Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UPA.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UPA.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 kwietnia 2016

Propaganda

Piszę te listy do samego siebie i patrzę na licznik: - pokazuje dziś 2408. 
Tysiące potencjalnych zdjęć czeka na zamieszczenie.
To materiał na lata. I ciągle przybywają nowe zdjęcia, nowe tematy.
      Co jakiś czas robię przerywnik, bo przede wszystkim mam mieć frajdę z pisania postów. A mam ją wtedy, gdy urozmaicam tematykę.
Wędrowanie jest piękne, pisać także lubię. Dlatego w archiwum jest spora ilość oczekujących tekstów, gotowych do pojawienia się na blogu. Teraz pozostaje tylko wklejać je z magazynu i ewentualnie dodawać zdjęcia.
    Zaniedługo przestaną pojawiać się kolejne posty. Umilknę na czas jakiś.
Ostatni wpis będzie 30 kwietnia.

Trzymam się indywidualnego tempa – jeden wpis dziennie. 
Wydawało mi się, że przed wakacjami dotrę z opowiadaniem do fantastycznego biwakowania na Fereczatej. 
Jednak nie ma na to najmniejszych szans. 
I tak temat Otrytu skracam. A po drodze jeszcze Chmiel, Zatwarnica, połoniny i zejście do Smereka. O Fereczatej napiszę dopiero na jesieni.
Dziś zmiana tematu.
         
              Propaganda.

Propagandę początkowo chciałem podzielić na subtelną (reklamy) polegającą jedynie na manipulacji przy wciskaniu kitu i chamską, polegającą na pospolitym kłamstwie z grubej rury. Jednak dam spokój.
O wiele lepsze jest spojrzenie z dystansu.
Czyli po prostu propaganda.

Marsz KOD w Warszawie, pod hasłem: „My Naród”.
Stałem, a potem szedłem w szeregach „Pomorze z Wałęsą”.

Jako łowca chmur robiłem zdjęcia ciekawej chmurze nadciągającej ze wschodu. Piękny czas, wspaniały nastrój, pokojowa demonstracja. Piknik dosłownie. Dzieci z balonikami, tatusiowie trąbią zapamiętale. Jedna pani mnie ujęła: - gwizdała na palcach! A myślałem, że jestem wyjątkiem.
Dobrze! Od tego gwizdania i trąbienia zwiększa się pojemność płuc.



Most zamknięty dla ruchu, liczba uczestników potężna. Mam jakąś skalę porównawczą, bo już byłem na kilku protestach KOD.
Na przykład na tym.

Pochód pod hasłem „My Naród”, był największym z dotychczasowych. Sto tysięcy jak nic.
Być może 200 tysięcy. Ale organizatorzy są ostrożni: podają sto.
Policja podaje (Czyli dziś Pis): 15 tysięcy.
    Policja kłamie?
To nie policja kłamie, lecz rządzący kłamią, a policja jest zawsze podporządkowana rządzącym.
Do niedawna jedna grupa zawodowa cieszyła się (podobno) w Polsce największym zaufaniem: to była policja.
     Chwilowo to zaufanie wyparowuje.
Czemu rządzący kłamią? Bo się boją.
Czego się boją? Tego to już nie wiem, może siebie, a na pewno swoich kompleksów, także boją się tych z drugiego sortu, bo ci mają odwagę myśleć inaczej niż oni.
     A może boją się oderwania od koryta, do którego zapuścili właśnie swoje przyssawki?
W każdym razie w podawanych liczbach nakazują policji kłamać.
A policja to wykonuje. Smutne?
       Bo ja wiem? Przecież propaganda polega właśnie na wykonywaniu poleceń.
Polecenia wykonują niewolnicy.

Refleksja: - to poprzednia Centrala zapracowała na dorwanie się do władzy Centrali obecnej. Mylę się?

Ponieważ moja ciotka jest już wiekowa i często choruje, jeżdżę z nią do lekarzy. Jeździmy taksówkami.
To są krótkie kursy, ale moja ciotka lubi rozmawiać i taksówkarze to lubią. A że są na bieżąco, zawsze coś ciekawego się usłyszy.
     Moja szanowna ciotka umościła się w taksówce. Ruszamy. Ciotka zagaja do kierowcy: - panie, jak oni w tym Pisie kłamią! Itd.
Taksówkarz wysłuchał i mówi:

Jakiś czas temu wiozłem Kurskiego. Rozmawiał na dwa telefony. W końcu zapytał: - to ma tę kochankę, czy nie ma?
Tamten ktoś, coś odpowiedział. Kurski na to: - Dobra! Powiemy że ma. On się i tak z tego nie wyplącze.

Milczeliśmy.
Taksówkarz zakończył: - I tak się robi propagandę, proszę pani.
Jak będą chcieli kogoś udupić, powiedzą że odnaleźli grób jego nieślubnego syna z Wehrmachtu, nadadzą to w swojej telewizji, a ciemny naród kupi tę brednię.

Korzystając z okazji wrócę do liczb. Liczb z czasów wojny. Porównując je z propagandą liczbową stosowaną przez Pis.

                  Wołyń.

Komuniści podawali „swoje” liczby. Sto tysięcy Polaków zginęło. A tylko tysiąc Ukraińców. Proporcja 100 do 1.
Dziś ''historycy'' IPN (Instytut Podłości Narodowej), złagodzili wymowę liczb podawanych przez komunistów, i podają 80 do 20.
Zamieszczałem wypowiedź księdza Dziubini. W tej stonowanej wypowiedzi jest wołanie o prawdę.
      Pytam: jaką wartość mają „fakty”- liczby podawane przez jakąkolwiek propagandę?
A przy tym pamiętajmy że propaganda wojenna jest szczególnie agresywna:-  nawet kapłani uczestniczą w niej bezpośrednio, pomagając w imię Boże w wysyłaniu na rzeź. I robią to po obu stronach frontu.

   Osho powtarzał:

Miłość jest najważniejsza. Ona zamienia ciebie w buntownika, w rewolucjonistę. Miłość daje ci skrzydła, byś mógł szybować wysoko. Miłość pozwala ci wniknąć w istotę rzeczy, tak, że nikt nie może cię wykorzystać ani zniewolić.
     Księża i politycy funkcjonują dlatego, że mogą żerować na tobie, mogą wykorzystywać innych.
Wszyscy księża i politycy to pasożyty.
Znaleźli niezawodną metodę, w stu procentach skuteczną, by cię osłabić duchowo.
        Wpajają ci, byś przestał kochać siebie.
Jeśli bowiem człowiek nie potrafi pokochać siebie, nie potrafi również pokochać nikogo innego. Ma być posłuszny i służyć innym.
A wtedy łatwiej nim sterować.

Jest taki polski polityk, który jakiś czas temu wypowiedział zdanie: - Miłość jest najważniejsza.
I więcej nic na ten temat.
Któryś z doradców podpowiedział mu to zdanie. Te trzy słowa w ustach polityka, wyrwane z kontekstu prawdy, zabrzmiały jak pęknięty dzwon, wydawało się, jakby rekin zamiauczał.
     
Napisałem: - wartość propagandowych faktów i liczb jest wątpliwa. 
Nie tak jest. Takie fakty – liczby nie mają żadnej wartości.
        Nie twierdzę, że nie było mordów, czystki etnicznej. Była.
Ale zgódźmy się, że skala obustronnych wołyńskich mordów, jest nieznana i pozostanie już wielką niewiadomą.
Oto udokumentowany, jeden drobny fakt. Czyli wyjątek.
Urywek z książki „Pochówek dla rezuna” - Paweł Smoleński.

Wstawał mroźny poranek nad Birczą, w dzień po Trzech Królach w 1946 roku. Dwóch polskich chłopców znalazło w przydrożnych krzakach Ukraińca z UPA, który poległ podczas szturmu na Birczę.
Trup leżał twarzą w śniegu czerwonym od krwi, był zamarznięty na kość, a w zastygłych rękach trzymał karabin.
Jeden z chłopców chwycił za lufę, szarpnął jak mógł najmocniej, by wyrwać broń z zesztywniałych, zaciśniętych dłoni.
Nie zauważył, że wskazujący palec prawej ręki powstańca, opiera się na spuście, a karabin jest zarepetowany. Padł strzał.
Ukraińca wrzucono do dołu na posesji Jana Laszkiewicza. Chłopca pochowano obok żołnierzy poległych w obronie Birczy.
Na nagrobku napisano, że padł ofiarą ukraińskiego terroru.

Jak wiemy wyjątek nie potwierdza reguły. On ją kompromituje.
(Edward Stachura)

Manipulację liczbami pokazałem na przykładzie łagodnej, pokojowej propagandy Pis. Oczywiście również wrednej, bo to jedna z cech każdej propagandy.

Można także czynić propagandę na wesoło: - Dzięki zabawnej kreskówce - udało się sprawić, że niektórym Pingwiny kojarzą się z Madagaskarem.

Natomiast z każdą propagandą jest całkiem tak, jak w anegdocie:

Misza, biegnij na Plac Czerwony, tam rozdają samochody!

Misza pojechał na rowerze, żeby było szybciej.

Wrócił na piechotę i mówi:

  • Nie samochody, tylko rowery. I nie rozdają, tylko kradną.
  • A poza tym wszystko się zgadza.

Oraz zawsze aktualna polska anegdota okupacyjna:

Do Biura Zmiany Nazwisk przychodzi Polak.

- Chcę zmienić nazwisko.

- A jak się pan nazywa? Pyta niemiecki urzędnik.

- Adolf Dupa.

Och donnerwetter! Scheise! Unmoeglich! Brzydko! Jak brzydko! Tak nie może być! Co by na to powiedział Mein Fuehrer?

Zmieniamy! Schnell - szybko, szybko!.

- To jak pan się chce teraz nazywać?

- Andrzej Dupa.



wtorek, 28 października 2014

Darek Karaluch

Zaprzyjaźniłem się z Darkiem. To człowiek wielkiego serca, bywałem u niego wielokrotnie. Młyn kamieni i oba kamieniołomy poznałem jak własną kieszeń.
Oto jeden z kamieniołomów.
  


Karaluch to ksywka. Skąd jej rodowód?

Kiedyś Darek był wypalaczem na wypale, czyli smolarzem innymi słowy. Wypalał drewno bukowe na węgiel drzewny, początkowo w kopcach – mielerzach, wtedy nie było jeszcze retort. Retorty to żelazne kotły wielkości parowozu.

Kopce miały do siedmiu metrów wysokości. Układało się te kopce w piramidę ze znajomością rzeczy. Matura – teoria tu się nie liczyła, liczyła się tylko praktyka.
Wypalaczami były „wyrzutki społeczeństwa”, jak propaganda komunistyczna nazywała ludzi będących „na bakier” z prawem. Ktoś nie płacił alimentów, inny kogoś zabił, odsiedział swoje, ale miał żal do społeczeństwa, bo zabił gacha, chciał też żonę, ale z gachem mu zeszło, w tym czasie żona uciekła. Komuś nie podobała się komuna i powiedział to głośno….. Pojawiali się także Łemkowie, których ciągnęło do Ziemi Ojczystej.
Ileż to razy słyszałem od młodych przeważnie: - generalnie „Ci Wypędzeni” wyszli na swoje, poprawili swój byt, bo wyszli z biedy i mieli lepiej w zasobnych gospodarstwach poniemieckich.
Niby racja teoretyczna. Gospodarstwa niemieckie zasobne. Nieraz fajansowe studnie i poidła. Podwórko wybrukowane kocimi łbami, stodoła – obora – wielki dom. Tylko jedno „ale”.
W 1947 wszystkie te zasobne poniemieckie gospodarstwa na Pomorzu i Ziemiach Wyzyskanych były pozajmowane przez Polaków. Zostały same ruiny bez okien i drzwi. Ale to i tak luksus w porównaniu z Syberią dokąd zsyłano Polaków w 1939 roku.
Tam, na stepie Kazachstanu, czy innego syberyjskiego zadupia, aby zamieszkać, trzeba było norę w ziemi wygrzebać. Ta nora zwała się szumnie ziemianką. Ilu umarło pierwszej zimy?
Ale przyroda tam przez duże P! – powie mądrala.
Górala z gór wysiedlić nad morze. Czy to rozumiesz, Czytelniku?
Rybaka morskiego wysiedlić w góry. Oni będą tęsknić.
Góral za górami, rybak morski za morzem. A Tęsknota nie ma ceny. Nie ma ceny.
Mnie porusza Miłość. Ile razy byłem na cmentarzu w Radoszycach, Smolniku i Łupkowie, znam losy młodych z tamtych czasów. Gorąca miłość. Ślubowanie; - tylko Ty.
Nastąpił czas czystki etnicznej, czyli ludobójstwa, trzeba rzeczy nazywać po imieniu. UPA nie chciało Polaków w Wolnej Ukrainie. W Bieszczadach nie było takich rzezi, jak na Wołyniu, tu była tylko krwawa niedziela w Baligrodzie. 
Poprzez Powstanie Ukraińskie Łemkowie stracili ziemię ojców, komuniści zastosowali odpowiedzialność zbiorową.


A więc jest to przedmowa do losów Karalucha - Darka.
Darek jest dozorcą przy Młynie Kamieni w Huczwicach. Wizerunki osób zamieszczam wyłącznie po uzyskaniu ich zgody.
    
Jest o głowę niższy ode mnie i waży pewnie 45 kg. Mówił, że nigdy gruby nie był, ale w czasach Siekierezady oraz Wypału mógł ważyć 50 kg.
Siekierezada – praca w lesie, początkowo siekierą, potem piłą spalinową, od tego piłowania dostaje się choroby wibracyjnej, na końcu zwózka drzew końmi.
Na wypale była ciężka, niebezpieczna, niezwykle brudna i szkodliwa praca. I było picie non stop właściwie, bo za tę pracę szła godziwa zapłata.
Tak się składało, że po zakupy dla trzech osób do Baligrodu chodził Darek.
Wypał znajdował się przy drodze w Rabe, obok zniszczonego przez komunistów cmentarza bojkowskiego. Od tego dawnego Wypału do mojej tegorocznej Samotni jest tylko rzut beretem – niecały kilometr. Natomiast od Wypału do sklepu w Baligrodzie jest jakieś 12 kilometrów. Do pierwszego sklepu, bo ja chodziłem jeszcze kilometr dalej, aż do czołgu stojącego w rynku. Tu jest kilka sklepów i można kupić odpadowe porcje rosołowe z kurczaków dla psów Darka.
Więc wyobraźmy sobie teraz, że jest zwykła zima bieszczadzka, śniegu jest po pas, a chwilami do piersi. Darek wyrusza o świcie po żywność. 12 kilometrów przejść w lecie to jest kawałek, a w zimie to wyzwanie. Jednak jest łatwiej iść do Baligrodu z pustym plecakiem niż wracać z pełnym.
Na pełen plecak składało się pięćdziesiąt butelek wódki ( tak bardzo pić się chce na Wypale ) Sama wódka to 25 kg, a butelki to pryszcz? Do tego w końcu jedzenie, konserwy, chleb. Ależ to ważyło wszystko razem! Mogło być tego 40 kg ......
Już nie pytałem Darka jakiej wielkości był plecak, pewnie spory.  Darek mały wzrostem, ale silny jak koń był.
      To mówię: - wracać było ci łatwiej bo po śladach szedłeś.
      Darek na to: - czasami szedłem po śladach, ale plecak przygniatał. Natomiast częściej było tak, że sypało i nie było już śladów.
     Ja: - ale koledzy pewnie wychodzili ci naprzeciw, przecierali drogę.
     Darek: - tak było. Oni nie mogli się doczekać na gorzałę i wychodzili mi naprzeciw …… może sto metrów, tylko do pierwszego zakrętu. I koncertowo klęli na mnie, że za długo mnie nie ma.
Gdy mnie wreszcie zobaczyli, a przy Wypale zjawiałem się już nocą, wołali: - „idzie wreszcie ten …. ( taki owaki jego mać ) karaluch”. Bo wracałem na czworakach, do tego bardzo powoli, i wyglądałem pewnie jak karaluch. Po powrocie miałem dość, nawet wódki mi się nie chciało. Padałem na wyro i spałem 12 godzin.
I tak zostałem karaluchem.

czwartek, 14 listopada 2013

Rowerem po Bieszczadach





Jest sobota czerwcowa, wstaje śliczny dzień. 

Oczywiście nie mogę usiedzieć przy namiocie i biegnę na górę popatrzeć na świat wokół... Pod lasem swym okrzykiem - Hej! Hej! - budzę uśpione echo.













Po śniadaniu wychodzę do Smolnika, aby wypożyczyć rower.




Niespiesznie wychodzę. Jest 10.00, a tam rowery wypożyczają o 12.00 na pięć godzin. Mam więc dwie godziny i do przejścia tylko 8 km.
Dochodzę do Zagrody Chryszczata i wybieram rower. Ładny jest! Ponad rok nie jeździłem - ustawiam wysokość siodełka i wio koniku!


Zawijasami obok cerkwi, potem szybko w dół - szybkość tak upaja! Następnie na najmniejszym trybiku pod górę aż do kapliczki.


Z trudnością odczytuję napis - nie miałem serca w szkole dla języka naszych "przyjaciół" ze wschodu. Za kapliczką ostry zjazd w dół, niestety, po kilkuset metrach na dole droga asfaltowa się kończy i trzeba ostro hamować. Zaraz potem jest skrzyżowanie do Mikowa. Staję przy tym rozwidleniu dróg, bo zbliża się na rowerze miejscowy mężczyzna ( jedzie w gumiakach), a obok niego biegną dwa psy.
Dzień dobry! I pogadaliśmy nieco. O czym? To mieszkaniec Mikowa, a rzut beretem stąd jest Chryszczata.
Zagadnąłem go o pomnik UPA na górze.
           Powiedział, że zniszczenie pomnika nastąpiło przez napis, który nie podobał się polskim władzom. Ale potem dodał: - "A może pomnik zniszczył ktoś z miejscowych? Pan wie, różni tu przyjechali po wojnie. W każdym razie ten pomnik stał długo, i trochę zniszczony, ale stoi dalej. Afera się zrobiła międzynarodowa. Ukraina podniosła krzyk. A na Żebraku stanął drugi pomnik, dla ofiar tego samolotu ze Smoleńska, ale ten pomnik stał krótko i zaraz go ktoś rozwalił. Nie ma po nim śladu i nikt nie krzyczał z tego powodu. Przecież ten samolot nie tutaj się rozbił".
      Jadę dalej, widzę lampki przy kapliczce przydrożnej, ale przejeżdżam przez Mików i pedałuję z mozołem w górę. Chryszczata zostaje po lewej. Po drodze mijam nieczynne retorty - piece, węglarzy - smolarzy, ale jestem tak zzjany, koszula całkiem mokra, że nie mam ochoty robić zdjęć. Brak kondycji rowerowej i już mnie uwiera wąskie siodełko. Wreszcie zsiadam na serpentynach z roweru i prowadzę go pieszo.
     Jest w końcu rozwidlenie i można się ustawiać do zjazdu w kierunku szosy na Cisną. Wsiadam na rower i widzę, że w kierunku Pasma Wysokiego Działu pedałuje pod górę rowerzysta. To kierunek do Baligrodu, ja też tam innym razem pojadę, albo pójdę. Ale mam dużo przestrzeni do zwiedzania!
Puszczam się z góry....Boziuniu jaka super jazda! Na pewno do 70 km/godz. na prostych! Na zakrętach natomiast trzeba nieco hamować, żeby pęd nie wyrzucił mnie z szosy. Cudny, cudny zjazd!
    Wiatr świszczy w uszach, nikogusieńko, widoki fantastyczne, co chwila inne, mknę przez las gęsty i mijam polany słoneczne. Asfalt cycuś - nowiutka droga, dopiero co położona. Pędzę, a szybkość tak upaja!
Zawsze lubiłem jazdę na rowerze, ale ten zjazd nie ma sobie równych! Zmiana ciśnienia - przełykam ślinę i wydaje mi się, że mam skrzydła i nie jadę, a już frunę....Żołądek ucieka do góry, widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wpadam na przemian w fale chłodniejszego i cieplejszego powietrza, opony gwiżdżą na drobniutkim żwirku, którym posypany jest asfalt, wydaje się, że cały rower śpiewa razem z moją duszą....A wiatr śpiewa mi w uszach.
    Szum opon i szum wiatru, zapach lasu i łąki, wije się wstęga asfaltu, po bokach śmigają polany....
Wjeżdżam na płaski odcinek i widzę przed sobą, za mostkiem poręcze schodów. Zatrzymuję się.

To pomnik upamiętniający sprowadzenie żubrów na Chryszczatą.

Potem jeszcze zdjęcie w drugą stronę i wio dalej. 

Jestem na rowerze od trzech godzin i żywego ducha nie spotkałem. I to mi się podoba. W sumie kilkanaście minut boskiego zjazdu i jestem w Woli Michowej, przy szosie do Cisnej. Skręcam w lewo, szosa prawie płaska, dopiero przed tarasem widokowym nad Cisną nieco podjazdów. Nogi mi odmówiły posłuszeństwa i znowu muszę pieszo prowadzić rower. Także pupa jakby odgnieciona od tego twardego sportowego siodełka. Zjeżdżam w stronę Cisnej. Znowu wspaniały zjazd - bardzo stromy, muszę hamować i przychodzi refleksja, że zjechałem, ale nie podjadę pod taką górę. Dojeżdżam do Cisnej szybko, bo jest z góry i nie mam już czasu odpocząć - robi się późno, a rower mam oddać o 17.00. Mozolna jazda z powrotem. Na piechotę do tarasu widokowego. Jestem znowu mokry i zziajany. Od tarasu ponownie przepiękna szybka i długa jazda serpentynami, która wynagradza mozolną wspinaczkę.
   Mijam Maniów i Wolę Michową i dojeżdżam do skrzyżowania w kierunku Smolnika. Na "ostatnich nogach" dojeżdżam do Zagrody Chryszczata. Jest 17.15. Oddaję rower z wielką przyjemnością, bo ostatnie kilometry przejeżdżałem siedząc bokiem, na jednym pośladku. Pupa odgnieciona. Nic dziwnego: - pierwszy raz w tym roku na rowerze górskim i aż 70 km za mną. Ufff!
    Piwo dla orzeźwienia i jeszcze tylko drobne 8 km do Szwejkowa.