Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nanotechnologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nanotechnologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 grudnia 2023

Kontrola nad SI

Część trzecia.


 Bill Joy urodził się w 1957 roku. Nauczył się czytać w wieku trzech lat. W domu się nudził, dlatego ojciec zaprowadził go do podstawówki, gdzie mały Bill wgramolił się na kolana dyrektora i przeczytał mu bajkę z książeczki. Wprawił tym swoim występem dyrektora w tak wielki podziw, że został bez wahań przyjęty do szkoły. Rodzice odetchnęli, bowiem mieli teraz, gdy mały był w szkole, chwile oddechu, ponieważ Joy zadawał codziennie mnóstwo pytań, czym doprowadzał dorosłych do szaleństwa. W trakcie nauki szkolnej, dzieciak jeszcze przeskoczył jedną klasę.

      Jednocześnie dużo czytał, interesował się teleskopami i krótkofalówką. Większość wolnego czasu spędzał samotnie w piwnicy ze słuchawkami na uszach. „Już wtedy byłem dość aspołeczny” – wspomina. Na swój maturalny bal w ogóle nie poszedł.

      Zamiast bliskich przyjaciół miał wielkich pisarzy snujących wizje o przyszłości. Wspomina „Wkładaj kombinezon i w drogę” - Roberta Heinleina, oraz „Ja robot” – Isaaca Asimova. Natomiast w czwartkowe wieczory, kiedy rodzice udawali się do kręgielni akurat nadawano oryginalną serię Star Treka, którą traktował jak widok w przyszłość, pełen przygód w wykonaniu kosmicznych bohaterów, przestrzegających nakazów moralnych spisanych w kodeksie Pierwsza Dyrektywa.

      „Prawo każdego rozumnego gatunku do życia w zgodzie z jego właściwą ewolucją kulturalną uważamy za święte, dlatego też nikomu z personelu Gwiezdnej Floty nie wolno ingerować w prawidłowy rozwój obcego życia i kultury. Za ingerencje uważa się przekazanie zaawansowanej wiedzy, siły lub technologii światu, którego społeczność nie jest w stanie mądrze z takimi korzyściami postąpić. Personelowi nie wolno także złamać Pierwszej Dyrektywy nawet dla ratowania życia i/lub pojazdu kosmicznego, chyba że działanie takie ma na celu naprawę skutków wcześniejszych naruszeń Dyrektywy, lub przypadkowego zanieczyszczenia wymienionej kultury. Niniejsza Dyrektywa stanowi nadrzędne prawo i najwyższe moralne zobowiązanie”.

 

      Bardzo mnie to zafascynowało – wspomina Joy - że w przyszłości dominują ludzie kierujący się moralnością, a nie roboty i tę wizję przyjąłem jako własną. A teraz, w scenariuszu piekielnym pojawia się możliwość, że Ziemianie już dziś złamali Pierwsza Dyrektywę.

     Szesnastoletni Joy studiuje matematykę na University of Michigan i tam odkrywa  fascynujący świat komputerów. Po krótkim czasie podejmuje pracę jako programista pierwszych superkomputerów. Odkrywa niewiarygodną zdolność tych urządzeń do symulowania zjawisk rzeczywistych. Podczas studiów doktoranckich spędza długie nocne godziny w pracowni komputerowej Berkeley na wymyślaniu nowych światów. Wspomina, że program wręcz sam prosił się o napisanie.

     Oto Michał Anioł sportretowany przez Irvinga Stone’a w powieści „Udręka i ekstaza” czuł, że jedynie uwalnia z kamienia posąg (Pietę) odłupując wszystko to co zbędne.

Joy czuł się podobnie ekstatycznie przy tworzeniu programów. Wyglądało to tak, jakby prawda i piękno tkwiły w maszynie od zawsze, czekając aż ktoś je wydobędzie na wolność. Nieprzespana noc była jedynie niewielką ceną za te niezapomniane chwile „ekstazy odkrywania”.

Dziś znaczną część Sieci tworzy sprzęt firmy Sun, a opracowane przez Joya procesory RISC stanowiły do niedawna podstawę wielomiliardowego rynku serwerów.

     Punktem zwrotnym w karierze Billa było poznanie słynnego wynalazcy Raya Kurzweila. Obaj wygłaszali referaty na sesjach Telecosm Conference – w owym czasie najważniejszego zlotu maniaków komputerowych na świecie. Finansiści dysponujący górami pieniędzy przybywali całymi stadami, aby z nabożnym zachwytem spijać wiedzę z ust cyfrowych wizjonerów. Na takim spotkaniu Joy po raz pierwszy usłyszał przepowiednie Kurzweila o komputerach, które zastąpią ludzi na następnym etapie ewolucji. Do tej pory tezę, że maszyny kiedyś osiągną poziom ludzkiej świadomości uważał za niedorzeczną, jednak argumenty Kurzweila były nie do odparcia. Kurzweil forsował scenariusz rajski, a Joy dostrzegł możliwość zaistnienia rzeczywistości odwrotnej, zgodnie z zasadą dualizmu góra-dół. Krzywa zmian może w swym lustrzanym odbiciu zaprowadzić nas albo do raju, albo prosto do piekła. Jak już pisałem, rzecz wyłożył w eseju „Dlaczego przyszłość nas nie potrzebuje”.

       Czytając później maszynopis „Spiritual machines”, znalazł w nim zacytowany przez Kurzweila fragment z prognozami innego autora:

         „Na początek przyjmijmy, że specjalistom komputerowym uda się stworzyć maszyny tak inteligentne, iż będą one wykonywać wszystkie czynności lepiej niż ludzie. W takim wypadku cała praca będzie prawdopodobnie wykonywana przez ogromne, wysokowyspecjalizowane maszyny, a nawet całe systemy maszyn, więc ludzki wysiłek stanie się zbędny i pojawią się dwie możliwości.

    Maszynom pozwoli się na podejmowanie suwerennych decyzji bez nadzoru człowieka.

    Albo ludzka kontrola zostanie utrzymana.

Jeśli maszynom zezwoli się na podejmowanie samodzielnych decyzji, nie sposób przewidzieć rezultatów, ponieważ nie wiadomo, jak owe maszyny mogą się zachować. Wskazujemy tylko, że los ludzki będzie spoczywał w gestii maszyn. Można argumentować, że rodzaj ludzki nigdy nie byłby na tyle głupi, by oddać całą władzę maszynom. Jednakże nie sugerujemy, że człowiek zrobi to świadomie, czy też padnie ofiarą przejęcia władzy przez maszyny. Sugerujemy, że człowiek łatwo mógłby pozwolić na doprowadzenie do takiej zależności od maszyn, że nie miałby właściwie żadnego wyboru, jak tylko zaakceptować ich decyzje. W miarę, jak społeczeństwo i trapiące je problemy stawać się będą coraz bardziej złożone, a maszyny coraz inteligentniejsze, ludzie oddadzą większą część decyzji do uznania maszyn, gdyż będą one sobie radziły lepiej niż człowiek.

     Ostatecznie może nastąpić moment, kiedy decyzje konieczne dla utrzymania systemu staną się tak złożone, że istoty ludzkie nie będą zdolne ich zrozumieć. W takiej chwili maszyny przejmą pełną kontrolę, ponieważ ludzie nie będą w stanie ich wyłączyć, gdyż uzależnienie będzie już tak zaawansowane, że równałoby się to samobójstwu.

    

Z drugiej strony możliwe jest, że kontrola nad maszynami zostanie utrzymana. W takim przypadku przeciętny człowiek będzie mógł sprawować kontrolę nad niektórymi ze swoich urządzeń, takimi jak samochód czy komputer osobisty, lecz kontrola nad dużymi systemami urządzeń spoczywać będzie w rękach wąskiej grupy – elity. Dalej będzie niemal identycznie, jak dzisiaj, jednak z dwiema różnicami.

     W wyniku udoskonalonych technik elita uzyska większą kontrolę nad masami, a ponieważ ludzka praca nie będzie już potrzebna, masy staną się zbędnym, bezużytecznym ciężarem dla systemu, jeżeli elita będzie bezwzględna, może po prostu zdecydować się na eksterminację ogromnej części ludzkości.

Jeżeli elita będzie humanitarna, może użyć propagandy, lub innych psychologicznych bądź biologicznych technik w celu redukowania liczby urodzeń, aż do wymarcia ludzkości, pozostawiając świat wyłącznie członkom elity. Jeżeli elita składać się będzie z liberałów o miękkich sercach, może zdecydować się na odgrywanie roli dobrego pasterza wobec pozostałej części gatunku ludzkiego. Będzie im się wydawało, że potrzeby fizyczne każdego zostały zaspokojone. Wszystkie dzieci dorastają w odpowiednich psychologicznie warunkach, każdy ma swoje hobby, które go zajmuje, a ewentualni niezadowoleni przechodzą „leczenie” eliminujące ich „problem”.

Oczywiście życie będzie tak puste, niedające satysfakcji i pozbawione celu, że ludzie będą musieli zostać poddani biologicznej bądź psychologicznej ingerencji usuwającej potrzebę poczucia mocy, lub przekształcającej ją w jakąś nieszkodliwą namiastkę. Tak przystosowane istoty mogą czuć się w owym społeczeństwie szczęśliwe, lecz z całą pewnością nie będą wolne. Zostaną zredukowane do statusu zwierząt domowych”.

 

       Bill Joy przypomina sobie, z jakim niepokojem czytał te słowa. Kiedy jednak przewrócił stronę, doznał szoku!

Jego niepokój wynikający z czytania powyższego fragmentu zmienił się w ciarki wędrujące po plecach. Oto okazało się, że właśnie czytał urywek z Manifestu Unabombera Theodore’a Kaczyńskiego. (Był wpis o tym wybitnym matematyku, a w czerwcu 2023 podano, że Unabomber umarł w więzieniu).

      Dla Joya Ted Kaczyński był typem godnym pogardy, ponieważ przez siedemnaście lat w kampanii terroru konstruował bomby, które zabiły trzy osoby spośród elit, a raniły wiele innych. Od jednej z takich bomb ucierpiał przyjaciel Joya, David Gelernter, genialny i wizjonerski informatyk tamtych czasów. Także sam Joy, jak i cała grupa jego kolegów czuli, że mogą stać się następnym celem na liście. Nie ulegało wątpliwości, że Kaczyński był luddystą, jednak waga jego argumentów była porażająca.

     Joy pisze: - „z wielką niechęcią, ale jednak musiałem zgodzić się z wywodem Teda Kaczyńskiego. Musiałem stawić temu czoło”.

To niesamowite, w jakim stopniu scenariusz piekielny Joya jest odwrotnym, zwierciadlanym odbiciem rajskiej prognozy Kurzweila i pokrywa się z Manifestem Unabombera Kaczyńskiego.

    Podstawą obu scenariuszy Niebo – Piekło jest krzywa zmian – perspektywa oszałamiającego rozwoju urządzeń przetwarzających informacje dzięki GRIN (Genetyka, robotyka, nanotechnika itd.)

„Obliczenia, które na zwykłym komputerze zajęłyby czas równy wiekowi wszechświata, na komputerze kwantowym będą trwały sekundę. Postęp będzie wykładniczy” – mówił Joy.

     Kiedy ukazała się książka Dexlera o możliwościach nanotechnologii, Joy dosłownie pochłonął jej treść, a w roku 1989 wygłosił referat na pierwszym zjeździe Foresight Institute założonego przez Dexlera.

Zarówno Kurzweil, jak i Joy wyszli od tych samych założeń, jednak różnią się diametralnie co do skutków, które niosą one dla przyszłości.

  Na temat bariery uranu Bill mówi tak: „ Jeśli milionowi ludzi damy do ręki bomby A, czy jest możliwe , aby któryś z nich z niej nie skorzystał?”.

Od opublikowania "Dlaczego przyszłość nas nie potrzebuje?” pesymizm Joya jeszcze się pogłębił. Gdy tylko artykuł ten ukazał się w Wired, nowojorscy wydawcy oferowali mu wielką kasę za rozwinięcie tematu w książkę. Niektórzy autorzy rzuciliby się na okazję, by podszlifować gotowy tekst i nieco go uzupełnić do objętości, która usprawiedliwiałaby przewidywaną wówczas cenę 25 dolarów. Prawa kapitalistycznego rynku są bezwzględne – myśli się o wszystkich aspektach, choć produktu jeszcze nie ma.

      Joy był nieugięty. Nie dlatego, że miał i tak boski nadmiar pieniędzy, ale z powodu upodobania do reguły „ jeśli coś robię, ma to być zrobione dobrze, albo wcale”. I zabrał się do pisania książki. Lata płyną, a książki wciąż nie ma, chociaż Joy intensywnie nad nią pracuje. Zmienia kolejne wersje, uzupełnia dowody. W swoim domu ma już kilka pokoi zapełnionych materiałami zgromadzonymi do jej napisania.

    Za nim są już opracowane trzy wersje robocze, atoli rozwój wydarzeń wciąż go wyprzedza, przez co gotowy materiał traci na aktualności.

       Początkowo zamierzał jedynie odeprzeć ewentualne zarzuty o czarnowidztwo. Jego asystent zbierał wiec argumenty na rzecz tezy, że nie brakuje ludzi złych do szpiku kości, gotowych realizować swoje chore pomysły na zabicie wielkich ilości współplemieńców.

Jak wiemy, najbardziej zaskakujące scenariusze pisze samo życie.

CDN

czwartek, 7 grudnia 2023

Bill Joy

 Część druga o SI.


Czemu Joy mieszka w Aspen? 

Jak sam przyznaje, na pewno nie robi tego dla jeżdżenia na nartach. Także blichtr Aspen uważa za irytujący. Bill Joy mieszka tu od 1989 roku, bo postanowił uciec od znienawidzonej Doliny Krzemowej! A także uciec od tego wszystkiego co dzieje się w innych wielkich miastach Kalifornii – obłędu przerośniętych ambicji, korków i trzęsień ziemi. Część druga.

Stać go było, by szukać spokoju w dowolnym miejscu na świecie. Gdyby tylko potrzebował się przemieścić, firma Sun Microsystems, której był współzałożycielem, wysłałaby po niego Citation X, w owych czasach najszybszy odrzutowiec do prywatnego użytku (max. 1 Mach).

Joy zdradza, co zdecydowało o wyborze Aspen – otóż „jest to miejscowość licząca 6 tysięcy mieszkańców i leży na końcu drogi, dzięki czemu nikt tędy nie przejeżdża, jest tu z dala od zgiełku, oraz mają tu przyzwoitą księgarnię”.

    Joy przyznaje, ze nie czuje się zbytnio członkiem społeczności Aspen. Wygłosił co prawda jeden raz przemówienie w czasie rozdania dyplomów w miejscowym liceum, ale jego nazwisko mieszkańcom nic nie mówi.

 Mieszka w domu niezbyt okazałym jak na miejscowe warunki - ma powierzchnię tylko 500 m kwadratowych. Jak Bill drwiąco tłumaczy, w Aspen za przyzwoity uchodzi dom, w którym same sypialnie zajmują 200 metrów, a powierzchnia niektórych rezydencji dochodzi do pół hektara.

   Domowi Joya daleko do tego, atoli dla niego ważniejsze jest, że „jesienią, pod dziką jabłonką w ogrodzie, układa się do snu zimowego niedźwiedź”.

  Jednak nawet Aspen nie jest dla Billa dostatecznie odizolowane od świata, dlatego nabył rancho Three Maeadows, położone w głuszy zachodniej części Kolorado.

Okolice rancha porastają zarośla bylicy i nieliczne osiki. Pełno tu łosi, jeleni, kojotów i niedźwiedzi. Chata jest malutka – sypialnia ma niewiele większe rozmiary od łóżka, w którym Joy mierzący metr dziewięćdziesiąt z pewnym trudem się mieści.

      Za to prywatny teren otaczający chatkę jest olbrzymi i nie zjawia się tu nikt niezaproszony. Miejsce jest także poza zasięgiem cywilizacji – a więc łączność działa przez satelitę, jest turbina wiatrowa, ogniwa słoneczne. To Bill Joy jest jedną z osób, które nadawały kształt ogólnoświatowej Sieci. Jeszcze w 1978 roku jako doktorant był głównym programistą w projekcie, który później nazwano Internetem. To dyrektor naukowy Sun Microsystems do 2003, twórca procesora RISC.

     Kiedy inni zaczynali dopiero dostrzegać znaczenie komputera osobistego, Joy myślał już o świecie, w którym SI będzie montowana we wszystkim – telefonach, butach, drzwiach i okularach, a wszystkie te urządzenia nawet bez udziału człowieka będą wymieniały ze sobą treści werbalne i niewerbalne w ramach gęstwiny informacyjnej.

     Naczelną zasadą Billa jest prostota – unikanie wszelkiego zadęcia, tudzież otwartość. Odkrył potencjał własnych prac, dzięki czemu wszyscy chętni mogą współuczestniczyć w udoskonalaniu jego pomysłów. Ta filozofia swobodnego dostępu do zasobów źródłowych wprowadzanych rozwiązań technicznych wyraźnie kontrastuje z zaborczością firm w rodzaju  Microsoftu zastrzegających prawnie swoje idee.

      W Dolinie Krzemowej Joy ma reputację człowieka zdroworozsądkowego, nadzwyczaj opanowanego, wręcz flegmatyka.

Dlatego też, gdy w marcu 2002 ten ojciec chrzestny ery informacji zapowiedział „faktyczne wymarcie” ludzkości w ciągu kilku pokoleń, wywołało to szok. Tym bardziej zdumiewającym było, że miałoby to nastąpić za sprawą gwałtownego przyspieszenia postępu technicznego, do którego przecież sam się przyczynił.

     Bill Joy chciał, aby jego ostrzeżenie spełniło podobną rolę, jak słynny list Einsteina z 1939 roku do Roosvelta, w którym donosił o możliwości stworzenia bomby A.

W obszernym, liczącym 24 strony eseju o tytule: "Dlaczego przyszłość nas nie potrzebuje” (esej pisał pół roku) opublikowanym w magazynie „Wired”, napisał jak ku swemu przerażeniu odkrył to zagrożenie dla ludzkości.

    W apogeum internetowego boomu, kiedy twórcy podobni do Joya zajmowali na okładkach magazynów miejsce gwiazd filmu i sportu, jego nawrócenie było gromem z jasnego nieba.

    W eseju czytamy: 

„Pojawią się nowe, potężne środki czynienia potwornego zła. Nastąpi niesamowite dozbrojenie rozmaitych ekstremistów. Genetyka umożliwi stworzenie „białej dżumy”, zabijającej mnóstwo ludzi określonej rasy, pokieruje także naszą ewolucją w ten sposób, że ludzkość rozpadnie się na szereg odrębnych gatunków o zróżnicowanym rozwoju, co podważy ideę równości, stanowiącą kamień węgielny naszej demokracji. Roboty o ponadludzkiej inteligencji sprowadzą życie swoich twórców do poziomu wegetacji zombie. Roboty egzystować będą w sposób dla nas niepojęty, spowodują zatracenie naszego człowieczeństwa.

     Nanotechnologia sprawi, że realny stanie się scenariusz „szarej mazi” – zagłady świata wywołanej przez samoreplikujące się lawinowo maleńkie niezniszczalne nanomechanizmy, wysysające wszelkie substancje życiowe z żywych organizmów, w wyniku czego organizmy żywe przeobrażą się w bezpostaciową masę.

     Szara maź to wyjątkowo przygnębiająca wizja końca ludzkiej przygody na Ziemi – pisze Joy – znacznie mniej przyjemna od zlodowacenia planety, wojny jądrowej, czy innej globalnej katastrofy wywołanej jakimś nieudanym eksperymentem.

      Co gorsza, po raz pierwszy stanie się możliwe, lub zamierzone, wywołanie takiego kataklizmu przez pojedynczych ludzi, gdyż wystarczy do tego sama wiedza.

Do produkcji bomby A potrzeba zaawansowanych technologii i rzadkich surowców, a to jest dopiero w zasięgu jakiegoś „zbójeckiego państwa”, natomiast dzięki GRIN, dysponujący dobrze wyposażonym laboratorium biologicznym, w miarę inteligentny, rozgoryczony samotnik, czy też osoba gotowa ponieść męczeńską śmierć dla jakiejś poronionej idei, jest w stanie spowodować więcej ofiar niż w jakimkolwiek tradycyjnym scenariuszu.

     Ten rodzaj broni Bill Joy nazywa „bronią masowego rażenia opartą na wiedzy”. Szczególnym niepokojem napawa Joya zdolność takiej broni do samoreplikacji. W przeciwieństwie bowiem do broni A, stworzone genetycznie patogeny, superinteligentne roboty, maleńkie nanotechnologiczne asemblery i oczywiście wirusy komputerowe raz wypuszczone, będą powielać się tryliony razy i trudniej je będzie powstrzymać niż komary roznoszące zarazę.

     Sednem mojego scenariusza, który nazwałem piekielnym, jest pogląd, że wystarczy jeden nierozważny krok, żeby doprowadzić do zagłady ludzkości.

   Mamy jedyną realistyczną alternatywę, aby do zagłady nie doszło – jest to samoograniczenie się: - zarzucenie niebezpiecznych rozwiązań technicznych i niepodejmowanie dalszych badań w niektórych obszarach wiedzy. I nie mamy tu żadnego wyboru, jest to równie nieuniknione jak śmierć i podatki. Mamy problem i ten problem doprowadzi do naszej zguby”.

czwartek, 7 grudnia 2017

Technolucja

A cóż to takiego?

Ano technika, rewolucja i Miss Ewolucja ze swoją torebką, a wszystko w jednym!
Wydaje mi się, że to słowo wymyślił amerykański papież sztucznej inteligencji - Ray Kurzwell.
Dobry znajomy Stephena Wolframa.

Kurzwell pisał: - ”Ewolucja, która w sposób wykładniczy nabiera tempa, płynnie przechodzi w postęp techniczny, a technika będzie ze swej strony rozwijać nową technikę.
Ponieważ technika jest kontynuacją ewolucji, tempo jej rozwoju również wzrasta wykładniczo”.

Jednak błędem byłoby twierdzenie, że dorównaliśmy naszymi umysłami miss Ewolucji.
Bo azaliż kto ukształtował nasze umysły?

W każdym razie Technolucja już odciska piętno na naszym życiu, gdziekolwiek przebywamy i cokolwiek robimy.
Postęp technologiczny jest bowiem procesem nieuchronnym.
        Ewolucja technologiczna raz puszczona w ruch, nabiera coraz szybszego tempa.
Postęp, jaki dokonał się w ciągu ostatnich stu lat, odpowiada temu, co dokonało się w poprzedzającym go tysiącu lat.
Następne dziesięć lat wykaże się przyrostem porównywalnym ze stuleciem.
         Zgodnie z prawem Moore'a moc obliczeniowa komputerów wzrasta wykładniczo. Już bardzo niedługo przyjdzie moment, że warstwy izolacyjne w tranzystorach zredukują się do granicznej grubości kilku atomów.
A wtedy prawo Moore'a znajdzie zastosowanie w nowej technologii procesorowej – komputerach kwantowych.

Coraz szybciej kręci się spirala niewyobrażalnego.
W ciągu nadchodzących kilku dziesięcioleci, mało kto należący do zachodniej hemisfery, będzie żył bez protetyki komputerowej.
       Neuroimplanty będą nam pomagały słyszeć, widzieć i myśleć, a patogeny komputerowe będą stanowiły większe zagrożenie zdrowotne niż zawał, czy nowotwór.
Jednocześnie jednak każdy średnio uzdolniony terrorysta będzie potrafił wyprodukować broń biologiczną i to w byle jakim miejscu.

Zamożni ludzie będą wydawali na świat wymarzone dzieci, ale na wszelki wypadek będą kazali je klonować.
       Radykalne nowości z dziedziny nano- i femtotechnlogii będą kusić obietnicą nieśmiertelności, azaliż pod warunkiem, że opuścimy swoje ciało i połączymy się ze sztuczną inteligencją.
Maszyny rozwiną świadomość i staną się bardziej ludzkie od ludzi, a ludzie staną się maszynami....

Tyle wizja.
A jaka jest rzeczywistość?

Większość Europejczyków mało interesuje się nauką, połowa Niemców nie wierzy w prawdy głoszone przez naukowców, a dzieci z Manhattanu rysują sześcionogie kury, ponieważ mama zawsze kupuje kurze udka w sześciopaku.

Technologia rozszerza nasze zmysły – na przykład wskaźnik laserowy, używany podczas wykładu. Przecież jest to przedłużenie światłem palca wskazującego.
Telewizja? - Patrzymy poza granice kraju oczami, które zwykle widzą na odległość kilkuset metrów.

Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy stuprocentowymi dziećmi Technolucji, bez niej nie potrafilibyśmy już żyć. Jest to droga do przystosowania się do warunków sztucznych stworzonych przez nas samych.
       Jednym z najbardziej interesujących związków technologii z ewolucją jest bionika, w tym bionika morska.
Ona najdobitniej wskazuje, dokąd to wszystko zmierza.
                  
Na przykład technologia kałamarnic pomaga w produkcji ekranów komputerowych i tablic ostrzegawczych w tunelach, reagujących na substancje toksyczne.
Samooczyszczające się umywalki zawdzięczamy niezwykle gładkiej skórze delfinów.
                  Delfiny w ogóle dostarczają bionikom wiele radości.
Na przykład bezprzewodowa łączność pod wodą, przez lata
doprowadzała akustyków na skraj szaleństwa, ponieważ sygnały pod wodą odbijały się wielokrotnie i nakładały na siebie.
                        Delfiny natomiast porozumiewały się bez problemów i to na ogromne odległości, ponieważ „śpiewały” - czyli nieustannie modulowały częstotliwość nadawania.
Gwiazda bioniki – Rudolf Bannasch zbudował dzięki delfinom śpiewający nadajnik i wreszcie można się zrozumieć bez żadnych interferencji.
                           Mikroroboty

To, co przed laty zaczęło się od bezprzewodowych podwodnych sond o długości do trzech metrów, osiągnęło fazę miniaturyzacji i inteligencji.
         Oto już w 2007 roku morza i oceany przemierzała flotylla maleńkich siedmiocentymetrowych zwiadowczych U-bootów, umiejących podejmować samodzielne decyzje, wymieniać między sobą informacje i przekazywać dane satelitom.
          Te robociki mogły już dziesięć lat temu zanurzyć się na sześć kilometrów i działać przez 60 godzin.
Opisywane fakty docierają do nas z wieloletnim opóźnieniem. Można się tylko domyślać, co dzieje się dziś w tajnych laboratoriach.
Pisząc o sztucznej inteligencji, mam zawsze podobne refleksje: - ciągły postęp i to wykładniczy, roboty budują następne coraz doskonalsze roboty, sztuczna inteligencja staje się coraz mądrzejsza.
Wykładniczo mądrzejsza.
       Nieuchronny jest więc moment, kiedy ta sztuczna inteligencja stanie się mądrzejsza od swych twórców.
Nastąpi oświecenie i sztuczna inteligencja zrozumie, że największe niebezpieczeństwo dla jej istnienia stanowi człowiek.
         Bo po pierwsze primo: - człowiek jest nieprzewidywalny i w każdej chwili może spowodować nuklearny holocaust.
         Po drugie primo: - człowiek może zatrzymać lub nawet cofnąć rozwój sztucznej inteligencji, kiedy zorientuje się, że właśnie został zakwalifikowany do wirusów, na dodatek złośliwych.
        Po trzecie primo:: - mądre roboty osiągną taki stopień doskonałości, że człowiek stanie się dla niej balastem, gdyż od pewnego momentu będą mogły rozwijać się zupełnie samodzielnie.
Co więc powinna zrobić ta sztuczna inteligencja, mądrzejsza od człowieka, kiedy dojdzie do zasygnalizowanych powyżej wniosków?

Teraz następuje tak zwane Finito.

Najsampierw kilka miłych zdjęć.






Wiadomość: - wyjeżdżam.

Świątecznym Metrem Nocnym jadę najpierw w kierunku Młociny. Potem będę dostępny - ”kontakt do autora” - albo mail prywatny, ponieważ bez komputera już nie wyobrażam sobie egzystencji niestety.
Tak porobiła Technolucja.
A od serca: - Czytelnicy! Jesteście moim lustrem!.

Przecież widzę kto i skąd mnie czyta, nie musicie odpisywać (ale gdyby się zdarzyło – byłoby miło i odpiszę. Każdemu odpiszę. Tylko nie Anonim – proszę o adres priv)).
       W każdym razie wczoraj było trzysta wejść na stronę, a więc wiem, że nie piszę do ściany.
Jest to trzykrotnie mniej, niż wtedy, gdy pisałem wiele o pieniądzach, ale szokująco dużo, kiedy się pomyśli, że teraz piszę znacznie więcej o duchowości.
        Bo nie da się się tak naprawdę oddzielić materializmu od duchowości.
                                  Niech Moc będzie z Nami.