Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stare Dobre Małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stare Dobre Małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 marca 2022

Jan Gabriel

 Akurat mija 5 lat od śmierci Jana Gabriela. Bretharianin, dusza człowiek, kogo miał uzdrowić, tego uzdrowił. Mnie czasami opieprzał, co w sumie także uzdrawiało i w efekcie wyszło mi na dobre. Wola Michowa, Balnica, Kapliczka Kowalowa – Matka Boska Leśna.




 Ciężkowice, Dom na Górze. Układałem drewno, było tak cicho. Zwierzaki domowe dobrze wiedziały, że już nie ma ich i mojego Przyjaciela.













Spotkamy się kiedyś u studni                                                                                                            

Wkoło będzie zielono                                                                                                                        

Nasze żony będą odświętne                                                                                                          

Nawet wódkę wypić pozwolą                                                                                                        

Spotkamy się kiedyś u studni                                                                                                                                   

Takiej zwykłej - z kołowrotem                                                                                                          

Woda w niej będzie chłodna                                                                                                                   

W świat uwierzymy z powrotem                                                                                                     

Spotkamy się u studni                                                                                                                    

Być może że na drugim świecie                                                                                                        

Bóg przecież jest łaskawy                                                                                                                    

I pewnie da nam tę pociechę                                                                                                           

Spotkamy się kiedyś u studni                                                                                                                 

Z wiecznie żywą wodą Bellona też zaprosimy                                                                                     

On przecież będzie polewał                                                                                                            

Spotkamy się u studni i będziemy znów tacy młodzi                                                                           

Nasze żony będą piękne                                                                                                                         

Nam wódka nie będzie szkodzić

                                      (Stare Dobre Małżeństwo)




niedziela, 1 stycznia 2017

Stare Dobre Małżeństwo

Zbliża się północ, ale jeszcze trwa niedziela. Minęło 99 % niedzieli, za chwilę minie 100 %. 
Wpis gotowy, czekam na 23.26. Suma 13 - Miłość, albo dłoń.
26 - dwie dłonie, modlitwa, albo miłość podwójna.

Czy można wstrzymać czas? Spowodować, że niedziela będzie dalej trwać?

Wszystko można, aby z ostrożna....
Zarobiłeś? - Odpocznij!

Powitanie Nowego Roku 2017. Dla wszystkich starczy miłości.....
Pozdrawiam tę sympatyczną parę ze zdjęcia.


Pora sprawdzić, jaki dzień tygodnia jest w Woli Michowej, może niedziela? 
I odwiedzić mieszkające tu Stare Dobre Małżeństwo, Wiesię i Andrzeja.

Dla wszystkich starczy miłości

Tekst piosenki:


Dobrze się idzie
krajem nieba polnego
i krajem wiosennego lasu

Wtedy słyszysz
jak storczyki
krzyczą wniebogłosy
Kochaj - tylko kochaj
dla wszystkich
starczy miłości

Mnie nie trzeba
dwa razy powtarzać.







środa, 5 listopada 2014

Noc w Huczwicach

Postanowiłem więc przyjść wieczorem nad jeziorko bobrowe w Huczwicach. W środku dnia zwykle nikogo nad jeziorkiem nie było, więc co tu mówić o nocy.
Energia szaleje w moim człowieku, w duszy gra, wracam na wzgórze 686 i śpiewam na cały regulator.
„ Ale to już było i nie wróci więcej, i choć tyle się zdarzyło to do przodu wciąż wyrywa głupie serce”
Po kilometrze przeszło mi, wyśpiewałem nadmiar radości.
                    Znowu słychać tylko chrzęst żwiru pod butami.
Dwa razy sarny przebiegły mi drogę, raz łania z małym. Gdzie tam zdjęcie..... nawet nie sięgnąłem po aparat, tak szybko dwa razy sarny przemknęły.
      Za trzecim razem zatrzymałem się i patrzyłem zadziwiony na to, co się dzieje, bo na kilka sekund wcześniej poczułem, że coś się wydarzy. Łania wyskoczyła z lasu na środek drogi. Wyskoczyła z tak wielką gracją, że jej ruchy wydawały się tańcem, a nie skokiem. A ja jestem uczulony na grację. Obserwuję, jak się kto porusza. W ruchach niektórych ludzi jest tyle piękna..... Gdy idą, wydaje się że płyną. Tak chodzą kobitki niektóre. A łania przecież jest rodzaju żeńskiego. Czyli jest przecież kobietą jak najbardziej. Zwierzęcą kobietą. Czy my, ludzie dużo różnimy się od zwierząt?
        A więc ta łania wyskoczyła na środek drogi i zatańczyła. Patrzę oniemniały. Ona nie ucieka tylko tańczy! Za moment z lasu na drogę wyskakuje sarenka – dzidziuś. Na takich długich nóżkach, nieporadnie, niepewnie. Łania trąciła małe nosem i już wspólnie zeskoczyli z drogi na drugą stronę. Matka nie tańczyła, tylko w tych lansadach czekała na swoje dziecko.
To było bardzo wzruszające wydarzenie.

O dwudziestej wyruszam ponownie do Huczwic. Dalej jest przecudnie, słońce dopiero się chyli. Zachód wypada o 21.00.
                  Co za fantastyczny świat wokół!
Potok wije się i szumi, grają świerszcze, para orłów kołuje wysoko, wysoko...... Kołują majestatycznie, nie krzyczą.
Stoję z zadartą głową i przypomina mi się kolejne graffiti:
                                  Czuję się odlotowo – orzeł.
Dziś już tylko 10 km spaceru mnie czeka, bo powrót będzie po północy, czyli jutro. Energia dalej rozpiera, czuję ją w uszach, idzie się tak lekko, jakby na skrzydłach, dokładnie tak, jakbym sam niósł się pod pachą, idę przecież tylko z aparatem.
To że nad jeziorkiem zwykle nie było nikogo okazało się regułą, byłem tam wiele razy i tylko dwukrotnie spotkałem pojedyncze osoby.
Szedłem szybko, tak idzie się drogą, nie czas bowiem o zmroku iść skrótem - Wilczym Przesmykiem. Na miejsce dotarłem kilka minut przed 22.00. 
                    Wowww! Jest bajkowo!
 
Przeczuwałem że będę zadowolony.
Zapada dopiero zmierzch, przecież to czerwiec, są najdłuższe dni.
Fotografowałem odbicia nieba w wodzie. Sceneria jest tak teatralnie – magiczno - tajemnicza, że aż wydaje się nierealna. Bardzo ciepło, ponad 20 stopni.
       Pomalutku zapada zmierzch. Niebo zaczyna wpadać w granatowość.
Kiedyś malowałem w oleju oraz na szkle, jestem znaczy się artystą. Może znowu zacznę malować. Moje ulubione kolory to błękit paryski i indygo.
Niebieski ocean nieba zaczyna granatowieć. Księżyc już wzeszedł, ale jest jeszcze ukryty za lasem. Poczekam ze zdjęciami aż wynurzy się znad lasu.
      Zapalam ognisko w tym oczekiwaniu, po czym odchodzę kilkadziesiąt metrów, siadam na schodach prowadzących do wiaty i patrzę na srebrny piasek gwiazd na tle granatowego oceanu nieba. Myśli układają się w poezję. 
Staję się uczestnikiem Ceremonii Nadchodzącej Nocy. Wpadam w relaks w relaksie.
      Czuję jakbym znalazł się w świątyni. W dwóch świątyniach nawet: jedna świątynia to moje ciało, druga jest świątynią natury. Poczułem się dziwnie lekko, nic nie ważę, a nawet unoszę się. Grawitacja znikła, zacząłem się jednocześnie roztapiać, znikać. Nadchodził znajomy boski stan ulatywania, w takich chwilach czas znika.
Gdy raz tak się zdarzy, będziesz takiego stanu poszukiwał ciągle.

Fantazja, fantazja! Wowww! Bajka! Dalej jest odlotowo!

Każdy aniołek ma dwa skrzydełka
I leci na nich prosto do raju
Inaczej było w życiu Pawełka
On miał odloty tylko na haju.
Ewa Szczawińska


Co za atmosfera, co za klimaty, dla takich chwil pełnych błogostanu nie ma odpowiednich słów. Życie jest piękne!

Ostrożniej wypowiadał się na ten temat Celsjusz, który mawiał: -

                               życie jest piękne do pewnego stopnia.

Znikło poczucie czasu i w tym Stanie Niebytu - Odlotu straciłem poczucie czasu. Zza lasu całkiem wynurzył się księżyc, jego światło odbiło się w wodzie.
Czyli znowu jestem, wróciłem z dalekiej mentalnej podróży.
              Co to był za niepospolity dzień jeśli chodzi o siłę krążących energii!
Już więcej się taki dzień w czasie tegorocznych wakacji nie powtórzył. Natomiast odbieranie ciepła w sercu, gdy następuje synchroniczność - sygnał od Anioła, to trwa i do tego przywykłem..
 
Spojrzenie na gwiazdy we wschodniej stronie nieba, i dwa zdjęcia na których widać lecące coś. Jestem zadowolony z tych zdjęć, chociaż są minimalnie poruszone, nie muszę być perfekcjonistą. Czas naświetlania 15 sekund.
Minęła północ, zdjęć jest już cała seria, nasyciłem się także miejscem.
                Czas wracać, pojawiła się silna rosa.

Księżyc świeci jasno, drogę widać dobrze, po bokach czarne ściany lasu, teraz robię zdjęcie z ręki, nieostre nieco, bo trzymam aparat na piersi, czas siedem sekund, nie oddycham przez chwilę, ale minimalne poruszenia są. Światło księżyca rzuca cień fotografa na drogę.
       Idę niespiesznie pomiędzy ścianami lasu. Niewiele widać, za to dobrze słyszę swoje kroki. Słuch to podstawowy zmysł w nocy. Oraz dotyk …. Noc i taka dzikość wokół - oto radość niebezpiecznego życia.
Chrzęści żwir pod butami. Chwilami robi się bardzo ciemno, kiedy księżyc jest zasłaniany lasem. Wtedy ledwo widać drogę. Idę w takich momentach wolno, żeby nie wylądować w rowie. Chwilami staję nadsłuchując odgłosów nocy – sowa krzyczy swoje uhu – uhu. Koziołek się odzywa i zaraz lis szczeka. Coś zaszurało w zaroślach obok drogi, za chwilę słychać oddalający się trzask łamanych gałęzi, jakieś zwierze ucieka.
Strach?
                  Rozstrzelać wszystkie strachy. Wróbel - graffiti

I powtarzam jeden z najlepszych dowcipów 2013 roku:

20 lat po ślubie. Mąż czeka na żonę, denerwuje się, pilotem zmienia co chwilę kanały, jest już późna noc. Wreszcie trzasnęły drzwi.
- Gdzie byłaś?
- Na cmentarzu, tam mnie przynajmniej strach przeleciał …...

Nie miałem w Bieszczadach latarki, bo i po co? W dramatycznych momentach można przecież poświecić telefonem.
Mijam kolejne zakręty, tylko kroki słychać w nocnej ciszy. Już niedaleko, dostrzegam światła przy młynie kamieni. Cisza kompletna. Cezar i Ciapek śpią. Darek Karaluch także śpi. Odpoczywa kruszarka kamienia. Przeszedłem ostrożnie obok, tak cichutko, że Cezar się nie obudził, a on ma budę przy samej drodze i jest bardzo czujnym bieszczadzkim psem. Polubiłem psy Darka.
     Skręcam w drogę do Przełęczy Żebrak. Od młyna kamieni jest coraz mniej lasu w bliskości drogi, dolina się rozszerza, niezasłaniany księżyc świeci maksymalnie jasno. Drzewa i człowiek rzucają ostre cienie.
Patrzę na telefon. Minęła druga. Po nocy idzie się jednak znacznie wolniej. Właściwie nie mam dokąd się spieszyć. Iść w środku księżycowej nocy przez las bieszczadzki to nowe ekscytujące doznanie. Podoba mi się takie nocne wędrowanie, trzeba będzie to powtórzyć.
Zrobiła się cisza idealna. Wszedłem na odcinek drogi bez żwiru. Nie słychać kroków.
       Jeszcze czeka mnie tylko przejście obok starego bojkowskiego cmentarza i będę wchodził pod górę. Na górze skręcam z drogi i brnę przez ociekające wodą trawy. Spodnie i buty były całkiem mokre, gdy doszedłem do namiotu. Dochodzi trzecia – już szarzeje.
Sen uciekł, popijam zimną wczorajszą miętę i trwam zapatrzony w dal. Cisza nieziemska, aż w uszach dzwoni. Nad Baligrodem wolniutko robi się kolorowo. Zaraz wschód będzie. Zbliża się czwarta. A więc jeszcze ostatnie zdjęcie.
I tu następuje dedykacja dla mojej Przyjaciółki.
Piosenka SDM (Stare Dobre Małżeństwo)

Czwarta nad ranem


Czwarta nad ranem
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz

Czemu cię nie ma na odległość ręki?
Czemu mówimy do siebie listami?
Gdy ci to śpiewam - u mnie pełnia lata
Gdy to usłyszysz - będzie środek zimy

Czemu się budzę o czwartej nad ranem
I włosy twoje próbuję ugłaskać
Lecz nigdzie nie ma twoich włosów
Jest tylko blada nocna lampka
Łysa śpiewaczka

Śpiewamy bluesa, bo czwarta nad ranem
Tak cicho, żeby nie zbudzić sąsiadów
Czajnik z gwizdkiem świruje na gazie
Myślałby kto, że rodem z Manhattanu

Czwarta nad ranem...

Herbata czarna myśli rozjaśnia
A list twój sam się czyta
Że można go śpiewać
Za oknem mruczą bluesa
Topole z Krupniczej

I jeszcze strażak wszedł na solo
Ten z Mariackiej Wieży
Jego trąbka jak księżyc
Biegnie nad topolą
Nigdzie się jej nie spieszy

Już piąta
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz

Kiedy znalazłem się w śpiworze i odczułem gotowość do spania, nadszedł spontaniczny czas na ponowną modlitwę dziękczynną za to boskie wczoraj i dziś, a także za jutro. Dziękczynienie ma iść z serca, broń Boże nie z obowiązku.
Aniele! Kochany jesteś! Ach!

niedziela, 19 października 2014

Dlaczego samotnia?


Najlepsze są proste odpowiedzi. Popróbowałem miodu pod tytułem samotnia w ubiegłym roku. Spodobał mi się ten miód i to bardzo. Było mi mało, pojawiła się potrzeba powtórzenia, więc powtórzyłem. Minęły właśnie pierwsze 24 godziny.

       
Już wtopiłem się w naturę, zwolniłem, chociaż i tak byłem na luzie. Zszedłem w dolinę, potem wróciłem znowu na górę, nosi mnie poducha radości, chodzę po okolicy i pstrykam. Przestrzeń, Pustka, Space.
I tak ma być! Tego było mi trzeba. Myśli wloką się leniwie jak obłoki - jest dobrze. 
    

Zamieszczam zdjęcia na blogu, słucham piosenek Starego Dobrego Małżeństwa. Jest miło. Mam wiele gotowych, napisanych wcześniej "mądrości", ale czy trzeba się mądrzyć? Opiszę, co było. Doszedłem skrótem przez Wilczy Przesmyk pod Chryszczatą do łąki ponad Huczwicami. 
Łąka ponad wsią, której nie ma. A nad tym najwyższym kwiatem ostu widać na horyzoncie Tarnicę. Wysokie Bieszczady wołają.....


Do Huczwic rzut beretem, tylko półtorej godziny. Pewnie 5 km, ale droga dół - góra, nieprzedeptana, dzika, dlatego półtorej godziny. Drogą w dolinie jest dużo dalej, będzie z dziesięć kilometrów. Te dziesięć kilometrów doliną i drogą, przechodzi się też w półtorej godziny, ale nic nie widać! Nie ma widoków, nie ma dziczy. Dlatego wolałem skrótem.
    


Jeziorko Bobrowe Huczwice. 
Wowww! Jaka piękna wiata! Nadleśnictwo w Baligrodzie się kłania. Jedno zdjęcie teraz, wrócę tu jeszcze, i to nie jeden raz, to Jeziorko Bobrowe jest miniaturą Morskiego Oka. Jeziorko Bobrowe z Huczwic jest Perełką Bieszczadów. Ale co tam perełka...... 
     Oczywiście nie ma nikogo. 
Tak miało być. Taką miałem umowę z Aniołem, który czekał na mnie w lesie.
   

 Ludzie gonią. Za swoim ogonem gonią. Mówię o turystach niektórych. A o ludziach chyba wszystkich. Nie o wszystkich turystach jednak, broń Boże! Widziałem nad Jeziorkiem Bobrowym paru turystów, niektórzy przywędrowali tu nawet swoimi samochodami. Po co się wysilać? Jakby się dało, można zaparkować swoim samochodem na własnym balkonie. Już bliżej się nie da.  Pstryk - pstryk, babcia na tle, nie kojarzy już, ale chuj z babcią. Dzieciak zeszczany w pieluchę ryja drze na tle, ale nic to, zaliczone i wio dalej. Zaliczone kolejne coś. Teraz rozpalamy grilla papą.
Ci turyści, ci "ludzie" nie wstydzą się słowa: - zaliczam. Zaliczyłem tę trasę, teraz pora na zaliczenie tamtej trasy. Zrobiliśmy tę trasę....Ile to razy słyszałem. A byłem na Chryszczatej przy triangulu multum razy. 
Dziewczyny też zaliczasz? Chłopaków też zaliczałaś? Tak robią zombie. Zaliczaj więc dalej, śmierć się zbliża i odbierze ci te wszystkie zaliczanki, niezależnie od tego ile ich jest. Takie myśli przewijały się, ale na luziczku. Ja tych turystów olewałem. Czasami nawet miałem przyjemność nie odpowiedzieć dzień dobry. I nie dlatego, że czułem wyższość. 
   Nic takiego nie czułem.
Nie po drodze mi z nimi było po prostu. Nie po drodze.
I słyszałem za sobą: Głuchy chyba. 
     Nie głuchy, a cham najzwyczajniej według waszej miary. Było tak. Ale to były rzadkie przypadki, tych ludzi znam z kasyna (Queens Casino, pod salą kongresową, Pałac Kultury, Warszawa, stanowisko kasjer główny. Napatrzyłem się przez cztery lata. 1996- 2000 r. Życie ustawiło mnie po stronie wygrywającej, a w kasynie tylko jedna strona wygrywa) : - Maślane oczy. Jutro milion wygram! Nigdy nie umrę!
    Umrzesz. Może jutro umrzesz. Ja też umrę. Ale ja się nie boję. A ty? Nie boisz się śmierci?
Przecież możesz się nie obudzić jutro....
      Żart tylko. Obudzisz się i będziesz dalej maszyną.
 
I po tych drobnych refleksjach, które były jak zmarszczki na buzi dwudziestolatki, wróciłem do swego domu.
Jutro będzie post pod tytułem Radyjko. To ksywka. Taka sama jak Bejdak, albo Majster Bieda. 
Bieszczady witają.

niedziela, 24 listopada 2013

Sto procent cukru w cukrze



Gęsty, namacalny zapach nagrzanej łąki uderza w nozdrza. Czuję  się, jakbym brał kąpiel w tych wonnych oparach.
   Jest ……no nie mam słów! Idę pozbierać jagody i widzę, że mam konkurencję. Przy jagodach są dwie sarenki, zobaczyły mnie i patrzą ze zdziwieniem.

Daję spokój jagodom i sarenkom, które wcale nie uciekają i idę w inną stronę, przyjdę tu później.


  Nad Baligrodem jeszcze słonecznie, ale znad Chryszczatej nadciągają ciemne chmury. 
 Szykuje się gwałtowna zmiana pogody.

Pokręciły się te chmury trochę i wreszcie daleko nad górami przetacza się burza, która wygląda jak wielka szara miotła!
Tak! To dobre porównanie - odległe smugi ulewy wędrują nad ziemią, jak ogromna szara miotła.


    Wracam do namiotu, okrywam go płachtą, wbijam szpilki w kamienistą ziemię i gromadzę  ubitą reklamówkę cieniutkich suchych patyków na rozpałkę. Pakuję to pomiędzy niebieską płachtę, a ścianę namiotu. Pod tą płachtą mam także ukryty wystarczający zapas grubych gałęzi na ognisko.
 Nadciąga niby mgła, niby chmura.
  
Góry nikną z oczu, i to bardzo szybko. W  środku dnia gwałtownie  się ściemnia, i momentalnie widać tylko namiot i kawałek łaki za nim.
    
Czuję się odcięty od świata. Jak rozbitek na oceanie.

Prawie natychmiast zaczyna padać.
Znikają kolory, samotny biwak otacza szarość. Pająk się schował.


    Biorę przykład z pająka i pakuję się do namiotu.
Deszcz leje równo.... Uświadamiam sobie wtedy, że taka prawdziwa najgłębsza samotność na samotnym biwaku jest dopiero we mgle, w deszczu, i ciszy dzwoniącej w uszach, gdy cała przyroda milczy przemoknięta i nie grają nawet  świerszcze. Tylko krople pukające o płachtę namiotu odmierzają mijające chwile. Wtedy jest najgłębsza samotność w samotności.
     
Wtedy jest po prostu sto procent samotności w samotności!

W tym czasie nie nudzisz się, i to niezależnie od tego, czy siebie lubisz, czy nie lubisz.
    Jeśli bowiem siebie lubisz, jeśli siebie akceptujesz – nie nudzisz się, bo możesz coś robić: - cerować, pisać, dłubać w nosie, patrzeć z namiotu jak deszcz pada monotonnie, robić co chcesz, albo nic nie robić. Nie czekasz na nic, akceptujesz wszystko jak leci…..
    Gdy przykładowo nic nie robię, mogę obserwować myśli – one wtedy są jakby zawstydzone i szybko się gdzieś chowają. Następują długie luki między kolejnymi myślami. To jest właśnie medytacja. Bardzo miły stan zawieszenia w Niebycie. Niby jesteś, a ciebie nie ma.
          
 Medytacja wymuszona deszczem….

Aby medytować nie trzeba się zaraz kłaść na desce nabijanej gwoździami. Poza tym na biwaku zwykle nie ma takiej deski.
      
Gdy siebie nie lubisz, też się nie nudzisz, bo jesteś zajęty czekaniem na koniec deszczu…..Cały czas jesteś w napięciu: - a może za moment przestanie? A może już?
        - Albo możesz grać ze sobą w otwarte karty, lub też sterować swymi myślami – puszczać filmy w głowie na wybrany temat. 
        - Lub oglądać telewizję osobistą na kanale „TTT” - Trwam w Tu i Teraz.
         
Trzeba tylko ufać. Ufać, czyli wierzyć, że kiedyś przestanie padać. 

Bo jest taka prosta prawidłowość: - tak się zawsze dzieje, że kiedyś przestaje padać. 

Wtedy nieodmiennie wybucha w tobie radość. Skala tej radości zależy od tego, jak długo padało. Jeśli padało dostatecznie długo, jesteś natychmiast w euforii, krzyczysz: - „Jezu! Przestało padać!”
      I chciałbyś słońce ucałować.
Gdy padało krótko, nie krzyczysz, tylko cieszysz się zwykłą radością podeszczową.
Trzeba tylko wierzyć. Ale nie tak, jak ateista.

     Ateista pośliznął się, spacerując wzdłuż urwiska. Spadając, chwycił się drzewa rosnącego w skalnej szczelinie. Kołysany przez zimny wiatr, uświadomił sobie beznadziejność sytuacji – Pod nim były skały, wspięcie się z powrotem na górę nie wchodziło w rachubę. Opadał z sił.
    „Tylko Bóg może mnie uratować. Nigdy nie wierzyłem w Boga, ale mogę się mylić. Co mam do stracenia?” – tak sobie pomyślał.
    - Boże! Jeśli istniejesz, ocal mnie, a uwierzę w ciebie! – Krzyknął.
Odpowiedzi nie było. Zawołał więc znowu:
    - Boże! Proszę! Nigdy w ciebie nie wierzyłem, ale jeśli teraz mnie ocalisz , od tej pory będę w ciebie wierzył.
    - Oj nie, nie będziesz! – dobiegł tubalny głos z nieba. – Znam takie typy jak ty!
Mężczyzna był tak zaskoczony, że niemal puścił gałąź.
    - Proszę, Boże! Mylisz się! – krzyczał. – Jeśli mnie uratujesz, naprawdę będę w ciebie wierzył!
    - Oj nie, nie będziesz! – odparł Bóg. – W takiej sytuacji wszyscy tak mówią.
    - Ateista błagał i przekonywał.
    - W porządku, ocalę cię – rzekł w końcu Bóg. - Puść gałąź.
   - Puścić?! – oburzył się mężczyzna. – Jeszcze nie zwariowałem.


    Możesz też się modlić, jest to powiadam wam - zaprawdę słuszne i zbawienne. Możesz się na przykład modlić słowami piosenki: 

„Cokolwiek zrobisz” - tekst piosenki Stare Dobre Małżeństwo

   Cokolwiek zrobisz, będzie dobrze
Panie Boże
Mówiąc najogólniej
Cokolwiek ześlesz mi - chorobę albo śmierć
Dobrobyt, nędzę
Nie będę się sprzeciwiał ani razu
Nie będę dziękował, Ty nie chcesz tego
Nie będę złorzeczył, to daremne
Cokolwiek zrobisz, jest okej, najlepiej
Rób co chcesz, wszystko przyjmę zawsze.

(PS. Gdy pytałem mego ojca o radę, jak mam postępować, też tak mówił: -„Rób, jak chcesz”. Lecz zawsze dodawał: -„Ale tak rób, żeby było dobrze”.)