnijcie to, za czym szliśmy, rzekłem im. Wszystkie religie, prawa, księgi i stare zwyczaje już minęły i zwietrzały.

Ten, kto czyta te stare księgi, przestrzega tych praw i zwyczajów, to jakby ciągle głowę do tyłu trzymał, a musiał iść do przodu. Dlatego będzie się potykał i w końcu upadnie, ponieważ wszystko, co było, przychodziło ze strony śmierci.

Człowiek mądry zaś będzie patrzył do przodu, przed siebie, poprzez śmierć, jakby była tylko muślinową zasłoną. I stanie po stronie życia.

I pod tym się podpisuję – ja, Nachman Samuel ben Lewi z Buska, czyli Piotr Jakubowski”.

Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk

Czyż powyższy urywek nie przypomina odwiecznych słów, że wszystko jest energią, światłem? A kto się nie zmienia, (ma głowę w przeszłości, czyli odwróconą do tyłu) potyka się co i rusz, bo trwa w stagnacji, a stagnacja to śmierć?

Co powtarza Czerwona Królowa? -  Nie zatrzymuj się, nie stawaj, bo przegrasz. Zmieniaj się.

Osho mówił; – Nie zmienia się tylko martwy lub głupi. Jeśli nie zmieniasz poglądów, stajesz się zatęchłą sadzawką.

I w końcu słowa sprzed dwóch tysięcy lat: Marek Aureliusz: - Wszystko jest nawzajem powiązane, a węzeł to święty. Boże, daj mi pogodę ducha - abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagę  - abym zmieniał to, co zmienić mogę i mądrość  - abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego. 

Jakiś czas temu pisałem o "tajemnicy liczby 23". Poniżej aktualna ciekawostka.


 

 

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Wyprawa Kon-Tiki

Finisz.
To słowo jak co roku oznacza bliski wyjazd autora bloga.
Zaniedługo przestanę pisać aż do jesieni.
Wiosna się budzi, a wraz z nią dusza podróżnika rwie się w świat.
Nadszedł ostatni tydzień pisania przed wakacjami.

Od jakiegoś czasu nastrajałem się do posta o wyprawie Thora Heyerdahla na tratwie Kon–Tiki.

Chodzi głównie o wątek religijny umieszczony na końcu wpisu.

Za film dokumentalny o wyprawie Thor dostał Nobla, napisał także książkę, jednak wcześniej były same przeszkody:
- Brak kasy na sfinansowanie wyprawy i ogólna już nie tylko niewiara świata nauki w sens przedsięwzięcia, ale pracowicie forsowany obraz Heyerdahla jako wariata.
           O cóż bowiem chodziło?
Heyerdahl chciał udowodnić, że jest możliwe jak w legendzie o bogu Tiki, przepłynięcie pięciu tysięcy mil morskich z Peru do wysp Polinezji na tratwie zbudowanej z drewna balsa.
Przepłynięcie na tratwie, która zdana jest wyłącznie na prądy morskie i wiatr wiejący w żagiel.
Oczywiście prądy i wiatr muszą być sprzyjające.

Gdyby wyprawa się udała, Thor udowodni, że Polinezja została zaludniona od strony Peru, a nie z Azji.
Wielkie wyzwanie.
       Heyerdahl mówił: - "Jeśli Tiki przepłynął do Polinezji na tratwie z balsa, ja także przepłynę".
Tratwę budował według prastarych wzorów – jedne pnie wzdłuż, drugie w poprzek, nie zwracając uwagi na opinię producenta drewna balsa.
        Ów wyrokował: - wymiary tratwy są śmieszne, a po przebyciu jednej czwartej planowanej trasy, bale nasiąkną wodą i zatoną.
Wszystko to brzmiało dość nieprzyjemnie.
Czytelników odsyłam do książki i do filmu.
Tu jedynie kilka zdjęć z tej niepowtarzalnej podróży z 1947 roku.
Tratwa Kon -Tiki opuszcza Peru. Podróż ma trwać około stu dni.




Jednym z członków załogi jest papuga. Na zdjęciu moment tuż przed atakiem rekina. Niepowtarzalna akcja.
Równie frapujące są ujęcia z wizyty rekina wielorybiego.

Po pięciu tysiącach mil tratwa zanurzona jest już nieco głębiej, bo spodnie bale nasiąkły wodą. Ekspedycja dopływa do atolu. Przed nim kipiel na ostrych jak brzytwa rafach koralowych.


Tu ciekawostka dla giełdowych graczy – następuje liczenie fal.
Trzynasta fala jest zwykle największa. (Trzynasta świeca dzienna?)
Załoganci liczą fale, tratwa rozbija się, ale na tej trzynastej fali jakoś mija rafę.
Lądowanie.




Pojawiają się tubylcy. Cywilizowani tubylcy. Od kilkuset lat zajmują się nimi misjonarze, którzy mącą im w głowach, tłumacząc, że legenda o bogu Tiki jest tylko legendą, że trzeba wierzyć w jedynie słuszną religię....
Tubylcy biorą od stuleci pranie mózgu, więc już wątpią w swe dawne przekazy.
A tu naraz zjawia się człowiek, który w jednej chwili unicestwił kilkaset lat pracy misjonarzy.
Tubylcy zabierają sześciu białych podróżników do wioski.
A w wiosce przygotowują Wielkie Święto.
Tu oddajmy głos Heyerdahlowi:

„Brązowi ludzie są w widoczny sposób poruszeni naszym przybyciem. Tupuhoe powiedział, że jego ojciec i dziad, i dalsi przodkowie opowiadali o Tiki i o tym, że Tiki był ich pierwszym wodzem, który teraz jest w niebie.
Lecz wtedy przybyli biali i zaczęli nauczać, iż tradycje ich przodków są kłamstwem.
Tiki nigdy nie istniał.
Nie był on wcale w niebie, gdyż tam przebywał Jehowa. Tiki był pogańskim bogiem i nie trzeba już więcej w niego wierzyć.
Lecz teraz nas sześciu przybyło zza morza w pae–pae.
Jesteśmy pierwszymi białymi, którzy przyznali, że ich ojcowie mówili prawdę. Tiki żył, istniał naprawdę, lecz umarł i jest teraz w niebie.

Przerażony myślą, że zniweczyłem pracę misjonarzy, zacząłem wyjaśniać, że Tiki wprawdzie istniał, wiadomo też, że teraz już nie żyje, lecz czy on jest w niebie, czy w piekle, o tym wie tylko Jehowa, który jest w niebie.
Tiki był zwykłym, śmiertelnym człowiekiem, lecz był zarazem wielkim wodzem, jak Teka i Tupuhoe.
Może nawet jeszcze większym.
Wywołało to zadowolenie brązowych ludzi. Kiwali głowami i pomrukiwali, co wskazywało, że wyjaśnienie padło na dobrą glebę.
Tiki istniał – to było najważniejsze.
Jeżeli znajdował się on teraz w piekle, nikt z tego powodu nie cierpiał, oprócz niego samego.
Zwiększało to tylko szanse ujrzenia go jeszcze w przyszłości, jak zauważył Tupuhoe.
Trzej starzy ludzie przepchnęli się naprzód do nas chcąc uścisnąć nam ręce. Nie było wątpliwości, że to oni kultywowali wśród ludności pamięć o Tiki zwłaszcza że jak powiedział wódz, jeden z nich zna olbrzymią ilość legend i ballad historycznych z czasów przodków”.....