Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lama. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Przepowiednie tybetańskie


Dziś wpis o dwóch przepowiedniach. 

O przepowiedni pierwszej, która wisi nad ludzkością jak fatum, już pisałem: - To nadchodząca wojna z maszynami – robotami, stare proroctwo namalowane w Lhasie, na ścianie pomieszczeń pałacowych XIII Dalajlamy: - „Z podziemnej, tajemniczej krainy Shambala, wychodzą niezliczone zastępy wojowników, aby odpierać atak dziwnych maszyn”.

Rzecz wydaje się całkiem realna, biorąc pod uwagę gwałtowny i niekontrolowany rozwój AI.



Drugą starą przepowiednię już zweryfikował czas. Wygłosił ją sławny lama w VIII wieku:

 „Gdy przyleci żelazny ptak - niszczyciel, a konie pobiegną na kołach, naród tybetański rozpierzchnie się po świecie jak mrówki”.

O tym proroctwie sprzed tysiąca lat, Tybetańczycy przypomnieli sobie w 1956 roku. To wtedy tysiące ludzi uciekając przed komunistami Mao, schroniło się w klasztorze Changtreng Sampeling, jednym z największych w regionie, w którym samych mnichów zamieszkiwało trzy tysiące. Chińskie siły powietrzne wysłały produkowany przez Rosjan bombowiec Iliuszyn i ten żelazny ptak obrócił w perzynę klasztor razem z ludźmi. Wtedy to w pamięci przerażonych Tybetańczyków, z których prawie nikt nie widział przedtem samolotu, śmierć z powietrza obudziła pamięć o wspomnianej wyżej starodawnej przepowiedni.

Chiny komunistyczne napierały i mordowały, dziesiątki tysięcy Tybetańczyków ze wschodnich terenów uciekały do środka kraju. Jeszcze trwał kruchy rozejm, kiedy w marcu 1959 roku Chińscy wojskowi zaprosili XIV Dalajlamę „na przedstawienie teatralne” domagając się, żeby przybył bez swojej świty. Chińczykom już wtedy nikt nie ufał, a ludność obawiała się najgorszego. Dziesiątki tysięcy Tybetańczyków otoczyło pałac Norbulingka, przysięgając, że będą bronić Dalajlamy. Tłumy były zdesperowane i domagały się wyrzucenia Chińczyków z Tybetu. Ci ściągnęli artylerię i jeszcze wieczorem ostrzelali tłum z moździerzy. Nie chcąc niepotrzebnego przelewu krwi, nie widząc innego wyjścia, niedługo przed północą 17 marca 1959 roku, Dalajlama w cywilnym ubraniu opuścił pałac tylnym wyjściem i wraz z niewielkim orszakiem wyjechał konno z Lhasy na wygnanie do Indii. Skierowali się do granicy z Nepalem, gdzie znajdowało się najwygodniejsze przejście wiodące do Indii. Ostatnia, graniczna przełęcz na tej drodze to Nangpa La. Przełęcz znajduje się blisko dzisiejszej bazy himalaistów pod Everestem.




Po ucieczce Dalajlamy, w Tybecie nastał czas terroru i  represji, a kolejne osiemdziesiąt tysięcy Tybetańczyków uciekło z kraju, rozpraszając się po świecie. 

wtorek, 16 listopada 2021

Poszukiwanie inkarnacji

 

W Tybecie poszukiwanie i odnalezienie danej inkarnacji, wydaje się podobne do przesiewania góry informacji we współczesnych czasach, dla znalezienia tego przysłowiowego ziarenka prawdy (rozmiaru gorczycy). 


Zdarza się, że lama, sam już będący tulku, czyli wcieleniem duchowego przywódcy z wyższej półki, przepowiada na łożu śmierci miejsce, w którym się ponownie odrodzi. Czasami podaje nawet szczegóły dotyczące swoich przyszłych rodziców, usytuowania domu i inne drobiazgowe detale.


Poszukiwania kolejnej inkarnacji zaczynają się na ogół jakieś dwa lata po śmierci lamy tulku. Główny intendent i inni funkcjonariusze przystępują do działania.



                                                                                                            

Jeżeli zmarły lama pozostawił przepowiednię, lub instrukcje dotyczące odnalezienia jego inkarnacji, wtedy poszukiwacze nimi się kierują.                                   Gdy nie ma wskazówek, konsultują się z lamą-astrologiem i lamą- jasnowidzem, którzy określają, często w bardzo niejasnych słowach, miejsce, czy też krainę, w której znajduje się dziecko, tudzież określają znaki, które pozwolą potwierdzić pewność inkarnacji.


Jeżeli chodzi o inkarnacje najwyższego szczebla, głos zabiera mnich, który jest jedną z państwowych wyroczni i ta konsultacja jest obowiązkowa dla inkarnacji Dalajlamy i Taszi-lamy.


Czasami dziecko odpowiadające opisowi wróża zostaje odnalezione bardzo szybko. Kiedy indziej, zanim to się wydarzy, mijają lata. To powód do smutku dla świeckich wiernych lamy. Jeszcze bardziej martwi to mnichów jego klasztoru, ponieważ pozbawiony czcigodnego zwierzchnika nie przyciąga już tylu zamożnych dobroczyńców, toteż opłacane przez nich uczty stają się coraz rzadsze.  




Kiedy dziecko odpowiadające z grubsza warunkom zostaje odnalezione, znów prosi się o konsultację lamę wróżbitę. Jeżeli ten opowie się za kandydatem, dziecko poddaje się dość szczególnej próbie.

Pewną liczbę przedmiotów osobistych zmarłego lamy układa się pomiędzy podobnymi rzeczami i dziecko ma za zadanie wskazać te pierwsze, wykazując, że rozpoznaje przedmioty, które należały do zmarłego w tulku.

Zdarza się, że wiele dzieci rozpoznaje przedmioty bezbłędnie. Tłumaczone jest to tym, że inkarnacja jest podzielna i może dotyczyć kilku ciał. Wtedy znowu potrzebna jest ingerencja lamy-wróża, który dokonuje decydującego wyboru.





czwartek, 12 listopada 2020

Odnaleziony tulku


Dla okazania jedności z młodymi, każdy wpis poprzedzam Symbolem Buntu Kobiet. 

*****  *** Dziadersy muszą odejść! 

------------------------------------------------------------------------------------

Aleksandra David-Neel (1868-1969) - „Mistycy i Magowie Tybetu”.  


                            

 Byłam świadkiem odnalezienia tulku (inkarnacja oświeconego mistrza) w okolicznościach zgoła fantastycznych.  Zdarzenie miało miejsce w nędznej oberży w niewielkiej osadzie niedaleko Ansi (pustynia Gobi).

Szlaki wiodące z Mongolii do Tybetu w tym regionie krzyżują się  z wielką drogą prowadzącą od Pekinu do Rosji poprzez cały kontynent. Byłam więc zmartwiona, choć nie zdziwiona, kiedy dotarłszy do oberży o zachodzie słońca, zobaczyłam, że jest zajęta przez mongolską karawanę.


Podróżni byli podnieceni, jakby zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Jednakże ze zwykłą u nich uprzejmością, wzmocnioną jeszcze przez religijne szaty, jakie Jongden i ja mieliśmy na sobie. Mongołowie jeden z pokoi odstąpili nam i naszym ludziom, zrobili też miejsce w stajni dla naszych zwierząt.

Kiedy ja i mój syn przystanęliśmy, żeby obejrzeć wielbłądy leżące na w podwórzu, drzwi jednego z pokoi otworzyły się i jakiś wysoki, młody człowiek o miłej twarzy, biednie ubrany w tybetańskie szaty, zatrzymał się w progu,  i zapytał, czy jesteśmy Tybetańczykami. Odpowiedzieliśmy, że tak.

Wtedy starszy lama, po którego bogatym stroju rozpoznaliśmy, że jest przywódcą karawany, ukazał się za tym młodym, wysokim mężczyzną i zwrócił się do nas po tybetańsku.

Jak zwykle przy takich okazjach wymieniliśmy kilka zdań na temat krainy, z której przyjechaliśmy i miejsca będącego celem naszej podróży. Lama powiedział, że zamierzał udać się do Lhasy przez  Suzhou zimową drogą, ale jego podróż okazała się zbędna, więc wraca do Mongolii. Służący krzątający się na podwórzu przytaknęli jego słowom z powagą.


Zastanawiałam się co mogło wpłynąć na tak gwałtowną zmianę ich decyzji o kierunku podróży. Ponieważ jednak lama udał się do swego pokoju, uznałam, że niestosownie byłoby prosić go o wyjaśnienie sprawy. Wieczorem, kiedy już zdążyli wypytać naszych służących, Mongołowie zaprosili nas na herbatę i wtedy usłyszałam całą historię.

Ten przystojny młody człowiek urodził się w prowincji Ngari na południowym zachodzie Tybetu i był, jak się zdaje, kimś w rodzaju wizjonera. Przynajmniej tak nazwaliby go ludzie Zachodu. Ale my byliśmy w Azji.

Od najmłodszych lat Migjura – tak bowiem miał na imię – prześladowała dziwna myśl, że nie znajduje się tam, gdzie powinien się znajdować. Czuł się obcy w swojej wiosce, a nawet we własnej rodzinie. W marzeniach sennych widywał pejzaże, jakich nie ma w Ngari - piaszczyste pustkowia, okrągłe namioty z filcu i niewielki klasztor na wzgórzu.                                                                    

Kiedy nie spał, w jego umyśle również pojawiały się takie właśnie obrazy i nakładały się na to co go otaczało, zasłaniały to i tworzyły wokół niego ciągłe miraże. Nie skończywszy 14 lat, uciekł z domu, niezdolny oprzeć się pokusie zobaczenia w rzeczywistości tego, co widział w wizjach.

Od tego czasu żył jak włóczęga, pracując od czasu do czasu, by zarobić na utrzymanie, jednak najczęściej żebrał. Błądził to tu, to tam. Nie mógł utrzymać się w jednym miejscu. Teraz szedł z Ariki na północ do trawiastych pustkowi.

Idąc przed siebie bez celu, jak to miał w zwyczaju, kilka godzin drogi przed nami dotarł pod oberżę, gdzie zatrzymała się na postój karawana.                                     Dostrzegł wielbłądy w podwórcu i nie wahając się ani chwili, odruchowo otworzył drzwi. Tu stanął twarzą w twarz ze starym lamą. Wówczas przez głowę jak błyskawica przeleciało mu wspomnienie zdarzeń z przeszłości, ożywiając jego pamięć.

Ujrzał tego samego lamę jako młodego człowieka, swojego ucznia, a siebie jako starca. Obaj szli razem drogą. Wracali z długiej pielgrzymki do świętych miejsc Tybetu. Wracali do siebie do klasztoru na szczycie wzgórza.


Przypomniał o tym wszystkim przywódcy karawany, z najdrobniejszymi detalami. Opowiadał o ich życiu w dalekim klasztorze i podał wiele szczegółów, dotyczących miejsc i osób.


A przecież Mongołowie udali się w tę podróż, aby prosić Dalajlamę o wskazówki na temat sposobu odnalezienia tulku zwierzchnika klasztoru, którego miejsce od ponad dwudziestu lat było nieobsadzone, mimo tak wielu wysiłków poszukiwawczych. 


                                                                     

Ci przesądni ludzie byli święcie przekonani, że dzięki swej wszechwiedzy Dalajlama poznał ich zamiary i w swojej wielkiej dobroci doprowadził do spotkania z odrodzonym lamą.

Włóczęga z Ngari natychmiast został poddany zwyczajowej próbie i znowu bez chwili zawahania, nieomylnie wyciągnął z torby to, co powinien wyciągnąć jako tulku. W torbie bowiem znajdowały się pomieszane bardzo podobne przedmioty, wśród nich także te, które należały do zmarłego lamy.

W umysłach Mongołów nie mogła się pojawić i nie pojawiła się najmniejsza wątpliwość co do autentyczności odnalezionego tulku.

Nazajutrz zobaczyłam karawanę wracającą tą sama drogą, którą przyszła. Oddalała się na kroczących powoli wielkich wielbłądach, aż zniknęła na horyzoncie pustkowia Gobi.

Nowy tulku wędrował wraz z nią ku swemu niezwykłemu przeznaczeniu.


 

  

środa, 5 lutego 2020

Tajemniczy Tybet


Alexandra David-Neel (1869-1969) nazywana jest najbardziej zdumiewającą kobietą XX wieku. Dzięki swym podróżom, pisarstwu i odkryciom zyskała międzynarodową sławę.

Zafascynowana filozofią Dalekiego Wschodu, jako pierwsza Europejka dotarła na początku XX wieku do szczególnych miejsc w Tybecie, do stref zamkniętych dla cudzoziemców.
    Swym lekkim piórem oddaje atmosferę wyprawy, opisując praktyki magiczne, techniki medytacji, rytuały i niezwykłości ezoterycznego świata, w którym tybetańscy mnisi w sposób niesamowity pokonują ograniczenia własnego ciała.


Po wielu latach podróży po Tybecie i przejściu licznych treningów buddyjskich i jogicznych w Himalajach, osiągnęła nie tylko godność lamy, poznała również i opisała zjawiska, które Zachodowi znane są jedynie z dawnych legend tybetańskich.


Podczas mojego pobytu w Podangu miało miejsce dziwne wydarzenie.

Sidkong tulku, zostawszy maharadżą, chciał sprawić, by jego poddani zrezygnowali z przesądów i zaczęli praktykować prawowierny buddyzm. W tym celu zaprosił mnicha należącego do szkoły filozoficznej rodem z południa, by podjął się misji zwalczania antybuddyjskich zwyczajów, takich jak czarownictwo, kult duchów i picie napojów wyskokowych. Zakonnik imieniem Kali Kumar przystąpił do dzieła.




Maharadża-lama jako przełożony klasztoru miał w Podangu mieszkanie, w którym zatrzymywał się przy rzadkich okazjach, gdy odprawiał ze swoimi mnichami nabożeństwo. W czasie mojego pobytu w klasztorze przyjechał, by spędzić tam dwa dni. Przed wieczorem wypiliśmy razem herbatę, rozmawiając o misji Kali Kumara, oraz o innych środkach, jakie należało przedsięwziąć, by oświecić górali i wyleczyć ich z głęboko zakorzenionych poglądów.


- Nie można – powiedziałam – dowiedzieć się prawdy, jaki był Padmasamghawa, który głosił w Tybecie swoje nauki. Natomiast pewne jest, że Tybetańczycy – „czerwone czapki” z Sikkimu – zrobili z niego bohatera legend, zachęcającego do pijaństwa i do absurdalnych, wręcz zgubnych praktyk. To zły duch, któremu nadali jego imię i którego wynieśli na ołtarze, tak jak i pan to robi – dorzuciłam i z uśmiechem wskazałam statuetkę wielkiego maga, stojącą w głębi pomieszczenia. U jego stóp płonęła lampka.
- Żałoba…. Powiedziałam i zamilkłam, ledwo rozpocząwszy zdanie.

Nagle coś mi przerwało. Nikt się nie odezwał, w pokoju panowała kompletna cisza, jednakże bardzo wyraźnie czułam czyjąś obecność. Trzeci, niewidzialny rozmówca włączył się do naszej pogawędki.

- Nic się nie uda, czegokolwiek będziesz próbował – mówił – Mieszkańcy tego kraju należą do mnie. Jestem od ciebie silniejszy.
Słuchałam tych słów zaskoczona, bo one nie były wyrażone dźwiękiem. Może odezwało się echo moich wątpliwości co do sukcesu reformy planowanej przez maharadżę?                         

Wtedy odezwał się on sam.
Odpowiedział na to, czego nie wymówiłam głośno – rozmawiał z niewidzialnym przeciwnikiem o swoich planach.
- Czemu miałoby mi się nie udać? – zapytał. Wiem, że trzeba będzie bardzo dużo czasu, żeby zmienić poglądy wieśniaków i niższych duchownych. Czczone przez nich demony nie poddadzą się tak łatwo, nie chcąc umierać z głodu. Ale niezależnie od tego racja będzie po mojej stronie.

Śmiał się robiąc aluzje do praktykowanego przez czarowników zwyczaju składania złym duchom ofiar ze zwierząt…..


czwartek, 31 października 2019

Świadoma inkarnacja


Po przeżyciach związanych ze śmiercią kliniczną (1995 rok) nasiliło się moje zainteresowanie sferami ducha, a więc także religiami. Często sięgałem po książki z tego zakresu i wyłuskiwałem szczegóły, które potwierdzały osobiste wspomnienia. Był wpis „Po tamtej stronie”.
     Jedną z najcenniejszych książek traktujących o wymienionych sprawach, jest praca Alexandry David-Neel.
Dziś urywek o inkarnacji - wyborze przyszłego wcielenia.
      Rzecz przypisana jest do grupy oświeconych.


To, że wędrówka dusz - reinkarnacja istnieje nie podlega kwestii. Przypominam, że chrześcijaństwo czerpiące z religii pierwotnych, uznawało reinkarnację za dogmat, dopóki decyzją polityczną któregoś z soborów nie usunięto jej z doktryny.
      
Alexandra pisze atoli o inkarnacji - świadomym wyborze przyszłego wcielenia: 
- „Duchowo oświeceni mogą wybrać nie tylko swoich przyszłych rodziców, ale i miejsce, gdzie się odrodzą.
Jednakże lamowie podkreślają poważną różnicę między zwykłym odradzaniem się ogółu ludzi, a transmigracją duchowo oświeconych.
    
Oto ci, którzy nie praktykowali żadnych duchowych ćwiczeń, żyją jak zwierzęta i nieświadomie ulegają popędom, mogą zostać wcieleni w człowieka wędrującego w przypadkowych kierunkach i nie osiągają żadnego określonego celu.
     Na przykład ktoś taki spostrzega jezioro na wschodzie, a ponieważ jest spragniony, chęć napicia się sprawia, że idzie w tym właśnie kierunku.
Kiedy jest już w pobliżu, czuje zapach dymu, który wywołuje w nim obraz domu. Owładnięty myślą, że lepiej byłoby napić się herbaty zamiast wody i mieć dach nad głową na noc, zmienia kierunek.
Odchodzi od jeziora zanim do niego dotarł i zmienia kierunek ze wschodniego na północny, ponieważ to z tego kierunku dochodził zapach dymu.
     Kiedy tak idzie, zanim jeszcze zobaczy dom, czy namiot, ukazują mu się groźne duchy. Przerażony wędrowiec ucieka na południe, najszybciej jak może. Odbiegł i sądzi, że jest daleko od potworów i nie musi się ich obawiać, więc zatrzymuje się i zauważa obok siebie innych, a takich samych jak on podróżnych.      
        Ci inni chwalą uroki jakiegoś błogosławionego kraju, ziemi dobrobytu i radości, ku której się kierują.

W człowieku błądzącym kiełkuje entuzjazm, więc przyłącza się do innych i razem ruszają na zachód. Na tej drodze spotykają go jeszcze inne zdarzenia, sprawiając, że za każdym razem znowu zmieni kierunek wędrówki, zanim ujrzy ziemię, gdzie króluje szczęście.
    I tak upływa życie, a wędrowiec zmieniając ciągle kierunek nigdzie nie dotrze, nie osiągnie żadnego celu.
Za to śmierć zaskoczy go w trakcie tych szalonych peregrynacji, a sprzeczne siły, zrodzone z jego nieuporządkowanego działania, zostaną rozproszone.
Siła energii, konieczna, by określić ciągłość tego samego strumienia, nie wytworzyła się, dlatego żaden tulku nie zostanie ukształtowany.
   
Natomiast człowiek oświecony porównywany jest do podróżnika, który doskonale wie, dokąd chce się udać, zna dobrze topografię okolicy, którą wybrał za cel. Także zna drogi, które tam prowadzą.
Jego umysł jest całkowicie oddany sprawie dotarcia do celu.
Idzie, a ogłuchł i oślepł na miraże i pokusy pojawiające się na drodze i nic nie może go z niej zawrócić.
     Takim człowiekiem kierują siły generowane przez  koncentrację myśli i jego działalność fizyczną.
Śmierć może zniszczyć jego ciało w czasie drogi, ale energia psychiczna, której ciało było zarazem twórcą i narzędziem, nadal pozostaje spójna. Dążąc do tego samego celu, zaopatruje się w nowe materialne narzędzie, jakim jest tulku.
Ta teoria współgra z wielką liczbą dawnych tybetańskich legend, których bohaterowie determinują za pomocą aktu woli naturę ich reinkarnacji i naturę przyszłego wcielenia”.

wtorek, 22 października 2019

W sercu tybetańskiego buddyzmu


Alexandra David-Neel (1869-1969) nazywana jest najbardziej zdumiewającą kobietą XX wieku. Dzięki swym podróżom, pisarstwu i odkryciom zyskała międzynarodową sławę.


Zafascynowana filozofią Dalekiego Wschodu, jako pierwsza Europejka dotarła na początku XX wieku do szczególnych miejsc w Tybecie, do stref zamkniętych dla cudzoziemców.
    Swym lekkim piórem oddaje atmosferę wyprawy, opisując praktyki magiczne, techniki medytacji, rytuały i niezwykłości ezoterycznego świata, w którym tybetańscy mnisi w sposób niesamowity pokonują ograniczenia własnego ciała.


Po wielu latach podróży po Tybecie i przejściu licznych treningów buddyjskich i jogicznych w Himalajach, osiągnęła nie tylko godność lamy, poznała również i opisała zjawiska, które Zachodowi znane są jedynie z dawnych legend tybetańskich.


„Samotność, wciąż samotność.
Umysł i zmysły wyostrzają się, gdy prowadzi się życie w kontemplacji, na ciągłych refleksjach.
Czy człowiek staje się wizjonerem?
A może dotychczas był tylko ślepy?

Kilka kilometrów na północ, za ostatnimi szczytami Himalajów, przez które nie mogą się przedrzeć chmury indyjskiego monsunu, świeci słońce, a błękitne niebo rozciąga się nad Płaskowyżem Tybetańskim.
      Lecz tutaj lato jest deszczowe, zimne i bardzo krótkie.
Od września zaczynają się opady śniegu i wkrótce znów następuje coroczna zimowa blokada.

Czego się nauczyłam przez lata spędzone w odosobnieniu?
      Poza nauką języka tybetańskiego, w czym pomogły mi podręczniki gramatyki i słowniki, były także spotkania z gomczenem, z którym czytałam żywoty mistyków tybetańskich.
Gomczen często przerywał lekturę, aby opowiadać o zdarzeniach, których był naocznym świadkiem, a podobne były opisane w książce.
      Opowiadał o spotkanych ludziach, ich czynach i przytaczał ich słowa. Razem z nim odwiedzałam pustelnie ascetów, pałace bogatych lamów, podróżowałam i spotykałam ciekawe postacie. W ten sposób uczyłam się samego Tybetu, zwyczajów i myśli jego mieszkańców. To były cenne nauki, które swą przydatność potwierdzały na każdym kroku.

Nigdy nie dałam się zwieść iluzji, że pustelnia mogłaby by być dla mnie ostatnią oazą. Zbyt wiele przyczyn zewnętrznych sprzeciwiało się pragnieniu, które odczuwałam, by osiąść w Tybecie na zawsze i raz na zawsze pozbyć się absurdalnego ciążenia idei, starań i konwencjonalnych powinności.
     Wiedziałam bowiem, że wykreowana osobowość anachorety mogła być wyłącznie epizodem w moim podróżniczym życiu, albo co najwyżej przygotowaniem do przyszłego wyzwolenia.
Często z przykrością, a nawet niemal z przerażeniem patrzyłam na opadającą ku dolinie ścieżkę, która, wijąc się, biegła od mojej samotni, znikała wśród wzgórz i prowadziła do ukrytego za nimi świata.
A tam czekała na mnie gorączka, niepokój. Na myśl o dniu, w którym wyruszę tą ścieżką, by powrócić do zwykłej gehenny, ogarniało mnie niewyobrażalne cierpienie”.