sobota, 4 maja 2013

Pokocham ją siłą woli





        Wskazała mi fotel i powiedziała:
         - Usiądź, proszę.
        Usiadłem.
Przysunęła do prawej bocznej poręczy fotela krzesło i położyła na nim zapałki i popielniczkę. Po czym ustawiła naprzeciw fotela, w odległości jakichś czterech metrów, drugie krzesło i usiadła też. Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu. Było w tym patrzeniu coś z tego, jak kiedy się stoi na nabrzeżu portowym i się patrzy na wolno sunący ku kei statek, ale jest on jeszcze trochę daleko i bez małej lornetki nie można rozróżnić twarzy stojących na mostku pasażerów. Coś takiego.
         - Zapal sobie - powiedziała.
        Sięgnąłem posłusznie do kieszeni bluzy, wyciągnąłem z paczki papierosa i zapaliłem. Dziewczyna siedziała prosto, opierając się plecami o tył krzesła; stopy i kolana miała mocno zwarte; na kolanach - w miejscu gdzie kraj sukienki - splecione palcami dłonie.
         - Mam ci coś do powiedzenia. Zechciej mnie wysłuchać.
        Zamilkła, spojrzała w okno i znowu na mnie. Ja paliłem i patrzyłem na to wszystko poprzez snujący się fantasmagorycznie dym palonego papierosa.
         - Jesteś mężczyzną; ja, jak widzisz, jestem kobietą.
        I uśmiechnęła się. Miękko, ale nie kocio. Kobieco, ale nie zalotnie. Choć może zalotnie, ale jakoś nieprzewrotnie. I nieznacznie. Bardzo delikatnie. Mnie - co starałem się widzieć wszystko, każdy najmniejszy nawet szczegół mogący być mi pomocny w kontrataku na powszechną i co dzień, i co krok nachalną wulgarność świata - bardzo się ten uśmiech spodobał i spróbowałem odwzajemnić się dziewczynie uśmiechem podobnym.
         - Jestem kobietą - podjęła dziewczyna - i... jak by ci to powiedzieć... no, jestem normalną kobietą.
        Jeżeli to prawda, to dobrze - pomyślałem. To bardzo dobrze. Bo w ten sposób jest już nas przynajmniej dwoje normalnych w tym nienormalnym, chorym świecie.
         - Wszystko, co powiem, to prawda - powiedziała, jakby nie wiem jakim zmysłem wyczuwając, że o tym właśnie przed sekundą myślałem. - Co ty o tym wszystkim pomyślisz, to twoja sprawa, ale musisz mi wierzyć. To dla mnie bardzo ważne. Musisz mi wierzyć.
        Kiwnąłem głową.
         - Jestem normalną kobietą - podjęła dziewczyna - ale od pewnego czasu, od dłuższego już czasu nie ma w moim życiu żadnego mężczyzny. Mogłabym mieć, wybacz mi ten zwrot, ale nie chciałam. Nie tylko dlatego nie chciałam, to też ci chcę powiedzieć, że brzydzę się tą grą, tym łaszeniem się, tym podchodzeniem, tym skradaniem się...
        Tymi ociekającymi słówkami, tym ociekającym wzrokiem, tą ociekającą śliną - dodałem w myśli.
         - ... Kiedy widzę - podjęła - jak to robią inni, czy to mężczyźni, czy to kobiety, kiedy jestem tego przypadkowym świadkiem albo niekiedy obiektem, to nie wiem... chciałabym się schować pod stół albo zniknąć nagle, wyparować, żeby tego nie oglądać. A czasami to... czasami to muszę wyjść do łazienki, bo robi mi się niedobrze. Nachodzą mnie wymioty.
        Niesamowite - pomyślałem. Chyba po raz pierwszy słyszę kogoś, kto mówi o tych sprawach tak, jak ja bym o tym mówił. Niesamowite.
         - Ty nie skradasz się... Pomyślałam najpierw, że może jesteś w kimś zakochany, ale potem pomyślałam, że nie, skądże, że gdyby tak było, gdybyś ty był zakochany, to by to było napisane na twojej twarzy, zapalone w twoich oczach, wyryte w twoich ruchach, w całym twoim zachowaniu, i ja musiałabym to zobaczyć i bym się nie ośmieliła mówić ci tego, co mówię, i powiedzieć tego, co powiem. Co może uda mi się powiedzieć.
        Jak pięknie mówi ta dziewczyna - pomyślałem. Gdybyś ty był zakochany - mówi, toby to było widać - mówi. Myślałem właśnie kiedyś o tym, kiedyś tam, wieki temu, kiedy byłem raz w życiu zakochany, że jak się to dzieje, że druga płeć tego nie widzi, nie czyta na mojej twarzy, w moich oczach, w całym moim zachowaniu, że jestem przecież zakochany i jeżeli idzie o to, to nie ma o czym mówić, wszystko jest jasne. Ale oto jednak jak gdyby tego nie widziała druga płeć i zaczynała się niekiedy ta cała gra, te sztuczki sławetne a do cna ograne, to przewracanie oczami, to błyskanie dekoltem, te kołyśnięcia biodrami i tak dalej. Zaraz... albo może dobrze widziała druga płeć, dobrze czytała z mojej twarzy i z moich słów to, co się dzieje w moim sercu, i to ją właśnie, drugą płeć, jeszcze więcej podniecało. Ekscytowało, jak to się mówi. Może też drażniło. Złościło. Znieważało. Być może. Być bardzo może. Być bardzo może na pewno. Bo to już nie tylko chodziło o zdobycie mężczyzny, o zdobycie partnera, o zdobycie samca na jedną nocną godzinę lub na jedną dzienną godzinę czy na kilka tych lub tamtych godzin. Tu chodziło o coś więcej w takich razach: o pognębienie nieznanego konkurencyjnego egzemplarza własnego rodzaju, tej drugiej kobiety, w której dany mężczyzna śmie się kochać i śmie tę miłość jawnie obnosić. Obnosić w obliczu innej kobiety, w obliczu tej, co przed nim stoi i co się niechybnie uważa za pierwszą kobietę, za pierwszą kobietę i w jakiś sposób za jedyną.
         - Mogę mówić dalej? - spytała dziewczyna.
        Uniosłem opuszczoną głowę i spojrzałem na nią trochę zdziwiony z miną pytającą "czy coś się stało?"
         - Nie. Nic się nie stało - powiedziała. - Tylko widziałam, że się mocno zamyśliłeś, i nie chciałam ci przeszkadzać.
        Ta dziewczyna jest coraz więcej niezwykła - pomyślałem. Kto ją obdarzył taką delikatnością? Musi jej być bardzo nielekko. W życiu tym, w świecie tym.
         - Więc, wybacz mi znowu ten zwrot, mogłabym mieć mężczyzn. Kobieta, jeżeli nie jest szczególnie upośledzona przez los, a już jeżeli jest jako tako ładna, może mieć bez większego trudu każdego mężczyznę...
        Prawie każdego - sprostowałem w myśli.
         - ...prawie każdego - sprostowała głośno dziewczyna. - Ja, dzięki Bogu, nie jestem upośledzona przez los... mam jakąś tam swoją urodę... która... nie wiem, czy ci się podoba...
        Zaciągnąłem się głęboko kończącym się papierosem i w ten obłok dymu, który wypuściłem szeroko otwartymi ustami, zanurzyłem wolno i twierdząco głowę, odchylając ją najpierw do tyłu, a potem pochylając w dół i lekko do przodu. I po chwili uniosłem. Dziewczyna uśmiechnęła się jakoś tak wzruszająco i teraz ona z kolei pochyliła wolno głowę w dół i sporą chwilę tak trzymała pochyloną. (Włosy miała rude o jakimś takim odcieniu, co się może tylko przyśnić.) Pomyślałem, że moja niema, ale twierdząca odpowiedź na jej mimochodem zadane mi pytanie była jej potrzebna albo wręcz nieodzowna, żeby mogła mówić dalej. Ale nie rozumiałem, dlaczego mnie właśnie to wszystko opowiada. Ale pomyślałem jeszcze, że gdybym jej nie odpowiedział, gdyby zabrakło tej mojej niemej odpowiedzi, to inny byłby dalszy ciąg jej opowieści. Inne padłyby z jej ust dalsze słowa. Nie te, które - nie wiem jakie - za chwilę się potoczą.
         - Tak, mogłabym - podjęła.
        I znów na chwilkę przerwała, i znów po chwilce podjęła:
         - Ale nie chcę. Bo jeszcze więcej niż tej gry, wiesz, to brzydzę się mnogości. Wielości. Brzydzę się. Fizycznie i nie tylko fizycznie. Ja nie jestem wieloma kobietami. Jestem jedną kobietą i chcę być jedną. I nie chcę wielu mężczyzn. Chcę jednego. Chciałabym. Rozmawiam nieraz z koleżankami, tak ogólnie, ale trochę też o tym, i one mówią: "Trzeba mieć zdrowy stosunek do tych spraw". Zdrowy stosunek według nich to spać z każdym mężczyzną, który się podoba, który jest przystojny albo miły, ujmujący, albo który kobiecie czymś imponuje, szybką jazdą na motorze, szampańskim wydawaniem pieniędzy albo grą na gitarze, albo czymś w tym rodzaju. Jeżeli to jest zdrowy stosunek, to mój jest chory. Ale ja nie myślę, że mój jest chory. Nie mogę, a nawet gdybym mogła, nie chcę spać z wieloma mężczyznami, z drugim, trzecim, piątym. Z jednym chciałabym. I nawet tańczyć nie chcę z wieloma. Nie chcę się ocierać o wiele męskich ciał. Nie wiem, co o tym pomyślisz, ale powiem ci, że ja nie widzę dużej różnicy pomiędzy zatańczeniem z mężczyzną a położeniem się z nim do łóżka. Na pewno można na to spojrzeć inaczej, nie tak drastycznie, jak powiedziałaby to moja koleżanka, ale ja tak to widzę i mówię ci to, bo chcę ci powiedzieć. Żebyś wiedział o mnie. Choć ja o tobie to, tak naprawdę, nie wiem nic. Widzę cię po raz drugi w życiu i wszystko, co myślę o tobie, to sobie wyobraziłam.
        Ciekawe, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz - pomyślałem. I gdzie to było. Nie mogłem sobie przypomnieć.
         - Pierwszy raz zobaczyłam cię przelotnie. Ty na pewno nawet nie wiesz gdzie i kiedy. To dziwna historia, bardzo ładnie dziwna, o której ci kiedyś może opowiem.
        Przerwała, spojrzała w okno i znowu na mnie.
         - Tak, wszystko, co myślę o tobie, to sobie wyobraziłam. No, trochę mi dopomogli w wyobrażeniu sobie ciebie różni tacy ludzie. Dopomogli mi w tym sensie, że mówili o tobie niezbyt przychylnie lub wręcz źle. Lub wręcz wrogo. I to mnie właśnie ucieszyło. Gdyby mówili o tobie dobrze, to by mnie właśnie zmartwiło. Naprawdę. Bo ja ich trochę znam, w każdym razie znam na tyle, że wiem, że ci ludzie nie mogą mówić o tobie dobrze. Jeżeli jesteś taki, jakiego ja sobie ciebie wyobraziłam, to oni mogą mówić o tobie tylko źle. Tak też mówili i to mi się zgadzało. O mnie też opowiadają różne nie budujące rzeczy tylko dlatego, że myślę o pewnych sprawach inaczej niż oni. Ale co tam. To wszystko głupstwa, o czym wiesz lepiej ode mnie.
        Przerwała i znowu spojrzała w okno. Ja wyciągnąłem z paczki papierosa, zapaliłem i myślałem: skąd ta dziewczyna wie takie różne rzeczy: małe i duże? I kim ona jest? I kiedy i gdzie, przelotnie, jak mówi, pierwszy raz się spotkaliśmy? We śnie jakimś?
         - Lubię patrzeć, jak palisz - powiedziała. - Dym cię leciutko osnuwa, ale pomimo to jesteś dla mnie wtedy bardziej realny lub raczej: mniej nierealny.
        Zupełnie nie wiedziałem, jak po tych jej słowach się zachować, i spróbowałem jakoś tam się uśmiechnąć.
         - Wiesz, temu jednemu mężczyźnie chciałabym dać, tak zwyczajnie, tak najzwyczajniej w świecie - jak podarek imieninowy czy urodzinowy - całe moje życie. Bez reszty. Chciałabym być z nim i podróżować z nim, i czekać na niego wtedy, kiedy nie mógłby mnie ze sobą zabierać. Chciałabym dla niego utrzymywać dom w czystości i robić zapasy na zimę, kompoty, konfitury, marynować grzyby, kwasić ogórki, butelkować szczaw, pomidory, kisić kapustę i inne wspaniałości. Chciałabym mu zrobić na drutach albo na szydełku długi długi ciepły szalik i ciepły sweter, i ciepłe rękawiczki, i ciepłą czapkę, i bardzo ciepłe skarpety, i w ogóle. Bo to tak jest, że dla siebie, owszem, można coś tam zrobić, ale dla drugiego człowieka to już można coś niesamowicie pięknego zrobić, wszystko. Wszystko. I, czy ja wiem... może jutro zgaśnie słońce, przecież może; albo nam je przesłoni, na zawsze, jakiś straszny potworny grzyb... Przecież może.
        Jakże niesamowicie mówi ta dziewczyna - myślałem. Jakim sposobem ona uchowała się i uchowała takie myślenie niemodne w świecie tym, wśród ludzi tych, którzy - sami nie potrafiąc tak mocno i prosto kochać - wszystko robią, żeby taką miłość poniżyć pognębić zhańbić zdeptać zniszczyć zamordować (bo inność drażni jednakowość). I specjalne obyczaje w tym niszczycielskim morderczym celu stworzyli, specjalną filozofię, specjalną sztukę, specjalnych specjalistów-artystów, cały specjalny świat. I, no tak, no tak, przecież może jutro zgasnąć Słońce albo może nam je przesłonić jakiś straszny potworny grzyb. Na zawsze, jutro, pojutrze, na zawsze, przecież może się to stać.
         - I wiesz - podjęła ona - może to dla ciebie oczywiste, ale też ci chcę o tym powiedzieć, powiedzieć wprost, że jestem za wiernością, za wiernością absolutną...
        Wolny ptak jest najwierniejszym stworzeniem tego świata - powiedziałem do siebie w myśli. Ale nie bardzo wiedziałem, po co mi się to zdanie w myśli powiedziało, ani nie wiedziałem, co to zdanie - w całej swojej rozciągłości, w całej swojej skrzydlatości - oznacza.
         - ...i temu jednemu mężczyźnie byłabym oczywiście absolutnie wierna. W ten sposób, w ten chyba jedyny sposób byłabym też sobie wierna. Byłabym taka, jaka chcę być i jaka naprawdę jestem. Ja to wiem. Ja to czuję. Ten mężczyzna by mi pomógł w tym, by mi pomógł taką a nie inną być, a ja bym się starała tak samo we wszystkim mu pomóc. Bo, myślę, że na pewno bym mu w niczym nie przeszkadzała. Ogromnie ciężko jest o takich sprawach mówić i ogromnie niezręcznie. I raczej nie powinno się zapewniać o czymś, bo to wtedy właśnie wygląda podejrzanie.

Pokocham ją siłą woli - 2




 Przerwała, zaczerpnęła głęboko powietrza i znowu spojrzała w okno, jak gdyby dając mi w ten sposób możność ochłonięcia po każdej fali swoich wynurzeń, a sama jak gdyby czerpiąc stamtąd, z okna lub zza okna, jakieś potrzebne jej siły. Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami - tym klejem białym, ani krwią - tym klejem czerwonym, i tak nie mam serca, nie mam, więc sercem nie mógłbym, ale mógłbym taką istotę pokochać SIŁĄ WOLI. SIŁĄ WOLI pokochać istotę taką mógłbym. Pierwszą dziewiczą i wielką i wolną miłością wolnej mojej woli. Skąd ona wzięła się, ta dziewczyna, tu, przede mną, prawie na wyciągnięcie ręki, ona, co jest taka, jak gdyby ją stworzyła jakaś niewysłowiona rozdzierająca tęsknota, już nie serca tęsknota, ale czegoś innego, nie wiem czego... Ducha tęsknota. Moja tęsknota.
        Dziewczyna odwróciła oczy od okna i spojrzała na mnie. Ale dalej milczała. Patrzyła. Było w tym patrzeniu znowu to, co było na początku, kiedy zaczęła do mnie mówić, coś z tego jak kiedy się stoi na nabrzeżu portowym i się patrzy na wolno sunący ku kei statek, ale jest on jeszcze trochę daleko i stęsknionymi nagimi oczami, bez pomocy małej lornetki, nie można rozróżnić rysów twarzy stojących na mostku pasażerów. Milczałem jak ona. Zdałem sobie nagle sprawę, że przez-ten-cały-czas nie powiedziałem ani jednego słowa.
         - Zadam ci teraz jedno pytanie - odezwała się w pewnej chwili. - I więcej już nic nie powiem.
        A ja wtedy poczułem, jak po karku przeszedł mnie dreszcz, przebiegł mnie prąd i zaraz potem - tak, jak nieraz chlusta ulewa po błyskawicy - poczułem, jak kropla potu, jedna kropla potu potoczyła mi się od karku w dół po plecach. Bo wiedziałem, jakie to będzie pytanie. Bo naraz zrozumiałem wszystko i zdziwiłem się, ogromnie się zdziwiłem, że nie zrozumiałem tego od razu, prawie od samego początku. Absolutnie nie pojmowałem, jak się to mogło stać.
        Ona pochyliła głowę, nisko, prawie dotykając czołem kolan, chwilkę tak ją trzymała, po czym wyprostowała się, spojrzała na mnie, znowu zaczerpnęła głęboko powietrza, rozplotła dłonie, zwiesiła ręce po obu stronach krzesła, potrząsnęła głową i znowu odwróciła ją w stronę okna, jak gdyby prosząc stamtąd o jeszcze trochę sił.
        Chciałem jej pomóc, chciałem powiedzieć wypowiedzieć wykrztusić wyjąkać to zdanie, to jedno zdanie, ale nie mogłem wydobyć głosu, uwiązł mi w gardle, tak niewypowiedzianie byłem wzruszony tym wszystkim, tym, co mnie tutaj teraz spotykało, czego dane mi zostało wreszcie się doczekać po sześciu latach, po sześciu nieskończenie długich latach czekania na cud, w którego zdarzenie się, wydarzenie się nigdy nie przestałem do końca wierzyć, choć dni płynęły, dwa tysiące dni, i noce płynęły, dwa tysiące nocy, i rzeki płynęły, dużo dużo rzek, meandrami-meandrami, i ja szedłem wzdłuż tych rzek, to w górę, to w dół, jak duch, jak duch.
        Więc chciałem teraz wyjąkać do niej to zdanie, to pytanie: "Czy mógłbym być tym mężczyzną?", ale nie mogłem dostać się do własnego głosu, nie mogłem dostać się do tego zdania i je wydobyć, wydostać z podziemi na powierzchnię tego nowego stworzonego przez nią świata, i tak to niemy zaniemówiony zaczarowany - tylko patrzyłem na nią, a ona odwróciła w końcu głowę od okna i ja wstrzymałem oddech, a ona powiedziała wolno cicho wyraźnie:
         - Czy chciałbyś być tym mężczyzną?
        Nie odwróciła już tym razem oczu do okna, tylko patrzyła na mnie dalej, jak gdyby spojrzeniem swoim pomagając słowom swoim, żeby może nie zawróciły z drogi, popychając je, żeby szły prosto do tego zakamarka we mnie, do tego kosmicznego we mnie schronu, gdzie chowałem ten promyk, tę promykową moją wiarę, że wydarzy się cud, że na pewno wydarzy się i one, te jej słowa, dotarły tam, i to było tak, jak gdyby zaczął sypać na mnie różowy jakiś śnieg, i czułem, jak od gardła w dół, do brzucha, zalewa mnie jakieś ciepło, i czułem, jak kruszą się we mnie jakieś wielkie twarde granitowe skały, całe wielkie góry i rozpadają się łagodnie, rozsypują się miękko tkliwie bezgłośnie...
        Uniosłem się z fotela i zacząłem wolno iść ku niej wpatrzony w jej oczy, a ona w moje (w miarę jak się zbliżałem, ona unosiła wolno głowę, i to było tak, jak gdyby jej spojrzenie odgarniało na boki powietrze przede mną, żeby mi było łatwiej iść, lżej); doszedłem i stanąłem przed nią, o krok od niej, i wolniutko zgiąłem kolana, i ukląkłem przy jej stopach (jej głowa, w miarę jak się schylałem, też pochylała się w dół; niewymownie patrzyliśmy sobie w oczy nasze), i wolniutko uniosłem ramiona, żeby objąć jej nogi, i zobaczyłem, nie odrywając oczu od jej oczu, zobaczyłem kącikami oczu, jak ona też podnosi zwieszone po obu stronach krzesła ręce, żeby objąć moją głowę, tak, na pewno po to, żeby objąć moją głowę i... gdzieś wtedy, gdzieś wtedy, a może jeszcze ułamek sekundy potem, a może jeszcze ułamek sekundy po tym ułamku sekundy, ale przed tym następnym ułamkiem sekundy, kiedy już mieliśmy się dotknąć... rozległ się głośny trzask.

        Się otworzyło oczy i prawie jednocześnie się poderwało się na posłaniu, z pozycji leżącej do siedzącej, i - prawie też jednocześnie - się sięgnęło po czuwający u wezgłowia nóż.
         - Nie powie mi pan chyba, że śpi pan zawsze sam?! - pół-zapytał, pół-oznajmił kiedyś ktoś.
         - Nie. Zawsze to śpię z nożem na podorędziu - się odpowiedziało w pełni oznajmująco.
        Przez otwarte okno, gwiżdżąc dziko przeciągle żałobliwie, wpadał do izby wiatr. Na dworze, w ciemnościach nocy, hulała przedwiośniana wichura. Jak zawsze po przebudzeniu, się zaczęło się zastanawiać nad topografią: gdzie się jest? co to za kwatera? jaka wieś? jakie miasto? jaki kraj? jaki kontynent? (raz, kiedyś tam, po dziwnym śnie, się pomyślało: jaka planeta?). Mocniejszy podmuch wiatru uderzył ramami okna o ściany i ten głośny trzask przypomniał tamten trzask, i ten tamten trzask przypomniał wszystko.
        Się zwlokło się z posłania, podeszło do okna, chwyciło mocno rękami za obie ramy, żeby się nie huśtały pod naporem wichru i z wysokości tego piętra się spojrzało w noc. Usta się miało zaciśnięte. I zęby. Aż do bólu. W pewnej chwili:
         - Chcę - się powiedziało cicho w noc i w same usta wiatru.
        I po chwili się powtórzyło nieco głośniej:
         - Chcę.
        Jeszcze chwilę się stało i potem się zamknęło okno. Się wiedziało, że już na nowo nie zaśnie, i się zbliżyło się do kontaktu, żeby zapalić światło. Ale nie. Się przysiadło na brzegu łóżka, sięgnęło po papierosy, co obok na taborecie, ale też nie. Się wyraźnie czuło w ustach cierpki smak tych dwóch papierosów dopiero co wypalonych, podczas gdy się słuchało tego wszystkiego, tego wszystkiego, co ona mówiła. Się pomyślało... i się pokiwało głową. I jeszcze raz się pokiwało. I jeszcze raz. I jeszcze. Bo się niesamowicie pomyślało. Się pomyślało że... gdyby się nam wtedy we śnie udało siebie dotknąć, to nie przebudziłby mnie ten głośny trzask okna otworzonego nagle w środku nocy gwałtownym podmuchem wichury. Ani ten trzask, ani żaden inny dźwięk tego świata. Albo... się przebudziłoby się, ale... razem z nią, razem z nią, razem z nią. Z rękami obejmującymi jej kolana i z jej dłońmi na mojej biednej głowie.

piątek, 3 maja 2013

Baśń o stalowym jeżu



Na ulicy Czterech Wiatrów, niedaleko Bonifratrów
Do zachodnich ścian przytyka sklep Magika Mechanika.
Sklep ten zawsze jest zamknięty, lecz przez okno wystawowe
Widać różne dziwne sprzęty, różne części metalowe,
Tajemnicze instrumenty, automaty, lalki, skrzynki,
Nakręcane katarynki, śpiewające psy i świnki.
Z głębi sklepu znad stolika patrzą oczy Mechanika.
Widać jego twarz niemłodą, okoloną rudą brodą,
Duże uszy, nos spiczasty, i krzaczaste brwi jak chwasty

Całe noce Magik siedzi pośród zwojów drutu z miedzi,
Warzy zioła, praży kwasy i uciera kuperwasy.
Kto zobaczy Mechanika, tego zaraz lęk przenika,
Ten ucieka od wystawy, choćby nawet był ciekawy.

Dnia pewnego w październiku napłynęło chmur bez liku,
Runął wicher porywiście, poleciały żółte liście,
Zaciemniły się błękity, zgęstniał mrok niesamowity.
Przepadł księżyc, gwiazdy znikły, tylko blask latarni nikły,
Poprzez pluchę października, padał w okna Mechanika.

Snadź żałosny śpiew jesieni, albo napływ nocnych cieni,
Albo gwiazd zupełny zanik sprawił właśnie, że Mechanik
Usnął nagle przy stoliku dnia pewnego, w październiku.

Spał jak kamień. A tymczasem drzwi rozwarły się z hałasem
I ze sklepu na ulicę, w noc, w jesienną nawałnicę
Wybiegł z chrzęstem jeż stalowy, miał przyłbicę zamiast głowy,
Od przyłbicy aż po pięty, w stal hartowną był zaklęty.
Miał też pancerz - z każdej strony, mnóstwem igieł najeżony,
Nadto miecz ze stali twardej, tarczę tudzież halabardę.

Jeż przez chwilę nasłuchiwał, coś wspominał, coś przeżywał.
Spojrzał w noc październikową i zacisnął pięść stalową.
W krąg ulica była pusta.
Mrok narastał, wiatr nie ustał,
Deszcz jesienny w szyby chlustał.

Co się stało, to się stało, widać tak się stać musiało,
Jeż więc naprzód ruszył śmiało, pędził w dal opustoszałą,
Pod murami się przemykał i w zaułkach ciemnych znikał.
Od ulicznych świateł stronił, jakby lękał się pogoni,
Biegł przed siebie bez wytchnienia, nie czuł głodu ni zmęczenia.
Dudnił stalą po kamieniach, a gdy biła jedenasta,
Jeż opuścił mury miasta.
Teraz nieco zwolnił kroku, szedł przez pola w gęstym mroku.
Minął sady i ogrody, przebiegł szybko gaik młody,
Minął bór wysokopienny, w którym jęczał wiatr jesienny,
Aż wydarłszy się zawiei, jeż stalowy dopadł kniei.
Tu odetchnął. Leśne zmory w dziuplach jadły muchomory,
W opuszczonym jarze strzygi 
Odprawiały na wyścigi
Swoje pląsy i podrygi,
Wiedźmy spały w gniazdach wronich, sowy piały, a koło nich,
Wyskoczywszy na wierzchołek, na piszczałce grał Dusiołek.
Gnom zbudował sobie kuchnię na świecącym drzewnym próchnie
I gotował z pleśni żurek dla ślimaków i jaszczurek.
Jeż przez chwilę odpoczywał, coś wspominał, coś przeżywał,
Lecz niebawem ruszył dalej, budząc wiedźmy chrzęstem stali.
Szedł przez gąszcze zamaszyście, depcząc mchy i zgniłe liście,
Szedł na wszystko wokół głuchy roztrącając mieczem duchy.

Brzask od wschodu jaśniał złudnie, a Jeż zdążał na południe,
Stanął właśnie na polanie, gdy znienacka, niespodzianie
Ujrzał tam, gdzie rzednie knieja, Czarodzieja Babuleja.

Miał Babulej łeb jak skała, z nozdrzy para mu buchała,
Wylatywał ogień z gęby, miał ramiona jak dwa dęby,
Każdą nogę miał jak wieża. gdy się ocknął - spostrzegł Jeża.

Był Babulej tak potężny, że Jeż mężny i orężny
Zbladł - o ile jeże bledną, ale to jest wszystko jedno.
Rzekł Babulej: "Hej, rycerzu, hej, stalowy dzielny Jeżu,
Jaka moc i jaka władza do tej kniei cię sprowadza?
Czy przybywasz do mnie w gości, czy chcesz zabrać moje włości,
Czy też cel masz niedościgły, aby we mnie wbić swe igły?"

Jeż zawołał: "Dobrodzieju, czarodzieju Babuleju,
Od przyłbicy aż po pięty jam stalowy Jeż - zaklęty
Przez Magika Mechanika - i wprost żałość mnie przenika,
Kiedy patrzę na mą zbroję, na stalowe igły moje.
Twoja mądrość jest bez miary, powiedz, jak mam zrzucić czary?
Dokąd iść mam? Wskaż mi drogę, bo tak dłużej żyć nie mogę."

Zastanowił się Babulej i do Jeża rzekł już czulej:
"Z tej krynicy wody ulej.
Kiedy nią przemyjesz oczy, wnet przed tobą się roztoczy
Gładka droga. Idź nią żwawo, byle w prawo, zawsze w prawo!
Gdy dotrzymasz tego święcie, spadnie z ciebie złe zaklęcie."
Jeż uściskał Babuleja. "W tobie cała ma nadzieja"-
Rzekł z wdzięcznością. Bez przeszkody nalał w dłoń cudownej wody,
Wodą plusnął sobie w oczy, aż tu nagle się roztoczy
Droga gładka, lecz zawiła: cała we mgle się gubiła,
Porośnięta przy tym była migotliwą srebrną trawą.
Jeż tą drogą ruszył w prawo.

Szedł bez przerwy aż do zmroku, nie zwalniając nawet kroku,
Ani nie jadł, ani nie pił, tylko chłodem się pokrzepił.
Dziwne dziwy widział z lewa: migdałowe kwitły drzewa,
Kolorowych słońc ulewa
Oblewała piękne place, na nich domy i pałace,
A w pałacach rajskie ptaki, a w ogrodach złote maki,
A wokoło mleczne rzeki, zdążające w świat daleki.

Jeża złudy nie skusiły, wytężając wszystkie siły,
Ciągle w prawo szedł po drodze, pamiętając o przestrodze.
I po stronie właśnie prawej, ujrzał Jeż rtęciowe stawy.
Falowała rtęć srebrzyście, i srebrzyła się faliście,
I jaśniała uroczyście,
Blask rzucając na wybrzeża, na dal mroczną i na Jeża.
Jeż przed siebie śmiało dążył, w żywym srebrze się pogrążył
I przez rtęci śliskie fale płynął silnie i wytrwale.
Stoczył przy tym bój zajadły, bowiem zewsząd go opadły
Wygłodniałe, złe trytony, ale on, niezwyciężony,
Mieczem rąbał i wywijał, aż je wszystkie pozabijał.

W drugim stawie ośmiornice srebrne rtęcią i księżycem,
Chciały Jeża ściągnąć na dno, ale on swą pięścią władną
Część ich zabił, część ogłuszył, po czym w dalszą drogę ruszył.
W trzecim stawie Smok Trzygłowy stał do walki już gotowy
I na Jeża chciwie czyhał, i kroplami rtęci prychał.
Ale Jeż nań spojrzał hardo, broń w prawicy dzierżył twardo
I odrąbał halabardą
Wszystkie trzy złowrogie głowy, aż się zmącił staw rtęciowy

Gdy Jeż stawy wreszcie przebrnął, połyskiwał zbroją srebrną.
Następnego dnia wieczorem nów majaczył ponad borem,
Mgła, jak zwykle, drogi strzegła, droga prawą stroną biegła.
Jeż nie patrzał w lewą stronę, gdzie wodnice rozbawione,
Z siedmiu jezior wyłonione,
Zachwycone mężnym Jeżem, zapraszały na wieczerzę.

On szedł w prawo, ciągle w prawo, gardził strawą i zabawą,
Kroczył naprzód niestrudzony, rtęcią złudnie posrebrzony,
Miecz wyostrzył, jak należy, a gdy mrok się rozlał szerzej,
Zszedł w Dolinę Nietoperzy.

Czuł, że bój nie będzie błahy: nietoperze z kutej blachy,
Z metalicznym skrzydeł chrzęstem, uderzyły rojem gęstym,
Ćmy blaszane o północy przyleciały do pomocy,
A ze szczelin pełzły strachy, nocne strachy z kutej blachy.

Jeż odważnie się najeżył, halabardą się zamierzył,
Wpadł w sam środek nietoperzy
I na oślep ciął z rozmachem napastliwą groźną blachę.
Ciem padały całe stosy, a on wciąż zadawał ciosy,
Nietoperzy chmary tępił, tarczę pogiął, miecz przytępił,
Deptał blachę pokonaną, a gdy bój się skończył rano,
Stwierdził Jeż swój tryumf świeży, więc z Doliny Nietoperzy,
W której posiał śmierć i trwogę, wyszedł znów na gładką drogę.

Mgła, jak zwykle, drogi strzegła, droga prawą stroną biegła.
Jeż wytrwale szedł przed siebie, a w ponurym, ciemnym niebie
Chmur kłębiła się nawala, jesień deszczem ociekała,
Dal w pobliżu posępniała, minął dzień i noc nastała,
A gdy świt był niedaleko, stanął Jeż nad wielką rzeką.

Nurt burzliwy i spieniony tworzył wiry z prawej strony.
Jeż to zoczył, lecz nie zboczył, tylko w środek wirów skoczył.
Płynął śmiało jak na połów, a gdy przemógł moc żywiołów,
Ujrzał Wyspę Trzech Bawołów.

Był na wyspie las potężny, nie drewniany, lecz mosiężny,
Z lasu, sadząc przez wądoły, wyskoczyły trzy bawoły
I ruszyły wprost na Jeża, który dotknął już wybrzeża.
Ziemia drżała, tratowana przez bawoły. Gęsta piana
Wystąpiła im na pyski, w ślepiach drgały krwawe błyski,
A kopyta ich potężne, nie zwyczajne, lecz mosiężne,
I mosiężne wielkie rogi w sposób groźny i złowrogi
Skierowały się na Jeża: tylko bawół tak uderza.

Jeż, do walki już gotowy, wyjął z pochwy miecz stalowy,
W bok uskoczył i zawzięcie rąbał mieczem. Straszne cięcie
Zmiotło sześć bawolich rogów, które spadły wśród rozłogów.
Ich mosiężny dźwięk rozbrzmiewał, o mosiężne tłukł się drzewa
I przez echo powtórzony, brzmiał i grzmiał na wszystkie strony.

A bawoły chyląc głowy legły rzędem. Jeż stalowy
Stał podparty halabardą i przyglądał się z pogardą
Pokonanym swoim wrogom i mosiężnym wielkim rogom,
Po czym w prawo ruszył drogą.

Dziwne dziwy widział z lewa: z białych skał sfrunęła mewa
Trzepotliwa, śnieżnobiała, w dziobie złoty klucz trzymała,
Kluczem skały otwierała, otwierała złote bramy,
Skarbce, zamki i sezamy.

On szedł w prawo, ciągłe w prawo, gardził złotem, gardził strawą,
Szedł bez przerwy, aż do zmroku, nie zwalniając nawet kroku.
Ani nie jadł, ani nie pił, tylko chłodem się pokrzepił.

Nic nie działo się na razie, ale w całym krajobrazie
Nastąpiły zmiany pewne: dale puste i bezdrzewne
W księżycowym stały blasku, droga wiła się wśród piasku,
A gdy mgła nad drogą znikła, zaszła nagle rzecz niezwykła:

Kiedy Jeż przez piachy kroczył, z pochwy naraz miecz wyskoczył
I pofrunął w dal z łoskotem, tarcza za nim w ślad, a potem
Halabarda, mknąc przed siebie, znikła szybko w nocnym niebie.

Jeż oniemiał, Jeż się zdumiał, ale zanim coś zrozumiał,
Jakaś siła niebywała nagle z ziemi go porwała
I poniosła jak źdźbło słomy w świat daleki, niewiadomy.

Jeż w niezwykłym swoim locie widział gwiazd jarzących krocie,
A pod sobą czarną chmurę, a przed sobą wielką górę
Niebotyczną i wyniosłą - do niej właśnie Jeża niosło.

Jeż wytężył wyobraźnię, wzrok wytężył i wyraźnie
Widział teraz i miarkował, że to Góra Magnesowa
Z dali ciemnej się wyłania, że jej siła przyciągania,
Nieodparta i straszliwa, stal unosi i porywa.

Leciał Jeż jak srebrna kula, brzęczał tak jak pszczoła z ula,
Góra przed nim w oczach rosła niebotyczna i wyniosła,
Wreszcie gniewny i ponury przylgnął Jeż do zbocza góry.

Stał bezbronny, pełen trwogi, magnes więził jego nogi
I krępował wszystkie ruchy, tak jak muchę lep na muchy.

Chcąc się wydrzeć z tej niewoli, jął poruszać się powoli,
Jął powoli piąć się w górę, nie zważając na wichurę.
Nie zważając na zmęczenie brnął po swoje przeznaczenie.

Szedł pięć godzin, aż o świcie wreszcie znalazł się na szczycie.

Był tam pałac z gwiazd wysnuty i był człowiek w złocie kuty
I obuty w złote buty.
A dokoła w barwnej śniedzi stali ludzie z brązu, miedzi
I z mosiądzu, i z ołowiu - stali wszyscy w pogotowiu.

Władca Góry Magnesowej do zdobyczy swojej nowej
Krzyknął: -"Jam jest w złocie kuty i obuty w złote buty,
Bezprzykładna dzielność twoja ani pancerz, ani zbroja
Nie uchronią cię przede mną. Ja mam taką moc tajemną,
Że się tylko stalą żywię i na górze tej szczęśliwie
Miedzią, brązem i mosiądzem jak posłusznym ludem rządzę.
Broń się, Jeżu! Mam ochotę stal twą przebić ostrzem złotym!"

Jeż zawołał: -"Niech się stanie! Chodź, przyjmuję twe wyzwanie.
Nie mam miecza ani tarczy, ale igieł mi wystarczy!"
Po tych słowach pięść zacisnął, złoty rycerz tarczą błysnął,
Błysnął złotym swym pancerzem, a gdy stanął tuż przed Jeżem,
Porwał szybko w dłoń waleczną złotą klingę obosieczną.

Zawrzał bój. I brzęk metali, naprzód złota, potem stali,
Dookoła się rozlegał i wraz z echem w dal wybiegał.

Nagle dopadł Jeż rycerza i straszliwa igła Jeża
W pancerz wbiła się ze zgrzytem, rycerz zachwiał się, a przy tym
Krwi czerwonej kropla spadła, krew trysnęła na wiązadła,
Na napierśnik, na przyłbicę, na stalowe rękawice.

Właśnie krwi tej kropla świeża złe zaklęcie zdjęła z Jeża.
Pękła stal, przyłbica spadła i dziewczyny twarz pobladła
Wyłoniła się ze stali, a tu stal pękała dalej,
Opadała jak łupina -wyszła z niej na świat dziewczyna
Jawiąc wdzięki swe dziewczęce i dziewczęce białe ręce,
I kibici kształt powabny, obleczony w strój jedwabny.
Rycerz patrzał ze zdumieniem, podszedł, objął ją ramieniem
I na jego pierś złocistą łza jej spadła kroplą czystą.

I - o Boże! - łza ta świeża zdjęła czary złe z rycerza,
Złoto spadło zeń.
Okowy Władcy Góry Magnesowej
Nie zdołały już się ostać i młodzieńca piękna postać
Przed dziewczyną kornie stała, a dziewczyna promieniała, białe ręce wyciągała.

Świat spowiła mgła różowa, w mgle tej Góra Magnesowa
Rozpłynęła się, przepadła, tak jak nikną złe widziadła
I dokoła zaszła zmiana niewidziana, niespodziana:

Migdałowe kwitły drzewa, kolorowych słońc ulewa
Oblewała piękne place, na nich domy i pałace,
A w pałacach rajskie ptaki, a w ogrodach złote maki,
A dokoła mleczne rzeki zdążające w świat daleki.
Cały bezmiar grał i śpiewał. Z białych skał sfrunęła mewa,
Trzepotliwa, śnieżnobiała, w dziobie złoty klucz trzymała, kluczem skały otwierała,
Otwierała złote bramy, skarbce, zamki i sezamy.
A młodzieniec rzekł najczulej: -"Zaczarował mnie Babulej,
Zakuł w złoto swym zaklęciem, a ja jestem sławnym księciem,
Dzielnym księciem Złotowojem, właśnie jesteś w państwie moim."

"A ja - rzekła mu dziewczyna - jestem panna Klementyna,
Pasierbica Mechanika - śledziennika i magika.
Ach, to złośnik jest nieczuły, jego słowa mnie zakuły
W stal okrutną, w postać Jeża, który nie wie, dokąd zmierza."
"Porzuć troskę nadaremną - Rzekł Złotowój. - Zostań ze mną.
Mowie serca chciej uwierzyć, pragnę z tobą życie przeżyć,
Będziesz dobrą moją żoną, szanowaną i wielbioną,
Mieszkać będziesz w tych ogrodach, wchodzić będziesz po tych schodach,
Siedzieć będziesz na tym tronie, jak przystało mojej żonie!"

Klementyna się zgodziła, była dobra, była miła,
Z mężem dużo lat przeżyła w wielkim szczęściu i bez waśni -
I to właśnie koniec baśni.

Na ulicy Czterech Wiatrów niedaleko Bonifratrów
Do zachodnich ścian przytyka sklep Magika Mechanika.
Sklep, zamknięty na trzy spusty, jest od dawien dawna pusty,
Lecz przez szybę wystawową, gdy do szyby przylgnąć głową,
Widać wielką pajęczynę. Pająk wątłą swą tkaninę
Utkał z nudów i z nawyku dnia pewnego, w październiku.

MAJOWE SŁOŃCE NA GÓRZE OLIWNEJ



 Opowiada Niemiec, o roku 1932. Ten mężczyzna był wtedy prawie dorosłym młodzieńcem. Był członkiem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Wieshalle:
       - „Wiosną 1932 roku kilku spośród nadających ton członków Towarzystwa z Wieshalle, przystąpiło do ruchu narodowosocjalistycznego. Hasło: Adolf Hitler kocha zwierzątka!
W lokalu naszego Towarzystwa wisiało mnóstwo takich sloganów: - Ponieważ Fuhrer kocha zwierzęta, ty kochaj jego. Zwierzę czuje, kiedy jest kochane! Wybierajcie kochającego zwierzęta wodza Adolfa Hitlera!
    Pewnego dnia w naszym mieście zapanowało wielkie podniecenie. Miał przyjechać do nas Adolf Hitler i przemawiać na Górze Oliwnej.
Zna pan Górę Oliwną? Ona tak się nazywa, ponieważ raz do roku firma Meyer, która produkuje olej jadalny, organizuje tam festyn strzelecki – kampanię reklamową słynnego oleju Meyera.
Kiedy zaświtał wielki dzień, nasze miasto przypominało centrum pielgrzymkowe, lecz zarazem oblężoną twierdzę. Nigdy dotąd nie widziałem tylu policjantów, wielu na własnych nogach, ale wielu też na koniach. Policja konna i piesza. Ludzie szeptali między sobą: -Zobaczycie. Kiedy przyjedzie, komuniści uderzą! Inni zaś mówili: -Nie odważą się!
Na ulicach roiło się od ludzi z opaskami ze swastyką - wesołym machnięciem unosili ramię w górę, inni natomiast, ci, którzy nie mieli opasek, trzymali ramię przy boku, można by więc rzec, że przyciskali ramię do siebie, niczym pudel oblany wodą i chowający pod siebie ogon.
       Z okolicy schodzili się do miasta chłopi- upijali się w gospodach, flirtowali ze służącymi i dziewczynami do dzieci, kręcącymi się jeszcze po ulicach, żeby rozkoszować się radosną atmosferą zbliżającego się święta i ciepłym majowym słońcem – przed wyruszeniem na Górę Oliwną.
Owego pamiętnego dnia pracowałem w salonie fryzjerskim „Światowy Pan” tylko do południa, potem pożegnałem się z właścicielem i moim szefem Chaimem Finkelsteinem. Powiedziałem, że muszę mieć wolne popołudnie, bo chcę „Go” zobaczyć.
Kogo zobaczyć? – spytał, pokasłując Chaim Finkelstein, - Syna Opatrzności – Zmartwychwstałego?
- Powiedziałem; - Niech pan nie kaszle, panie Finkelstein, bo ten kaszel wyjdzie panu jeszcze bokiem! – Sam nie wiem, dlaczego tak powiedziałem….
     Popędziłem do domu, włożyłem najlepszy garnitur – munduru bowiem jeszcze nie miałem – wsunąłem na ramię opaskę ze swastyką, pochłonąłem w pośpiechu obiad…..
O godzinie trzynastej pięćdziesiąt pięć – wszyscy troje wyszliśmy z mieszkania w piwnicy, byliśmy radośni, bo świeciło słońce, uważaliśmy, że to „Pan Hitler” je zamówił – potrafił to bowiem sprawić, tak mówił mój ojczym.
Wszyscy troje mieliśmy opaski ze swastyką, nawet matka. Opaska matki najbardziej rzucała się w oczy, gdyż wyglądała, jakby w każdej chwili mogła pęknąć, z uwagi na zbyt grube ramię.
     Całe miasto zdawało się pielgrzymować na Górę Oliwną – i cała okolica. Okna w domach były przystrojone kwiatami, kwiatami narodowych socjalistów. Te okna i kwiaty uśmiechały się do nas, to były barwy radości.
Zgubiłem gdzieś rodziców, przeciskałem się, aby być bliżej Najświętszego Miejsca, jak mówił mój nauczyciel niemieckiego Siegfried von Salzstange, który przeciskał się przez tłum razem ze mną. Chcieliśmy zdobyć dobre miejsca stojące – w końcu staneliśmy w niewielkiej odległości od ołtarza.
Kiedy rozejrzałem się dokoła, przestraszyłem się, gdyż za nami stały miliony.
Pan Siegfried von Salzstange powiedział; - Zobacz, zgromadzili się tutaj niezadowoleni z całych Niemiec!
- Komuniści też? – spytałem. Nie, inni niezadowoleni – powiedział pan Siegfried. I z tego innego niezadowolenia  komunizm nie potrafi wyleczyć. A przynajmniej nie tak radykalnie.
    - Więc kto? – Kto potrafi z niego wyleczyć? – Zapytałem.
Adolf Hitler – rzekł nauczyciel – On jest wielkim uzdrowicielem. I dodał: - Zgromadzili się tutaj ludzie, którzy oberwali już kiedyś po głowie, od Pana Boga, lub od innych. Zgromadzili się tu bankruci życiowi, astmatycy i wazeliniarze, ludzie, którzy nie za bardzo radzą sobie w życiu, bo mają za krótki oddech, lub nigdy nie nauczyli się porządnie pełzać zgodnie z planem, albo dlatego, że dupa, do której wchodzili bez wazeliny, była nienasycona.
      Rozejrzyj się tylko: - są tu ludzie przesadnie chudzi i zbyt grubi, ludzie o zbyt krótkich, lub zbyt długich nogach, za starzy i za młodzi, zboczeńcy bez partnera i impotenci, i ludzie o rękach dusicieli, którzy nie mogli dotąd dusić, bo powiedziano im, że mogą tylko głaskać.
Są tu wszelkie skrajności, ci ludzie to kaleki życiowe. I oni przyszli, bo „On” powiedział: -„Pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie!”.
    -A dlaczego pan tu jest, panie von Salzstange? – zapytałem, -Panu przecież powodzi się dobrze?
- Z powodu pieprzu.
- Jakiego pieprzu?
- Który żona co rano wsypuje m i do kawy – odparł żałośnie.
- Dlaczego to robi?
- Nie wiem
- I nic nie może pan na to poradzić?
- Absolutnie nic – potwierdził ze smutkiem pan Siegfried. Chrapię w nocy, żeby się zemścić, ale to nic nie daje.
Pan Salzstange wsadził do ust papierosa w zakłopotaniu, ale zaraz go wyjął, jakby uznał za świętokradztwo palenie na Górze Oliwnej. Palenie przed Kazaniem na Górze…..
Staliśmy na zboczu Góry Oliwnej, a może dźwigaliśmy ją na swoich barkach?
Naraz tłum zafalował, masa ludzka poruszyła się i za chwilę uspokoiła się całkiem nagle.
 Nastała cisza. Przyjechał „On”.
Kiedy Fuhrer wszedł na ołtarz, tłum wstrzymał oddech…
Adolf wyglądał pięknie. Wzniósł oczy do nieba, jakby tam szukał natchnienia, albo chciał niebo zakląć. Zaraz się zacznie mowa….
     Adolf Hitler zaczął mówić…Najpierw mówił o genezie ruchu, o krwi poległych kolegów, o martwych, którzy nie są martwi, ponieważ żyją w nas dalej, wyjaśnił nam, dlaczego trzeba budować armaty i że on będzie je budował – i to jakie! – albowiem przysiągł to na swego Ojca, Pana Opatrzności, wytłumaczył, że zwykłe armaty tylko strzelają, natomiast jego armaty mogą także wytwarzać masło i czarny chleb, i chudy twaróg, i kiełbaski z kiszoną kapustą. Hitler wyjaśnił nam, że brunatne koszule są lepsze od innych, a obcisłe spodnie lepsze od luźnych, że owijacze wyglądają śmiesznie z powodu goleni, która powinna zniknąć w cholewce, jak wszystko, co poniżej kolana, czyli niskie, a nie powyżej niego, czyli postawione wysoko. Mówił o pokojowym traktacie wersalskim, który należy anulować, wyjaśnił, że zero, to koło z dziurą pośrodku, i to prawdziwą dziurą, gdyż połowicznych dziur niema.
    - Dziura jest dziurą!
Hitler mówił o kupczykach i krwiopijcach, kalaniu i rozkładzie, wyjaśnił nam, że honor jest dziedziczny, podobnie jak odwaga i wierność. Mówił o spisku światowego żydostwa, które trzyma w swoich rękach niemiecki honor, jak w sidłach. Trzyma w tych sidłach niemiecką odwagę i niemiecką wierność, żeby udaremnić ich rozwój.
    Słuchałem jednym uchem, gdyż znałem to wszystko z gazet. Patrzyłem na dębowy ołtarz przykryty flagą, patrzyłem na loczek Fuhrera i jego wąsik…
Dopiero, gdy „On” cofnął się w głąb dziejów, dotarł w końcu do Jerozolimy, ponownie nastawiłem uszu, stanąłem na baczność, zacząłem oddychać przez nos i patrzyłem tylko w „Jego” oczy.

Adolf Hitler otworzył Biblię. Najpierw przerzucił Stary Testament, potem Nowy, odgarnął nieco loczek, zmarszczył czoło i powiedział w końcu:
       - Łukasz 23, 27-29.
Następnie zaczął czytać, nieco ochrypłym , zmienionym głosem: - A szło za nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad nim: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą; Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”.
Fuhrer zamknął Biblię, złożył dłonie, wzniósł swe płomienne oczy proroka ku niebu i rzekł:
    
      - Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam:: Pan ich przeklął. I klątwa ich przygniata. Ja zaś przyszedłem, aby ją zdjąć!
 I Adolf rzekł:
       - Błogosławieni silni, albowiem oni posiądą ziemię.
       - Błogosławiona pięść, albowiem wybije dziurę w kole, ażeby dziura była prawdziwa, a nie połowiczna. Połowicznych dziur bowiem nie ma!
       - Błogosławieni ci, którzy krew mają gęstą, albowiem oni zapanują nad wszystkim, co jest pod słońcem. Jeśli bowiem krew jest wodnista, jakże miałaby nie wyparować? A co przestaje istnieć, tego nie ma. Jak więc miałoby panować?
I Hitler rzekł:
       - Wiecie, że w Starym Testamencie powiedziano: - Nie będziesz zabijał; kto zaś zabija, ten winien jest sądu. Ja zaś powiadam wam: Kto zabija wroga ludu, ten uświęca imię moje. A kto mnie uświęca, ten ma udział w mojej świętości.
I Fuhrer rzekł:
       Wiecie, że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb. Ja zaś pytam was: Czyż nie czynią tak również celnicy? Czymże jest jedno oko i czymże jest jeden ząb? Czyż nie zostaje jeszcze jedno oko? I trzydzieści jeden zębów?
Zaprawdę, odebrali już swoją zapłatę. Ja zaś powiadam wam;
        - dwoje oczu za jedno oko I trzydzieści dwa zęby za jeden. Oślepcie swoich wrogów i uczyńcie ich bezzębnymi po wszystkie wieki. Albowiem ślepiec nie może już widzieć. A bezzębny nie może już gryźć. Jeśli pragniecie panować, bijcie mocno. A jeśli pragniecie ziemi, którą chcę wam dać, czyńcie tak, jak wam nakazałem! Amen

I Fuhrer rzekł:   
        - Przeklęty niech będzie kij w ręku fałszywego mistrza. Ponieważ jednak kij zmienia właściciela, a nowy mistrz jest prawdziwym mistrzem, więc niech i kij będzie uświęcony.
I Wódz rzekł:
        - Błogosławiony kij w ręku prawdziwego mistrza. Zważcie bowiem: To nie kij uszlachetnia rękę, tylko ręka kij. Zaprawdę powiadam wam: W ręku prawdziwego mistrza kij stanie się mieczem, ażeby ręka panowała po wszystkie wieki. Amen!.....

Kiedy Adolf Hitler wypowiadał ostatnie słowa, niebo nad Wieshalle przeraziło się, gdyż mowa jego była potężna. Zaczęło grzmieć i błyskać się. Nad Górą Oliwną zbierały się masy chmur i krążyły nad ołtarzem. Ale deszcz się bał i chmury rozproszyły się z powrotem.
W ludzkiej masie panowała grobowa cisza…..

Obok mnie stała stara kobieta o szarej twarzy, twarzy na której kij Pana Boga wyżłobił bruzdy. Stara kobieta poruszała wargami, jakby się modliła. W tej ciszy kompletnej wokół usłyszałem jedno zdanie z jej modlitwy: - Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą.
Ludzie wokół zaczęli się modlić. Z wolna w ludzką masę wstąpił wreszcie ruch. A potem…nagle, ktoś krzyknął. A potem wszyscy zaczęli krzyczeć. Nasze prawe ręce! Nagle wystrzeliły w górę. Jakby same z siebie. Krzyczeliśmy jak opętani: Amen! Amen! Amen!
Każdy zarażał swym entuzjazmem sąsiada. Krzyczeliśmy. Wrzeszczeliśmy. Płakaliśmy.
On był naszym zbawcą.
Ktoś krzyczał: - Wodzu, daj i mnie kij!

Wie pan, jak się wypluwa dławiącą kluchę? A wie pan, jak to wygląda, gdy milion jednocześnie wyplutych kluch szybuje w powietrzu?

czwartek, 2 maja 2013

Miłość w oczach dzieci



Miłość jest gdy mówisz facetowi, że podoba Ci się jego koszulka, a on nosi ją potem codziennie
Noel lat 7 
I w oczach "dorosłych"......



NOWA MIŁOŚĆ
Nie wierzę w to,
że wszystko było już,
pozwólcie mi
na jeszcze parę róż:
Jeszcze tylko raz pokochać,
ach, jeszcze jeden raz!
Nie pragnę wciąż
królewną z bajki być,
lecz serca dzwon
niech nie przestaje bić:
Jeszcze tylko raz pokochać,
ach, jeszcze jeden raz!
W tę nową miłość
pobiegłabym tak,
jak rusza w drogę
księżyc i ptak,
tę nową miłość
umiałabym wziąć,
tak jak się bierze
rumianki do rąk.
Nie wierzę w to,
że prześnił się mi czas,
pozwólcie mi
na jeszcze parę gwiazd:
Jeszcze tylko raz pokochać,
ach, jeszcze jeden raz!
Jeszcze tylko raz usłyszeć
szalony serca głos,
a potem - wielką ciszę,
a potem - noc...

       Agnieszka Osiecka

Trzy sentencje



       
         - Zapomnij o błędach przeszłości i skup się na tym, co Tu i Teraz.
       
         - Zachowaj pogodę ducha i obdarzaj uśmiechem każdego, kogo spotkasz na Twojej           
                drodze.
       
         - Skup się na udoskonalaniu siebie tak bardzo, że nie będziesz miał czasu na  
                  krytykowanie innych.

Miłość

Jeden gość, napisał dla żony (swojej) taki wiersz: ( to nie ja, ja jestem rozwiedziony)

    żonie
           napisanie jest oddechem życia
           które koloruje
           blaskiem twoich oczu
           bez nich
           tu i teraz
           przeradza się w nicość
           kocham Cię

Majowie


Dlaczego piszę o Majach, a nie Słowianach? Bo co było słowiańskiego na ziemiach słowiańskich, zostało zniszczone przez kościół. Zostaliśmy odcięci od korzeni. 
Zostały tylko Kręgi.......
Albo aż Kręgi. Bo jeszcze też pamięć została. Kościół nie wytarł z pamięci Słowian obrzędów naszych Ojców. W końcu to tylko niecałe tysiąc lat panoszenia się na ziemiach Słowian. Kościół próbował odciąć nas od religii Natury, od religii naszych Dziadów i Ojców. Dlatego piszę o Chrobacji, o Świątyniach na Łysej Górze i Łysicy, gdzie był święty Kamień Mocy- Alatuir. Piszę, jak słudzy kościoła obchodzą się z polską- słowiańską historią.
            A zwyczaje Majów nie zostały zatarte. Kościół za cienki był na to. Przez kościół zginęły w Ameryce Południowej miliony. Statystyki podają dziesięć milionów. To statystyka tylko. Dużo ludzi. Dużo krwi. Zbrodnia, przymus, sadyzm i wszystkie inne grzechy. Ameryka wydusiła trochę grosza z WATYKANU. I dzięki Bogu! Pedofilii mówimy nie! Bo kogo winić za stosy? winnych nie ma.....
         Świątynie i miasta Majów były trudno dostępne. Byle klecha nie mógł wziąć młota i roztłuc je, jak zrobiono ze Światowidem na Łysej Górze.
     Kościół ma krew na rękach. I ten pijar ze scenariuszem, kogo papież obecny i kiedy pocałuje i czy złotą windą pojedzie, co powiedział, co jadł, czego nie jadł, te hece, zostaną zaakceptowane przez wielu, ale nie wszystkich. Prasa katolicka pieje z zachwytu: - ten papież jest skromny! Znaczy; - poprzedni nie byli skromni?
   Komuniści pisali tak; -walki na rzece Ussuri, na granicy chińsko-rosyjskiej. Rok 1966. 
Traktor rosyjski orał pole. W zimie. Grupa szpiegów chińskich czołgała się, aby wziąć traktor do niewoli. Traktor wysunął peryskop i zobaczył niecne zamiary wroga. Strzelił więc ze wszystkich dział i odleciał.
        Dziś Rosja, która jest winna śmierci setek tysięcy ludzi, swoich głównie, mówi: - ależ oni zostali zrehabilitowani.
Obłuda! Hańba! Szyderstwo!
 Kto tym ludziom pomordowanym głowy przyprawi? Zabić, a potem zrehabilitować? To nie jest nawet przeprosić. Zrehabilitować to jest jeszcze raz napluć na człowieka. Zabić, a  potem napluć na jego grób?. Co to za słowo jebane?
       Samostijna Ukraina!!!!
 I Samostijna reszta republik!
Zresztą wszyscy politycy są tyle samo warci, nasi, czy nie nasi: - ludzie ciężko chorzy, z rozdętym ego. Jutro napiszę jak przemawiał Adolf Hitler. Właściwie wszyscy znający się na rzeczy, na pijarze, na magii, przyznają; -Adolf to był dopiero gość!
Potrafił mówić i miał charyzmę. Pisałem o piosence; -"Jutro należy do mnie"!- Tomorrow belongs to me -z Lisą Minelli, z filmu "Kabaret". Słuchając tej piosenki i patrząc na urywek filmu z tą piosenką, mam dalej ciarki na plecach. Czarne ciągnie.
...
A Majowie grali w ciężką piłkę kauczukową.  Mieli technologię wytwarzania tych piłek kauczukowych.  Jednym słowem wyżej stali od Meksyku, gdzie były „od zawsze” plemiona bandyckie, które wyłącznie żyły z grabieży i morderstw.  Majowie dawali co roku, na teren dzisiejszego Meksyku 6 czy 10 tysięcy piłek. Żeby stłumić zagrożenie. I ze strony Meksyku tłumili to zagrożenie przez całe dziesięciolecia. Meksykanie ówcześni brali te piłki kauczukowe, nie wiedzieli co z nimi robić, ale nie napadali na sąsiadów. ….Może próbowali je ugryźć, a one nie dawały się do jedzenia? No nie, pogrywali trochę. W każdym razie, nie napadali na Majów. A Majowie też mieli swoje zasady w grze w tę piłkę kauczukową. Kodeks Natychmiastowy. Pewne wykroczenia ( wyraźny faul na zasadach) były karane śmiercią nagłą, ale przewidzianą i dokładnie opisaną w instrukcji. Cóż, nie ma jak wyraźne reguły! Nie umiesz grać? W łeb!
A nie tam: -  zabić, bo żadnych reguł nie ma, pan i władca rządzi!.... a potem cichutko......rehabilitacja.....A gdzie grób? - Nie wiem.
Bo przecież chodziło o to, żeby grobu nie było. Tylko masowe. Tak robili Rosjanie i Niemcy. Mylę się?

Nie ogarniam tego, ale niech będzie, bo to z serca idzie.

"Czemuś w górze?" - pytała raz Perła Bałwana...
Odrzekł jej morski bałwan: Perełko kochana, 
I w ludzkim społeczeństwie, i wolnej naturze, 
perły są zawsze na dnie, a bałwany w górze.
 
(J.Ejsmond)
 
 
 
 
W szczerym polu na ustroni,
Złote jabłka na jabłoni,
Złote liście pod jabłkami,
Złota kora pod liściami.
Aniołowie przylecieli
W porankową cichą porę:
Złote jabłka otrząsneli
Złote liście, złotą korę.
 
(T.Lenartowicz)
 
Jestem niby macica
(Nie damska. lecz perłowa
Przedziwna tajemnica
W skorupce mej się chowa.
 

Makrobiotyka



Prawo Yin – Yang to reguła w niebie i na ziemi,
To istota milionów różnorodnych rzeczy,
To rodzice wszystkich procesów,
to początek i istota życia i śmierci

Kanon medycyny chińskiej.

Słowo makrobiotyka, pojawiło się po raz pierwszy w pismach Hipokratesa, ojca medycyny zachodniej. Makrobiotykami nazywano ludzi, którzy prowadzili życie zgodne z prawami natury ( Dziś Wicca?), a makrobiotyką nazywano styl życia, na który składa się m.in. zrównoważona i naturalna dieta.
W roku 1908 powstało w Japonii „Stowarzyszenie Leczenia Jedzeniem”, którego postacią główną stał się George Ohsawa. Makrobiotyka zdobywa coraz większą popularność. Na zachodzie przyczynił się do tego dr Antoni Sattilaro z Filadelfii. Opisał w swojej książce „Przywrócony życiu”, jak wyleczył się całkowicie, dzięki makrobiotyce, z ciężkiej postaci raka prostaty. Wyniki badań wskazują, że makrobiotyka jest skuteczna w leczeniu i profilaktyce wielu chorób, takich, jak cukrzyca, choroby serca, rak, a nawet AIDS.
Zasada jedności plusa i minusa jest naszym życiowym kompasem, który prowadzi nas ku zdrowiu. To jest praktyczny poradnik umożliwiający ocenę wszystkiego, co nas otacza, nie tylko jedzenia.
Powinniśmy jeść to, co rośnie najbliżej, a najlepiej to, co sami wyhodujemy.
     Podstawowym pokarmem ludzi od tysięcy lat było i jest ziarno, najwyżej rozwinięta forma ewolucji roślinnej, będąca jednocześnie owocem i nasieniem. Towarzyszą jej warzywa, fasolki, glony, orzechy i owoce – w odpowiednich ilościach.( ziarna, kasze to powinno być 70%, reszta w tych 30%)
Makrobiotyka jest sposobem życia i myślenia. Sposobem trudnym i prostym zarazem, jest pracą – w sobie, nad sobą i ze sobą.
                Jeszcze o najgorszej chorobie – ignorancji.
Tybetańska Księga Snów: -„Ignorancja kulturowa- Hindusi wierzą na przykład, że negatywnym działaniem jest jedzenie krów, dopuszczają jednak spożywanie wieprzowiny. Muzułmanie natomiast uważają, że wolno jeść wołowinę, ale zabrania się im spożywać mięsa wieprzowego. Tybetańczycy jedzą oba rodzaje mięsa. Kto wobec tego ma rację? Hindus uważa, że Hindusi mają rację, Muzułmanin myśli, że to Muzułmanie postępują słusznie, a Tybetańczycy sadzą, że racja jest po ich stronie. Tak różne przekonania powstają w wyniku uprzedzeń i wierzeń, które stanowią cześć kultury, nie wynikają zaś z prawdziwej mądrości”.

Wszystko się zmienia, porusza: nieszczęście zamienia się w szczęście, choroba w zdrowie, złość przechodzi w radość, wojna w pokój. Makrobiotyka jest przygodą. Każdy przecież może spróbować. Twardość pragnie miękkości, jak mężczyzna kobiety, a kobieta mężczyzny.
     Mario Binetti – nauczyciel makrobiotyki, mówił tak : - „Odpowiedzi na wszelkie pytania musisz poszukiwać sam. Każdą odpowiedź nosisz w sobie. Tu szukaj. Nie na zewnątrz.
Podobnie jak przyczyny naszego dobrego, czy złego samopoczucia. Zamiast odnaleźć tę przyczynę w sobie, tracimy mnóstwo energii i czasu, aby obwiniać o to okoliczności i innych ludzi. Poprzez makrobiotykę staramy się poznać możliwie pełen obraz tego, co nas otacza.
    Słowo „pełny, cały” (whole) w języku angielskim łączy się ze słowem „zdrowie” (Heath), które z kolei kojarzy się ze słowem „święty” (holy). To słowo oznacza bycie w harmonii ze sobą i światem zewnętrznym.
A więc chodzi o taki stan, w którym jesteśmy zdrowi, szczęśliwi i realizujemy marzenia naszego życia.
Wielu ludzi interesuje się makrobiotyką wyłącznie ze względu na zdrowie, są fanatykami zdrowia. Czy znacie takich ludzi? To najbardziej nudni ludzie na świecie! Oni się zawęzili na sobie samych. Fanatycy zdrowia odcinają się od wszelkich przyjemności, oni są zagubieni.
Przez jakiś czas można być takim człowiekiem, bo i fanatyzm ma swoje dobre strony.
     Oby tylko nie wpaść w stagnację i nie myśleć wyłącznie o tym co jeść, czy to jest zdrowe, jak gotować….Przecież najważniejszą zasadą w makrobiotyce jest to, że wszystko się zmienia. Chorujemy na raka, daliśmy mu dużo czasu i energii aby się rozwinął. Wycinamy chory organ i myślimy, że już po wszystkim. Nie zdajemy sobie sprawy, że nasze myślenie i nasz sposób życia tworzą ten stan. Wydaje się nam, że przyczyna choroby jest na zewnątrz nas, że jest czymś, co należy zaatakować np. promieniami, albo czymś innym. Możliwości medycyny są wyszukane. Umysł ludzki potrafi wymyślać wspaniałe rzeczy, tylko że większość z nich powoduje oddzielenie. Te wspaniałe rzeczy – wytwory cywilizacji, oddzielają umysł od reszty ciała. Przestajemy być Jednością….
Nie zdajemy sobie sprawy, że ból w jakimś miejscu ma swoje źródło zupełnie gdzie indziej. Wycinamy, płacimy i myślimy: sprawa załatwiona. W jakiś czas później ten sam ból pojawia się w innym miejscu naszego ciała. I znów robimy to samo: - wycinamy, stosujemy chemoterapię i nie zdajemy sobie sprawy, że ten rak jest jednak sprytniejszy od nas i rozwija się dalej…….Trzeba zmienić sposób życia – to jest baza rozwoju choroby. Rak, tak, jak inne organizmy, potrzebuje pożywienia, żeby się rozwinąć i tym pożywieniem dla niego jest nasze nastawienie umysłowe i sposób życia.
Makrobiotyka nie jest związana tylko z odżywianiem, ona mówi: - jeżeli będziesz żył w określony sposób, to być może coś się zmieni.
Poprzez chorobę, natura usiłuje nam powiedzieć, że coś jest nie tak, z naszym życiem. Natura próbuje też nam powiedzieć, że leczenie symptomatyczne, jakim posługuje się medycyna – nie leczy. ( Reklamy: - kup pigułkę, ból przejdzie, najwyżej ci kiszka pęknie, ale to już twoja sprawa, nie skonsultowałeś się z farmaceutą)
Makrobiotyka jest filozofią życia, poszukiwaniem klucza. George Ohsawa zrozumiał, że do osiągnięcia pozytywnego stanu duchowego, ciało musi być w dobrym stanie. Ohsawa wypróbował najpierw na sobie, jak to działa, a potem dopiero zaczął nauczać. Jego najważniejszym powiedzeniem było: NON CREDO.
 A więc nie wierzcie w to, co mówię. Znajdźcie prawdę sami.
Ohsawa napisał książkę „Makrobiotyka zen”. Mówi w niej: - człowiek może jeść wszystko, ale na następnych stronach mówi o tym, czego człowiek nie powinien jeść. Paradoks. Tak, życie to paradoks.
Jemy za dużo cukru, to jest powodem hyperglikemii i hipoglikemii. Lewa strona naszego ciała jest pod wpływem cukru. W medycynie Dalekiego Wschodu śledziona i trzustka są uważane za bardzo ważny narząd. W medycynie zachodu jest uważany za niepotrzebny i często usuwany.  Osoba, która ciągle narzeka, to śledziennik. – Jestem taki nieszczęśliwy, czuję się fatalnie, nic mi nie wychodzi….i ciągłe pretensje. To wszystko śledziona, która wymaga….opieki i miłości!
Nadkwasota bierze się z zanieczyszczonego powietrza, którym oddychamy. Zaatakowane są płuca, astma się rodzi. Przyczyną astmy są także słabe nerki, niezdolne do przepuszczania płynów, które w związku z tym, zatrzymują się w górnych partiach organizmu. Inny objaw tego stanu nerek, to puchnięcie nóg i worki pod oczami. Co jeszcze bierze się z tego stanu nerek? Uczucie zagrożenia, strach, lęki paranoja…..Aby wyleczyć astmę, używamy sprayów. To jest leczenie objawowe – możemy znowu swobodnie oddychać, ale powoduje to w całym organizmie ekspansję, która jest właśnie przyczyną astmy. Bierzemy coraz silniejsze środki, żeby sprawić sobie ulgę, ale ogólny stan pogarsza się coraz bardziej.
Co robią ludzie, gdy nie dostają dobrego powietrza? Kurczą się. Najpierw usiłują się wyprostować i wdychać więcej – potem rezygnują. Ludzie stają się skuleni i zamknięci. A rezultatem problemów płucnych są depresje….50 % łóżek szpitalnych w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii zajmują cierpiący na depresję.
Pięćdziesiąt procent!
Co możesz zrobić, jeśli do tej pory byłeś na tyle nieuważny, że tego nie dostrzegłeś? Papierosy…..
Dalej: - ludzie o zakwaszonej krwi mają problemy z uzębieniem i chodzą przygarbieni.
Za dużo tłuszczu we krwi: - tacy ludzie, to „nerwusy – wątrobiarze”. Tacy ludzie często duszą gniew w środku, są spięci, ale ze względów ”towarzyskich” nie eksplodują. Dopiero jak wrócą do domu….
Gniewem i złością zarządza wątroba.
Uzewnętrznianie emocji – płacz. Płacz to wydzielanie nadmiaru płynów z organizmu. Często dziwimy się, że ktoś płacze, skoro nie ma żadnej przyczyny.
          (Zbyszek – tu się nie zgadzam, nie ma przyczyny? A cóż my możemy wiedzieć o nastroju płaczącego?)
Gdy natomiast ktoś bez przerwy chichocze z byle powodu i nie może się opanować, lub ma skłonności do histerii, jest niedobrze ze stanem jego serca.
 Można tak rozpatrywać wszystkie organy po kolei…
Oczywiście nie jest możliwa całkowita doskonałość, ale jest to coś, do czego dążymy…..
Musimy wrócić do mądrości pokoleń i przypomnieć sobie pewne stare, dobre zasady, aby dokonać w sobie zmian podstawowych, a nie powierzchownych.
     Każdy człowiek powinien mieć możliwość stosowania makrobiotyki. Jej zasady są tak proste, jak tylko mogą być. Gdyby były jeszcze prostsze, przyjąłbym je łatwiej, ponieważ jestem leniwy i lubię to, co proste: - inne nie sprawdzają się.
 Ale jak zapewne wiecie, tam, gdzie jest przód, jest także tył. Prostota i piękno – to przód. Codzienna praktyka - to tył. Żeby doświadczyć tego piękna, musimy przejść przez wszystkie codzienne trudności – nie ma żadnej innej drogi.
  
    Makrobiotyka nie zaleca produktów mlecznych, zaleca oddychanie przez nos, jemy pokarmy ze zboża, z całego ziarna, potrawy gotowane. Kasze, ryż, chleb razowy, warzywa gotowane. Zbożowe 70%, jarzyny 30% - w tym fasole. Mięso i ryby dozwolone tylko niektórych gatunków, rzadko i w małych ilościach, tak samo jajka i sery. Wykluczone mleko, dorośli nie trawią mleka. Wykluczony  cukier i słodycze, biała mąka, owoce i tłuszcze zwierzęce. Przyprawy tylko roślinne, sól morska. Jak najmniej pić”.

I generalnie: - co pewien czas możemy jeść wszystko, nie umrzemy od tego. I pamiętajmy o tym, że można też nie jeść wcale, żywić się bezpośrednio światłem i być silnym, zdrowym i szczęśliwym – Bretharianie.
Życie jest wielką tajemnicą.

PS. Zamieściłem urywki wykładu Mario Binettiego- dyrektora Instytutu Kushiego w Szwajcarii, oraz organizatora międzynarodowych spotkań makrobiotycznych w Lenk.
Binetti mówił to w maju 1987 roku w czasie pobytu w Polsce, we Wrocławiu, Krakowie i w

środa, 1 maja 2013

Co jest za rogiem?

- Nie wiesz, czy za rogiem, nie stoi Anioł z Bogiem, nie obserwują zdarzeń i nie spełniają marzeń....

Masz problem?


Wykres giełdowy i co dalej?

Poniżej kropki Zbyszka na wykresie Wigu 20 - szukanie pięciu fal. Nie w każdym miejscu wykresu to się uda. Zaznaczyłem także poziomy docelowe PD - zasięgi, - pierwszy i drugi. Na początku ruchu niby wszystko czytelne, ale jeśli ruch się rozwija, to liczenie często zawodzi. Czy obecny ruch się rozwinie? Nie wiem. Spodobał mi się ten zwrot - nie wiem. On ucina wszelkie dyskusje na każdy temat.
Ludzie wydzielają z siebie takie oceany słów .....
Jestem podłączony do ruchu kilkoma kontraktami, żeby wykres czuć "mentalnie", i tyle. Bo generalnie to alleluja dla Daxa...... Staram się jak najmniej wartościować otaczający mnie świat. Uważam, że wszystko jest takie, jakie powinno być.
Daty zwrotu z abonamentu rozesłałem do wszystkich potrzebujących, gdyby ktoś nie dostał, proszę napisać.
Wczoraj pokazałem rysunek wachlarza w interwale 1H na Polandzie 20. Widać na nim wyraźnie, jak działają linie trendu wchodzące w skład wachlarza. A poza tym, proszę zwrócić uwagę jak precyzyjnie działa na tym obrazku średnia MA 18.
Na drugim wykresie dwie liczby wynikające z długości fal. I proporcja jeden do jednego. Przypominam, żeby nie zastanawiać się, który rok był przestępny, z liczbą dni lutego 29. Liczymy astronomicznie: rok Ziemi = 365,25 dnia.
Tę liczbę 2113 zobaczyłem dopiero wczoraj. Być może, gdybym zauważył ją wcześniej, wziąłbym ją pod uwagę przy liczeniu Zapory Gwiezdnej w kwietniu. Ale nie zauważyłem.
(Gdyby babcia miała wąsy, to byłaby dziadkiem). Ta proporcja jeden do jednego bardzo często ładnie działa. Tak, jak liczenie proporcji Fibonkiem. A więc, co dalej? Nie wiem....
Boziuniu, gdy to powiem od razu taki luzik mam!
         Polecam: Agnieszka Osiecka - daj se luz!
A super tekstem, była zawsze następująca rozmowa między uczniem, a mną: - Długo coś tłumaczę łopatologicznie, na kilka sposobów. Po tym pytam: - Zrozumiałeś?
                                         - Tak. - pada odpowiedź. I zaraz za nią pytanie: - To co teraz robić?
          Odpowiadałem natychmiast: - zdjąć majtki i tak chodzić!