środa, 12 marca 2014

Trzy świece




Babcia nigdy tych świec nie zapalała, lecz upierała się, że one płoną, lecz ten ogień jest niewidzialny dla naszych oczu, a płomień jest bardziej gorący od zwykłego.



Zawsze kochałem Boże Narodzenie, choć nie przepadałem za dniami, kiedy trzeba było zapomnieć o wszystkim oprócz sprzątania, gotowania.....Nasi rodzice pilnowali, byśmy od małego (jest nas czwórka - ja, Monika, Tomek i Maciek) brali udział w przygotowaniach.
    Nawet jeśli miało to być próbowanie ciasta, czy wieszanie bombek na najniższych gałązkach choinki.

Dzień przed Wigilią przyjeżdżała babcia Helena. W jakiś dziwny sposób chwila, gdy wchodziła w drzwi domu, oznaczała początek świąt. Nie pierwsza gwiazdka na niebie, ale pierwszy uśmiech babci Heleny.

Babcia była strażniczką wszystkich tradycji, w tym tradycji ze świecami, której w żadnej innej rodzinie nie kultywowano.
Zawsze robiła góralskie wigilijne potrawy - fizioły ze śliwkami, grzybową maczankę, kwaśnicę. A wszystko pyszne, palce lizać!
    Ona uczyła nas góralskich kolęd i pilnowała, byśmy je śpiewali, zanim nadejdzie czas prezentów. I opowiadała nam cudne historie, które w świetle choinkowych lampek dostawały wymiaru znacznie głębszego i barwniejszego niż oglądane filmy.
Najważniejszą jednak chwilą było, kiedy babcia Helena wykonywała swój rytuał ze świecami. Ten rytuał, wykonywany przez babcię, uznawaliśmy za część świątecznych obrządków.
     Babcia otwierała drewniane pudełko i wyjmowała z niego trzy świece, które ustawiała na środku stołu, a my podchodziliśmy wtedy, żeby - podzielić się opłatkiem.

      - Ta dla Anioła Wiary - mówiła babcia stawiając białą świecę.
      - Ta dla Anioła Nadziei - mówiła przy zielonej.
      - Ta dla Anioła Miłości - i drżącą ręką stawiała żółtą.
       
 


Dziś te trzy anioły zasiadają przy naszym stole, darząc nas błogosławieństwem i pilnując, by przez cały następny rok nic złego nam się nie stało......

Rodzice byli poważni, babcia wzruszona, my przejęci. Jako mały chłopiec niemal czułem dotyk niewidzialnych, anielskich skrzydeł.

Kiedyś Tomek spytał, dlaczego nie zapalamy tych świec.

     - One się palą - odparła babcia, - palą się anielskim niewidzialnym dla naszych oczu płomieniem. Ten płomień jest bardziej gorący od zwykłego i dlatego sięga naszych dusz, ogrzewając je wiarą, nadzieją i miłością.

Świece stały na stole przez całe święta, a na koniec babcia zbierała je i wkładała do pudełka, gdzie czekały na następną wigilię.
    Mijały lata, my dorastaliśmy, a magia świąt pozostawała, biorąc swe źródło w babci Helenie i trzech aniołach przy naszym stole. Chociaż.....tak jak kropla drąży skałę, a rdza wgryza się w metal, tak świat zewnętrzny zaczął wdzierać się i w ten obszar naszego życia.
Nie byliśmy już małymi dziećmi, patrzyliśmy na dorosłych podejrzliwie. Wiedza wypierała wiarę. Zaczęliśmy wątpić.
    Nadeszła wigilia 2010 roku.

Byliśmy już po kolacji, siedzieliśmy w paradnym pokoju, a ja zerkałem niecierpliwie pod choinkę, gdzie prawdopodobnie leżała moja nowa komórka. I wtedy Tomek spytał:
   - Babciu, zawsze stawiasz na stole te trzy świece. Ale to przecież żadna ogólna tradycja, nikt inny tego nie robi, w żadnej rodzinie. Tylko ty tak robisz, dlaczego?

Rodzice przerwali rozmowę i spojrzeli na babcię z wyczekiwaniem.
    - Może już czas - powiedział tata - mama nigdy nie opowiedziała dzieciom tej historii.
    - No właśnie - dodał najmłodszy Maciek - to pewnie jak z tym świętym Mikołajem, co to go naprawdę nie ma. W głosie Maćka była pretensja, bo prawda o Mikołaju objawiła mu się dwa lata wcześniej i do tej pory nie mógł sobie z tym poradzić.
Babcia pokiwała głową, jakby dyskutowała z kimś niewidzialnym.
     - Dobrze, myślę, że już czas.
Wstała, podeszła do stołu i wzięła świece. Usiadła z nimi w fotelu, świece położyła na podołku, po czym wskazała na białą.

                Anioł Wiary stanął na mojej drodze jako pierwszy.

 - Było to dawno temu. Jako młoda nauczycielka przyjechałam w góry, aby uczyć w szkole podstawowej. Zamieszkałam u gaździny, tuż za wioską. Gaździna miała syna, który okoliczne góry znał, jak własną kieszeń. Późnie pracowała jako przewodnik turystów, a także szukał ich, gdy się pogubili.
    - Dziadek Borys? - spytałem.
Nie znaliśmy dziadka, zmarł, kiedy Tomek miał cztery lata, a Maciek się jeszcze nie urodził.
O dziadku dużo słyszeliśmy. Babcia się uśmiechnęła.
    - Tak, dziadek Borys. Ale na początku wcale nie sądziłam, że będzie moim mężem. Niezbyt się lubiliśmy. On uważał, że jako miastowa nauczycielka mam fiu bździu w głowie, a ja uważałam, że on jest ciemnym góralem. Ciągle się sprzeczaliśmy, wbijaliśmy sobie szpilki......
    - Kto się czubi, ten się lubi - mruknęła mama z uśmiechem.
    - Na to wygląda - stwierdziła babcia.
W grudniu przed świętami znów się pokłóciliśmy. Uparłam się, że skoro on mnie obraża, to nie spędzę świąt z jego rodziną, tylko zrobię swoje własne. Potrzebowałam choinki.
Wyruszyła więc do lasu, aby znaleźć jakąś niedużą. Szłam i szłam, ale wszystkie choinki wydawały mi się zbyt duże.
Trudno byłoby taką przytargać do domu. Robiło się coraz zimniej i zaczął padać gęsty śnieg.
Zrozumiałam, że złość zapędziła mnie w kozi róg. Lasu nie znałam i zgubiłam drogę. Robiło się ciemno i straszno. Traciłam siły…..
Wiedziałam, że nie wolno mi usiąść, bo zasnę i się już nigdy nie obudzę. Modliłam się do Anioła Stróża, by mnie uratował.
     I wtedy między drzewami zobaczyłam małe światełko. Ruszyłam w tamtym kierunku. Szłam i szłam, sił ubywało, a światełko jakby zmieniało kierunek, prowadząc mnie przez las…….W głębi serca chwyciłam się myśli, że to światełko mnie uratuje.
I w pewnej chwili wyszłam na małą polankę, na kt…órej stał szałas wędrowców. Słyszałam o nich – kiedyś górale budowali je w pewnych miejscach jako schronienie dla ludzi, którzy muszą przeczekać w lesie noc, czy złą pogodę.
     W szałasie w skrzyni znalazłam koc…..
Babcia przerwała, zamyśliła się.

Maciek nie wytrzymał, złapał babcię za rękę.
    - Co było dalej, babciu?!

- Ach…No tak…- westchnęła i mówiła dalej:
- Czułam, że to anioł którego wzywałam, doprowadził mnie w to miejsce. Owinęłam się kocem i siedziałam w kucki szczękając zębami. Czekałam. Na kogo? Na co?
Nie wiedziałam do chwili, gdy drzwi się otworzyły i do środka wszedł człowiek, cały w śniegu.
   - „Kiedyś mnie przyprawisz o śmierć, kobieto!” – burknęła postać, a ja wtedy rozpoznałam Borysa.
Matka mu powiedziała, że złoszcząc się poszłam do lasu po choinkę. Poszedł za mną, szukał mnie, aż wreszcie postanowił zajść do szałasu. Przeczuwał, że może mnie tu znaleźć.
Babcia dotknęła białej świecy.
- Święta spędziłam z rodziną Borysa. Na stole postawiłam tę świecę, dla anioła wiary, w podziękowaniu, że wysłuchał mojej modlitwy, i z prośbą, by chronił mnie i moich bliskich. I tak robię każdego roku.

- a zielona świeca? – zapytał Maciek.

Babcia wzięła do starej dłoni zieloną świecę.

        Anioł Nadziei stanął na mojej drodze jako drugi.
   
- Też była zima. Pięć lat później. Połowa grudnia. Byłam w dziewiątym miesiącu ciąży, miała się urodzić wasza mama.
Babcia i mama popatrzyły na siebie z miłością.
    - Miałam wyznaczony termin porodu na początek stycznia, ale Hania się śpieszyła. Wieczorem dostałam bólów. Borys pobiegł do szkoły i zadzwonił do sąsiedniego miasteczka po lekarza. Wtedy komórek nie było – pokiwała głową.
    - Co za beznadzieja – mruknął pod nosem Maciek, ale Monika kopnęła go w goleń, żeby się zamknął.

- Jednak zanim lekarz dojechał, zerwała się śnieżyca. A ja zaczęłam rodzić. W wiosce była akuszerka, przybiegła na wezwanie i razem z teściową próbowała odebrać poród, ale dziecko ustawiło się pośladkami….
Czekaliśmy na lekarza, jak na zbawienie, lecz za oknem zawieja, ciemno, choć oko wykol….Borys siedział przy mnie, trzymał za rękę. Słyszałam, jak mówił: -„Nie odpuszczaj, nie rezygnuj, wszystko będzie dobrze, Bóg nas nie opuści. Pamiętasz naszego anioła? Po co by nas spiknął, gdyby teraz miała nie pomóc?
Wierz i miej nadzieję….”.
     Odpływałam, ale te słowa były jakby liną, która trzymała mnie po tej stronie. W końcu lekarz się pojawił.
Ledwo się rozebrał, już umył ręce usiadł przede mną i zaczął ustawiać dziecko. I cały czas gadał – babcia naśladowała niski głos lekarza: - „Pogubiłem drogę w tej zawiei….No, gdzie ta nóżka….Samochód buksował, dzięki Bogu, że to ruski łazik, inne padłyby na amen. I nagle słyszę dzwonki sań…..O, teraz się obracamy, bardzo ładnie…..No więc, jakim cudem słyszę te dzwonki, skoro silnik wyje, wiatr duje? Ale słyszę, więc myślę sobie, skoro sanie jadą, znaczy jest droga, nasłuchuję, po lewo dzwonią, to skręcam kołami, dodaję gazu i wyjeżdżam….No, pani nauczycielko, przemy, przemy…..I tak dojechałem za tymi dzwonkami do was.
Podziękujcie sąsiadowi, co to saniami jechał….O, witamy śliczną dziewczynkę na tym świecie, witamy….”
      Mama urodziła się zdrowa. Dziadkowie wypytywali potem sąsiadów, ale nikt wtedy nosa z domu nie wychylił. Więc babcia i dziadek już wiedzieli, kto im pomógł w nieszczęściu.
Tak oto w najbliższą Wigilię obok białej świecy stanęła zielona.
     - Zieleń to kolor nadziei – wyjaśniła babcia, zarumieniona od wspomnień.

- A żółta, złota, ta świeca Miłości? – szepnął Maciek.

        Jako trzeci stanął na mojej drodze Anioł Miłości.

- Z waszym dziadkiem przeżyliśmy razem trzydzieści lat, o wiele za mało. Nie byłam przygotowana na jego śmierć. Kochałam go i bez niego nie chciałam żyć. Wszystko straciło kolor, blask i znaczenie. A zwłaszcza święta. Nie pamiętacie tego, bo byliście mali. Wtedy wasi rodzice przyjechali do mnie na święta, bo powiedziałam, że ja nigdzie nie jadę, nikogo nie chcę widzieć.
      Przygotowali wszystko – choinkę, potrawy. A ja siedziałam w sypialni. Nie chciałam jeść, pić, nie chciałam na was patrzeć. Chciałam umrzeć.
Słyszałam za drzwiami rozmowy moich dzieci, krzyki i śmiech wnucząt….Siedziałam przed ciemnym oknem, za którym sypał śnieg. Na kolanach miałam pudełko i dwie świece…..
      I wtedy w szybie zobaczyłam waszego dziadka – silnego, wysokiego, w baranim kożuchu. Powiedział: - „Bóg napełnił cię oceanem miłości nie po to, byś obdarzała nią tylko jednego człowieka. Cały świat potrzebuje twojej miłości, a przede wszystkim twoja rodzina. Gdy przyjdzie czas, spotkamy się, ale to nie dziś. Nie jutro. Pewnego dnia. Obiecuję”.
A wasz dziadek zawsze spełniał obietnice. Więc…..- babcia zamilkła, a po jej policzku spłynęła łza.
     - I babcia wyszła z sypialni – powiedziała cicho mama.
- Babcia wyszła z sypialni i podeszła do wigilijnego stołu. Na nim postawiła najpierw białą świecę, potem zieloną, a na końcu złotą, dla anioła miłości.
    Babcia potwierdziła słowa mamy skinieniem głowy, podniosła się z fotela i odstawiła świece na stół.
    - Fajne opowieści – powiedział Maciek – i fajne symbole.
    - Fajne? – babcia spojrzała na niego spod oka – Prawdziwe.
    - Jasne. Ale bez tej anielskiej części. Po prostu przypadek i tyle. A to znaczy, że nie ma niewidzialnego ognia – zakończył Maciek z żalem swój wywód.
     - Jest niewidzialny ogień – odparła babcia.
     - Nie ma – upierał się Maciek.
     - Dość – powiedziała mama – ubierajcie się, idziemy na pasterkę.
Kiedy wychodziłem z pokoju, obejrzałem się jeszcze – na stole, w blasku choinkowych lampek, stały trzy smukłe świece. Babcia nie szła z nami, chciała zostać sama.
Mnie opowieści babci bardzo się podobały, ale jak i Maciek, wierzyłem jedynie w ich realną część.
    Do domu wróciliśmy półtorej godziny później. Rozbawieni weszliśmy do pokoju i stanęliśmy jak wryci. W pomieszczeniu unosił się silny zapach stearyny, na stole stały stopione resztki trzech świec……
    Tej nocy babcia była z nami po raz ostatni.
Nad ranem dołączyła do dziadka Borysa.

Ameryka

Młody. Młoda....
fascynuje Ciebie ten świat?

Stasiek Wielanek. Warszawa Praga. Stary facet. Czyli swoje przeszedł. Mógł poczuć bluesa. Posłuchaj: -

Opowiedzcie mi panowie,
Niech się raz nareszcie dowiem,
Co to jest to słynne U.S.A.?
Tam ma ciotka dwa miliony,
Tam mieć możesz cztery żony,
I to wcale nie jest złe, oh good.
Ach byczy ten kraj
Siuksowie bye, bye,
Dolary aj, aj
Ou money aj, aj
Daj boże mi daj, daj, daj, daj
/To jest Ameryka
To słynne U.S.A.
To jest kochany kraj
Na ziemi raj./bis
Gdy podrapać ci się trzeba
Masz pod ręką drapacz nieba
Nad drapaczem drapacz mnoży się
No i widzisz to i owo
Żywy kowboy z kowboyową
Na mustangach grają, w remibrydż
Ach byczy ten kraj,
Siuksowie bye, bye
Dolary aj, aj
Ou money aj, aj
Daj boże mi daj, daj, daj, daj
/To jest Ameryka
To słynne U.S.A.
To jest kochany kraj
Na ziemi raj./bis
W dzikiej prerii zbierasz grzyby
A w Niagarze łowisz ryby
Za dolary dwieście moczysz kij
W U.S., U.S. jak się żyje
Co się je i co się pije
whisky szykiem zawojował kraj
Ach byczy ten kraj,
Siuksowie bye, bye
Dolary aj, aj
Ou money aj, aj
Daj boże mi daj, daj, daj, daj
To jest Ameryka
To słynne U.S.A.
To jest kochany kraj
Na ziemi raj.
To raj w Ameryka
To słynne U.S.A.
To beauty w woody sky
Na ziemi raj
Na ziemi raj
Na ziemi raj

Ucz się Polaku

Dlaczego polska giełda jest stosunkowo ( lubię to słowo....) mocna gdy Zachód spada?
Środa godz.12.12.
To dobra godzina. Ona, ta godzina coś pokazuje.
Germany 30 na czerwono.  1,20 procenta. A Polska w tym momencie 0,40. Trzy razy mniejszy minus.
   Po pierwsze primo: Polska już spadła. I tyle ile się należało.
A może jednak mamy misję dziejową do spełnienia! - Mickiewicz. Nie śmiejmy się z mistyków. Oni widzą dalej.
 Więc jaka to misja? 

Może za dywizjon 303, za Der Erste Polnische Luftbrigade - którą wysłano o jeden most za daleko.......
A na razie Polacy zmywają gary na Zachodzie.
To co robić?
Przeciętnego Angola, czy Amerykanina sprzedać i kupić, zanim on się zorientuje, że coś robią z nim. Polacy liczą dobrze, gdzie 0.618, czyli pępek jest.
To jeszcze tego Amerykanina, który sprzedał nam drogie zabawki pod tytułem F-16, także sprzedać. Nasi kupili?
Dlaczego?
Ktoś krzyknął: - bo tak trzeba!
No.....Jeśli tak trzeba......
Znacie naszych?

Uczmy się od TYCH, którzy trzymają kasę światową.
Dwa procent ludzkości ma 96 % całej kasy.

Zabytek



        Kiedyś swojego tatkę spytał mały Witek:
        - Powiedz mi, proszę, tatku, co to jest zabytek?
        - Zabytek - odparł tato - to rzecz z dawnych czasów,
        Z okresu Jagiellonów, Piastów, względnie Sasów,
        Co trochę się rozpada, a trochę się kruszy,
        Ale jest pod ochroną, więc jej nikt nie ruszy.
        Choćby miała tamtędy przejść nowa arteria -
        On stoi cały w blaskach, basztach, boazeriach,
        Rozparty w poprzek drogi, bliski - a daleki,
        Bo za nim stoją dawne zwyczaje i wieki
        Ze swymi przesądami, brakiem tolerancji,
        Cielęcym zapatrzeniem się we wzorzec Francji
        Albo Anglii lub Austrii, względnie w przepych Wschodu,
        Z pogardą dla prostego, ciemnego narodu,
        Z odrabianiem pańszczyzny, topieniem czarownic,
        Pancerzem zapinanym z pomocą lutownic,
        Przyłbicą opuszczoną w momentach poruty
        (bo lepiej w takich razach miewać łeb zakuty),
        Z supremacją łaciny, ubóstwem polszczyzny,
        Ciągłym nadużywaniem imienia ojczyzny
        Oraz odwoływaniem się do sądów nieba...
        To jest właśnie zabytek, więc go chronić trzeba!!!
        Synek słuchał uważnie, słówka nie uronił,
        Wreszcie rzekł: - dobrze, tato... Ja cię będę chronił...

Opowieści sufich



Nadgorliwy sługa

Opowiadają na Wschodzie taką historię:

Pewnego razu chlebodawca cierpiał na ból głowy, więc wysłał sługę do apteki po lekarstwo.
Sługa pomyślał jednak, że samo lekarstwo nie wystarczy i po drodze zamówił wizytę lekarza, a kiedy wracał, wstąpił jeszcze do grabarza.
Gdy wreszcie wrócił, pan go spytał:
   - Dlaczego tak długo to trwało?
   - Panie - odpowiedział sługa - załatwiłem wszystko!

Drugi przekaz od Anioła



  Łemkowska Watra 2013. Na mojej ścieżce pojawił się Anioł. 
   


Dostałem od niego trzy przekazy. Pierwszy już zamieściłem. Dziś drugi:

   - Osłaniaj się energią i światłem, zanim zaczniesz komuś pomagać.

   - Zaczekaj, zanim powiesz "tak".
Nie zgadzaj się automatycznie. Daj sobie czas na przepuszczenie sprawy przez serce. Odrzucaj myślenie. Twoje myśli i głowa to ego.
Gdy do osoby, która prosi cię o pomoc, powiesz: - "dam ci znać trochę później", albo: - "chciałbym się zastanowić", wtedy każdy uszanuje, i zauważy fakt, że dbasz o siebie.

   - Nigdy nie przepraszaj.
Przyjacielowi twoje przeproszenie nie jest potrzebne.
Natomiast wróg i tak ci nie uwierzy.
Nawyk przepraszania wynika z pragnienia uszczęśliwienia wszystkich. Masz potrzebę brania winy na siebie.
A ty powinieneś jedynie podtrzymywać u siebie wskaźnik szczęśliwości.
      Wtedy także podtrzymasz go u innych. Naucz się mówić optymistycznie o sobie i tym, co wokół.
   
    - Porzuć wszelkie zasady, które ciebie ograniczają. Jakie na przykład:?
„Lepiej żebym nie odnosił za dużo sukcesów, bo ludzie będą mi zazdrościć i będą cierpieć”.

    - Baw się. Często pozwalaj swemu wewnętrznemu dziecku zachowywać się niemądrze, aby było wolne i twórcze.

wtorek, 11 marca 2014

Pytasz mnie



Pytasz mnie, co właściwie Cię tu trzyma
Mówisz mi, że nad Polską szare mgły
Pytasz mnie, czy rodzina, czy dziewczyna
I cóż ja, cóż ja odpowiem Ci
    


Może to ten szczególny kolor nieba
Może to tu przeżytych tyle lat
Może to ten pszeniczny zapach chleba
Może to pochylone strzechy chat
     


Może to przeznaczenie zapisane w gwiazdach
Może przed domem ten wiosenny zapach bzu
Może bociany, co wracają tu do gniazda
Coś, co każe im powracać tu
      


Mówisz mi, że inaczej żyją ludzie
Mówisz mi, że gdzieś ludzie żyją lżej
Mówisz mi, krótki sierpień, długi grudzień
Mówisz mi, długie noce, krótkie dnie
  


Mówisz mi, słuchaj stary jedno życie
Mówisz mi, spakuj rzeczy, wyjedź stąd
Mówisz mi, wstań i spakuj się o świcie
Czy to warto, tak pod górę, tak pod prąd
    


Może to przeznaczenie zapisane w gwiazdach
Może przed domem ten wiosenny zapach bzu
Może bociany, co wracają tu do gniazda
Coś, co każe im powracać tu
   


Może to zapomniana dawno gdzieś muzyka
Może melodia, która w sercu cicho brzmi
Może mazurki, może walce Fryderyka
Może nadzieja doczekania lepszych dni

Godzina 0.35

  1. 35 to bardzo dobra godzina na puszczenie ważnego posta.
Więc to robię.

       Jest taka stara indyjska opowieść o Brahmie, który był bardzo samotny.
Nie istniało nic prócz Brahmy i dlatego bardzo się nudził. Postanowił zagrać w jakąś grę, ale nie było nikogo, z kim mógłby zagrać. Stwo­rzył więc piękną boginię, Maję, tylko po to, by mieć z kim się bawić. Ledwie powstała, Brahma powiedział jej, dlaczego powołał ją do życia.
       I bogini rzekła: „Do­brze, zabawmy się w najpiękniejszą grę, ale musisz ro­bić, co ci powiem".

Brahma zgodził się i wypełniając polecenia Mai, stworzył cały wszechświat, słońce i gwiaz­dy, księżyc i planety. Potem stworzył życie na ziemi: zwierzęta, oceany, powietrze, wszystko.
Wtedy Maja powiedziała: „Jakże piękny jest ten świat iluzji, który stworzyłeś. Teraz chciałabym, abyś stworzył takie zwierzę, które byłoby dostatecznie mądre, by podziwiać twoje dzieło".
Wtedy Brahma stworzył ludzi, a kiedy skończył, spytał Maję, kiedy zaczną się bawić.
           „Zaraz zaczniemy" - odparła i porąbała Brahmę na tysiące maluteńkich kawałeczków.
 Włożyła po jednej cząstce w każdego człowieka i powiedziała: „Teraz za­czyna się gra! W chowanego. Mam zamiar sprawić, byś zapomniał, kim jesteś, a ty będziesz próbował odnaleźć siebie".
Maja stworzyła Sen, ale nawet dzi­siaj Brahma próbuje pamiętać, kim jest. Brahma jest w każdym z nas, a Maja nie pozwala nam przypomnieć sobie, kim jesteśmy.
       Kiedy obudzisz się ze Snu, znów staniesz się Brah­mą i odzyskasz swoją boskość. Potem, jeśli Brahma w tobie powie: „Wspaniale, obudziłem się, lecz gdzie jest reszta mojego ciała?", zrozumiesz sztuczkę Mai i podzielisz się prawdą z innymi, którzy też pragną się obudzić.

Dwoje trzeźwych na przyjęciu bawi się o wiele lepiej. Troje - jeszcze lepiej. Zacznij od sie­bie. Za twoim przykładem inni też zaczną się zmie­niać, aż cały sen, całe przyjęcie wytrzeźwieje.





poniedziałek, 10 marca 2014

Cykle astronomiczne



Mądrość Pokoleń, czyli Kalendarze Starożytnych.
Najstarszy kalendarz odnaleziony został w zabytkach Majów. Obejmuje on 403 miliony lat. (czterysta trzy miliony!).
Ręka boska obroniła ten zabytek przed zniszczeniem przez sługę chrześcijańskiego kościoła, biskupa Jukatanu, Diego de Landę.
Pisałem o tym zbrodniarzu. Konkwista to czarna karta w czarnej historii chrześcijaństwa.

Drugi najstarszy kalendarz, hinduski Manuatara, obejmuje 308,448 milionów lat.
Oba te kalendarze dokładnie przedstawiają cykle astronomiczne na przestrzeni tak długiego czasu. Czy nasi przodkowie mogli sami dokonać wyliczeń potrzebnych do zbudowania tych kalendarzy?
Można mieć wątpliwości co do tego.
     Starożytni nie znali pojęcia ułamka dziesiętnego, ale….. nie było to im do niczego potrzebne!
Posiadali bowiem doskonały system ułamków, pozwalający nawet na swoiste rozwiązanie kwadratury koła, co niemożliwe jest dla nas przy użyciu stosowanego współczynnika Pi, gdyż wyraża się on ułamkiem dziesiętnym nieskończonym.
Używany przez starożytnych współczynnik Pi równy 22:7 lub 864:275 pozwalał na wykreślenie koła, zakładając, że znany był tylko jego obwód, czy też sama powierzchnia, tak, jak w przypadku kwadratu.

Starożytni wyznaczali współczynnik Fi – 1,618, zwany Złotą liczbą, jako 89:55. 
                        


Umożliwiał on wykreślanie pięciokątów foremnych, a jego pierwiastek kwadratowy wynoszący 14:11 równy był liczbie 4 podzielonej przez Pi. I to dawało możliwości jeszcze innych kombinacji. Jest również prawdopodobne, że nasi przodkowie znali pojęcie logarytmów, gdyż znany był im ułamek 87:32 odpowiadający wartością naszemu współczynnikowi, który jest podstawą logarytmów naturalnych.
    W Teotihuacan używano jednostki długości równej 1,058 metra, co bardzo przypomina wartość pierwiastka dwunastego stopnia z liczby 2, ale równie dobrze mogłoby to zostać wyrażone ułamkiem 200:189, co również odkryto w Teotihuacan.

W dziedzinie fizyki nuklearnej, nasi przodkowie znali słynny szereg 2+8+20+50+82+126 = 288 przedstawiający ilość protonów lub neutronów potrzebnych do zapewnienia równowagi jądrowej.
     Nie obcy był im również szereg:
2+8+18+32+50+72+98 = 280 przedstawiający ilość elektronów potrzebnych do zapewnienia równowagi atomowej.

Znali wreszcie święte liczby, takie jak 2268, 2592 i 36288 będące wielokrotnościami poprzednich liczb i używane powszechnie we współczesnej fizyce jądrowej.

Jeśli chodzi o osiągnięcia w dziedzinie geodezji, nasi przodkowie znali obwód Ziemi, jej powierzchnię wynoszącą 508,032 bilionów metrów kwadratowych, ale także określili jej objętość  na 1088,640 miliardów metrów sześciennych. A to była już naprawdę rzecz złożona, bo trzeba było dokonywać operacji rachunkowych na liczbach dwudziestocyfrowych.

Jeśli chodzi o mierzenie czasu…..Wszystko zostało nam dane „Z Góry”.
Bóg powiedział bowiem do Mojżesza: - „ Mam 8766 oczu, tyle, ile jest godzin w roku”.
    (Apokryfy Starego Testamentu – Prymasowska seria biblijna, słowo wstępne kardynał Józef Glemp. Pisałem o tym).
Apokryfy Starego Testamentu – rzecz nie ujęta w kanonie.
Nie ma tego w biblii, bo ci, którzy decydowali co w biblii umieścić nie pozwolili na to. To była decyzja polityczna męskich szowinistów.
Sprawdzamy Boga: 365 dni i 25 setnych ( miara astronomiczna ) x 24 godziny = 8766.

Jeśli chodzi o mierzenie czasu, starożytni Hebrajczycy używali dwóch jednostek czasu – „Rega” i „helek”.

Jednostki te są mało znane archeologom i historykom.

    Według rabina Deutscha, godzina składała się z 1080 rega, a każde Rega z 76 helek. Rabin Deutsch opisał to w książce pod tytułem: - „Przewodnik po religii izraelickiej”.
Książkę wydała w 1961 roku w Paryżu fundacja Sefer.
     Pierwsza z tych liczb 1080, nie powinna wzbudzać naszego zdziwienia, jako że jest trzykrotnością liczby 360, czyli świętej liczby używanej najczęściej przez Hebrajczyków, Egipcjan i w Sumerze, jak również po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego przez Majów.

Natomiast liczba 76 jest trudna do wyjaśnienia, bo była rzadko stosowana.
Ale ważne, że była. Otóż zastosowali ją konstruktorzy urządzenia z Rhodos – czyli maszyny z Antikythery.
To urządzenie powstało tysiące lat p.n.e i służyło do obliczeń astronomicznych.
Pisałem o tym.
W części „Księgi Henocha” poświęconej astronomii, mamy liczby 7, 13, 91 i 364. Ta część jest niezwykle pasjonująca.

Astronomowie znali wtedy cykl o długości 6802 dni, który odpowiadał maksymalnym przesunięciom wschodu Księżyca w ciągu 18 letniego okresu ekliptycznego. Znali również cykl o długości 6955 dni obejmujący jednocześnie 19 lat słonecznych i 20 księżycowych.
    Astronomom tym nieobcy był cykl o długości 27 759 dni, obejmujący 76 lat słonecznych lub 940 miesięcy księżycowych.

     W każdym razie faktem jest, że Hebrajczycy używali do mierzenia czasu nieprawdopodobnej dla nas jednostki 10:228 sekundy.
A więc potrafili obliczyć prędkość światła 296 400 kilometrów na sekundę, odległość dzielącą Ziemię od Słońca równą 148 200 000 kilometrów – to było dokładnie 150 rega.
    Zapisano, że jeden helek odpowiadał ilości czasu potrzebnego światłu na przebycie 13 milionów metrów.
13 było dla naszych przodków świętą liczbą. Dowodem jest Księga Henocha i Kodeks Majów.
W Kabale 13 to Miłość.
    Dodatkowo 13 milionów metrów to dokładnie 46,800 milionów mykeńskich stóp i 20,475 milionów łokci hebrajskich – jednostek także uważanych za święte.

Nasi przodkowie, którzy żyli dziesiątki tysięcy lat temu, znali więc prędkość światła, a także odległość od Ziemi do Księżyca.
My, Ziemianie, poznaliśmy tę odległość dokładnie 10 stycznia 1946 roku. Tego dnia amerykańscy inżynierowie skierowali antenę radaru na Księżyc wschodzący właśnie  o godzinie 11.58.
Dokładnie po 2,5628 sekundach odebrali echo, które pozwoliło obliczyć wynik: w tym momencie Księżyc był w odległości 384 400 kilometrów od Ziemi.

Inna zagadką astronomiczną jest hinduski kalendarz Manuatara.
Odnosi się on do czasów bardzo odległych, jeszcze przed pojawieniem się w naszym układzie słonecznym planety Wenus.
Ziemia była wówczas nieco bardziej oddalona od słońca i rok wynosił wtedy 367,647 dni.
Kalendarz Manuatara obejmuje więc dokładnie 113 400 czegoś tam dni ( 308 milionów lat x 365 dni ) czyli wielokrotnie więcej niż okres sumeryjskiej Stałej Niniwy.  ( był post o Stałej Niniwy) 
 Wniosek?
Nasi przodkowie byli nadzwyczajnymi astronomami i matematykami, jednak nie byli w stanie posiąść samodzielnie takiej wiedzy.
Tu nasuwają się dwie możliwości: - Albo dostali pomoc z kosmosu od Przybyszów.     
                                                       -  Albo wyssali tę wiedzę z palca.

niedziela, 9 marca 2014

Zapraszam Ciebie na Łemkowską Watrę 2014


Wszystko widzę co z moim dzieckiem. To dziecko to blog. Na nim statystyka.
       Zbliżamy się powoli do miliona wejść. Zbliżamy się......
Po milionie będą dwa. To tylko jedynka, albo dwójka i zera. Same zera. Zera nic nie znaczą.
O co więc chodzi? O Ciebie chodzi! Tylko Ty znaczysz coś.

O Ciebie chodzi!

Ja jestem malutki. Mnie nie ma prawie. Ty jesteś ważny- ważna.
Wiem,  prowokuję.
        Piszę o sobie. Ale jakby o Tobie.
Chcesz mieć kilka chwil radości?
     Napisz do Zbyszka.
Do strumienia w lutym wszedłem z potrzeby. Ochłodzić się. Bardzo miło było. Wcale nie zimno.
   

 Zdjęcia: - Henryk Bieszczadnik.



Chociaż rano był szron na łące. Minus sześć.
 







Potem szło się jak w bamboszach.

Widzę ile osób czyta bloga pisanego na luziczku. Bo tylko taki blog, takie pisanie trafia. Ziemia Ognista, Tajlandia, Bangladesz, Kenia.
USA mnie nie bierze. Ani Francja-elegancja, ani Niemcy.

Gdzie ci Polacy nie zawitają, żeby  mieć chwilę radości!

Za kilka tygodni ucichnę całkiem. Ucichnę na wiele miesięcy. W tej miłości bezinteresownej do siebie, albo kogoś.......

Kto będzie miał możliwość, chęć, kasę ( niewielką ) - ( piwo 5 zł .) W połowie wakacji....Gdy będzie w Żdyni.
Ten niech się liczy, że zobaczy siebie - swoje zdjęcie - na blogu < astronomia finansowa >. Lubię się wygłupiać. Bo śmiech to zdrowie.

Zapraszam na Łemkowską Watrę 2014. Żdynia. Taksówką z Gorlic można.
Taksówką można nawet do nieba, jeśli masz kasę. Ale czy o to chodzi żeby do nieba zaraz? I jeśli znasz adres nieba.
Mój wnuczek, także Łemko, przyjedzie autobusem z Gorlic, potem przyjdzie na piechotę z Hańczowej. Ja będę dzień wcześniej.
        Kiedy? Lipiec 2014. Klikaj w google.

Zbyszka rozpoznasz. Podchodź śmiało. Na niedźwiedzia będzie!
   

To Jan Gabriel nauczył mnie jak przekazuje się energię. A generalnie: - Odwaga się liczy!
Zobacz sam - sama, jak to działa. Bo ja mogę pisać i pisać, ale zobacz jak to w realu jest, na Ziemi Łemków.
Zdjęcia: Lulu.

sobota, 8 marca 2014

Dwie morgi słońca



Ojczyznę kocha się nie dlatego, że wielka, ale dlatego, że własna.

     



Czego brakuje ci w pochmurne polskie dni,
gdy ciągle mży, lub pada?
W kraju, gdzie wieczny niż odmierza twoje dni,
ze słońca cię okrada.
Co byś naprawdę chciał, gdy zimy biały szal
przemrozi cię do kości?
Co możesz serio chcieć, aby przez chwilę mieć,
mieć parę chwil radości?

Dwie morgi słońca, na nich pomarańczy gaj,
tam już bez końca śpiewać możesz "baju baj"...
         


Baju baju baj, baju baj...
Baju baju baj, baju baj...
Baju baju baj, baju baj...
Baju baju baj, baju baj...

Ach gdzież są one, gdzie słoneczne morgi dwie?
Gdy wreszcie wywędrujesz
z kraju, gdzie burak pan pleni się ponad stan,
a ziemniak mu wtóruje...
Nie odziedziczysz ich, nie leżą koło Tych,
w pobliżu Kielc, czy w Mławie...
Czasem już blisko jest, lipiec ma hojny gest,
ale to jest, no... prawie.

Dwie morgi słońca. . .

Andrzej Cierniewski - dwie morgi słońca

Daty zwrotu



List do wnuczka ( 2007 rok ):

Teraz zobacz : Bóg przemawia do nas też datami urodzin Geniuszy.  
560 r. p.n.e rodzi się BUDDA, Chrystus  zerowy rok , MAHOMET  570  r.n.e.
Proporcja 1 - 1
Prawie idealna proporcja…… 
Tylko ta data 560 przy Buddzie nie pasuje. Powinno być 570 p.n.e.
Budda się spóźnił? Może tak być.
Ale także Mahomet mógł się spóźnić trochę......
         Trzecia możliwość: Budda i Mahomet urodzili się prawidłowo. Więc co wtedy z Jezusem?
Nie trafił? Każdy rodzi się w odpowiednim czasie.
Prawdopodobnie jest przesunięcie w dacie urodzenia Jezusa. Historycy spierają się co do tej daty. 
Matematycznie jest tak, jak widać na obrazku. Trzeba przesunąć datę narodzin Jezusa na 5 r.n.e, wtedy jest idealnie dwa razy po 565 lat.
     
Frunąć można tylko na dwóch symetrycznych skrzydłach.

         
 
   


Daty z abonamentu pokazane na Wigu

I próba opisania fal