poniedziałek, 17 marca 2014

Schodzę z biwaku



Powinno być: - Ceremonia Zejścia z biwaku.
    
              Jest koniec lipca. 

Za mną kolejna runda pobytu w Boskim Siedmiogwiazdkowym Hotelu.
     To zejście z biwaku wymusza rozładowana bateria w telefonie i prawie rozładowana w aparacie, a także wyczerpanie zapasów jedzenia.

      Tak mi się za pierwszym razem wydawało, że tydzień samotni wystarczy. Nigdy przecież nie byłem tak długo bez ludzi. Teraz mi mało tego bycia bez ludzi.
    Jest właśnie koniec drugiej wyprawy do samego siebie. Właściwie cały pobyt w Bieszczadach jest wędrówką na spotkanie ze sobą, ale biwaki są ukoronowaniem tej wędrówki.

          Jeśli w siebie nie wchodzisz, to z siebie wychodzisz.

 Wsłuchuję się więc w to, co we mnie gra. Bo coś gra...To jakaś znana melodia. Odbieram słowa Króla Juliana - "Wyginam śmiało ciało, wyginam śmiało ciało, dla mnie to mało, mało!!!"
     
I  jeszcze coś we mnie zagrało na tym Zejściu: - po tym drugim biwaku dotarło do mnie, że to był drugi krok do stopienia się z przyrodą w bardzo głębokim związku. On - ten związek stał się w swej intensywności mistyczny, a w strukturze naukowy.
Wiem, że naukowość wyklucza autentycznych mistyków, którzy posługują się skrótem i paradoksem. Ja tylko czuję, że coś się stało we mnie, poprzez intensywną obserwację szczegółów. Nie muszę być mistykiem, nie muszę być kimś, mogę być nikim.
    Nic nie muszę….
Nie chcę być w transie, darzę tylko naturę – a jestem także jej częścią – darzę więc naturę uważnością. Natura jest wokół, ale także we mnie, w moim sercu. To jest coś, co można nazwać jednością. Życie natury jest moim życiem.
      Być może tak to czuję i opisuję, bo na tym właśnie biwaku stałem się prawdziwie sobą, czyli naturą. Albo jeszcze inaczej: - przypomniałem sobie wyraźnie kim jestem. Zawsze byłem naturą, tylko zapomniałem o tym, spałem ( Ten sen sprowadza na nas tresura, indoktrynacja).

Wszystko, co jest nowe, nieznane, co robisz po raz pierwszy, jest fascynujące. Ten drugi biwak był zupełnie niepodobny do pierwszego.

Nadchodzi znowu Uroczysty Nastrój.
Szykuję się niespiesznie do Ceremonii Zejścia.

        Wstał bezchmurny dzień. Mgły poranne ma dole, a tu powietrze jak kryształ. 

         


        
Wyruszę dopiero przed południem, pojadę do Łupkowa autobusem z Woli Michowej, z przystanku po drugiej stronie przełęczy Żebrak. Czas odjazdu łatwo zapamiętać, są tylko dwa kursy dziennie: 10.00 i 15.00.
Schodzę po wodę i na mycie. 
       
Znowu pachnie dziwnie i upojnie to jakieś ziele przy potoku.
       
Wszystkie czynności, to co robię, ma jakiś inny wymiar, jest tak bardzo inne od tego co znam……Czas zatrzymuje się nagle.
        Rejestruję refleksy słońca w płynącej wodzie, stoję w chłodnym potoku, stopy zanurzone po kostki, potok szumi, odbieram radość najbliższych roślin i drzew.
    - Z przeciwnego brzegu patrzy na mnie salamandra.
    - Liść z leszczyny wpada do wody.
    - Krzyknął orzeł…a ja go nie widzę, ale widzę.
    -  Obok namiotu jest lis.
    - No…. to zagadka. Stoję w potoku, a wiem, że lis zagląda do namiotu?
I widzę tego lisa?
    - To tylko refleksja w mgnieniu. Takie przebicie.
Dociera do mnie: - Czas nie istnieje. Wszystko dzieje się teraz. Wszystko wymieszane.

Znikam…Albo raczej stapiam się z miejscem. Niesamowite!
      Jestem, a jakby mnie nie było.
Takie samo uczucie miałem już kilkakrotnie, ostatnio dwa razy pod srebrnym piaskiem gwiazd, ale też przy semaforach w Łupkowie.
Tu odzywa się przeszłość i sekwencje z filmu: „Siła spokoju”.
       Film filmem, ale samemu tego doświadczyć! To Przyroda tak uczula, tak działa.
To się bierze z bezpośredniego Kontaktu.
Roztapiam się.
       Patrzę na swoje odbicie w wodzie. Jaki dziwny facet!
To ja?
Ten dziwny facet który patrzy na mnie, jest uśmiechnięty od ucha do ucha. To zaraźliwe, więc ja też się śmieję do niego.
  
                 To kilka sekund tylko było, może jedna długa sekunda, ale zostawiła wspomnienia. Zapisałem to co czułem, zapisałem pracowicie i dokładnie.
Podobało mi się!
      Wracam na górę.
Jest pięknie! Kraina Bojków w słońcu cała. 
     
Niepowtarzalny zapach pod dachem nieba.....
       
Ciekawe: - ostatnie zdjęcie z dnia zejścia ma na końcu nr 23. I aparat milknie.


Namiot już zwinięty, pakuję na koniec maleńką paczuszkę ze śmieciami i zaciągam sznurki.
Jeszcze śpiwór umocować na zewnątrz, razem z namiotem i druciakiem.
           Gotowe.
No, nie chce się odchodzić!
Ja tu wrócę jeszcze?

Jednym sławnym ruchem zarzucam na siebie plecak. Ten ruch, to coś takiego, jak cyrkowy skok kowboja na mustanga, bez użycia strzemion.
I mogę ruszać.

Ceremonia?
          Ona trwa przecież od samego rana, gdy tylko przywitałem się z Duchem Gór.
Podnoszę ręce pod ten dach nieba, i .....ruszam w dół.
      W głowie zaczynam słyszeć przecudną deklamację Azji-Tuchajbeja. Co za dykcja…i jaka polszczyzna!:

Jednego serca! tak mało, tak mało,
        Jednego serca trzeba mi na ziemi,
        Co by przy moim miłością zadrżało,
        A byłbym cichym pomiędzy cichemi.

            Jednych ust trzeba, skąd bym wieczność całą
            Pił napój szczęścia ustami moimi,
            I oczu dwoje, gdzie bym patrzał śmiało,
            Widząc się świętym pomiędzy świętymi!

        Jednego serca i rąk białych dwoje,
        Co by mi oczy zasłoniły moje,
        Bym zasnął słodko, marząc o aniele,

            Który mnie niesie w objęciach do nieba.
            Jednego serca! Tak mało mi trzeba...
            A jednak widzę, że żądam zbyt wiele!

Już na dole, przy cerkwisku, oglądam się za siebie i z piersi wyrywa się tylko jedno słowo:
              -  Ach!








Biesy i Czady



           Czyli legendy z Bies-czadu.

Na początku na tym skrawku ziemi zapomnianym przez Boga, tylko diabły harcowały…. Awantury, rozboje i gwałty czyniły między sobą.
Nie były to jakieś diabły szczególne, ot zwyczajne rogate i włochate pospólstwo.
      Ich mnogość powodowała, że ludzie nie chcieli się za żadne skarby na tym terenie osiedlać. Wydawało się, iż ta część Karpat na zawsze pozostanie diablo bezludna.
Nawet nazwy swojej wtedy nie miała, bo niby jak nazwać taką diablą krainę?
     Kiedy w wyniku eksperymentów genetycznych wyhodowano w piekle dwie nowe odmiany diabłów, jedną z nich nazwano Biesami, a drugą Czadami.
Różniły się one znacznie od reszty diablej populacji. Już samym swym wyglądem miały pokusy w ludziach budzić i na manowce ich wodzić. Oto przykładowy wizerunek Biesa żeńskiego.
             

Dlatego najgorętsza egzekutywa piekielna postanowiła umieścić je w oddzielnym rezerwacie. Wybór padł na dotąd nie nazwaną czarcią krainę.

     Wyłapano tu dotychczasową diablą hołotę, po czym zaludniono, a raczej zadiablono ten piekielny rezerwat Biesami i Czadami.
         Wtedy też powstała nazwa tej ziemi:  Bies-czady.

Ale gdzie jest diabeł, powinien być i anioł, bo gdzie jest zło, powinno być i dobro. Zawsze tak było i tego porządku nawet diabły nie ważą się zmieniać. Niestety sfery niebieskie nie zgodziły się wysłać do bieszczadzkiego rezerwatu aniołków, bo one były edukowane przeciw zwyczajnym diabłom, a nie genetycznym mutantom. Zachodziła przeto obawa, że aniołkowie mogą nowemu zadaniu nie podołać, a co gorsza, same zejdą na psy, czyli inaczej mówiąc, ulegną diabelskim pokusom.
Natomiast azaliż eksperymentów genetycznych w niebie nie prowadzono, było to bowiem za świętokradztwo uznawane, za zabawę w Pana Boga.
       I wtedy zagrały Biesy z Czadami w orła i reszkę. 

Wyszło im, że Biesy będą ode złego, a Czady od dobrego. Gdy to ustalono, natychmiast wróciła normalność do tej krainy, a wraz z nią przybyli ludzie. Nie od razu, ale powoli zaczęli zasiedlać coraz nowe doliny nad rzekami i potokami, a potem poszli nawet w góry, pod samymi połoninami zakładali wsie.

        Jedni przybywali tu z Małopolski, inni z Rusi, a jeszcze inni z Wołoszy, ze Słowacji i od Madziarów. Tak się tu wymieszali, wykotłowali, że nie można było poznać kto skąd pochodzi.
Każdy pochodził stąd.
     A Biesy i Czady? No cóż, robią od kilkudziesięciu wieków swoją zwykłą diablo-anielską robotę, raz lepiej, raz gorzej, bo przecież nie sposób wszystkim ludziom dogodzić.

piątek, 14 marca 2014

Polityk udziela wywiadu





Udzielał raz wywiadu kotek, że jest zdrowy,
        Wtem uszki mu opadły, oczki wyszły z głowy,
        Pękł mu brzuch, ogon, płuca i głosowa struna,
        Wreszcie zdębiał, ocipiał, zesrał się i umarł. Amen.

Giga moja miłość



Wolność dla ciebie w tym miejscu, w którym żyjesz.
     
     Najlepiej, gdyby to była Wolność w twoich stronach rodzinnych.
A gdyby w tej chwili Wolności, Niepowtarzalnej, Jedynej, towarzyszyła ci prawdziwa przyjaciółka, prawdziwa suka?
     


Pies przyjacielem człowieka.... Przedwiośnie 2014.
    




Moja najnowsza miłość ma na imię Giga. Nie kryłem się ze swoim uczuciem, mówiłem wokół co mam w duszy. (Bardzo niewiele osób było wokół)
     


Na powitanie zostałem polizany. W ten prosty sposób Giga okazywała swą suczą sympatię.
Bardzo lubiła bawić się rzucanym patykiem.
   



A największą frajdę miała, gdy ją goniłem.
       Także sama biegła do mnie, udając, że przynosi patyk, a w ostatniej chwili zakręcała.
   


Niezapomniane zabawy na Przedwiośniu z Krąglicą w tle.
   


Tylko dwa razy dała głos. Jeden raz odpowiedziała psom, które ją oszczekały. Szczeknęła ze trzy razy. Zabrzmiało to bardzo poważnie, jakby zagrzmiało, i psy ucichły.
A drugi raz wyszliśmy w środku nocy na sikanie i wtedy poszczekała sobie, ot tak, po prostu swym budzącym respekt głosem.
Sikaliśmy, a nad głową wisiały zapalone lampiony gwiazd. Tu jest Park Gwiezdnego Nieba w końcu.
Giga, suka, owczarek niemiecki.
Czyli zakochaj się w suce.
      
Pokochałem Gigę miłością gwałtowną. Giga nie jest moją własnością. Tak na dobrą sprawę ona nie jest niczyją własnością. Jest indywidualnością.
Po prostu dane mi było pobyć kilka dni obok tej wspaniałej suki. Giga jest niezwykle wytrzymała i radosna.
    Bywało, że szliśmy 15 km, w tym 5 przez ostępy leśne. Giga bez przerwy wybiegała w przód i wracała. Wydaje mi się, że mogła przebyć w tym czasie trzy razy tyle.
   


Po powrocie do domu, natychmiast była skora do zabawy.
A jak potrafiła cieszyć się po psiemu ze śniegu! Oto Giga na Wołosaniu. Według mnie uchwycony został moment, gdy pies się śmieje.
    


Ufny, zadowolony pies-suka obok ciebie. 
     
Dostawałem miłosne lizanie w policzek na dzień dobry.
Wziąć pod opiekę jakieś zwierzę, to wielki obowiązek. To obowiązek na wiele lat. Przykładowo mały pies, czy kot żyje do 20 lat.
A gdy chcesz gdzieś wyjechać?
       Cieszenie się Chwilą. Przeżywaj każdy dzień, jakby to był twój dzień ostatni….
Przeżywaj każdy dzień w radości. Lecz broń Boże nie w smutku! Tylko w radości.

Tu, na Ziemi, gdy będziemy kiedyś odchodzić, zostawimy wszystkie zabawki.

Dociera do Ciebie:?

Już właściwie nie masz nic!

Goły Turecki. Jak przecięta karta w pół.
Ale zawsze możesz być goły i wesoły.
Do wszystkiego trzeba dojrzeć, czyli dorosnąć, a może zmaleć?

Dorosły mężczyzna…..

"Większość dorosłych mężczyzn różni się od dwulatka tym, że dwulatka można zostawić samego z nianią."
(Mia Farrow, 1945- )

Wszyscy szukają miłości



Wszyscy szukają miłości....Szukają jej ze strachu przed wolnością.

Oczywiście wszyscy mówią o wolności, ale mało kto ma odwagę być wolnym, ponieważ kiedy naprawdę jesteś wolny, jesteś sam.

Tylko jeśli masz odwagę, aby być sam, możesz być wolny.

Mało kto jest taki odważny, żeby być sam. Potrzebujesz kogoś.
     
             Dlaczego?

Boisz się własnej samotności. Nudzisz się sam ze sobą. I kiedy jesteś sam, wszystko traci znaczenie. Będąc z kimś, masz zajęcie, tworzysz wokół siebie sztuczne znaczenie.
    Nie możesz żyć dla siebie, boisz się tego, nie umiesz tego, więc zaczynasz żyć dla kogoś. To samo dotyczy innych ludzi: - on, czy ona nie mogą żyć sami, więc szukają drugiej osoby. Dwie osoby przerażone własną samotnością spotykają się i zaczynają grę - grę w miłość.
    
 Takie osoby nie wiedzą, że tak naprawdę szukają przywiązania, poświęcenia, jarzma.
Prędzej czy później dostaniesz to, o czym marzysz. To, czego pożądasz  - wydarzy się. I wtedy gra wstępna zniknie. Spełni swą funkcję i zniknie.
     Gdy staniecie się mężem i żoną, wzajemnymi niewolnikami, miłość zniknie, ponieważ była tylko iluzją, pretekstem, dzięki któremu dwoje ludzi może stać się niewolnikami.
     Bezpośrednio nie możesz poprosić o niewolnictwo, to zbyt upokarzające.
Nie możesz powiedzieć do kogoś wprost: - Stań się moim niewolnikiem! On odmówi.
Powiesz: - Nie mogę bez ciebie żyć!. Ale to ma takie samo znaczenie, jest tym samym.
    A kiedy dostajesz to, o co naprawdę chodzi, czujesz się spełniony. Dostałeś kolejną rzecz, kolejny przedmiot.
I wtedy zaczynasz czuć jarzmo, niewolę i podejmujesz wysiłki, aby się uwolnić.


Mądrość sufich: - Zwiąż ze sobą dwa wolne ptaki, nie polecą, chociaż mają cztery skrzydła.



To jest jeden z paradoksów umysłu: cokolwiek dostajesz, znudzisz się tym prędzej, czy później, będziesz zaś pragnął tego, czego nie dostaniesz.
Gdy będziesz sam, będziesz pragnął niewoli, gdy będziesz w niewoli zapragniesz wolności.
    Tak naprawdę tylko niewolnicy pragną wolności.

Umysł działa jak wahadło: przechodzi od jednej skrajności do drugiej.
                  Miłość jest jedynie przynętą.
Poszukiwałeś tylko ryby o nazwie Przywiązanie. Przywiązanie było potrzebą. Miłość była tytko przynętą, żeby to przywiązanie złowić.
Gdy na przynętę miłości złowiłeś rybę o nazwie Przywiązanie, wyrzucasz przynętę. Ona  nie jest ci już potrzebna.
W każdym swoim działaniu, gdy się w siebie zagłębisz, znajdziesz podstawową przyczynę.
     Zdarza się miłość prawdziwa, która nigdy nie staje się przywiązaniem. Ale to bardzo rzadkie przypadki.
    Jaki jest mechanizm zmieniający miłość w przywiązanie?
Mówisz kochankowi: - kochaj tylko mnie. Wtedy zaczynasz posiadać.
A gdy kogoś posiadasz, bardzo go obrażasz, ponieważ sprowadzasz go do roli przedmiotu.
Gdy ktoś ciebie posiada, pilnuje, jest zazdrosny, oznacza to, że stałeś się kolejnym przedmiotem wśród mebli, stałeś się rzeczą.

Wykorzystuję cię i stajesz się moją rzeczą, moją własnością, więc nie pozwolę nikomu innemu ciebie używać.

To jest jarzmo - posiadasz kogoś i traktujesz jak rzecz. Nikt inny oprócz ciebie nie może posiadać tej rzeczy. To jest twoja własność. Tak robią oboje partnerzy.
     Ja robię niewolnika z ciebie, ty ze mnie.
     I zaczyna się walka: Oboje partnerzy chcą odzyskać wolność i jednocześnie nadal posiadać.

Przywiązanie to jedna z najohydniejszych rzeczy. Nie tylko z punktu widzenia religii, ale także estetyki. Gdy jesteś przywiązany tracisz samotność, tracisz siebie.
Tracisz siebie tylko po to, żeby poczuć, że ktoś ciebie potrzebuje. Z tego powodu zrzekasz się siebie.
         Starasz się być niezależnym, druga osoba robi to samo, a jednocześnie zostaliście przypisani do siebie. Dlatego jest walka.
Tak zwani panowie zawsze są niewolnikami swoich własnych niewolników.

Dopiero gdy to zrozumiesz, kiedy poznasz siebie, możesz się z kimś sobą dzielić. Bo jak masz się czymś dzielić, jeśli nie wiesz czym masz się dzielić? Jak masz się sobą dzielić, jeśli nie wiesz kim jesteś, jaki jesteś, o co ci chodzi tak naprawdę?
Dopiero kiedy do tego dojdziesz, kiedy poznasz siebie, możesz dzielić miłość, szczęście, spokój. To będzie dzielenie się, a nie przywiązanie, nie zależność.
Jeśli nikogo obok ciebie nie ma, jesteś wtedy tak samo szczęśliwy jak przedtem.
     
          A więc nie posiadaj, jeśli nie chcesz, aby ktoś posiadał ciebie.

Jezus powiedział kiedyś: -"Nie osądzaj, abyś sam nie został osądzony"
Tak samo jest w przypadku: -"Nie posiadaj innych, aby inni nie posiedli ciebie".

Nie rób z nikogo niewolnika, inaczej sam się nim staniesz.


PS. Aby poznać słodkie, trzeba popróbować gorzkiego. Nie ma recepty na życie. Trzeba swoje przejść, żeby móc coś wiedzieć. Małżeństwo, dzieci, dom, posadzić drzewo .....
 

czwartek, 13 marca 2014

Wyrwać się z nieszczęścia




To nie powinno być trudne - przerwać cierpienie, poczucie bra­ku nadziei. To nie powinno być trudne, bo przecież nie chcesz czuć się źle. 
      Chyba więc kryje się za tym coś bardziej skompli­kowanego. Ta komplikacja polega na tym, że od najwcześniej­szego dzieciństwa nie wolno ci było okazywać radości, czuć się szczęśliwym. Kazano ci być poważnym, a powaga łączy się ze smutkiem. Musiałeś robić to, czego nie chciałeś robić. Byłeś bez­radny, słaby, zależny od ludzi; musiałeś robić, co ci kazali. Ro­biłeś to niechętnie, kiepsko, będąc temu przeciwnym. Byłeś zmuszony robić tyle rzeczy wbrew sobie, że stopniowo jedno sta­ło się jasne: wszystko, co jest ci przeciwne, jest słuszne, a to, co nie jest ci przeciwne, jest błędne. I powoli całe to wychowanie napełniło cię smutkiem, zakłóciło twój stan naturalny.
      Stanem naturalnym jest radość, tak samo jak stanem natu­ralnym jest zdrowie. Kiedy jesteś zdrowy, nie idziesz do dokto­ra, aby pytać: Dlaczego jestem zdrowy? Nie ma potrzeby zada­wać pytań dotyczących zdrowia. Ale kiedy jesteś chory, pytasz natychmiast: Dlaczego jestem chory? Co powoduje moje złe sa­mopoczucie?
     To całkowicie słuszne, by pytać, dlaczego jest ci źle. Ale ni­kogo nie pytaj, dlaczego czujesz się wspaniale. Zostałeś wycho­wany w chorym społeczeństwie, w którym poczucie szczęścia bez powodu poczytywane jest za szaleństwo. Jeśli uśmiechasz się bez powodu, ludzie pomyślą, że brak ci piątej klepki - bo inaczej z czego byś się tak cieszył? A jeśli odpowiesz: „Nie wiem, po pro­stu czuję się szczęśliwy", twoja odpowiedź upewni ich tylko, że coś jest z tobą nie tak.
      Jeśli jednak czujesz się kiepsko, nikt nie będzie się dziwił. Ta­kie samopoczucie uznawane jest za normę; każdy tak się czu­je. Nie jest to niczym niezwykłym. Nie robisz nic dziwnego.
Podświadomie umacnia się w tobie przekonanie, że nieszczę­ście jest stanem naturalnym, a szczęście - nienaturalnym. Po­czucie szczęścia musi mieć powody. Poczucie nieszczęścia ich nie potrzebuje. To przekonanie powoli wsiąka w ciebie coraz głę­biej - do krwiobiegu, do kości, do samego szpiku - chociaż jest czymś, co obraca się przeciwko tobie. Zostałeś zmuszony do swoistej schizofrenii; zostało ci narzucone coś, co jest przeciw­ko twojej naturze. Zostałeś oderwany od samego siebie, by stać się czymś, czym nie jesteś.
To właśnie jest przyczyna nieszczęść ludzkości: każdy jest tam, gdzie być nie powinien. A ponieważ nie jest tam, gdzie powi­nien być - gdzie został stworzony, by być - czuje się źle. Tkwisz w stanie odchodzenia od samego siebie, brniesz coraz dalej i dalej, tak że już zapomniałeś drogę powrotną do domu. Więc gdziekolwiek jesteś, myślisz, że to twoje miejsce - smutek stał się twoim domem, ból stał się naturą. Cierpienie zostało zaak­ceptowane, tak jakby było czymś zdrowym, nie chorobą.
      A gdy ktoś mówi: „Porzuć to nędzne życie, odrzuć cierpie­nie, które niepotrzebnie dźwigasz ze sobą" - pojawia się pro­blem podstawowy: To jest przecież wszystko, co posiadam! 
     Jeśli to odrzucę, nie zostanie mi nic, stracę swoją osobowość. Teraz przynajmniej jestem kimś, chociaż nieszczęśliwym, chociaż smut­nym, chociaż cierpiącym. Jeśli to odrzucę, pojawi się pytanie, jaka jest moja osobowość, kim właściwie jestem. Nie pamiętam drogi do domu, a odebrano mi hipokryzję, zastępcze mieszka­nie stworzone dla mnie przez społeczeństwo.
Nikt nie chce stać goły na środku ulicy. Lepiej być nieszczęś­liwym - przynajmniej masz coś na sobie, choć jest to nieszczę­ście... Ale to nie szkodzi, wszyscy inni też są ubrani w takie sa­me szaty. Dla tych, którzy mogą sobie na nie pozwolić, ich nieszczęścia są drogocenne. Ci, których na to nie stać, są pod­wójnie nieszczęśliwi - muszą żyć w pełnej biedzie i nędzy, nie ma czym się chwalić.
    - Są więc bogaci nieszczęśnicy i......
   - Są biedni nieszczęśnicy. Ci bie­dni starają się za wszelką cenę osiągnąć status bogatych nie­szczęśników. Występują tylko takie dwa typy.
    - Trzeci typ został całkowicie zapomniany. Jest nim twoja rze­czywistość, która nie ma w sobie nic nieszczęśliwego. Wrodzo­na natura człowieka jest radosna.

Radość nie jest czymś, co należałoby zdobywać. Już w tobie jest; urodziłeś się z nią. Nie zatraciliśmy jej, jedynie oddaliliś­my się i odwróciliśmy się tyłem do siebie samych.
Jest tu, za twoimi plecami; mały obrót i jaka rewolucyjna zmiana!
    Ale są fałszywe religie, które mówią ci, że jesteś nieszczęśli­wy, bo w poprzednim życiu wyrządziłeś zło. To wszystko non­sens. Dlaczego Istnienie czekałoby przez jedno życie, aby cię ukarać? Wydaje się to niepotrzebne. W naturze rzeczy dzieją się natychmiast. Wkładasz rękę do ognia, a dopiero w następ­nym życiu ulegniesz poparzeniu? Dziwne! Oparzysz się przecież natychmiast. Przyczyna i rezultat są połączone, nie mogą być roz­dzielone.
   Lecz te fałszywe religie nie ustają w pocieszaniu: Nie przej­muj się. Rób więcej dobrych uczynków i módl się częściej. Chodź do świątyni lub do kościoła, a w następnym życiu nie będziesz nieszczęśliwy. Nic natychmiast, gotówką; wszystko później -w następnym życiu. I nikt z następnego życia nie pojawia się, aby powiedzieć: Ci ludzie mówią absolutne kłamstwa.
     
        Religia powinna być jak gotówka, nawet nie jak czek, ale właśnie gotówka.

Rozliczne religie mają różne strategie, ale powód ten sam. Chrześcijanie, żydzi, muzułmanie, religie zrodzone w Indiach mówią: cierpisz, bo Adam i Ewa zgrzeszyli. Pierwsza para, tysiące lat temu... i nie był to jakiś wyjątkowo wielki grzech - popełniasz go codziennie. Po prostu zjedli jabłko, mimo że Bóg im tego zabronił. Oczywiście problem nie leży w jedze­niu jabłek, ale w nieposłuszeństwie. Tysiące lat temu ktoś nie posłuchał Boga, został ukarany przez wyrzucenie z Edenu, z boskiego raju. A dlaczego my cierpimy? Bo oni byli naszy­mi praprzodkami.
W rzeczywistości jest całkowicie inaczej. To nie jest kwestia czynienia zła, lecz raczej faktu, że zostałeś wygnany z samego siebie, ze swojego stanu naturalnej radości. Bo żadna religia nie chce, byś zbyt łatwo dochodził do stanu szczęścia. Cóż bowiem stałoby się z wyznawcami? Co pozostałoby z tych wszystkich świetnych praktyk, metod ascezy?
      Jeśli odrzucenie poczucia nieszczęścia byłoby tak łatwe, jak ja mówię, wtedy wszystkie fałszywe religie straciłyby swój biz­nes. To sprawa ich biznesu. Poczucie szczęścia musi być tak trudne do osiągnięcia - wręcz niemożliwe - że ludzie mogą mieć na to nadzieję jedynie w jakimś przyszłym życiu, po dłu­giej, uciążliwej podróży.
      Ale ja ci mówię z własnego doświadczenia: osiągnąłem to z ogromną łatwością. Dla mnie to także nie jest pierwsze ży­cie i zapewne popełniłem więcej „złych uczynków" niż ty - bo
ja nie myślę, że to było coś złego. Docenianie piękna, doce­nianie smaku, docenianie wszystkiego, co czyni życie lepszym i bardziej kochanym - to, moim zdaniem, nie są złe rzeczy.
    Chciałbym, abyś i ty stał się wrażliwy, miał większe poczucie estetyki dla tych spraw. One uczynią cię bardziej ludzkim, obda­rzą cię większą delikatnością, nauczą większej wdzięczności za to, że istniejesz.
     Dla mnie nie są to rozważania teoretyczne. Po prostu zaak­ceptowałem nicość jako drzwi. Nazywam to medytacją, a jest ona przecież niczym innym, jak jednym z imion nicości. Kiedy taka nicość nadejdzie, stajesz nagle twarzą w twarz z samym sobą, a cały bagaż smutku znika. Pierwsze, co powinieneś zrobić, to po prostu wyśmiać samego siebie, to, jakim byłeś idiotą. Tego smutku nigdy nie było - to ty z jednej strony go tworzyłeś, a z drugiej usiłowałeś niszczyć; i oczywiście byłeś podzielony na dwie części jak schizofrenik.
    To jest bardzo łatwe i proste. Najłatwiejszą rzeczą w życiu jest być sobą. To nie wymaga wysiłku; już jesteś sobą. Tylko przypomnij sobie... wyrzuć wszystkie głupoty, którymi karmiło cię społeczeństwo. Jest to tak łatwe jak dla węża wysunięcie się ze swojej starej skóry i nie oglądanie się już w tył. Bo to jest po prostu stara skóra.
    Jeśli to pojąłeś, radość może zdarzyć ci się nawet w tej właśnie chwili.
Bo już od tej chwili zrozumiesz, że smutek, nieszczęście nie istnieją.
Milczysz, stojąc w drzwiach nicości; jeden krok do przodu i odnajdziesz największy skarb, który czekał na ciebie przez ty­siące poprzednich wcieleń.

Tory w Bieszczadach



Przeszedłem po nich wiele kilometrów. Zarówno po wąskich, jak i szerokich.
Po szerokich dobrze się idzie, jedyny mankament, to nieco za mała odległość pomiędzy kolejnymi podkładami, bo to po nich się przeważnie idzie. Ta odległość wymusza „głupie kroki”.
Można także iść komfortowo po jednej szynie, ale do tego potrzebne są kijki.
   


Trzy sposoby mocowania szyny.
     - Szyny kolejowe słowackie mocowane sprężynami.
   


   - Szyny polskie mocowane na sztywno.
   


Po podkładach szyn wąskotorówki chodzi się o wiele wygodniej, są szerzej rozstawione. Trzeba tylko w sezonie schodzić z drogi ciuchci bieszczadzkiej.
Po części torów pomiędzy Balnicą, a Łupkowem w lecie i jesieni ciężko iść – zielsko do pasa. Tu kolejka nie jeździ nawet w sezonie. Rano dodatkowo rosa.
Dopiero na wiosnę, tak, jak teraz, rośliny przygniecione przez śniegi, pozwalają na wygodne przejście.

     - Nie mam zdjęcia torów na Ukrainie, gdzie jeszcze do niedawna mocowano szyny gwoździami.
Przy torach na Ukrainie pracował właściciel "Chleba Domowego" z Osławicy.