Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halicz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Prawie Krzemień

Zaczynają pojawiać się pojedyńcze kropelki deszczu. 
Po kilku minutach zamieniają się w uciążliwą mżawkę. 
Okulary robią się całkiem nieprzejrzyste i przeszkadzają w marszu – do kieszeni więc z nimi.
    Zastanawiam się, czy nie zakładać peleryny. Jest pod ręką, bo siedzi w kieszeni przy kolanie. Zwlekam, nie lubię chodzić w pelerynie.....
Jednak czuję się coraz bardziej wilgotny.
Już mam sięgnąć po okrycie, kiedy mżawka w jednej chwili znika.
Zrywa się silny ciepły wiatr i suszy ubranie w kilkanaście minut. Fantastyczne są te gwałtowne zmiany pogody.


Pojawia się znowu to niecodzienne dzisiejsze światło: - jestem wyraźnie na pierwszym planie, który jest mocniej oświetlony w porównaniu z niedalekim tłem.
 



Rozglądam się: - turystów całkiem wymiotło, na szlaku nie ma nikogo.
W tle znajome siodło przełęczy pod Tarnicą. I maleńkie figurki ludzików na szczycie. Tłum ludzików przybył do żelaznego krzyża.
Ja tam wolę być w odtłumieniu.

piątek, 15 stycznia 2016

Sikanie pod wiatr

Pomału zbliżam się do Krzemienia, gdzie mam zamiar nocować.

Idę i myślę, że tak często słyszę: - "Tobie to dobrze, ja nie mogę tak żyć, bo nie mam czasu".
        Może i racja.
To ja przepraszam, że mam czas tak żyć.
Po swojemu i jak chcę. I dziękuję za to memu Aniołowi.
Może faktycznie to sprawa szczęścia?
Ale też od razu przypomina mi się anegdota o drwalu:

Był sobie drwal.
Ten drwal chodził permanentnie zmęczony, nigdy nie udało mu się porządnie odpocząć, aż w końcu umarł.
Po jego śmierci okazało się, że rąbał drzewa tępą siekierą, bo nie mógł znaleźć czasu, aby ją naostrzyć.


Na trasie jest niewielu turystów. Mijają mnie kolejne dwie osoby. Pewna prawidłowość: - spora część ludzi posuwa szybko naprzód w ciszy i ma przy tym poważne oblicza, oraz spojrzenia skierowane pod nogi, a część idzie przez te piękne tereny i non stop gada o smutkach. To wnoszę z zasłyszanych strzępków rozmów.
     Jeśli ktoś musi się spieszyć, to być może nie będzie miał także czasu aby umrzeć. Czyli stanie się nieśmiertelny.
No, to jest jakiś argument przemawiający za pośpiechem.
Na szczęście zdarzają się także osoby zadowolone z życia, gdyż uśmiechnięte, oczarowane widokami.
I mają czas zamienić z samotnym wędrowcem nawet kilka ciepłych zdań.



Idę niespiesznie tą kamienistą ścieżką w uroczystej samotności i czuję się jakbym był otwartym oknem. I jednocześnie otwartymi drzwiami. Powstał przeciąg i wymiótł wszystkie śmieci z umysłu.
    Zero skupienia, zero koncentracji. 
Jestem całkowicie dostępny.
Zmysły są jakby wyostrzone i silniej niż zwykle odbierają to, co wokół.
W zadowoleniu, które mnie obejmuje, dopuszczam wszystko. Wiatr może nadchodzić z dowolnej strony.
       Idę i roztapiam się.



Kiedy człowiek wejdzie w stan roztopienia, rozproszenia, albo jedności z otoczeniem, staje się lampą świecącą we wszystkich kierunkach.
Bo stan koncentracji, skupienia, jest stanem przeciwnym, jest ograniczeniem. 
     Koncentrację można porównać do snopa światła z latarki. Koncentracja jest odrzuceniem, wymuszeniem.
Aby zapanować nad myślami, nauczyłem się stosować chwilę koncentracji na oddechu. Ta chwila jest jak przycisk zapalający lampę.
Pstryk – i już się świeci. Wtedy skupienie zostawiasz za sobą, nie jest już potrzebne – wchodzisz na poziom jedności, swobodnej radości.
    W tej swobodnej radości wiatr może wiać ze wszystkich stron.
    W tej swobodnej radości obejmuje człowieka wielka błogość i specyficzne poczucie humoru. 
Przychodzą do głowy nietypowe pomysły. 
Na przykład: - Sikanie pod wiatr. 
       
Stajesz się wesołym, psotnym dzieckiem. Pomyślisz: - Nie będę sikał z wiatrem, przecież takie sikanie jest nieambitne!

czwartek, 14 stycznia 2016

Przez Rozsypaniec i Halicz

Robi się coraz cieplej.
Wydaje mi się, że stanowię jedność nie tylko z tym, co wokół, ale także z aparatem, który trzymam w ręku.
I mam szeroki widok. Jak by powiedział mój przyjaciel, Jan: - stąd wszystko widać!
Ogromna przestrzeń i wiatr.





Posłuchaj serce! Twoja muzyka!
Grzej złote słońce! Graj świerszczu piękniej!
Raduj się serce!

Odszedł w niepamięć czas ofiar, cierpień,
Wiosen straconych, upadłych mitów,
Wielkich miłości pełnych poświęceń.
Dziś dzielne serce jesteś u szczytu!

Stąd świat rozległy tysiącem tęsknień,
Każde unosi, każde porywa,
Oczy roziskrza, żyły roztętnia,
Bij mocno serce! Trwaj chwilo szczęśliwa.

Dopiero teraz pragniesz goręcej
Kochać, smakować do końca życie,
Nienasycone – posłuchaj serce:
Nie gaś pragnienia!
Trwaj w niedosycie!
             
                      Baryła-Nowakowski, wiersze.


Idę po grzbiecie połonin, cykam zdjęcia tych czerwcowych kwiatów rosnących na połoninach i myślę. Nie za dużo myślę, tak w sam raz, tyle, ile potrzeba.... 




Idąc w samotności tą wąską ścieżką po grzbiecie połonin, człowiek czuje się fizycznie ponad marnościami świata i szaleństwem spraw ludzkich.....
To jest silne, niezwykle oczyszczające wrażenie.
      Być autentycznym, czyli sobą, to samo sedno wolności.
Bo o co chodzi w życiu onym?
Chodzi o to, żeby nosić ze sobą przeważnie swoje własne myśli, a nie myśli innych ludzi. Nie manipulować innymi, ale i nie dać sobą manipulować.

Gdybym pisał o tym o czym piszę, bo to wydaje się piękne, ale sam żyłbym po staremu, w pogoni za nie wiadomo czym, z pasjami poukrywanymi gdzieś głęboko po kieszeniach, byłbym co najmniej nieautentyczny.
     Poza tym takie pisanie to byłaby tylko teoria, a teorii, pouczeń, indoktrynacji mamy wokół dość.
     Poza tym nie da się oszukać samego siebie.


Te wszystkie teorie jak żyć, jak „być dobrze wychowanym hipokrytą”, nadają się na dziurawą budę dla psa. Czyli na nic się nie nadają, bo pies też człowiek i ma prawo żyć w godnych warunkach.
Bo o co chodzi w życiu onym? O prostą rzecz.
Żyć po swojemu i żeby człowiek był człowiekiem....

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Żeby człowiek
W życiu onym
Sprawiedliwym był i godnym

Żeby człowiek
Był człowiekiem
Lecą liście
Szumi w lesie
Wiatr z obłoków
Warkocz plecie
I tego trzymać się trzeba

wtorek, 7 kwietnia 2015

Bieszczadzkie rozmowy

Adrian.

Upalny dzień na początku bieszczadzkiego lata.
Na pustej ścieżce na Halicz, po kilku godzinach marszu dogania mnie wędrowiec. 
  


Mężczyzna idzie z plecakiem, do niego przymocowany namiot. Ja tylko z aparatem, w kieszeniach kilka kromek chleba. Gdy kromki podeschną robią się smaczne jak suchary.
Mogę sobie wtedy przypomnieć, po co mam zęby.
Hej!
     


I stanęliśmy na chwilę, aby pogadać. Potem usiedliśmy. Wyczuwam w facecie bratnią duszę, bo wędrowiec. A ja go zaciekawiłem, ponieważ nic nie niosłem na plecach.
Opowiedziałem więc o pozostawionym pod Chryszczatą namiocie i o tym, że jestem na razie na rekonesansie na połoninach, zatrzymałem się u Staszka i Marioli w Wołosatem. Staszek jest kolegą Darka Karalucha, pracowali razem na siekierezadzie.
I potoczyła się rozmowa o życiu. A sceneria do tej rozmowy była wymarzona!
      


 Jeśli się otworzysz przed bratnią duszą – dostajesz to samo.
Adrian słuchał, a potem zaczął opowiadać:

Jestem policjantem. Staję na rynku, wraz z Krzysztofem, partnerem, w samochodzie służbowym.
Tu gadają ludzie, tu radio, tu telefon, tu partner i po kilku godzinach pracy mam wrażenie, że oni wszyscy gadają w mojej głowie. Założyli kapcie, piją piwo, oglądają mecz i przy tym ciągle trajkoczą. Zupełnie jak gadające głowy w telewizorze, bo każdy z nich ma jakieś plotki i ciekawostki ze świata. Nie trzeba klikać „odśwież”, żeby się czegoś nowego dowiedzieć. Choć najczęściej jest to straszny bełkot, wystarczająco głośny, żeby nie słyszeć własnych myśli. A może to są właśnie moje myśli?
       Po kilku godzinach mam głowę jak balon, a tu trzeba mieć oko, a nawet dwa na tych, którzy łamią przepisy. Wróciłem któregoś dnia do domu, usiadłem, nawet butów nie zdjąłem. Żona coś mówi, dzieci (dwoje) mnie obsiadły, a ja nic nie kojarzę. Widzę tylko poruszające się usta żony.
To trwało tylko chwilę, ale zdałem sobie sprawę co to było.
Oho – myślę, niedobrze ze mną. Mózg mi się sam wyłącza. To z tego nadmiaru trajkotania wokół. Trzeba coś z tym zrobić, ciszy poszukać. Wyjadę na parę dni.
           Wiele rzeczy mi się coraz bardziej nie podoba, w policji także. Nie, żebym narzekał, tego nie robię, tylko mówię rzeczy niepopularne, takie, które ludziom nie pasują. Mnie się wydaje, że zaczynam mieć swoje zdanie. Kilkanaście lat minęło jak wykorkował mój ojciec. Był despotą, nie znosił sprzeciwu, pił i bił matkę. We mnie narastał bunt, gdyby ojciec nie zachorował z pewnością bym mu dopieprzył. Potem tylko gadał. I dobijał mnie tym gadaniem. Mówił że jestem „nieprzystosowany”. Dla mnie to brzmi jak „nienormalny.”
        Kiedyś nie lubiłem tego słowa. Wiele razy w kłótni żona tak mnie nazywała. I ciekawa reakcja: dawniej szedłem na kompromis – ustępowałem, aby tylko udowodnić, że jestem przystosowany, a tym razem było inaczej: spłynął na mnie wielki spokój i powiedziałem: - wyjeżdżam, a ty się zastanów, czy chcesz być z nieprzystosowanym. Ja też się zastanowię nad dalszym życiem z tobą! Tak się dziwnie czułem, jakby to ktoś za mnie mówił! Taki spokój miałem.
      Wziąłem kilka dni urlopu, żona o dziwo zamilkła, ja też nic, tylko sucha informacja że jadę na kilka dni.
I tak wylądowałem w Smereku, wędruję już trzeci dzień. Czuję się wolny. Wolność dodaje skrzydeł!
- Albo to skrzydła są zbudowane z wolności...
Chyba mi się ładnie powiedziało.
         Jutro ostatni dzień urlopu.....
Głowa mi ucichła, już zapomniałem co to znaczy cisza, całe napięcie odeszło, aż się tego przestraszyłem w pierwszej chwili, gdy spłynął na mnie ten wielki spokój, wszystko stało się nieważne. Ważne było to, że żyję i idę przed siebie.
Jak myślisz: coś się dzieje ze mną? Jest coś nie tak?

Ja: - Myślę, że nie tylko jest dobrze, ale stało się coś wspaniałego. Wyrwałeś się właśnie spod władzy swego umysłu, i to stało się samorzutnie. Stałeś się jak najbardziej normalny w tym nienormalnym świecie!
       I jeszcze jedno: Wszyscy wielcy ludzie w historii ludzkości byli wyrzutkami w swoich społeczeństwach.
Wszyscy, którzy mieli wkład w rozwój szczęścia ludzkości i piękno Ziemi, byli niedopasowani, nieprzystosowani.
Bycie nieprzystosowanym jest bardzo cenną cechą. Witaj wśród nieprzystosowanych!
      
Mnie także nazywali kiedyś dziwakiem. I kiedyś mnie to dotykało. Obecnie nie przykładam wagi do opinii innych, żyję nareszcie swoim życiem, nie pozwalam nikomu się do niego wtrącać. Powiem ci, że nie silę się na żadną oryginalność, jestem po prostu sobą, i gdy ktoś teraz nazwie mnie dziwakiem, uznaję to za komplement i potwierdzenie słusznej drogi, którą idę.
     



wtorek, 13 stycznia 2015

Czarodziejskie skarpetki


Zwracam uwagę na możliwie wiele szczegółów potoku życia, w którym się unoszę. Te zdarzenia filtruję przez serce i okazuje się, że coś niby mało istotnego robi się bardzo ważne.
Odczuwam wyraźnie, że podobne przyciąga podobne. Często spotykam ludzi pełnych energii i pasji.
Dostałem wczoraj prezent w postaci kilku rodzajów skarpet.
Skarpety są ważną rzeczą dla podróżnika. Zwłaszcza gdy przemieszczanie odbywa się na własnych nogach.
Ten prezent odbieram jako sygnał, że czas na wpis o skarpetkach, który dawno napisany, czekał na swoją kolejkę.

Otóż wpis dotyczy historycznych już skarpetek znalezionych na Przełęczy Goprowców. Były czyste i pachnące mocno. Damskie znaczy były. Jakiejś dziewczynie wypadły na postoju. Polubiłem te skarpetki od razu! Gdy w czasie wędrówek spojrzałem na swoje nogi, dobry humor zamieniał mi się w jeszcze lepszy. Tyle radości z pary skarpetek?
      No tak, bo okazało się, że to nie są zwykłe skarpetki, to są czarodziejskie skarpetki z duszą! Przeczuwałem, że zdarzyła się rzecz niezwykła, lecz nie spodziewałem się, że będzie aż tak wesoło.
      Gdy wróciłem z eskapady na Halicz i Rozsypaniec do domu, czyli namiotu pod Chryszczatą, zaczęło lać na całego. Jako że wysiadłem z autobusu w Baligrodzie, jedzenia miałem na kolejny tydzień. Nie nudziło mi się: przeglądałem zdjęcia, zapisywałem w zeszycie refleksje, kilka części ubioru prało się samo na deszczu leżąc na namiocie, aniołki dostarczały wodę z nieba. Była taka noc, po której pusty garnek i miska napełniły się wodą po brzegi!
I wtedy przypomniałem sobie o znalezionych skarpetkach.
Założyłem je i ogarnęła mnie taka dziwna, niepospolita radość!
Pamiętam, że podniosłem nogę do góry, robiłem zdjęcie nogi i śmiałem się, śmiałem, aż mnie przepona rozbolała.
  


Skarpety w czasie wędrówek przecierają się błyskawicznie. Wiedząc o tym, przywiozłem ich kilkanaście par i stosowałem stary pomysł racjonalizatorski: gdy robiła się dziura na pięcie, odwracałem skarpetę dziurą do góry. W tak noszonej skarpecie robiła się następnie dziura z drugiej strony. Gdy strona od palców jeszcze się trzymała, ustawiałem skarpetę tymi dziurami na boki stopy i dopiero po wyniknięciu dziury z czwartej strony skarpetę wyrzucałem. Często wyrzucałem tylko jedną, bo one zużywały się nierównomiernie. Z tego powodu po pewnym czasie nie miałem skarpet do pary. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
    
 Wstępowałem od czasu do czasu do Darka Karalucha. Na ładowanie baterii, żeby pogadać, żeby zrobić zdjęcie zającowi, który razem z matką mieszkał obok. I Darek słysząc moje opowiadania, pokuśtykał do szafy i podał mi skarpetki.

Gest serca! Facet który nic nie ma, bez wahania, dzieli się tym prawie niczym. Niby jest powiedzenie: - dają? - bierz!
Odezwały się skrupuły. Darek je rozwiał mówiąc: - „przecież wiesz, że ja już właściwie nie chodzę”. Oto prezent od Darka. Mam te skarpetki dalej nierozpakowane.
     


W Bieszczadach i nie tylko tam, skarpetki w groszki nosiłem często. Jak na razie przetrzymały dzielnie 2014 rok.

    



Gdy wydarzyło się dwudziestolecie Kołyby, zrobiłem poniższe zdjęcie. Na nim widać Henryka Bieszczadnika i Staszka.
     


Pomyślałem sobie, że i mnie przydał by się jakiś fajny kapelusz. Pomyślałem i zapomniałem. Czyli poszła Intencja. Zaniedługo Anioł zrealizował Intencję. Znalazłem kapelusik. Dziecinny podobno. A on jest według mnie czarodziejsko-anielski, bo znaleziony na drodze w głuszy, oraz jest w groszki, czyli stanowi komplet ze skarpetkami.
Można także nosić go wywróconego na lewą stronę.