piątek, 27 marca 2020

Jak to z piecem było


Czerwiec. Cegła wniesiona na górę przed dom, chorągiewki do oznaczenia łąki przygotowane.



Na krótko przyjechał Henryk – wykosił podjazd i miejsce widokowe pod namioty gości, którzy także niedługo mają zjechać. Upał jak cholera, nic dziwnego, że w końcu kosiarka spalinowa wysiadła.


Henryk wyjechał, dyspozycje wydane, znowu jestem sam. Jeszcze wapno przywieźli, wnoszę worki pod dach. Szykuje się generalny remont Kołyby.


Świt. Rano ma przyjechać ekipa z Ciężkowic: - Jan Gabrjel i Józek.
Jan był na blogu opisany wielokrotnie – bretharianin, pokarmów nie przyjmował dwanaście lat. Sprawa mistyczna, jak z Teresą Neumann.
Ciekaw byłem Józka
Facet złota rączka, niezwykle popularny w Ciężkowicach, krążyły o nim legendy. Specjalista od szczepień w sadach. Wszystkie przeszczepy z jego ręki na drzewkach, przyjmowały się w stu procentach. 
      Do tego wspaniały murarz, studniarz, malarz, kafelkarz i co chcesz. (Jeszcze o Józku napiszę).
Oraz znany był też ze zdroworozsądkowych sentencji, tudzież humoru, który objawiał się przy pracy, którą zwykł był wykonywać pod wpływem. Mianowicie nie przystępował do pracy bez oddania należnego poszanowania gorzałce. Czyli mówiąc krótko, podobno potrzebował wprowadzić do ciała pół litra na dzień dobry. Z Janem w pewnym momencie stanowili duet: - jeden pił i jadł, drugi nie pił i na dokładkę nie jadł. 
Więc ciekawość. Henryk zapoznał się z legendą otaczającą Józia i usunął się chyba na bok profilaktycznie? No nie wiem, w każdym razie ciekawość.

Nadszedł poranek i zajeżdża ekipa. Jan dowodzi: - to trzeba tu, a to tu. Józek niepocieszony: - Chwila moment. Animuszu nie mam, Zbyszek nie pije, ja nie zwykłem pić do lustra, a trzy litry bimbru czeka.

Józio mianowicie okazał się także specem od pędzenia dla swoich oczywiście osobistych potrzeb. Napitek o mocy 50% uzyskiwał z winogron własnych.
Praca stoi więc. Kicha kompletna. Co robić, co robić?
W Woli pod ręką jest tylko Maria od koni, ale ona przecież ciągle powtarza, że jej konie nie lubią woni i gdyby wypiła konie mogą ją skopać dość poważnie być może. Nie wolno ryzykować.
Jest także Wiesia Abramowa, ale ona z kolei ma dziś zamówienie na lepienie pierogów dla Wojtka Judy

I wpadam na pomysł: - Staszek First! Zjadę rowerem po Staszka. No tak, ale on słabo chodzi, zanim tu na górę wejdzie, będzie południe.
Jan wkurwiony nieźle, kilka razy użył słowa pijak z przymiotnikiem w stosunku do Józia. Jednak nadszedł czas wyższej konieczności i Jan jest zmuszony zaoferować pomoc.

Zjeżdżamy na dół. Nie ma przypadków! Akurat Staszek z plecakiem pełnym ochłapów dla psów, wysiada z jakiegoś samochodu, który przywiózł go właśnie z Cisnej.
Dobiegam wołając: - Staszek! Byś się napił? Bo okazja jest! Zdun do Kołyby zawitał, a nie ma z kim się napić.

I zaprawdę powiadam wam cud, cud! Dzieje się mianowicie nie do wiary - Staszek biegnie do swego domu! Biegnie! A zwykle tylko chodzi i to z trudnością! Oto dobiegł! Otwiera drzwi, wrzuca do środka plecak, po czym szybko zamyka i pomykając do samochodu wyjaśnia krótko sprawę: - Jadziem!

Cóż to za precyzyjne krótkie słowo objaśniające właściwie wszystko. 
Proszę się nie śmiać. 
Tylko ludzie na wsi, na prawdziwym zadupiu, potrafią się cieszyć życiem. W mieście żyje się za szybko. W tych kamiennych pustyniach brakuje także kontaktu z naturą……
Jan dowozi nas na górę. Józio szczęśliwy, Staszek szczęśliwy – obaj uśmiechają się szeroko. Jan krąży wkurwiony. Sprawnie zmywam się na grzyby.

Kiedy wróciłem było po pracy. Piec stał w pełnej wysokości, a Józio stał całkiem pewnie narzekając, że w tych Bieszczadach to słabe głowy mają i będzie musiał niestety resztę niedopitą zabrać do domu. 
Staszek był także po pracy i spał na trawie przed domem. Wieczór zapadał, gdy go wreszcie dobudziłem. Jan znowu wykonał transport. A Józio zainteresował się przypowieściami Osho stwierdzając, że ten Hindus to głupi nie był, skoro na trzeźwo takie rzeczy zapodawał.
Wyjechali.
Po raz drugi, na dokończenie pracy ekipa przyjechała, gdy był już Henryk
Józio wyciągnął swoje obowiązkowe trzy litry na dwa dni. Szykowałem się oczywiście na grzyby, kiedy zawołali mnie z tarasu. Jednocześnie usłyszałem dzwonek. 
- Widziałeś taką kielnię? –zapytał Józio.



- Ale fajna! Takiej jeszcze nie widziałem - odpowiadam fotografując gadżet. I dzwoniąc.
- To napijesz się?                                                                                                                  Józek ujął mnie bardzo tym swoim wynalazkiem. Jak tu odmówić temu tak niepospolitemu człowiekowi? Toż to byłaby pogarda ostentacyjna. Wypiłem. Trzepnęło. Tak bywa po pierwszym. Potem jednak poszedłem na grzyby. Rano ekipa wyjechała, a Henryk marudził, że piec krzywy jest.




Tłumaczyłem: - krzywy czy prosty – nieważne. Ma dobrze działać
A jak widać wcale krzywy nie był.
Przez kolejne trzy dni pracowicie smarowałem cegły wodą z olejem dla barwy. Tak zalecał majster.
Piec grzał dobrze – w zimie się sprawdził.

- No i Lux!
(Lux to ulubione słowo Józka).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz