Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Potaczała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Potaczała. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 kwietnia 2024

Duch komunisty




Może 7 km. w linii prostej dzieli miejsce widoczne na tych trzech zdjęciach od Jabłonek.

Każda zorganizowana grupa przestępcza poszukuje symbolu. Naziści wybrali symbol czterech pór roku, zwizualizowany w stylizowanym układzie Wielkiego Wozu – nazywanym swastyką.

 Komuniści postawili na czerwoną gwiazdę i Stalina, który miał usta jak malina, tudzież na Lenina (wiecznie żywego). Polskiej komunie atoli przytrafił się Świerczewski.

Gloryfikacja polegała na pomnikowaniu onego, no i musiało być muzeum, położone oczywiście w bieszczadzkich Jabłonkach.


„Budynek postawiono wielki, przestronny, aby bił w oczy z daleka. Za to sama ekspozycja była mizerna tudzież wątpliwa: fotografie i dokumenty miały świadczyć o geniuszu, jakim odznaczał się ów osobnik już od lat niemowlęcych. Uwypuklono mętnie walki w Hiszpanii, było owszem o Wielkiej Czystce, że to nie porażka, tylko wielkie zwycięstwo 27 do jednego. Na końcu szlak bojowy z 2. Armią tak zwanego Wojska Polskiego. Słowa oczywiście nie było o tysiącach żołnierzy, którzy poszli do piachu z powodu genialnego dowodzenia Świerczewskiego. Nie wspomniano także o tym, po której stronie generał walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku".

      Eksponaty można było policzyć na palcach: jakaś fajka, którą palił nie wiadomo kto, nie wiadomo gdzie, rękawiczki, pas generalski, biurko, lampka, ma się rozumieć kieliszki i karafka, w której generał pewnie trzymał wodę święconą. Do tego trochę broni z czasów drugiej wojny, co czyniło jedyną atrakcję dla młodzieży.

   Niestety – najważniejszej relikwii – płaszcza generalskiego nie było, a to z powodu, że gawiedź mogłaby zacząć liczyć ilość przestrzelin i główkować, skąd wziął się ślad od dźgnięcia bagnetem.

     Z wpisów do kroniki odwiedzin:

„Wieczna pamięć i chwała Tobie Generale” – Zofia i Władek.

„Bądź sławiony po wszystkie czasy, generale Walterze” – Anna, studentka WSP w Rzeszowie.

Przy pomniku generała organizowano wielotysięczne spędy. Przysięgi składali tu harcerze, żołnierze, milicjanci.



Zdjęcia z książki Krzysztofa Potaczały.

Szło nowe. Jako że historia weryfikuje wątpliwe pomniki, los likwidacyjny spotkał najpierw muzeum.

W 1990 roku nadszedł jego kres – pamiątki po generale miały pojechać do Muzeum Wojska Polskiego.

Dyrektor muzeum opowiada:

„W nocy poprzedzającej likwidację ekspozycji, akurat gdy zegary (było ich kilka) wybijały północ, zbudził nas głuchy, ciężki odgłos. Pomyślałem, że to złodzieje, więc wziąłem myśliwski sztucer i ostrożnie zacząłem się skradać do holu. Obszedłem cały budynek, ale nikogo nie znalazłem. Okazało się, że to nie złodzieje, tylko ze ściany spadł na posadzkę ciężki, w zdobionych ramach obraz, na którym generała radośnie podrzucają w górę żołnierze”.

   Powstaje pytanie: - Czy to duch generała, po rachunku sumienia spowodował upadek obrazu, czy też duchy tych, którzy przez generała zginęli, o tej symbolicznej godzinie odwrócili radosny kierunek podrzucania?

Bowiem swoją drogą, z tego co wiem, duchy miewają specyficzne poczucie humoru.







środa, 3 kwietnia 2024

Inżynier Waśkiewicz lubił chodzić

 W książce „Bieszczady w PRL-u”, Krzysztofa Potaczały, czytamy:

„W bazie ZBL w Smolniku (nad Sanem) początkiem lat siedemdziesiątych pracował inżynier Waśkiewicz, czyli góral zakopiański z tytułem.

Jego przełożony, Stanisław Potomski ciepło wspomina górala, choć wcale nie z racji fachowości, której mu nie brakowało, ale czegoś zupełnie innego.

Oto któregoś grudniowego dnia Waśkiewicz przyszedł do biura i mówi: 

- Wybieram się na święta do domu. 

Trochę mnie te słowa zdziwiły, bo była to przecież oczywistość, ale on zaraz dodał: - Potrzebuję trochę więcej czasu, bo nie zamierzam podróżować autobusem, jak wszyscy inni, tylko per pedes.

Zatkało mnie: - Jak to pieszo do Zakopanego?! Trzysta kilometrów?! 

A on mi na to, że owszem, że on nie pierwszy raz planuje taką drogę i że na pewno jej podoła, tylko musi mieć czas.

Przyznaję, wzbudził we mnie sympatię. Wypisałem mu dwa tygodnie wolnego, podziękował i wyszedł.

      Nazajutrz zarzucił plecak na ramiona i rozpoczął tę swoją wędrówkę. A nie był wcale taki młodziutki, stuknęła mu pięćdziesiątka. Nawet zacząłem się martwić, czy nie dokładam ręki do jakiegoś nieszczęścia, ale robotnicy mnie uspokoili, że Waśkiewicz to twardziel.


Minęły święta, zaczął się styczeń, wszyscy zjechali na powrót do roboty, tylko Waśkiewicza brakowało. Dwa dni później jechałem z kierowcą do kamieniołomu w Czarnej, sypało jak cholera, widoczność była mocno ograniczona, ale nie na tyle, bym z pewnej odległości nie dojrzał maszerującego poboczem, oblepionego śniegiem, piechura.

Inżynier szedł wartko, równym tempem. Zatrzymaliśmy się i powiedziałem żeby wsiadał, a on, że absolutnie, bo skoro idzie już dwieście osiemdziesiąt kilometrów, to przejdzie też ostatnie dwadzieścia. Taki był.

    Złośliwcy szeptali, że ma nierówno pod sufitem, a on zwyczajnie lubił chodzić, a nie jeździć. Za mojej bytności w Smolniku jeszcze parokrotnie pokonywał na nogach trasę do Zakopanego i z powrotem”.