Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lutego 2025

Baranek boży



Kiedyś kościół zbierał wiadomości (czytaj haki) na człowieka, a czynił to w sposób prosty i dwojaki: na spowiedzi człowiek sam donosił na siebie, po czym było to weryfikowane z pomocą sieci donosicieli nie tylko z kółek różańcowych. Dziś to źródełko wysycha w szybkim tempie, a jego miejsce już zajęła AI. W obu przypadkach donosicielem na samego siebie jest tak zwany baranek boży.

Czasy się zmieniają, mamy postęp: - instrument spowiedzi zastąpiły algorytmy śledzące zainteresowania: - co ciebie najbardziej porusza, jakie strony przepatrujesz i jak długo się zatrzymujesz. Zbierane informacje są jednocześnie wykorzystywane do kierunkowania. Człowiek internetowy jest osaczany, oplątywany pajęczyną powiadomień.


Mnie to przykładowo zmroziło w 2013 roku, kiedy zamieszkałem tuż przy granicy ze Słowacją. Wystarczyło ruszyć się z chałupy w stronę niedawnej granicy państwowej, aby zaraz odebrać wiadomość proponującą korzystny roaming. To samo działo się blisko granicy z Ukrainą, czyli blisko połonin. Pomyślałem wtedy: - Oto mają człowieka na widelcu, namierzą z dokładnością do paru metrów.

Czytałem ciekawy artykuł o sygnalistce, która pracowała przy kampanii wyborczej amerykańskiego Jasia Fasoli czyli Trumpa. Szefowie sygnalistki twierdzili, że wpłynąć na określoną grupę ludzi jest dość łatwo. Wpłynąć i gdzieś ich skierować, na co potrzeba sześć miesięcy. A na wygranie każdych wyborów we współczesnym społeczeństwie karmionym internetem, dla dowolnej partii, potrzeba dwóch lat. I wcale nie musi być na to wyłożona kupa kasy, podpisuje się po prostu umowę (cyrograf chyba, bo sprawa wydaje się diabelska) dotyczącą podziału przyszłych fruktów.

Nie trzeba szukać diabła tam, gdzie go nie ma. Ludzie są łatwowierni, tudzież nie potrzebują, czy też nie chcą wolności, bo nie bardzo wiedzą co z takową zrobić. I czekają, aby ktoś za nich pomyślał.

Kiedy pewnego mojego znajomego taki zagubiony człowiek pyta: 

- Panie! To co teraz zrobić?

- Zdjąć majtki i tak chodzić - pada odpowiedź.

W jednej z bajek Oskara Wild’ea trafiam na słowa: - Gorzko jest pracować dla pana, lecz bardziej gorzki jest brak pana, który daje pracę.

I paradoks liczbowy, który mi się spodobał:

500 mln. ludzi czeka na wsparcie 320 mln., aby powstrzymać 140 mln., których blokuje 30 mln.


środa, 5 lutego 2025

Dzwon cerkiewny z Maniowa

 


Ponad
Maniowem, rok 2015. W tle widać dymy z retort (wypał węgla drzewnego) w Szczerbanówce.


 W ubiegłym roku w Maniowie wydobyto dzwon cerkiewny. O miejscu ukrycia artefaktu władze wiedziały od dawna – nie na darmo chodzą po Bieszczadach skuteczni detektoryści.

Kto chce więcej o tym czytać, ma artykuły z prasy regionalnej w necie.

Jednak media jakoś dziwnie, a może po prostu po staremu naświetlają przyczynę ukrywania dzwonów z cerkwi bieszczadzkich. Mianowicie informuje się, że dzwony ukrywano przed Niemcami. To ciekawe, przed Niemcami w 1947 roku?

Także w ogóle nie pisze się o akcji palenia cerkwi zarządzonej przez Sanację w 1938 roku.

W okolicy można się jeszcze natknąć się na rozmaite artefakty wojenne. Chodziłem z wykrywaczem pomiędzy Łupkowem, Wolą Michową, a Chryszczatą, więc coś wiem.

Dziś napiszę o znalezisku odkrytym tylko za pomocą oczu podczas zwykłej włóczęgi po lesie.

Otóż znajdowaliśmy się akurat (Henryk Bieszczadnik i ja) naprzeciwko Maniowa, po zachodniej stronie szosy, na górze opisanej jako Szczycisko. Tuż za szczytem, w kawałku prawdziwej starej puszczy pełnej wykrotów i powalonych olbrzymów, po zachodniej stronie zbocza, nadepnąłem na stertę łusek. Czyli precyzując: - odkrycie nastąpiło za pomocą nogi, a dopiero potem oczu.




 Były to duże łuski (kaliber 25 mm) do działka przeciwlotniczego, które  miało pozycję w stronę południowo – zachodnią, czyli w stronę Słowacji. Na spodzie łusek był wybity rok 1942 i 1943.

Akurat znudziło mnie zbieranie grzybów, tudzież jazda na rowerze, dlatego znaleziskiem ucieszyłem się jak dziecko. Zawołałem Henryka i wspólnie odgrzebaliśmy ze ściółki i błota cały towar, który udało się namacać. Nie mieliśmy plecaków, więc wróciłem z plecakiem po południu. Oczywiście przedtem postarałem się zapamiętać miejsce, jednak minęło sporo czasu na krążeniu blisko – blisko, zanim  trafiłem na swój skarb. Było tego z 15 kg. Nastąpił postój przy potoku i mycie. 


Następnego dnia zaczęła się zabawa typowa dla chłopców – ustawianie wojska. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przypomniało mi się aranżowanie wielogodzinnych bitew ołowianych żołnierzyków. Miałem ich duże pudło.

    Czas sprzyjał nowej atrakcji - Henryk wyjechał, znowu byłem przez chwilę sam. Przez chwilę, ponieważ niespodziewanie zaszedł do mnie Staszek First. Lubiłem Staszka, ale początkowo nie byłem zadowolony z tej wizyty. Jednak tylko początkowo, bo gdy Staszek spojrzał na ustawione łuski, wydał okrzyk zachwytu i w ten oto sposób dwóch starych chłopów (Staszek urodzony 1938) ponownie stało się dziećmi.


Na czele oddziału synek z tatusiem: - zwykły nabój karabinowy i nabój do działka. 

    Jedna z łusek rozerwana – strzelanie z działka zakończyło się wypadkiem?




Znajdowałem już wiele naboi karabinowych, które leżąc w ogniu wybuchały rozrywając ścianki łuski, ale to były naboje z Bitwy Karpackiej, albo z walk UPA – LWP. Nic nie wskazywało na ogień w tym miejscu – łuska rozerwana na kwiat leżała wśród innych wystrzelonych, a nie naruszonych. Stojące tu działko strzelało prawdopodobnie w roku 1944, do samolotów alianckich nadlatujących, jak już wspomniałem, od strony Słowacji.


wtorek, 29 listopada 2022

Szwejkowo




Znalazłem w archiwum niepublikowaną jeszcze wersję wpisu z 2013 roku, a jako że rzecz dotyczy Krystyny Rados, która już wędruje po Niebieskich Połoninach, z sentymentem patrzę na ten zatrzymany czas. Bieszczady, budynek byłej strażnicy pograniczników, Łupków. Łatałem osobiście dziury w spodniach, a z tych łat byłem niezmiernie dumny. Widać historyczny plecak, który wtedy miał 46 lat, a także mój pierwszy bieszczadzki namiot. 




Przyjechała grupa chłopców z ADHD. Byli pobudzeni, niesforni. Miałem komfort, namiot stał w oddalonej części obejścia. Krystyna prosiła, abym poprowadził dokazujących chłopców okrężną drogą do schroniska Koniec Świata. Okrężną drogą, żeby ich zmęczyć elegancko.



 Były także dwie opiekunki. Grube kobitki, a ja akurat zacząłem gustować w grubych kobitkach. Pewnie dlatego, bo byłem chudy. No i poszliśmy. Najpierw w drugą stronę do Osławic, gdzie stał tylko jeden dom moich znajomych od „Chleba domowego”. Można było tam w sezonie zjeść domowe lody. Wielka frajda dla chłopców na takim zadupiu pojeść prawdziwego loda. Potem był Nowy Łupków, zakosy po łąkach, żeremia bobrów i wreszcie skręcamy do schroniska Koniec Świata. 




Towarzystwo jeszcze rozbrykane na maksa, po drodze wskazuję miejsca, gdzie leżą skorupy po szrapnelach z pierwszej wojny. Wzbudzam w chłopcach podziw: - To pan wszystko wie?

No nie, tak nie jest. Ale co i raz coś tam opowiadam. Najciekawsza dla nich była historia wojenna, tym razem z drugiej wojny, o pobliskim tunelu kolejowym prowadzącym pod Przełęczą Łupkowską na Słowację. W schronisku Patryk, który wtedy tam gospodarzył, przejął pałeczkę opowiadacza i rozwinął taką magię, że towarzystwo wyciszył. Dosłownie. Dzieciaki przed chwilą darły gęby, a naraz zaczęły mówić szeptem. Powiewał wiaterek, dzwoniły dzwonki wietrzne feng-shui, Patryk na blacie pieca piekł podpłomyki. Chłopcy popróbowali.




Ty – mówi cichutko jeden do drugiego – to jest nawet lepsze od chipsów…..

Było miło, posiedzieliśmy godzinkę i poprowadziłem młodzież na ten niepowtarzalny stary łemkowski cmentarz. Po starym Łupkowie pozostał bowiem tylko budynek dworca kolejowego i cmentarz. 


Na cmentarzu wiatr poruszał ramionami zmurszałych drewnianych krzyży, wydawało się, że one są żywe, coś skrzypiało, szumiały liście nad głowami – były klimaty i ekipa poczuła się lekko nieswojo, ponieważ dla efektu opowiedziałem coś o duchach. 

Moc wrażeń, gorący dzień, odurzenie bieszczadzkim powietrzem, kilometry w nogach spowodowały, że już całkiem wyciszone, bo wymęczone dzieciaki dotarły do Szwejkowa akurat na obiado-kolację. Cel został osiągnięty, Krystyna miała kilka godzin spokoju, a ja się nagadałem za cały tydzień naprzód.



środa, 22 marca 2017

Słowacja w Polsce

Idzie się.
Ogólnie czuję się lekko: - Lekko w plecaku (ok.9 kg + 1,5 mięta + 1,5 aparat) ciało wypoczęte - lekkie, dusza lekka, a na plecach jakby skrzydła!
         Ścieżynka szlaku biegnie to w dół, to w górę, mgły ustąpiły, chmury odpłynęły, zrobiło się malowniczo.
Za Kiczerą wchodzę na tereny jagodowe, co i raz przystaję, aby pojeść jagód.
Na trasie do Okrąglika spotykam jedną parę dwudziestoletnich turystów – idą do Wetliny.
         Po godzinie zbliżam się do Okrąglika i słyszę wrzawę. Na szczycie stoi ze 25 osób, w tym większość dzieci. Dzieci tańczą w kole trzymając się za ręce i może coś śpiewają, albo tylko krzyczą.
Tłok.
Na Okrągliku jest bowiem tylko maleńka polanka widokowa i miejsce na postawienie dwóch namiotów.

Balnica 3,5 godz.
Zostawiam wrzawę za sobą podążając w dół do przełęczy nad Roztokami.
Zaczynają się słupki graniczne ze Słowacją, pierwszy to był chyba trzydziesty kilometr, w Balnicy jest 51,5 km.

Na całej trasie, począwszy od Okrąglika – okopy, doły po umocnieniach polowych i ziemiankach z 1939 roku.


Do przełęczy idzie się łatwo, bo jest mocno w dół. Po drodze nie spotykam nikogo.

Przystanek na przełęczy nad Roztokami. Popijam miętę. Stąd m.in. 9 km do Cisnej. Stoi kilka samochodów. Ludzi zero.
        Od wejścia w górę z przełęczy, w kierunku Balnicy, słupki graniczne stawiali pewnie pijani żołnierze, ponieważ około dziesięciu słupków pokazuje Słowację w Polsce.
Dalsze słupki wkopane już są prawidłowo.

Dzień jest nie za gorący, a więc wymarzony do marszu.
Zostawiam za sobą kolejne kilometry.
Ani jednego człowieka.
Idzie się.

I w tym miejscu pasują jak ulał następujące sentencje Steda:
- Nie może poznać smaku …… kto nie zrozumiał jaka jest różnica między osamotnieniem i samotnością, i wpadł na własne życzenie w tunel osamotnienia.
- Nie zna smaku…..kto nie wszedł z podniesioną głową na słoneczną drogę samotności.
    - Się szło powolutku skrajem drogi straszliwie i cudownie samotnym.
Znowu jestem wysoko. Szlak prowadzi najpierw ścieżką, a potem właściwie aleją parkową, z lekka jedynie jakby zaniedbaną aleją parkową.

Idę słoneczną, nieco zaniedbaną, Parkową Aleją Samotności.
Samotności jednocześnie cudownej i straszliwej.
       Dla wczucia się w pisanie Stachury, potrzebny jest odpowiedni nastrój.
Odrobina wyciszenia i nieco melancholii. I właśnie taki nastrój chwilowo nadpłynął.
Co pewien czas otwierają się rozległe widoki na Słowację.