Ludzie sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie brali pod uwagę, że umrą. Inni tak, a nawet jak najbardziej! Oni nawet powinni umrzeć, tylko nie ja. Mnie śmierć omija właśnie i mnie ominie całkiem, tudzież zupełnie.
2026 rok. Opolskie. Paralotniarz spadł na cmentarz
i tam zabił się.
Tradycja
Mam prawo pisać o sobie, czyli przygotowania do pierwszego listopada kiedyś.
Kilka dni przed terminem ustalam z moją drugą żoną harmonogram postępowania, czytaj: instrukcję użytkowania.
Mamy odwiedzić cztery warszawskie cmentarze. Nie będę
wymieniał ich nazw bo po co. Ustalamy kiedy ruszamy, co potrzeba, aby wśród
naszych umarłych bliskich wzniecić wzmożenie. Znicze, wieńce, chęć - niby wszystko na miejscu. Niby, więc
rozwiewamy ostatnie wątpliwości:
- Znicze? – pyta
żona.
- Mamy 24 – odpowiadam.
- Mało – słyszę
- dokup do 48.
Mam zadanie - wykonuję.
Następnie ustalamy co będziemy jedli przez te
zbliżające się wiekopomne trzy dni 30, 31 października i pierwszego listopada.
Wychodzi na bigos nieśmiertelny, coroczny. Więc gar
duży, tam się pichci, ja mieszam, druga żona miesza. Koty nie mieszają. One mają
w dupie głęboko wszystko wokół. A jest tych kotów trochę.
Za moją zgodą, żeby nie było niedomówień.
Bigos
gotowy, samochód wyładowany pod dach badziewiem cmentarnym: - liguster,
marcinki, pierdzinki itd.
Następuje
wczesno poranny udział w karnawale cmentarnym poprawiania nastroju
nieboszczykom za pomocą udręczenia żyjących. Jeden cmentarz, poprawka na drugi
cmentarz, jeden wujek, druga ciotka, trzecia ciotka i finito nocne.
Zjadamy odgrzewany
bigos z gara. Nieco się przypalił, jako że uczestnicy zgłodnieli i przyspieszali podgrzewanie,
ale nic to.
Start do
dnia drugiego.
Powaga, smutek, bowiem podobno umarlaki nie
tolerują śmiechu. Wytrwaliśmy. Minął kolejny dzień i dawaj do bigosa. Teraz my spowolnieli,
więc się nie przypalił. Zjedliśmy i zmęczeni posnęli, po sprawieniu licznego obrządku
kociego.
Budzi się Dzień Centralny 1 listopada. Tradycja.
Szykujemy się do głównego uderzenia – dziś podobno
będą wszyscy czczący tradycję.
Tym razem
Bródno. Mamusia żony tam leży, dlatego to miejsce najważniejsze. Moja mamusia,
znaczy jej powłoka leży gdzie indziej, ale to kolejność drugorzędna
(drugorzędna kiedy się zgadzasz na takie traktowanie).
Oto wiekopomny dzień nastał i samochód stawiam jak najbliżej,
gdzie wolno. Ale i tak jest to dość daleko. Idziemy. Wiązanki, znicze, znaczy
coś niesiemy. Tłum gęstnieje, zbliżamy się do bramy od Wincentego.
I nie
wiadomo kiedy, znajduję się w kleszczach tłumu. Ani zipnąć. Wiązanka poszła w
górę z jedną ręką, a druga ręka z reklamówką ze zniczami została w dole i dalej
ani rusz w tym ścisku. Ciżba mnie niesie. Dosłownie. Nawet miłe uczucie i pomyślałem że gdybym
nogi poderwał to może jak w lektyce by mnie niosło dalej? Ale do śmiechu jak się
okazało nie jest, bo ja stosunkowo młody, a tu staruszka krzyczy:
- Ratunku!
Wody! Ludzie pomóżcie! But zgubiłam, duszę się i chyba ja umieram, zwymiotuję, albo cóś podobnego!
Ciżba
niesie mnie do murowanej bramy, za którą jak wiem z doświadczenia, będę już
mógł odetchnąć rześkim powietrzem cmentarnym, przesyconym mgłą, tudzież zjadliwymi dymami ze
zniczy.
I zaprawdę powiadam Wam: - teraz czuję się normalnym człowiekiem, myślimy z żoną podobnie, a tradycję zostawiamy tym, którzy jej potrzebują.
Nagrobek Ellen Shannon z Girard, Pennsylvania:
Spłonęła 21. marca 1870
w wyniku eksplozji lampy
wypełnionej Niewybuchającym Olejem Danforth’a.
