Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie po śmierci.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie po śmierci.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 maja 2013

Po Drugiej Stronie



1995 rok, luty. Mijał właśnie piętnasty rok, odkąd stałem się właścicielem małej fabryczki ( jak na ówczesne czasy) zatrudniającej w dobrych momentach kilkadziesiąt osób. Tworzywa sztuczne, a więc wtryskarki. Zaczynałem od ręcznych…..Potem była tylko jedna wtryskarka – automat, ona zastępowała pracę wszystkich.
Pracowałem wtedy już sam jeden, bo straciłem zamówienia – Plan Balcerowicza, czytaj plajta. Ale to nie Balcerowicz był przyczyną. Przyczyną były komunistyczne realia, i oszuści, którzy brali towar i nie płacili. Kupowało się wtedy tworzywo sztuczne najgorszego gatunku, tanie, żeby wyjść na swoje, żeby starczyło na łapówki za zamówienia i coś zostało. Dziś miejsce łapówek komunistycznych zajęły podatki. Ale to jest przejrzyste, bo wiemy, na czym się jedzie. 
       Balcerowicz terapią szokową uzdrowił rynek.
Walczyłem o utrzymanie firmy. Koszty trzeba było ciąć. Natychmiast zwolniłem załogę. Stawałem przy wtryskarce w cyklu 36 godzin. Noc, dzień i noc. Myślałem wtedy o jednym: - „Boziuniu, spowoduj, żebym tak ciężko nie pracował. Żebym tak mógł się raz porządnie wyspać!” .
      Firma była w Warszawie, ul. Kawęczyńska 41 -  robiłem ( nazywało się to robienie – „wytwarzanie”) – packi do walenia w muchy i grzebienie, a potem w trasę, żeby je sprzedać. (Packi i grzebienie sprzedać, bo przecież nie muchy)
Zwykła trasa to Poznań, Gorzów, Rzepin, Wrocław. Jeździłem ze wspólnikiem – który przeważnie pił, czyli ja byłem przeważnie za kółkiem. Zwykle trzy dni w drodze.
Znowu nadawałem w myślach to samo: - „Boziuniu, wyspać się i nie gonić tak….”.
A gdzieś czytałem - słyszałem, że:

      - Wszystko z myśli się bierze. ( Eee… tam! )
      - Pomyśl dobrze   ( Przecież dobrze myślę: - chcę się wyspać!)
No skoro tak chcesz…I Boziunia mnie wysłuchała. Stało się.
       
          WYPADEK                                                                                                                                
          Ból pierwszy dał znać o sobie. Z trudem otwieram jedno oko….. Jest dzień. Gdzie jestem? To szpital! Jestem w bandażach! Poruszam się nieznacznie.
    Ojejku ! Zajęczałem cichutko. Podeszła pielęgniarka. Powiedziała tylko, że leżę sobie właśnie elegancko po wypadku….
         Chce mi się siku, proszę pielęgniarkę o pomoc. – „Jestem panu niepotrzebna” - słyszę, - „ma pan przebity pęcherz i do środka wprowadzoną rurkę, która jest połączona z litrowym workiem przymocowanym do łóżka. Proszę śmiało sikać”.                                                                                                                               
     - „No to jestem załatwiony na cacy” - pomyślałem. Opanowuje mnie wisielczy humor. Komfort, ciekawe co mi jeszcze urwało, czy mi jajka zostały na przykład. Jednocześnie przypomniały mi się moje myśli sprzed wypadku…..
       Czytałem przecież, że wszystko z myśli się bierze. Fala gorąca uderzyła mi do głowy! Zobaczyłem wyraźnie znak równości pomiędzy: -„pragnę się wyspać – wyleżeć, nigdzie nie gonić = łóżko szpitalne, możesz spać do woli i nie wstawaj najlepiej”!
      No to mam, co chciałem!
Nie tak sobie wyobrażałem, nie tak miało być, ale w sumie, jeśli chodzi o sformułowanie myśli, dostałem, co pomyślałem!....
    Właśnie takie myśli poszły do Bozi…Masz ci los! Bozia mnie wysłuchała, teraz się dopiero wyleżę!   Nie wiedziałem, że jednocześnie taką żarliwą prośbą otworzyłem sobie  Bramę do Nieznanego - świetlistej wizji pełnej błogiego spokoju i głębokiej równowagi. Ale żeby przez nią wejść, musiałem najpierw umrzeć........ W ciągu 8 miesięcy pobytu w szpitalu, przeszedłem cztery operacje. Nie traciłem poczucia humoru. Przed kolejną operacją, czwartą, ostatnią,  przychodzi jak zwykle anestezjolog, przeprowadzić wywiad. Jak pana usypiano poprzednio? –        
          -  „Gazem” - mówię.
          -  „No co pan, to się inaczej nazywa, maseczka”...
          -  „A na co jest pan uczulony”? 
          -  „Na chamstwo”....
 Rozweselałem całe towarzystwo w sali szpitalnej, bo przecież humor to zdrowie.

W dobrym nastroju jadę do sali operacyjnej. Leżę na stole. Dostałem zastrzyk w kręgosłup. Znieczulenie od pasa w dół.
     Zaczynają mnie kroić. Nawet….miło. Jakby lekkie łaskotanie tylko, wieloosobowy zespół kręci się przy mnie. Pomału odpływam – spać mi się chce. W tej na pół jawie, na pół śnie widzę jeszcze stół do pokera, przy którym siedzą gracze i palą papierosy, a dym unosi się wolno do góry. ( Teraz wiem, że umysł puszczony samopas, bez smyczy, nie ćwiczony, musi wszystko oceniać, wartościować według tego tylko co zna, jeśli tego nie zna, przyjdzie myśl: -nie patrz na to, tego nie ma!)
A więc pomału odpływałem w niebyt, a ten dym, to było działanie narzędzia, którym mnie krojono. To ze mnie się tak dymiło. Jeszcze z „tego” świata zapamiętałem krótkie zamieszanie wokół mnie i odpłynąłem.
     Potem dowiedziałem się, że nastąpił krwotok i lekarze dali mi pełną narkozę. To był zastrzyk w lewą dłoń. Jeszcze w tydzień później dłoń była sina. Po tym zastrzyku zatrzymało się serce. Lekarze mówili, że na minutę tylko…..
       A Ja – nie ja, moja jaźń, czy  świadomość…jestem na chmurze! Nic nie ważę, jestem piórkiem – pyłkiem i frunę pod sufit sali operacyjnej, doskonale zdaję sobie sprawę, gdzie jestem. Wiem, że moje ciało jest poniżej, a „nie-ja”, ten drugi, jest pod samym sufitem, przy lampie z sali operacyjnej. Patrzę na całą imprezę z góry, widzę to ciało na dole, ale nie mam żadnych uczuć, żadnych. To ciało w dole jest mi zupełnie obojętne.

Unoszę się pod sufitem obok lampy. Ona jest antybakteryjna podobno, tak mówiono, ultrafioletem zabija zarazki, czy jakoś tak, a tu pajączek malutki przy niej wisi…I czuję - wiem, że potrafię porozumieć się z pajączkiem. Znam jego mowę, a może to on zna moją.
Wysyłam myśl: -„Hej – witaj”! I pajączek mi odpowiada: - „Helo”!
Taki mam super nastrój. Bawi mnie ta wizja i zaciekawia jednocześnie.
    Przypomina mi się uczucie fruwania, które miałem w dzieciństwie. Już byłem starszym chłopcem. Zjeżdżaliśmy na sankach w kilku, a ja lubiłem siedzieć na końcu odwrócony tyłem. Skarpa obok ruin pałacu Schustra w Warszawie. Morskie Oko 2. Gdy sanki już pędziły z góry i następował uskok jeszcze bardziej w dół – żołądek uciekał do gardła i przez moment było wrażenie frunięcia. Lubiłem to uczucie.
     Teraz mam takie uczucie, ale o wiele silniejsze i nie chwilowe.
Wysyłam do pajączka następne pytanie; -„Co ty robisz przy tej lampie zabójczej? Ona jest antybakteryjna. Przecież tu nie ma prawa nic żywego być”?
    - „Gówno prawda” – odbieram – „nie wierz w to”.
I teraz następuje od niego propozycja: -Pajączek opowie mi o tym co widział w czasie swego krótkiego życia, wisząc pod sufitem sali operacyjnej – a ja mam mu wysłać wszystko, co mam w głowie: - wszystkie moje wspomnienia, treść książek, które przeczytałem, czyli całe życie. Ta propozycja była w rzeczywistości znacznie krótsza: - „Wymieniamy się?!”.
Następuje ułamkowo sekundowa wymiana plików! Szu – Szu! I mam już w sobie tę ciekawą wiedzę pajączka….Natychmiast (wszystko dzieje się natychmiast!) znam każdy szczegół z relacji – życia pajączka, niczemu się nie dziwię, choć widzę tyle zaskakujących sytuacji.
        Coś się zaczyna dziać…Jestem w zapadającej ciemności. Nic nie widzę, ale taki spokój jest we mnie. I rosnąca ciekawość.
Coś przeleciało obok w tej ciemności. Nie obok. Wokół mnie coś przelatuje, na mnie coś rytmicznie  nasuwa się….Coś widzę…To obręcze jakby, takie wielkie pierścienie, ciemne, fioletowe, błękit paryski (znam ten kolor – to mój ulubiony – przecież malowałem kiedyś w oleju). Uczucie pędu, powiewu. Ale to nie ja pędzę przez te coraz jaśniejsze obręcze, tylko robi się coraz jaśniej i to te kolorowe obręcze w coraz krótszych odstępach fruną na mnie. Silne wrażenie pędu.
Tworzy się tunel z kolorowych obręczy, na końcu tego tunelu….światło. Jasne, pełne miłości. Żadnych wątpliwości: wiem, że to światło to jest Najwyższy. Zbliżam się do światła. Wiem, że tu jest mój Dom. Wracam z Podróży, do swego prawdziwego Domu. Tu są wszyscy moi nieżyjący bliscy: matka, ojciec, babcie, ciotki, dziadkowie. Wiem to. Płynę – unoszę się, zbliżam do światła z tęsknotą….

    

Po Drugiej Stronie - 2



     Film z mojego życia.
Znowu coś się dzieje…znowu ciemno, ale nie tak zupełnie.
Jestem w kinie! Stoję na końcu sali kinowej-  dopiero wszedłem. Nie, nie wszedłem – wprowadzono mnie. Przytłumione oświetlenie, jak było kiedyś w kinie przed seansem.    
             Stoję więc u góry sali kinowej, po lewej stronie. Zejście po stopniach w dół. Stopnie podświetlone zielonkawymi lampami. W kinie nikogo nie ma. Zupełnie pusto. Coś się dzieje na ekranie, ale nie kojarzę tego, pamiętam swoje uczucie w tym momencie – byłem zaniepokojony i usiłowałem skojarzyć co się dzieje.
A więc stoję. Nie mogę kręcić głową, jestem sztywny w karku, unieruchomiony.
Ale mogę poruszać oczami na boki, bo skądś wiem, że nie jestem sam. Kieruję oczy w lewo ile się da. Po lewej stronie stoi ktoś, nie widzę postaci dokładnie, ale natychmiast mam myśl, że to Opiekun-Anioł. Postać niewyraźna, ale widzę rąbek czegoś białego na jej plecach. Skrzydła? Ten Anioł  trzyma mnie za łokieć. Stoimy dalej, kieruję wzrok na prawo. To samo. Drugi Anioł. I myśl odbieram od Nich – nie bój się.
   Zaczynamy schodzić pomału po stopniach, ale tego nie wyczuwam, owszem patrzę pod nogi, ale nie mam nóg, jakoś tak kończę się w połowie „ciała” i spływam w dół a nie idę.
Spływamy razem na wysokość pierwszego rzędu i Opiekunowie robią ze mną skręt o 90 stopni w prawo, tak, że widzę teraz puste rzędy krzeseł, a ekran mam po lewej.
Jednak kino nie jest puste. Pośrodku pierwszego rzędu siedzi mały chłopiec, ma trzy-cztery lata. Słyszę w głowie ( byłem w świecie bezdźwięcznym, wszystkie słowa i dźwięki odbierane były myślą, ale w tym bezdźwięcznym świecie, gdzie uszy nie były potrzebne to dopiero był prawdziwy świat dźwięków! To dziwne, ale ja te dźwięki odbierałem też innymi zmysłami – smakiem, dotykiem i zapachem! A także miały one barwę)
A więc odbieram, jak jeden z Opiekunów” mówi”: - „przypatrz się temu chłopcu”.
Patrzę zdziwiony i już wiem! To jestem ja, gdy miałem te trzy-cztery lata.
Słyszę: - „Dobrze! - a teraz popatrz na ekran”.
        I już jestem odwrócony twarzą do ekranu, na którym „widzę” film, który składa się także z uczuć, zapachów, i smaków, film, który mnie obejmuje, bo jestem widzem i jednocześnie uczestnikiem tego filmu.
        Warszawa. Park królewski Łazienki. (Mieszkałem w końcu niedaleko tego parku, może kilometr) Lato, piękny dzień, piaskownica dla dzieci przed Palmiarnią. Mój ojciec w jasnym garniturze i kapeluszu siedzi na ławce. I patrzy na mnie tak….po ojcowsku.
( nie mam dobrych wspomnień z tej dziedziny, mówiłem zawsze, że moje dzieciństwo jest zawarte w teledysku Maleńczuka – Synu, ja cię poprowadzę)
Jestem w tej piaskownicy. Naprzeciwko mnie stoi chłopiec w moim chłopięcym wieku i trzyma w ręku kubełek. Piękny kubełek żółty w czerwone kropki. Kubełek się błyszczy przecudnie w słońcu. Chcę ten kubełek, Teraz! Już! On go nie używa, a ja tylko babki z piasku będę stawiał. Potem, jak już się pobawię – oddam. Ale to później, bo teraz kubełek jest mój!.
     Łaps więc za kubełek i ciągnę. Chłopiec nie puszcza. Ten opór budzi we mnie złość, wręcz nienawiść. Nie wiadomo skąd, mam w ręku łopatkę i bez wahania uderzam chłopca w głowę, w czoło. Łopatka robi kreskę na czole chłopca, kreska czerwienieje i…..teraz robi się zwolnione tempo, akcja idzie w zwolnionych sekwencjach.
Na czole chłopca pokazuje się kropla krwi. Piękna, zgrabna kropla krwi, takie boskie serduszko–dziewczynka, maleńka istotka z maleńką buźką. Zupełnie ludzka-żywa istota. Patrzy na mnie z wyrzutem i słyszę: - i co zrobiłeś?... Ja teraz spadnę na piasek i tam umrę!.
          A mnie w środku…i za gardło…taki żal, taki wstyd.
Kropla odrywa się od czoła chłopca i kieruje się na piasek. Przez cały czas patrzy na mnie, patrzymy sobie w oczy nawzajem. Mnie skręca ten wstyd, ta żałość, a te maleńkie oczy kropli, stają się na długą chwilę oczami sarny ciężarnej, którą postrzelił leśniczy, to był wypadek na polowaniu, gdy byłem na praktyce z leśnictwa, Mazury 1967.
(Wiem, że w tym stanie w którym jestem …Tu gdzie jestem, mam natychmiastowe skojarzenia podobnych faktów ze swego życia. Te fakty są mi podawane na zasadzie identycznych uczuć, to uczucia-emocje są hasłem kojarzącym)
       Podbiegłem do tej sarny i wtedy zobaczyłem, że jest ciężarna. Przed chwilą była pełna życia i radości, a teraz umierała. Leżała na mchu taka piękna i umierała. Popatrzyła na mnie swymi wielkimi gasnącymi oczami kobiety-matki, i zadała wzrokiem pytanie: - „Dlaczego”?
Pamiętam, jak płakałem wtedy….
        A w tej zwolnionej sekwencji z chłopcem w piaskownicy, wywaliły we mnie negatywne emocje, od razu to dostrzegłem i poczułem się mordercą. Mordercą żywej istoty – kropli krwi.
       Ten film na ekranie, w którym jestem aktorem, dalej trwa……Uderzony chłopiec pomalutku układa się do upadku pupą na piasek….A kropla odłączyła się już od czoła chłopca i zamieniła w bombę atomową – czarną bombę z lotkami na ogonie. I spada, w całej tej grozie i kompletnej ciszy, a ja wiem, że gdy zaraz uderzy w piasek, będzie straszy huk. Boję się tego huku, już mi żołądek do gardła podchodzi. Cały się skręcam. Czy ja przetrzymam tę eksplozję?
      Tak długo to trwa……I wreszcie stało się. Bomba uderzyła w piasek, zupełnie jak na dzisiejszych filmach reklamowych, wybijając w górę drobinki piasku w postaci fontanny. Był ogromny wybuch! Odczułem go wewnątrz brzucha. O mało mi ten wybuch nie rozerwał wnętrzności! Już po wszystkim. Uff !!!
    Dochodzę wolno do siebie. Z żółtego światła, które naraz znalazło się obok mnie pada pytanie: - „I co czujesz aniołku”?
To pytanie jest tak pełne miłości i radości jednocześnie…Nie mam wątpliwości kto pyta.
     - I drugie pytanie od razu: - „Zrobił byś jeszcze raz tak samo”?
A ja…Staję się swym surowym sędzią i katem jednocześnie. Odpowiadam, że jest mi bardzo wstyd że tak postąpiłem, wzbiera we mnie wielkie oburzenie za czyn, i proszę, nie, nie proszę, żądam kary śmierci dla siebie.
        Ten „Ktoś” z żółtego światła, z kim rozmawiam, jest wyraźnie zadowolony z odpowiedzi, a nawet ubawiony nią i mówi: - „To dobrze, aniołku, że się wstydzisz. Ale oceniasz siebie zbyt ostro, popatrz dalej”.
        I trwa dalej ten film z mojego życia, są mi pokazywane epizody, z których mam wyciągnąć nauki. Bardzo osobiste epizody już z dorosłego życia. Pokazano mi na nich dwie strony medalu, awers i rewers, jak ja postępowałem i jak ta druga bliska osoba postępowała wobec mnie. Rzeczy wyglądają nieco inaczej niż nam się wydaje…. Ten film wjechał w przyszłość, pokazano mi, co będzie. Ta przyszłość skończyła się około dwutysięcznego roku. Potem znalazłem się w szkole….”greckiej”. Pobierałem nauki przez dwa tygodnie – 14 dni.
     Szpital Bielański zanotował ustanie pracy serca na minutę, a ja byłem „po drugiej stronie” 14 dni. Tam dowiedziałem się, że czas nie istnieje, że to tylko taki nasz ziemski „konstrukt – iluzja”. Wszystko dzieje się Teraz.

Po Drugiej Stronie - 4




             Dziadek z Reichswehry.
Jeszcze jeden ważny moment opiszę. Następuje sekwencja z moim dziadkiem z Reichswehry, z I wojny światowej. Rozmawiam z dziadkiem, ojcem mojego ojca, na zielonej łące w słońcu. Dziadek jest w wojskowym płaszczu-szynelu do połowy łydki sięgał ten szynel. Dziadek ma dwadzieścia trzy lata, „rozmawiamy” o zdarzeniu pod Ypres. Dziadek pochodził z Breslau. Do wojska wzięto wszystkich chłopaków w jego wieku z całej ulicy.
Byli kolegami sprzed wojny, a wojna jeszcze te więzi umocniła. Dziadek zrządzeniem Losu, został przydzielony do niemieckiej drużyny chemicznej, która pod Ypres dostała rozkaz puszczenia gazu na Francuzów. Gaz musztardowy chyba, a od nazwy miejscowości pod którą został pierwszy raz użyty na froncie, nazywany potem iperytem.
Żołnierze założyli maski przeciwgazowe i odkręcili zawory butli. Chmura gazu popłynęła poprzez Ziemię Niczyją ( To bardzo ważny teren na wojnie pozycyjnej) w kierunku okopów  francuskich.
Potem zakręcono zawory. Chmura gazowej śmierci płynęła dalej, a zaraz za tą płynącą chmurą została poderwana piechota niemiecka, żeby bez wystrzału zająć francuskie pozycje. Do tej całej operacji niezbędny był prawidłowy kierunek wiatru. I on był prawidłowy. Chmura przesunęła się już o kilkaset metrów, a za nią szli żołnierze niemieccy w maskach przeciwgazowych. Francuska artyleria otworzyła ogień. Francuzi nic nie widzieli poprzez dym, myśleli, że to zwykłe zadymianie przed atakiem. Armaty były dobrze wstrzelane w ten skrawek Ziemi Niczyjej. Zaczęły się wybuchy i część żołnierzy niemieckich padła, raniona lub zabita. Dziadek patrzył na to przez lornetkę, a ja patrzyłem oczami dziadka. Niesamowite!
Upadł żołnierz, bliski kolega dziadka….I w tym momencie, gdy chmura gazowej śmierci była tuż przed okopami Francuzów, odwrócił się wiatr i zaczął spychać gazową chmurę  z powrotem na Niemców.
Dziadek poszedł bez rozkazu na Ziemię Niczyją po rannego ( a może zabitego ) kolegę. Mówił mi, że się bał, jak jasna cholera się bał, ale przemógł ten swój strach i poszedł.
Dziadek mówił, że wszyscy się boją, kto się nie boi, ten kłamie, ale trzeba się ogarnąć i przezwyciężyć ten strach. I dodał jeszcze: - „Powiem ci, gdzie rosną medale, gdzie wyrósł mój Eisernes Kreuz – Żelazny Krzyż., one wyrósł na Ziemi Niczyjej”.
I dziadek przyniósł tego swojego, jak się okazało rannego kolegę, na plecach. To było tylko kilkaset metrów w jedną stronę, ale dziadek opowiadał, że był tam przez całą wieczność. Na Ziemi Niczyjej inaczej biegnie czas. Tam czas się zatrzymuje.
Przecież była strzelanina niezła, oprócz artylerii siekła broń maszynowa.
Szczęśliwy powrót nastąpił, dziadek wrócił z rannym na plecach do swoich. Cała linia niemiecka kibicowała dziadkowi w tym jego wypadzie. Niestety, on i ten kolega, obaj łyknęli trochę gazu. Dziadek już na front nie wrócił. On i ten jego uratowany kolega przeżyli jeszcze kilka lat, jako jedyni z całej ulicy. Wszyscy pozostali zginęli na froncie.. Dziadek kasłał i umarł w kilka lat po wojnie.
Został mi po dziadku ten Żelazny Krzyż.
     Więc siedzę sobie z dziadkiem na zielonej łące, przy drewnianym stole, dziadek na ławie po jednej stronie, ja po drugiej. Dziadek w tym szynelu brudnym z wojny, z okopów, i dziadek opowiada dalej, jak strzelali do niego na tej Ziemi Niczyjej. Zdejmuje szynel, kładzie go na stole i razem liczymy przestrzeliny na jego połach. Przez każdą dziurkę przekładam palec i liczę, raz, dwa…dziesięć. Niespiesznie, bo nie ma się gdzie spieszyć, zresztą tu gdzie jestem czas nie istnieje. Stoi w miejscu. Czuję to każdą komórką…no nie ciała, bo ciała nie mam przecież.
Jedenaście, dwanaście…..Po obu stronach w połach płaszcza jest w sumie tych dziurek 23. Dziadek śmieje się, jakie on ma piękne białe zęby! Pytam dziadka, gdzie podział czapkę. Mówi, że kilka razy się przewrócił i pewnie padając zgubił ją, albo jedno z trafień w czapkę poszło. Jakoś to tak śmiesznie wyszło i obaj śmiejemy się pełną piersią. Z tego spotkania z dziadkiem taką wielką radość zapamiętałem.
No i te 23 przestrzeliny.
        Gdy minęły kolejne lata, przekonałem się, jakie znaczenie ma dla mnie akurat liczba 23. Pokazywała się wielokrotnie, a jakże.
Gdy się już na dobre ogarnąłem po tym pobycie „Gdzieś Tam”, gdy już wiedziałem, że to nie była fikcja, tylko rzeczywistość, a ja nie jestem świrem, wręcz przeciwnie, jestem całkiem normalny w tym chorym świecie, który mnie otacza, zacząłem się otwierać i śmiało rozmawiać (z niektórymi ludźmi oczywiście tylko, bo nie wszystkich to interesuje) o tym, co mnie spotkało. I o dziwo posypały się podobne zdarzenia, przeżyte osobiście, lub opowiadane przez najbliższych.
Pewnego razu zebrało mi się na opowieści o „tamtej stronie”, gdy była w moim ówczesnym mieszkaniu, przy Lasku Bielańskim, moja osiemdziesięcioletnia ciotka. Jedyna żyjąca osoba z mojej rodziny. Zaserwowałem opowieść o dziadku z Reichswhery, i tych 23 dziurach od kul w jego szynelu.
Ciotka jest….niedowiarkiem wielkim. A słuchając mnie, w tym momencie zbladła i pyta; - Ojciec ci o tych śladach od kul powiedział? Ja odpowiadam, że mój ojciec mało opowiadał o wojnie w ogóle, a już o dziadku wcale nie mówił. Poza tym najczęściej był na bańce i wszczynał awantury, co ciotka dobrze wiedziała. A jak był trzeźwy, to odpoczywał przed następnym napiciem i nic nie mówił.
- „To ty naprawdę byłeś w niebie i rozmawiałeś z dziadkiem!” – ciotka na to. Bo nikt nie wiedział poza mną i może twoim ojcem o tych 23 dziurach od kul – mówiła pobladła.
Rozmowa zakończona została, bo moja była żona, nie lubiła takich rozmów, a moim zamiarem nie było czegokolwiek dowodzić, i narzucać się z czymś. Swoje wiem i to wystarczy.
          A co wiem?
 Po pierwsze wiem, że mam Wolność. To najważniejsze przecież. Reszta w drugiej kolejności.
        A wracając do opowieści, wiem, że byłem w tym „niebie” w starej szkole „greckiej”. W tej starej szkole wiedziano jednak wszystko o moim świecie. I pokazano mi, że wiedzą znacznie więcej, bo także o przyszłości.           

środa, 3 kwietnia 2013

EVP - Transkomunikacja



Duchy mówią...Przez telefon, telewizor ( na pustym kanale) Coraz częściej przez komputer....
Zjawisko EVP.
Istnieją różne teorie próbujące wyjaśnić zjawisko EVP. Jedne z nich mówią o tym, że duchy są w stanie manipulować energią elektryczną, odpowiednio ją modulując. Inne sugerują, że mamy do czynienia z omamami słuchowymi. W takich przypadkach osoba odbierająca telefon, nieświadomie manipuluje własną psychiką, a rzekome połączenia mają wiele wspólnego z psychokinezą (poruszaniem obiektami za pomocą umysłu). Wbrew wątpliwościom i zastrzeżeniom badania naukowe przynoszą dowody potwierdzające, że taka komunikacja jest możliwa. Naukowcy zajmujący się tą problematyką,wprowadzili następującą klasyfikację połączeń EVP:

     - Połączenia proste. Rozmówca (duch) wypowiada nie więcej niż trzydzieści słów. Osoba odbierająca może zadać jedno pytanie, jednak nie zawsze uzyskuje na nie odpowiedź. 
     - Połączenia długotrwałe. W większości tych przypadków osoba odbierająca telefon nie ma świadomości, że rozmawia z kimś, kto już nie żyje.
    - Transkomunikacja

W ostatnich latach dużą popularność na świecie zdobywa technika ITC (Instrumental Transcommunication). Pozwala ona badaczom na kontakt ze światem duchowym, jeśli spełnia określone założenia techniczne. Innymi słowy, muszą być wykorzystane urządzenia, których sercem jest laser. Ten, według przeprowadzonych doświadczeń, ułatwia nawiązanie kontaktu. Być może, twierdzą znawcy przedmiotu, chodzi tu o możliwość duchowego wpływania na emitowaną wiązkę światła, która może być przez nieżyjących odpowiednio modulowana. Tak przeprogramowany list świetlny mogą odczytać przystosowane do tego urządzenia.

Brazylijka Sonia Rinaldi, współzałożycielka Instrumental Transcommunication Advanced Research Institute (IPATI) udowodniła, że możliwe jest użycie kanałów telewizyjnych, na których można odbierać określone przekazy od zmarłych. Według jej opinii, duchy mają możliwość wpływania na wiązki fotonów, które jednocześnie mogą być przekaźnikiem obrazu, jak i sygnałów dźwiękowych. Jeden z opisanych przez nią przypadków dotyczy pochodzącej ze Szwecji Gran Uphoff. Za życia kobieta była głuchoniema i porozumiewała się ze światem zewnętrznym językiem migowym.
      Dzień po jej pogrzebie mąż, Karl, włączył telewizor. Ten jednak okazał się być rozstrojony, gdyż na żadnym z kanałów, nie można było znaleźć programu. Wciskając coraz to nowe stacje na pilocie, mężczyzna w odbiorniku nieoczekiwanie zobaczył swoją żonę, która powiedziała, żeby się o nią nie martwił, gdyż: "Po tej stronie jestem już szczęśliwa". 
        Dziwne w tej sprawie było także to, że wciskając pilota, Karl  uruchomił zintegrowaną z telewizorem nagrywarkę, na której zarejestrował połączenie ze zmarłą. Zostało ono obejrzane przez córki nieżyjącej. Kiedy jednak próbowano je odtworzyć całej rodzinie, już po ceremonii pogrzebowej, okazało się, że dysk nagrywarki jest... czysty.

Jak wytłumaczyć przypadek Elizabeth Arden, opisany w postach poniżej?
      - W kopercie odnalezionej w teczce, która była datowana na dzień 18 lipca 1965 roku, natrafiono na informację, że jedna trzecia majątku zmarłej przypada jej nieślubnemu (panieńskiemu) synowi, który po urodzeniu został oddany do domu dziecka. Na Elizabeth Arden spadł obowiązek odnalezienia swojego nieznanego brata i wynagrodzenia mu majątkiem lat, spędzonych w sierocińcu.