środa, 4 października 2023

Lisek




Ekologia wskazuje, że nasze przetrwanie zależy od koralowców, glonów, planktonu i milionów innych organizmów w ekosystemie, a my ten system stopniowo niszczymy. 
To co z nami będzie? Jaka przyszłość nas czeka?




Pisałem kiedyś, że z punktu widzenia Matki Ziemi jesteśmy bakteriami, które były kiedyś nieliczne, niegroźne i chodziły boso, a dziś stały się szkodliwą ośmiomiliardową masą, z której część zmutowała, bo chodzi tylko w butach.


Ja także chodzę w butach, ale za to boso na letnich biwakach. Tym razem zabrałem minimum rzeczy, plecak waży dziesięć kilo. Mijam ostatnie zabudowania ze wschodniej strony góry. W tym domu mieszkają ludzie. Bywają w Bieszczadach domy znacznie gorsze.

Doszedłem do rozwidlenia dróg i zlekceważyłem napisy, bo przecież szedłem do Wołkowyji, a „dobry” kierunek miałem w głowie. Przez to szedłem zygzakując, lecz dzięki temu nasyciłem się lasem.


Podchodzę coraz wyżej zagłębiając się w sławną Puszczę Karpacką. Po godzinie marszu trochę w lewo, trochę w prawo, nic się nie wyjaśniało, gdzie jestem. Nie korzystam z nawigacji, bo po co? W Bieszczadach nie można zabłądzić – zawsze się gdzieś wyjdzie.


    Jako że odezwał się głód, przysiadłem na pniu, przejadając nieco, a za towarzysza miałem pluszowego liska, który jeszcze pojawi się we wpisach.


Wreszcie znużony ciemną puszczą, zacząłem wypatrywać możliwości pójścia pod górę na przełaj, aby szybciej osiągnąć szczyt. I pojawiła się taka okazja, gdy pomiędzy drzewami zaświtała przestrzeń. Zboczyłem z drogi leśnej i wyszedłem na ogromną, świeżo koszoną łąkę, prawie na samym szczycie. Przeszkodą była jeszcze położona u szczytu, poprzeczna droga na podtopionym terenie, z elegancko wyrobioną przez leśnych, sławną gliną po kolana, co zmierzyłem kijem. Więc rzucić trochę gałęzi i przebiec biegusiem na właściwą stronę.


Kiedy zaczynam schodzić na zachód, jest dwunasta. 


PS. - Liczby które podałem we wpisie giełdowym znajdują się w literaturze przedmiotu, czyli Analizie Technicznej. Tam jest ich więcej. 

wtorek, 3 października 2023

Kret

Zostawiam za sobą zniszczoną łączkę. Jeszcze foto z odległości i naprzód miły bracie.





Błoto, więc niespecjalnie się idzie. Na drodze jeden, a potem drugi martwy kret. Znajomy obrazek czerwcowy – nie doszedłem z jakiego powodu akurat w tym miesiącu widzi się w Bieszczadach martwe krety. 



Może ktoś z Czytelników podsunie rozwiązanie? Kiedyś o tym pisałem z okazji spotkania w Szwejkowie u Krystyny Rados grupy biologów. Rozpatrywaliśmy różne koncepcje, atoli panowie biolodzy nic przekonywającego nie wymyślili. (Utopił się, użądliła go żmija). Na zdjęciu widać ślady opon, niby (nie widać błota na futerku, nie jest wgnieciony) kret mógł być przejechany, ale spotykałem liczne krety na bocznych bieszczadzkich ścieżkach, po których nic nie jeździ, także leżące pomiędzy torami kolejki bieszczadzkiej, oraz krety nie chodzą przecież po powierzchni.
       Te drobne punkciki widoczne na futerku kreta to są wszy niestety. One, te wszy, były bardzo ruchliwe – widać się zdenerwowały, że dawca krwi jakby zaniemógł niedawno, a nie daj boże na amen i co to będzie. Jeśli ktoś trzymał żywego kreta w ręku, wie o czym mówię.

Kiedyś miałem ogród. Ogród na piaszczystej ziemi, którą nawoziłem kompostem. Więc były dżdżownice i krety. Potrafiłem złapać, wyłuskać widłami kreta z nory, bez uszczerbku dla niego i wynieść go na łąki poza ogród – czyli dać mu wolność, aby tylko nie w moim ogrodzie. Złapany kret bał się o życie, nie wiedział z kim ma do czynienia. Robił bokami – znaczy boki chodziły mu od szybkiego oddychania w zdenerwowaniu. Na łąkach podchodziłem do kopca kretowiska, w którym widniała otwarta dziura wentylacyjna, wyjmowałem kreta z kubła i delikatnie kładłem pacjenta na kopcu. W stresie, wyzuty z sił nie miał już sił, aby odzyskać darowaną wolność. Dyszał. A wszy przy ogonku się roiły - biegały w tę i we tę. Bo światło to nie była dla nich, dla pasożytów codzienność. One także miały stresa, to się roiły.  Więc atoli tknięty miłosierdziem, dawałem kretowi lekkiego klapsa, a ten znikał wtedy w kopcu. Nie swoim, ale znikał.

Każdy pasożyt się boi, chociaż głupi nie jest, ssie dawcę nie za dużo, a by ów nie wykorkował, bo wtedy dupa blada. I pasożyty nie lubią światła. Chyba można powiedzieć, że prawda to takie światło?

Definicja pasożyta brzmi: - Jest to gatunek, który rozwija się kosztem żywiciela. W przypadku ludzi żywicielem są właśnie ekosystemy. Biologia uczy, że zagłada żywiciela pociąga za sobą tragiczne skutki – najczęściej ginie także sam pasożyt.

Pasożyty żerują nie tylko na kretach. Często mąż pasożytuje na żonie, dzieci na rodzicach, a na społeczeństwie politycy. Z żoną i dziećmi bywa też odwrotnie, nigdy natomiast w przypadku polityków.

Dalej nie rozwijam tematu, bo miało być o Bieszczadach i krecie.                                                                                                                              
Jak to ułatwia pisanie, kiedy można podejrzeć na zdjęciu o której godzinie owe było wykonane.

Schodzę z błotnistej drogi i wkraczam ci ja najpierw na przełaj na szerokie łąki o godz. 7.23. Fotografuję, a że łąki spływają wodą, zaniedługo spodnie mam mokre do pachwiny. Więc wychodzę z tego przełaju i odnajduję tym razem drogę znośną, która biegnie mniej więcej w dobrą stronę, idę raźno, a spodnie sobie pomału schną.










poniedziałek, 2 października 2023

Szczepan


Czerwiec 2023, czyli 51 godzin w Bieszczadach.

Neobusem z Warszawy docieram do Polańczyka o dziwo kilka minut po szóstej. O dziwo, ponieważ jest to niemal dwie godziny przed czasem podanym w rozkładzie jazdy. Był jak zwykle dobry kierowca, pojazd bez zarzutu, mały ruch na suchej szosie przed sezonem wakacyjnym, brak przesiadki w Niebylcu. 

Ciekawie wygląda zestawienie tego przyjazdu przed czasem, z takim oto komunikatem: Dworzec Centralny, Warszawa, wrzesień - "Informujemy podróżnych, że przyspieszony pociąg z Siedlec jest opóźniony o 40 minut".

Większość pasażerów Neobusu wysiadła w Rzeszowie, następna grupa w Sanoku, do Polańczyka dojeżdżam tylko z trzema osobami. 

Polańczyk jeszcze uśpiony, zresztą rozbudowujący się kurort mnie nie interesuje, ot – mam tu wygodny dojazd i tyle. Opuszczam pojazd na przystanku przy rondzie, chwytając na pożegnanie półlitrową butelkę wody i kieruję się w górę, do ulicy Zielone Wzgórze. Zachmurzenie całkowite, ciepło, a nawet pomimo wczesnej pory już mocno parno. Chwilowo nie pada. Podchodzę stromą uliczką, a do głowy wpada myśl błaha, acz filozoficznie całkiem słuszna: - Murzyni to mają dobrze - nie muszą się opalać.



Nastrój mam rześki (czuję się jak pies gończy, który złapał zapach – tylko gnać naprzód!). W ulicy kończy się właśnie przebudowa. Drogowcy położyli nowe rynsztoki przy skarpach umacnianych perforowanymi betonowymi płytami.  Mijam kolejne agroturystyki. Od ostatniej na górze, obszczekując zajadle, podąża za mną mały piesek. Ma wyraźną chęć złapania za nogawkę. Stosuję myk sprawdzony na takich natrętów: - zatrzymuję się i udaję kota - podnoszę dłoń, ustawiam palce jak pazury i nadaję ostrzegawcze miauuuu! Pieska zamurowało i najpierw uważnie popatrzył na wędrowca, po czym podkulił ogon i uciekł. Odezwało się doświadczenie, że z kotem lepiej nie zaczynać, a także zorientował się, że już wybiegł poza swój teren.


Coraz wyżej. Niosąc swoją agroturystykę na plecach podchodzę ostatnie kilkadziesiąt metrów i oczekuję widoku znajomej łączki, na której tradycyjnie zamierzałem postawić namiot. 


Taki był plan A na pierwszy dzień wyprawy: - postawić namiot i iść dalej z lżejszym plecakiem. Odwiedzić Rybne, Wołkowyję, Górzankę, potem wspiąć się na drogę po Wierchach i wrócić na pierwszą noc do namiotu czekającego ponad Polańczykiem.

       Aliści po raz kolejny potwierdziło się, że plany w Bieszczadach weryfikuje nie tylko pogoda. Dlatego zawsze należy mieć plan B - "nie wiadomo jak będzie i wtedy się pomyśli".

Oto wchodzę na szczyt wzniesienia i widzę, że malowniczej łączki już nie ma, a w jej miejscu jest rozpoczęta budowa. Teren rozkopany na maksa, wszędzie sławna mazista bieszczadzka glina - postawisz but i od razu masz do niego przylgnięte kilo towaru. Pewnie będzie tu hotel, czy pensjonat. No tak – nie dziwota, takie widokowe miejsce nad Soliną, można się było spodziewać, że ktoś w końcu przeforsuje tu pozwolenie na budowę.

    Małe rozczarowanie więc, a na razie, odwrócony tyłem do budowy, decyduję się na oddanie moczu, ponieważ życie jest piękne, lecz moczopędne. Sikam więc ci ja, ogarnia mnie chwilowa błogość, która przypomina etymologię imienia Szczepan:

     Rzecz się działa w czasach biblijnych, zaraz po powrocie Jezusa z kilkunastoletniego pobytu w Indiach. Za mistrzem zaczęła podążać nieliczna grupa sympatyków, a ów jeszcze nie rozeznał się był w ich imionach. Podążają więc sobie oni wszyscy w nabożnym milczeniu po jakichś zakrzaczonych wertepach, aż Jezus zauważa, że brakuje jednego charakterystycznego gościa.

Woła atoli: - Hej ty, drągalu z wielkim kijem, gdzie jesteś?

- Tu jestem! Szcze Panie! - odzywa się bas z krzaczorów.

I Jezus rzekł: - Zaprawdę powiadam wam, od tej pory człowiek ten zwał się będzie Szczepan.

Czynność fizjologiczna skończona, stałem się wyraźnie lżejszy. Teraz już mogłem na spokojnie pozachwycać się ekspozycją czerwcowych maków na krańcu ulicy Zielone Wzgórze.








piątek, 29 września 2023

Daty zwrotu dla Wig 20

 Czyli co można wyczytać ze złotych proporcji widocznych na indeksie.

Obrazki wypada skomentować krótko: - kilka proporcji, a data jakby ta sama, przypadkiem związana z polityką. Jak to zostanie zweryfikowane przez rynek, przekonamy się niebawem.

    Co to jest polityka? Ona jest wtedy, kiedy pierwsza grupa mówi ci jedno, a druga co innego.

Skołują ciebie, jeśli nie posłużysz się własnym rozumem.

                                        Bertrand Russell




I jedna data dla odmiany z przeszłości.



Historia afery na Giełdzie Papierów Wartościowych

Niedługo minie dwadzieścia lat od największego przekrętu na kontraktach terminowych na Wig 20.

Przekręt z 4 lutego 2004 roku trwał zaledwie 100 sekund, czyli otarł się o złoty wskaźnik 1,62 minuty.

Proces sądowy zaczął się dziwnie późno, bo dopiero po pięciu latach od daty zdarzenia i zakończył oczekiwanym przez poszkodowanych graczy wyrokiem skazującym dla zamieszanych w sprawę maklerów.

  

      Przebieg zdarzeń widziany z perspektywy inwestora

Te niezapomniane chwile skoku adrenaliny przeżywałem osobiście, jako daytrader obecny fizycznie w biurze maklerskim BRE Banku w Warszawie. Miałem akurat otwartych kilka longów na Wig 20, z którymi czyhałem na sprzyjający moment do sprzedaży. Nie byłem na szczęście zapakowany za całe pieniądze z konta inwestycyjnego, ale nie stawiałem ci ja wtedy stopa hej …..

     Oto siedzę więc w sali komputerowej, na ścianach wielkie ekrany z notowaniami z Polski i ze świata. Na rynku sennie – niewiele się dzieje.

Naraz ….. jak cena nie łupnie w dół! Cztery, sześć, na koniec siedem procent w dół! W kilkanaście sekund! Masakra! Czuję się jakby mi właśnie urwało jaja! Coś się musiało stać. Pewnie wojna, atomówka, albo nie wiadomo co. Kilkanaście osób obecnych w biurze najpierw zamarło na długie sekundy, aby potem stadnie rzucić się do obecnych dwóch maklerów, żeby jakoś zareagować. Ratować pieniądze, ratować to, co zostało, bo przecież może to być dopiero pierwsze uderzenie podaży. 

„Stykowcy” (zapakowani w kontrakty za całość kasy) już spadli poniżej 50 % straty i właściwie nie mają po co się spieszyć - system biura zamknie ich pozycje z automatu. Mamy to obliczone: granica 50% wypada przy spadku indeksu o 4,5%, a jest przecież minus 7%. We wspomnianym wyżej biurze warszawskim wszyscy mieliśmy pozycje długie, tudzież większość nie postawiła stopa. Ci z postawionym stopem nie mają po co wstawać - stop zadziałał za nich. Siedzą i jakby z politowaniem patrzą na tę podenerwowaną "większość". 

 To właśnie wtedy powstało sławne powiedzenie „stawiaj stopa bo ci jaja urwie!”.

      Idą pierwsze zlecenia zamykania całości posiadanych longów pkc - po każdej cenie. Stoję w kolejce, przebieram nogami, mam jak już pisałem longi i balansuję na stracie bliskiej 50 %, jestem piąty czy szósty do maklera. Makler się uwija, już tylko trzy osoby mnie poprzedzają.

A tu nagle wykres kontraktów wystrzela w górę! O dobre 10%! Konsternacja, albo druga, jeszcze większa masakra. Inwestorzy głupieją. To najodpowiedniejsze słowo. Panuje bezruch, gwar znowu ucichł. Chwila moment postoju na górze, po czym poziom ceny jakby nigdy nic wraca do punktu wyjścia! Minęło historyczne sto sekund i jest już pozamiatane.

     Okazuje się, że tylko zlecenie pierwszego inwestora z kolejki sprzedam longa pkc weszło na samym dole. Potężna strata, bo także inwestor „gruby”. Natomiast dwóch następnych, „drobnych”, jak się okazuje, ma realizację zleceń „sprzedam" – czyli zamknięcie pozycji, blisko szczytu! Ich zlecenia zamknięcia stratnej pozycji weszły z powodu zatkania systemu z opóźnieniem i jest niezły zarobek! Ci podskakują z radości! „Gruby” inwestor natomiast wyraźnie sczerwieniał i wraca na miejsce w milczeniu.

Profilaktycznie, już na spokojnie zamykam pozycje na tak podejrzanym rynku, wychodząc na zero tylko dlatego, że nie byłem "na styk", ale niewiele brakowało - uff!

Słychać głosy oburzenia: - Toż to oszustwo jawne, przekręt! Ktoś pierwszy wypowiada słowo „złodzieje”.

    Emocje buzują. Czekamy na oficjalny komunikat. 

Wreszcie jest komunikat: - podobno makler się pomylił o dwa zera w zleceniu sprzedaży. Powinien wpisać 4 a wpisał 400. Po pewnym czasie okazuje się, że „pomylił” się jednak o trzy zera i zamiast 4 wpisał 4000 na shorta.

Potem rzekomo zorientował się bidulek o pomyłce i odkręcił zlecenie dając 4000 na longa.

     Koniec sesji, inwestorzy rozchodzą się do domów oburzeni tym ewidentnym przestępstwem na GPW. Nie mamy wątpliwości – widać jak na dłoni przekręt szyty najgrubszymi nićmi. Najgorzej mają ci nieszczęśnicy, którzy grali pieniędzmi „na styk”, nie mieli postawionego stopa, system elektroniczny biura maklerskiego zamknął ich pozycje na samym dole, tu zostali z ręką w nocniku i mogli tylko popatrzeć jak rynek poszybował w górę! 

    Szacowano wtedy straty inwestorów w Polsce co najmniej na kilkanaście milionów złotych. Tylko część z okradzionych wystąpiła do sądu przeciwko PKO BP, z którego pochodziło złodziejskie zlecenie. Duża część pokrzywdzonych machnęła w końcu ręką na straty, a część z nich zniechęcona sytuacją, w ogóle zrezygnowała z rynku kontraktów.

Proces zaczął się dziwnie późno, bo po pięciu latach od daty zdarzenia i zakończył oczekiwanym przez poszkodowanych graczy wyrokiem skazującym dla maklerów.

Po czternastu latach bank PKO BP wypłacił poszkodowanym inwestorom około 4 miliony rekompensaty, bowiem nie wszyscy zgłosili roszczenia, nie wszyscy.....

„Tak długo trwało oczekiwanie na zwrot kasy, bo bank musiał wszystko dokładnie sprawdzić”.

Ktoś traci – ktoś zyskuje, kontrakty to przecież gra na dwie strony. Okazuje się, że stroną zarobioną jest spółka "Cagliari" zarejestrowana w raju podatkowym. Tytuły z ówczesnej prasy: Afera 100 sekund. Makler pomylił się o trzy zera i wstrząsnął giełdą w Warszawie.

A giełda była nie tylko wstrząśnięta, ale i zmieszana, ponieważ od razu dotarło do wszystkich zainteresowanych, że była to tylko powtórka z rozrywki.

      

                  Powtórka z rozrywki

 Otóż miesiąc wcześniej – 8 stycznia, dokonano - jak widać z wykresu, próby generalnej przed przekrętem. Próba polegała na sprawdzeniu pod jakim zleceniem rynek „ugina” się na tyle, na ile potrzeba.


Tę pierwszą akcję władze GPW całkiem zbagatelizowały (?). Ukazała się jedynie informacja o "drobnej" pomyłce maklera. W każdym razie szybkiej reakcji w postaci ograniczenia dozwolonej wielkości jednego zlecenia nie było.

 

                Przebieg zdarzeń wynikający nie tylko z oficjalnych komunikatów. 

Wszystko zaczęło się od krótkiego telefonu. 4 lutego 2004 roku do biura maklerskiego PKO BP zadzwoniła kobieta i zleciła kupno czterech kontraktów. Nie były do tego potrzebne wielkie pieniądze, jeden kontrakt kosztował wtedy około 1500 złotych. Czyli wystarczyło sześć tysięcy, aby złożyć „ na styk” zlecenie na cztery kontrakty.

Telefon odbierał Rafał G., który podobno bardzo się zemocjonował otrzymanym zleceniem, bowiem już w czasie rozmowy z klientką zaczął wydawać nieartykułowane okrzyki, tudzież zachowywać się dziwnie, po czym przerwał rozmowę – rozłączył się.     

        Ponieważ Rafał G. nie miał uprawnień do realizacji zleceń, posłużył się kartą kolegi maklera nieobecnego w tym dniu. I puścił zlecenie, rzekomo w wielkich emocjach, myląc się: 

- po pierwsze primo co do kierunku – miał otworzyć longi, a kliknął w shorty.

- Po drugie primo, tym razem na skutek jakiejś „usterki technicznej” pomylił się także o trzy zera i wpisał 4 tysiące zamiast 4.

Rynek nie miał wtedy wielkiej płynności, więc sprawa była przemyślana (i wypróbowana miesiąc wcześniej) - cena nie miała wyjścia i runęła w dół.

Po kilkunastu sekundach Rafał G. podobno zorientował się w popełnionym „błędzie” i próbował odkręcić sprawę składając zlecenie odwrotne.

   Jak pisałem sprawa była przemyślana, bo na samym dole, do którego spadła cena kontraktów, czekało zlecenie kupna złożone przez kolegę Rafała G. tego maklera, którego kartą posłużył się do autoryzacji zlecenia, a którego nie było w pracy.

Więc w kilkunastu pierwszych sekundach rynek nurkuje aż do poziomu, gdzie kilka godzin wcześniej nieobecny w pracy Arkadiusz O. złożył zlecenie „łapiące nurka”. Realizują się jego zlecenia kupna, nadchodzi ustalony między wspólnikami czas reakcji – pojawia się zlecenie odkręcające: - „kupię 4 tysiące” - cena żwawo rusza w górę. W wirtualnej przestrzeni zaczęły krążyć duże pieniądze w czasie niewielu sekund, bo co się dzieje? 

      Najpierw zlecenie maklera 4 tysiące sprzedam, uruchamia stopy na kontach tych inwestorów, którzy je postawili, czyli zamyka pozycje zleceniem "sprzedam". Te zlecenia dołączają do zlecenia maklera. Indeks przyspiesza spadek, pokazuje się poziom minus 4,5 %. Tu systemy elektroniczne Domów Maklerskich zamykają "z urzędu" stratne pozycje inwestorów, którzy mają otwarte „na styk” longi, czyli na koncie jest tylko tyle pieniędzy ile jest wymagane i nic więcej. 

To jeszcze bardziej spycha wykres do dołu, akurat tam, gdzie już czeka zastawiona sieć kupna. Interwencyjne zamykanie pozycji stratnych powinno nastąpić w teorii po stracie przekraczającej 50%, atoli w takich chwilach system staje się niedrożny i wychodzi na przykład 70 % straty.

- Po trzecie primo makler kliknął w „akceptuj”, pomijając (niewątpliwie świadomie) oprogramowanie biura, które sprawdza, czy na rachunku zleceniodawcy są wystarczające pieniądze na obowiązujący depozyt zabezpieczający.

Czyli zostało wykonanych tylko kilka niezbędnych kliknięć, aby uruchomić niezłą lawinę.

 

                       Działania decydentów

Biuro maklerskie musiało zareagować, chociażby z powodu setek oburzonych inwestorów, którzy stracili pieniądze i natychmiast podnieśli alarm. Zarówno w banku PKO BP, jak i na GPW rozdzwoniły się telefony. Dwa dni po akcji zarówno KPW jak i GIF zawiadomili organy ścigania o podejrzeniu manipulacji. 10 lutego dwaj maklerzy zostali zwolnieni z pracy. 12 lutego rozpoczęto dochodzenie. Zamrożono konta spółki Cagliari. Zamrożono, atoli po kilku dniach blokadę zdjęto „z powodu braku stosownych podstaw prawnych”.     

       W mediach panowało wrzenie. Zmuszone do działania ABW w końcu zatrzymało obu panów maklerów. Zarzucono im zmowę i oszustwa na szkodę inwestorów, tudzież manipulację kursem, art.286 kk, oraz art. 177 ustawy o obrocie papierami wartościowymi. Po tym prokuratura zastosowała wobec nich dozór policyjny oraz zakaz opuszczania kraju – informował „Forbes”.

Jak Arkadiusz O. nieobecny w pracy mógł złożyć zlecenie kupna? A no mógł, ponieważ występował jako pełnomocnik rachunku spółki Cagliari International, zarejestrowanej na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Tamtejszy rachunek otwarto miesiąc przed przekrętem.

W czasie przyjmowania zlecenie kupna bank PKO BP sprawdził wymagane milionowe zabezpieczenie, nie doszukując się znamion manipulacji, ponieważ zlecenie tkwiło nisko w stosunku do aktualnej sytuacji i mogło stanowić dopuszczalny prawem element gry inwestycyjnej.

Po stu sekundach spółka Cagliari wychodzi na plus o trzy miliony.

Kobieta, która składała zlecenie, okazuje się żoną kuzyna Arkadiusza O. Traci na transakcji cztery miliony, jednak ta strata jest pozorna, bo po procesie bank PKO BP uznaje, że starta wynikła z winy pracownika i likwiduje roszczenia.

Obaj zamieszani w sprawę maklerzy byli dobrymi znajomymi, którzy przez kilka lat pracowali w jednym biurze maklerskim. A przekręt okazał się w końcu typowym dla słabo rozwiniętych rynków giełdowych i był opisywany wielokrotnie w prasie fachowej. Kilka innych giełd zostało dotkniętych podobnym incydentem. Sprawie sprzyjało niedopracowane (ograniczenie dozwolonej liczby jednego zlecenia) prawo. Być może celowo niedopracowane prawo, które dopiero po oszustwie poprawiono.

    Początkowo podejrzani nie przyznawali się do winy i trzymali się ustalonej wcześniej między sobą wersji wydarzeń.

Rafał G. tłumaczył się pomyłką i problemami technicznymi.

Arkadiusz O. twierdził, że składając zlecenia z rachunku Cagliari, nie działał w porozumieniu z innymi inwestorami, a także z Rafałem G.

Akt oskarżenia wpłynął do sądu już w listopadzie 2005 roku, po czym wydarzenia nie tylko nagle spowolniły, ale wręcz zatrzymały się i nie działo się nic przez sześć lat.  Pierwsza rozprawa odbyła się dopiero 18 marca 2011 roku. A właściwie się nie odbyła, ponieważ została odroczona. Następnie zaczęła się żonglerka terminami, przesuwanie, przekładanie, wyznaczanie innych sądów itp. Kabaret trwał już blisko dziesięć lat i media naciskane przez stratnych inwestorów, zaczęły z oburzeniem pisać o możliwym przedawnieniu.

Jak zakończyła się ta afera z warszawskiej giełdy?

Wyrok skazujący w tej sprawie zapadł przed Sądem rejonowym dla Warszawy – Śródmieście w dniu 6 lipca 2018 r. Kara dla Rafała G. wyniosła jeden rok i sześć miesięcy więzienia. To samo dotyczy Arkadiusza O.

Azaliż …. Te oba wyroki ustanowiono w zawiasach na trzy lata.

Ponadto oskarżeni zostali zobowiązani do zapłacenia grzywny i kosztów sądowych, oraz do wyrównania szkody bankowi w wysokości 4 milionów.

 

                   Rozliczenie ze strony banku.

PKO BP traci po całej akcji 4 miliony. Zamawiająca osoba traci chwilowo 4 miliony. Chwilowo, bo szybciutko tę stratę pokrywa dom maklerski, gdyż powstała ona rzekomo w wyniku „błędu” pracownika. PKO płaci też 400 tysięcy kary na rzecz Komisji Papierów Wartościowych.

Ponadto oskarżonych zobowiązano, jak już wiemy, do zapłacenia grzywny i kosztów sądowych, oraz do wyrównania szkody bankowi w wysokości 4 milionów.

   

        Ile mogli zyskać oszuści?

Porównajmy obroty dzienne na ówczesnym rynku kontraktów. Poprzedniego dnia obróciło się 13 tys 200. W dniu przekrętu 26 tys. następnego dnia 9 tys. 550. Zakładamy że w dniu następnym obroty były ze strachu zaniżone i 13 tys. przyjmujemy za punkt odniesienia. Czyli w dniu przekrętu notujemy wyskok 13 tysięcy, co oznacza 6,5 tys. kupno, tyle samo sprzedaż. Z tego przyjmijmy ostrożnie, że jakieś 80 - 90 % to obrót wygenerowany przez aferzystów. Czyli 5 tysięcy kupiono i tyle samo sprzedano. Ostrożnie licząc, bo zawsze wiszą jakieś zlecenia dla asekuracji otwartych pozycji w akcjach. Ustawione stopy pomijam w tych dywagacjach. Manipulanci mogli kupić ostatecznie 5 tys. kontraktów i ma się rozumieć tyle samo, całość - sprzedać na górze. Zakładamy że zakupu dokonano w przemyślanym dołku, na poziomie około 1550 pkt. (było minimum 1530). Aby wybadać jak się zachowa rynek, wykonano pierwszy przekręt techniczny niezarobkowy miesiąc wcześniej.

Sprzedano natomiast 5 tys. po załóżmy 1770.( max był 1790) czyli mamy zysk 220 pkt x 10 zł = 2 tys.200 zł. na kontrakt.

Teraz wystarczy pomnożyć 2.200 x 5.000.

Wychodzi zysk około 11 milionów złotych po cenach z 2004 roku, a doszukano się jedynie trzech w firmie "Cagliari". Wygląda więc na to, że w aferze uczestniczył jeszcze ktoś. Oddać z tego cztery plus wyrok w zawiasach? Czy to się opłaca? No i musiała być podziałka, bo przecież w aferze brało udział grono osób.

      Puenta?

Daytraderzy obyci ze skokami adrenaliny w grze na kontraktach, znający hasło: - „zrywanie stopów”, po przeczytaniu artykułu tylko się uśmiechną.

Tu przypomnę anegdotę o tym, że wszystko jest względne:

      Po sesji o dużych wahaniach spotyka się dwóch inwestorów.

Pierwszy inwestor pyta drugiego: - A co ty taki smutny?

- Przegrałem tysiąc złotych!

- No co ty? Ja przegrałem dziś sto tysięcy i się nie martwię!

- No tak, ale ty grasz milionem, a ten mój tysiąc, to wszystko co miałem.

czwartek, 28 września 2023

Witaj Czytelniku!

 


Wygląda na to, że w moim ulubionym mazowieckim lesie jest już "po grzybach". Jadalne grzyby zniknęły, a pojawiły się za to muchomory, jesienne żabki, no i ma się rozumieć krasnoludki, ponieważ jak wiemy, grzyby wywodzą się z Królestwa Krasnoludków. Do lasu idę ulicą Muchomora.













Jan Sztaudynger

 

Nie trzeba w lesie kląć,

kapelusz trzeba zdjąć,

Mogłyby listki leszczyny

pozwijać się bez przyczyny.

Mogłaby lipa bez powodu

odmówić pszczołom miodu.

Mogłaby osika

ze strachu dostać bzika.

A zając, ten maleńki, zbudzony w środku snów,

mógłby się jeszcze zgorszyć –

nauczyć brzydkich słów.

Nie trzeba w lesie kląć,

kapelusz trzeba zdjąć.

jak najuroczyściej

i posłuchać, co też mówią liście...