Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strażnicy tajemnic III Rzeszy.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strażnicy tajemnic III Rzeszy.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2011

Strażnicy Tajemnic III Rzeszy - cd

Nie ma na świecie człowieka, który chociaż raz nie marzył o znalezieniu skarbu. Nieważne jakiego. Bo w szukaniu tkwi tajemnica: nie chodzi o to w końcu by znaleźć, ale o to by szukać. Śnią się skrzynie pełne złota, tajemne znaki i mapy, i często zupełnie zwykli ludzie stają się w jednej chwili zapaleńcami! Pełnymi energii, nie mogącymi usiedzieć na miejscu. Tak jak pisałem, w poszukiwaniach tkwi niesamowity romantyzm i magia. A jak się spotka człowieka, który wiele widział i potrafi opowiadać? Bakcyl poszukiwacza murowany. Książkę „Szatan z siódmej klasy” znają pewnie wszyscy. Zameczek w Ciepłowodach niedaleko Ząbkowic Śląskich. Po wojnie dom wypoczynkowy nauczycieli. W 1985 r. wykwaterowano z zamku ludzi, aby przeprowadzić remont. Pojawił sie tajemniczy gość, który poprosił zarządzającego zamkiem, o drzwi. Stare drzwi, mocno zniszczone, jak i cały zameczek. Kierownik PGR, który był zarządcą, oddał drzwi bez zastanowienia. Po kilku miesiącach zaczęli przyjeżdżać nieproszeni goście i zostawiali za sobą dziury po opróżnionych skrytkach. Na piętrze, na parterze, w piwnicach. W 1986 r. przyjechał do Ciepłowodów mężczyzna z rodziny, która była właścicielem zamku. O co pytał? O drzwi oczywiście. O drzwi, których już nie było. Gdy się dowiedział o tym, zemdlał. Ocucono go, wtedy powiedział tylko, że były w nich plany wszystkich schowków. Odjechał zabierając domowy skarbczyk: porcelanę, zdjęcia.... dla rodziny bezcenne pamiątki. Na terenie Dolnego Śląska Niemcy ukrywali rozmaitości. Także zawartość bankowych sejfów i inne kosztowności, które miały w przyszłości zasilić nazistowskie państwo. Wiele z tych skrytek nie zostało nigdy odnalezionych i nie zostanie odnalezionych. Dlaczego? Bo szeregowych uczestników biorących udział w ukrywaniu – likwidowano. Albo zasypywano w podziemiach żywcem. Tajemnicę o miejscu ukrycia znał zwykle jeden wyznaczony, wyższy oficer, który składał przysięgę milczenia. Zdarzało się, że ten jedyny świadek ginął. I zabierał ze sobą tajemnicę do grobu. Na Dolnym Śląsku szukaliśmy więc: ukrytych dzieł sztuki, podziemnych fabryk, magazynów, oraz tak zwanego „złota Wrocławia”. Pod koniec 1944 roku, Niemcy zaczęli gromadzić we wrocławskim Prezydium Policji ( dziś budynek komendy Policji przy Podwalu) depozyty ludności cywilnej i zakładów jubilerskich, oraz walory dewizowe wielu instytucji.. Było to zapakowane w 56 zamykanych hermetycznie żelaznych skrzyń o wadze do 300 kg każda. Nic byśmy nie wiedzieli o całej sprawie, gdyby nie aresztowanie w 1953 roku Herberta Klose. Był weterynarzem, podejrzewano go o przynależność do Wehrwolfu, hitlerowskiej organizacji podziemnej. W czasie śledztwa i nie oszukujmy się, również tortur, Klose przyznał się, do przynależności do niemieckiej policji. Opowiedział o ukryciu wrocławskiego złota. Miał stopień hauptmana. Listopad 1944. Do Niemiec wkroczyli już Amerykanie, na linii Wisły stali Rosjanie. Hitlerowcy liczyli, że nawet po wojnie Śląsk nie zostanie oddany Polsce. Wszystko miało zostać na niemieckiej ziemi. Wytypowano pięć miejsc do ukrycia: Wielisławka, Cieplice, rejon Małego Stawu pod Śnieżką, zamek w Grodźcu, oraz góra Ostrzyca koło Proboszczowa. Ale najważniejsze jest szóste miejsce: góra Ślęża koło Sobótki. Była połowa stycznia 1944, zarządzono ewakuację miasta ze „ zbędnej ludności cywilnej”. W mieście działy się dantejskie sceny. Trwały walki na dworcu o dostanie się do ostatnich pociągów odjeżdżających na zachód. Inni, kierowali się przez Oporów, w kierunku Kątów Wrocławskich. Chaos. Ginęły tysiące ludzi, na drogach ostrzeliwanych przez Rosjan. I w takim właśnie momencie rusza transport 23 skrzyń w stronę Karpacza i małego Stawu. W okolicach „Samotni”, gdzie przeładowano złoto z samochodów, Klose spadł z konia i trafił do szpitala. Dzięki temu przeżył. Bo złoto dobrze ukryto, a świadków zabito. Wykonane w latach osiemdziesiątych badania radjestezyjne, wykazały istnienie w Białym Jarze starych wyrobisk kopalnianych, oraz obecność w nich ponad tony złota. Maskowanie wlotów sztolni jest bardzo mozolne i wymaga dużej wiedzy saperskiej. Niemcy wiedzieli,że nikomu nie będzie się chciało bez ciężkiego sprzętu, zaczynać kosztownej pracy odgruzowania. Tym bardziej, że wcześniej należy rozbroić miny. Jest wiele relacji świadków, które mówią o o tajemniczych transportach od pażdziernika 1944, skierowanych do lochów twierdzy w Srebrnej Górze, Kłodzka, sztolni Sobótki i Złotego Stoku. Utrzymanie tajemnicy polegało na zabijaniu świadków, albo jak w przypadku Leśnej zostawiano ich w zawalanych sztolniach. Do Leśnej dotarła Specjalna grupa operacyjna MSW w 1980 r. i odkryła ten fakt.

Kompleks „Riese”. Kilka razy Gruby wyrwał mnie z objęć kostuchy. Dopiero po tych kilku razach dotarło do mnie, żeby nie wyrywać do przodu. Lubię ryzyko, albo mam potrzebę podnoszenia sobie adrenaliny. Ok. Trzydniowa wyprawa. Powinniśmy być już nieżle zmęczeni, ale jesteśmy grupą pasjonatów, zapaleńców. Śpimy po dwie godziny i ..... do przodu ! Przypomiał mi się ten moment gdy byłem w Gdańsku wieczorem kilka dni temu. Dni Bursztynu ? Wieczór. Atmosfera super. Klimaty tak zwane. Ostatnia uliczka na prawo pusta. Widać łagodny zakręt po 150 metrach. Latarnie dają ciepłe światło. I nagły przeskok pamięci do Tuneli! Doszliśmy do Dyspozytorni. Gruby sprawdził tablicę rozdzielczą. Pociągnął za hebel. Zapaliły się ciepłym światłem lampy w 150 metrowym odcinku tunelu, na końcu łagodny zakręt, jak w Gdańsku. I myśl: Niemcy zgasili światło w styczniu 1945, minęło 50 lat. To ja jestem przy zapaleniu światła przed Sezamem! Jestem z grupą Zakręceńców o krok od .... skarbu? Można wyłączyć latarki. Czujemy Chwilę. Chwilę szczęścia. Nikogo nie było tu od 50 lat. Wchodzimy w zakręt korytarza. Widać wysadzone stalowe drzwi. Wiszą na jednym zawiasie. I po szczęściu ! Sala – magazyn. Były tu obrazy w złoconych ramach, pewnie rabowane w muzeach Europy. Były. Bo teraz są same ramy. Setki ram. Płótna wycięte starannie. Chodzimy smutni wśród pustych ram, leżących wszędzie. Ktoś nas ubiegł. Jeden z kolegów znajduje na podłodze niemiecką gazetę, bodaj Frankfurter Allgemeine. Data ? Kwiecień 1968 r. Niemcy przyszli 23 lata po wojnie, po „swoje”. Czyli my spóżniliśmy się odrobinkę, bo jest rok 1995. A więc znowu tajemnica liczby 23?

wtorek, 4 października 2011

Strażnicy Tajemnic III Rzeszy




W każdej dziedzinie, w której działałem, lub działam, mam wrogów. Widocznie tak musi być. Wchodzenie do Tuneli w Górach Sowich, to była jedna z moich pasji. To już za mną. Grupa poszukiwaczy skarbów, która początkowo liczyła 8 osób, stopniała do trzech. Postarzeliśmy się, bo ta przygoda trwała 15 lat. Ale przeżyć wspaniałych, podnoszących adrenalinę nikt nie odbierze. Co tydzień zamieszczę jeden rozdział z książki, którą zacząłem pisać. Jest 13 rozdziałów. Zamieszczałem je w jednym z blogów. Dostałem trzy ostrzeżenia, żebym więcej nie pisał. Dwa zbagatelizowałem. Trzecie jest wystarczająco poważne, podporządkowuję się więc i zaprzestaję pisania dalszego ciągu.------STRAŻNICY TAJEMNIC III RZESZY – rozdział pierwszy. Opowieść zaczyna się w 1967 roku na Mazurach, w nadleśnictwie Olsztynek. Jestem studentem wydziału Leśnictwa SGGW z Warszawy. Przyjechałem na praktykę, na Harleyu z 1943 roku, wymalowanym w kwiatki. Na uczelni mam już złą opinię za buntowniczość i jawną krytykę systemu. Przyjeżdżałem na swym kolorowym motocyklu w mundurze na zajęcia w Studium Wojskowym. W kasku czołgowym z „ Czterech Pancernych”. Zajeżdżałem z fasonem przed samo wejście do uczelni na rogu Rakowieckiej i Alei Niepodległości. Robiłem wyraźną furorę wśród młodszych studentów, a zwłaszcza studentek. Tymczasowo byłem tolerowany, chociaż tuż przed wyjazdem odmówiłem zapisania się do Związku Młodzieży Socjalistycznej. I to nie byle komu odmówiłem, bo dziekanowi. Stwierdziłem, że ZMS jest organizacją podobną w indoktrynacji do Hitlerjugend. A dziekan był wyjątkowo prorosyjski. Często wyjeżdżał do „przyjaciół”. Opowiadał o tym piejąc z zachwytu. Reakcja dziekana była gwałtowna - o mało go nie trafił szlag. Motocykl kupiłem za osobiście zarobione pieniądze. Miałem głowę do interesów, oraz kolegów z „dobrze ustawionych” domów. No bo kto miał mieć dobrze, jak nie uczniowie elitarnego męskiego liceum im. Tadeusza Reytana ? Kupowałem płyty gramofonowe od Janusza Zaorskiego. Płyty trudno dostępne na rynku. Płyty sprzedawałem jak świerze bułeczki, a pieniądze szły na Fabulos – ilustrowane pismo o zespołach muzycznych młodzieżowych, Beatlesi, Rolling Stones, Manfred Man itd. Pisma kupowałem od kolegi z Reytana, który miał rodzinę w Anglii. W jednym piśmie było do dziesięciu dobrych zdjęć na całą stronę. Sprzedawałem pojedyńczo. Po pół roku pojechałem do Siedlec, gdzie w stogu siana gospodarz znalazł ukryty motocykl Harley XA z niezwyłym silnikiem typu boxer { z cylindrami ułożonymi płasko naprzeciw siebie }. Gdy dowiedziałem się, że motor ten przeznaczony był dla wojsk walczących na pustyniach Afryki przeciw oddziałom Rommla, zakochałem się w nim. Miałem silny ciąg do militariów. Model ten miał wał napędowy zamiast zawodnego łańcucha. Wyprodukowano tylko niecały tysiąc tego modelu. Biały Kruk motocyklowy jednym słowem. Ląduję u jednego z leśniczych, w Tymawie. Malownicze, dzikie jezioro. Wiosna. Płynę łódką z dwojgiem dzieci leśniczego. Opowiadam coś zawzięcie. W pewnym momencie mówię : wiecie co ? mówmy sobie po imieniu, mam przecież tylko 19 lat a wy 10 i 11. Dziewczynka dziesięcioletnia na to : - ja się nie zgadzam, bo pan jest dla mnie za stary ! Jakie wszystko jest względne. Oto w wieku 19 lat, dowiedziałem się, że jestem stary. Podpływamy do trzcin po drugiej stronie jeziora. Słońce grzeje. Patrzę w wodę obok łódki. Więcierze ! Pełne szczupaków. Wielkich. A jest jeszcze okres ochronny – wiem to, bo wtedy byłem wędkarzem. No to czas na dobry uczynek. Dam nauczkę kłusownikom. Wyciagam więcierze, jeden po drugim i wypuszczam mamusie szczupakowe pełne ikry. Triumfalny powrót do leśniczówki. Ale co to ? Leśniczy zobaczył mnie wchodzącego na podwórko z więcierzami i załamał ręce ! Józek, krzyknął do najstarszego syna, - weż więcierze od naszego studenta i zanieś do Kwiatkowskiego, przeproś go i powiedz, że wieczorem przyjdę z butelką. A do mnie powiedział : - Wsiadaj na motor, ja siadam z tyłu, pokażę ci coś. Przejechaliśmy kilka kilometrów. Mielno – kilkanaście poniemieckich domów na wysokim brzegu nad jeziorem. Jednakowy układ budynków, fajansowe studnie, fajansowe poidła. Jedziemy za osadę, na skraj lasu. Leśniczy poleca wyłączyć silnik. Polana. Nic tu nie ma. Tylko dziwnie duże pokrzywy. I od razu skojarzenie – takie same miejsca widziałem w Bieszczadach, w miejscu popalonych domostw ukraińskich. Pokrzywa towarzyszy ludzkim siedzibom. Leśniczy opowiada : - był tu zaraz po wojnie taki sam człowiek jak ty. Zapowiedział, że zrobi porządek na tym terenie. Był gajowym. Zaczaił się w lesie. Złapał kłusowników. Prowadził ich szosą z rękami w górze do samego Olsztynka. I doprowadził. Oddał zarekwirowną broń. Nieszczęście gajowego polegało na tym, że komendantem posterunku milicji był teść jednego z kłusowników. Rano gajowy wyjeżdżał na objazd lasu willisem { angielski samochód terenowy wojskowy z demobilu}. Chodż, zobacz. Tu na skraju polany leży wrak. Tyle zostało z willisa. A teraz policz przestrzeliny. Liczę. 37. Klaiber 9 mm. A więc ze schmeissera strzelano. Magazynek ma 20 szt. Więc licząc ostrożnie, bo część kul poszła < panu bogu w okno >, strzelało przynajmiej trzech i to bardzo celnie. Dobrze główkujesz, młody – leśniczy na to. A na końcu przygrzali mu z panzerschrecka. Dom podpalili. Byłem tu pierwszy na miejscu, wracałem akurat z nadleśnictwa, jak zaczęła się strzelanina, a właściwie egzekucja. Nie było co pochować, tak go rozniosło. I po co to było ? Był w AK, przeżył Powstanie, a tu marnie zginął, bo chciał naprawiać świat. Dlatego ty się zastanów, młody, czy chcesz walczyć z ludżmi, którzy mają na bakier z prawem. A teraz pojedziemy do mojej fabryki, zakończył. Po kilku następnych kilometrach, szosa opada, widać po jej obu stronach jeziora, a potem jest stromy wjazd na zbocze. Przesmyku broni czapa niemieckiego bunkra. Na stalowych drzwiach olbrzymia kłódka z napisem : < Wojsko Polskie >. Leśniczy mówi : wojsko polskie, a ja mam klucz. Zdejmuje kłódkę. Kręci kierownicą. Wchodzimy. Przedsionek. Leśniczy chwyta za hebel – włącznik i zapala światło! Pyta mnie ; odważny jesteś ? Wejdż do windy amunicyjnej, a ja ciebie spuszczę na piąty poziom do magazynów amunicyjnych. Ciarki przechodzą mnie po grzbiecie. Co tu jest grane? Skąd tu prąd 20 lat po wojnie ? I myśl : - pewnie na dole trzymają Niemca, który kręci pedałami dynama ? To w każdej chwili może przestać krecić i winda się zatrzyma! Nie, lepiej nie ryzykować. Leśniczy się uśmiechnął. Schodzimy po schodach. Drugi poziom jest już poniżej lustra wody, a tu sucho, nawet pył na ścianach. Jak ci Niemcy budowali? Coraz silniejszy smród zacieru, bo ta „fabryka” leśniczego, okazuje się bimbrownią. Dlatego ciągle chodził „podcięty”. Chcesz spróbować produkcji? Pyta. Dziękuję, nie – odpowiadam. Wtedy nie brałem jeszcze do ust alkoholu – uraz po domu pijackim, oraz byłem sportowcem. No to zajrzyj młody, co jest obok. Zaglądam. Niemiecki ordnung. Skrzynki z handgranatami- tłuczkami do kartofli, zapełniają pomieszczenie po sufit. Brakuje tylko kilkunastu. Leśniczy bierze granat, odkręca zawleczkę, jest już nieżle pijany! Cofam się. – Nie bój nic, ja sam w strachu, mówi śmiejąc się. Jak nie urwiesz tego jedwabnego sznureczka umocowanego do rękojeści, nic się nie stanie. { tyle już wiem, dwa dni temu widziałem jak do sklepu w Tymawie przyszedł jeden pijany z polskim granatem obronnym, cytrynką, inni też byli pijani, bo po to przychodzili przed sklep. Myślałem, że to żart, że to atrapa, dlatego obserwowałem spokojnie, nie bojąc się. Wyperswadowali mu po dłuższych namowach puszczenie ściśniętej łyżki. Bo wyjętą zawleczkę trzymał w zębach. Odebrali ostrożnie granat aby nie zwolnić łyżki, włożyli zawleczkę. Wtedy ktoś uderzył porządnie tego od granatu. Uderzony upadł znokautowany. A towarzystwo wróciło do picia. Ten granat sieje odłamkami na 200 metrów. Po tym zdarzeniu zacząłem uważać, na to, co się wokół mnie dzieje}. ----Po urwaniu masz trzy sekundy, żeby rzucić. Głuszymy tym ryby, a także rzucamy w Sylwestra. Patrzę na datę produkcji, listopad 1944. W każdym domu w Tymawie jest pod ręką parę takich tłuczków - < na wszelki wypadek> - kontynuuje leśniczy. Jak podpadniesz komuś, zamiast do jeziora, wrzucą ci granat do łóżka. Warto zadzierać? A ja mam dziesięcioro dzieci, za „przymykanie oczu” dostaję jeszcze parę złotych. Ale najważniejsze, że żyję! Nie tak, jak ten gajowy z Mielna. Musisz sobie, młody, zadać pytanie: czy chcesz walczyć z takim światem? – zakończył. Przypomniałem sobie regułę, którą zaszczepił mi mój ojciec : < Albo robić coś dobrze, albo dać spokój >. I w tym momencie straciłem serce do leśnictwa. Ono czekało tylko, żeby je dobić. A to stało się niedługo potem. Podziemny kabel elektryczny natomiast, był doprowadzony do bunkra z Olsztynka

poniedziałek, 3 października 2011

Post od longterma, początkowo niezaakceptowany



- co mam Tobie odpowiedzieć? banalnie, że mi miło? Widzisz, ja żyję na kredyt od Boga...Byłem w śmierci klinicznej w 1995 roku...Wypadek. Nie chciałem wracać....Było dobrze...nic mnie nie bolało....Bo byłem nie wiadomo gdzie. Serce stanęło na jedną minutę, a ja ....wciągneły mnie kolorowe kręgi, ciemne, potem coraz jaśniejsze, to była kolorowa rura....pełna pędu, tunel do Nieba...zacząłem o tym pisać, dopiero pierwszy rozdział, bo zacząłem pisać jednocześnie Strażników III Rzeszy, oraz Ogród Dobrych Myśli. Chociaż....nic nie piszę od kilku miesięcy, nie chce mi się teraz. Może to jest tak, jak mówił Osho: jeśli jesteś twórcą, malujesz, rzeźbisz, tworzysz - piszesz, tylko wtedy tworzysz, gdy cierpisz, gdy masz dziurę w sercu i tym pisaniem - tworzeniem usiłujesz ją zakryć. Uprawiałem ogród, ogród na 8 ścieżek feng - shui. Tam włożyłem cząstkę serca, to poezja, to prawdziwa twórczość i miłość. I pisałem jednocześnie. Ale widocznie robiłem to z powodu wewnętrznego rozdarcia, poszukiwania szczęścia na zewnątrz? - Bo robiłem jednocześnie wiele rzeczy, żeby odejść z tego miejsca, gdzie był ogród. Nie poznasz chwały życia, jeśli nie usłyszysz: "kocham ciebie takiego, jaki jesteś". Z tego wniosek, że przestałem pisać, rzeźbić, do malowania olejem wogóle nie wróciłem, dlatego, że odnalazłem szczęście. Z pewnością dzięki OSHO. Ono było we mnie od zawsze. Chyba powiedziałem do siebie sam: kocham cię Zbyszku, takiego, jaki jesteś.....A jestem przecież tylko zwykłym grzesznikiem. Bóg czeka na zwykłych grzeszników z otwartymi ramionami. Na obrazku widać jak robię zdjęcie.
W dniu 2 października 2011 23:48 użytkownik napisał:
Witam,

Chciałem na wstępie pogratulować Ci trafnego przekręcenia się na jasną stronę mocy. Powiem szczerze że wiele osób kwestionowało że przyznałem Ci pozycję lidera polskich blogerów niezależnych (oczywiście po mnie ale ja przez skromność sam siebie nie wystawię:)). Myślę że zasługujesz na te pierwsze miejsce w pełni i przy tym wydajesz się być osobą wyjątkową, na jaką nasze pokolenie czekało z utęsknieniem. Mentor i filozof na jakiego czekaliśmy, my naiwni gracze giełdowi.

--
Pozdrawiam

Longterm