piątek, 6 marca 2026

Grzebień


- Wiesz Rzepciu, tego jarzębatego kogutka zostawimy na chowanie – powiedziała mama.

I Rzepcia zaniosła piszczący kosz do kuchni. Tam wyciągnęła chudego kogutka o długich, żółtych nogach spętanych gałgankiem. Kogutek miał siwe i czarne piórka, trzepotał skrzydłami i krzyczał zachrypłym głosem. Pewnie się bał.

Rzepcia zręcznymi palcami rozwiązała cienkie  kogutkowe nogi, a potem wzięła kogutka w obie ręce, przytuliła do siebie i powoli wyszła z nim na podwórko.

     Na podwórku były kury z kaczkami, a w kącie kicały króliki. Rzepcia zaniosła kogucika do komórki.

   Będzie ci się przykrzyło – mówiła do kogutka – ale masz tu we drzwiach dużą szparę, możesz nią wyglądać. A potem dostaniesz wody i kaszy jaglanej, żebyś się przyzwyczaił.

  Kogutek przyzwyczajał się szybko. Już na drugi dzień biegał razem z kurami i darł się tym swoim okropnym głosem. Upływały dni, kogutek rósł w oczach, a właściwie to rosły przeważnie jego nogi. Chodził jak na szczudłach i głowę nosił tak wysoko, że bez wielkiego wysiłku porywał Rzepci z kieszonki fartuszka kromki pytlowego chleba.

   Wiedział przecież, że ma długie nogi i nikt go nie dogoni. O ten chleb to mniejsza, bo Rzepcia naumyślnie wykręcała się kieszonką do Jarzębatego.

Podkradanie chleba szybko kogutka znudziło i znalazł sobie inna rozrywkę – zainteresował się mianowicie piętami Rzepci.

 Były one bardzo okrągłe i różowe. Kiedy tylko Jarzębaty zauważał te poruszające się różowe pięty, nadbiegał co sił na tych swoich żółtych szczudłach i dziób! Dziób! – z całej siły, a potem w nogi!

   Wojowała z nim Rzepcia na różne sposoby, ale nic nie pomagało. Opędzić się Rzepcia od niego nie mogła. Straszyła go, krzyczała, ale on sobie nic z tego nie robił, bo wiedział, że jest ulubieńcem mamusi.

   Rzepcia daje mu co dzień jeść i pić, głaszcze go, a on przepada za mamusią. Chodził za mamusią jak piesek, a gdy szyła przy oknie, to on na parapecie siadywał i na mamusię patrzył. Rzepcia nawet trochę zazdrościła tej miłości.

   Inne koguty po sąsiedzkich ogrodach piały kukuryku jak należy, a jarzębaty na to: Pro-szę p-aaa-ni!

Naprawdę. Każdy, kto usłyszał jak Jarzębaty pieje, słyszał to samo i wydziwić się nie mógł.

Niedługo wytrzymał Jarzębaty bez kolejnej psoty. Poszła raz Rzepcia w maliny koło pasieki. Rwie te maliny, jedną do garnuszka, dwie do buzi. Rwie i patrzy, że coś się rusza koło niebieskiego ula. A to Jarzębaty podsuwał się coraz bliżej deszczułki na którą wychodzą pszczoły przed odlotem. Podsunął się, położył głowę na deszczułce i czeka. Co tylko która pszczoła wyjdzie z ula na deszczułkę, ten ją dziób! I zjada!

    A ty niegodziwcze! I narobiła Rzepcia krzyku po czym odgoniła Jarzębatego od ula. Ale czy to pomogło? Nic a nic. Tak się znęcił do pasieki, tak się przy niej zagnieździł, że już nie było sposobu, aby go upilnować. Ciągle wyjadał pszczoły i to zawsze z tego niebieskiego ula.

   Aż się tatuś rozgniewał, gdy się o tym dowiedział. Kazał go zamykać na dzień w komórce, ale i to nie na wiele się przydało, bo jak tylko kto drzwi uchylił – już Jarzębaty buch pod nogami i pędzi do pasieki na polowanie z zasadzki!

   Przyszła wreszcie kryska na Matyska. Któraś mądra pszczoła użądliła oprawcę w sam grzebień.

Co się biedaczysko nacierpiał! Grzebień mu spuchł jak pomidor i na oba oczy całkiem zaniewidział. Już wszyscy myśleli, że umrze. A on siedział w najciemniejszym kącie i zipał ciężko. Nie jadł, tylko pił wodę, jak mu się ją łyżeczką do dzioba lało. A spuchnięty grzebień okładało mu się mokrą gliną, aby opuchlizna zeszła.

   Pięć dni tak chorował.

Szóstego dnia przewidział na oczy, potem grzebień mu całkiem stęchł, a siódmego dnia znowu skubał Rzepcię po piętach, jakby nic się nie stało.

    Po piętach skubał, dokazywał jak dawniej, ale na pszczoły już nigdy nie polował. I nawet jak mamusia szła do pasieki, to on tam nie wchodził.

 

PS. Zwykle dotąd popełniamy te same błędy, aż nas w końcu życie boleśnie ugryzie w grzebień. 

         

czwartek, 5 marca 2026

Kleszcze 2025

W internecie można znaleźć zarówno treści mądre, jak i głupie. I nie mam tu na myśli propagandy, bo przecież wystarczy być ostrożnym i patrzeć, jakie medium, czy też kto osobiście pisze, albo wypowiada swoje kocopoły.

Jesień - oto czytam o kleszczach, że w tym roku było ich dużo i to małych jak główka od szpilki. Z taką opinią się zgadzam jako praktyk łażący po różnych krzaczorach. Tylko do końca czerwca wyciągnąłem ze swojej osoby 8, w tym jednego nadmorskiego i wszystkie były rzeczywiście zadziwiająco niewielkie. Dalej czytam poradę jak usuwać insekta - mianowicie stoi napisane, że należy owego chwytać za głowę. Za jaką głowę?!

    Przecież każdy wie, że kleszcz wgryza się właśnie głową i jak człowieka zaswędzi, to insekt jest już zanurzony po szyję w naszym ciele i wyciągamy go łapiąc za to, co wystaje, czyli za dupę. Potem powinna być dezynfekcja tym, co jest pod ręką, ostatecznie śliną. Jeśli nie da się oczyścić miejsca do końca i jakiś drobiazg się urywa i pozostaje pod skórą, nie ulegamy panice – skóra sama się oczyści i odrzuci taką resztkę razem ze strupkiem. I święto lasu!


Tablica ostrzegawcza okolice Mewiej Łachy – Wyspa Sobieszewska.


wtorek, 3 marca 2026

Jesteśmy częścią jednej orkiestry

 


Kiedy masz poczucie humoru, stajesz się religijny. Natomiast smutek, powaga, są oznaką osób negujących życie.

Poza tym powaga jest tarczą miernoty.

Nie jesteśmy sierotami. Ziemia to nasza matka. Niebo jest naszym ojcem.

Cały olbrzymi wszechświat należy do nas, a my do niego. Jesteśmy częścią jednej orkiestry.

    Usłyszeć muzykę bytu – oto jedyna autentyczna religia. Ta religia nie ma świętych pism, bo ich nie potrzebuje. Tej religii wystarcza cisza. To z tej ciszy rodzi się modlitwa, wdzięczność i wtedy całe istnienie zamienia się w boskość.

 

                                                               Osho

 

PS. Jeśli potrafisz zbierać kwiaty tylko dla swojej własnej osobistości, oznacza to, że jesteś na właściwej drodze.









                                  

                                                                  


poniedziałek, 2 marca 2026

18 października 1944

Podczas codziennych włóczęg 2015 po okolicach Woli Michowej, prawie zawsze znajdowałem jakąś ciekawostkę.



Pocisk granatnika z łąki Staszka Firsta.

Któregoś pięknego dnia, na Szczycisku na zachód od Maniowa natknąłem się (organoleptycznie, bez pomocy wykrywacza) na stertę łusek z działka 25 mm. Było ich prawie trzysta. Przy spłonce miały wybity rocznik: 1942 i 1943. Był wpis.

Od Staszka dowiedziałem się o drugim stanowisku takiego działka przeciwlotniczego, ustawionego na zachodnim zboczu góry ponad Maniowem, w miejscu, gdzie Staszek wypasał byki w czasach powojennych. Tam w lasku znalazł on podobną stertę łusek. Czyli także tu strzelanie było.

Przydźwigałem swoje znalezisko do Kołyby i przypomniało mi się dzieciństwo, a z niego zabawy ołowianymi żołnierzykami, których ustawiałem w ordynku różnym.












W kolejnych latach odwiedzałem nowe miejsca i ludzi i wreszcie zawitałem do Średniej Wsi, gdzie poznałem rodzinę miejscowych bojków, których ominęła deportacja. Stareńka, azaliż żwawa pani Olga opowiadała:

- W 1944 roku, wiosną, Niemcy wynajęli mego ojca z koniem, aby wciągnął takie małe działko na górę ponad wieś, na sam szczyt pod lasem, tam gdzie nasza łąka. Pamiętam, jak ojciec się cieszył, bo Niemcy dobrze zapłacili. Przychodzili do naszej chyży parokrotnie, pili z ojcem i opowiadali o nadchodzącej czerwonej zarazie. Z tego działka to tylko jeden raz potem strzelali i zaraz, 18 października przyszli Ruskie. Dobrze pamiętam dzień, bo to akurat w moje 18. urodziny było.

  Zastanawiałem się, do jakich to samolotów Wehrmacht strzelał, bo te kilka stanowisk, które odwiedziłem, wszystkie były skierowane na zachód, czy też południowy zachód. Więc nie do radzieckich.

Alianci lecieli na zrzut pomocy dla Powstania Warszawskiego?

Niby daty się zgadzają – 18 października 1944 roku, po heroicznej walce przy moście kolejowym w Łupkowie, Niemcy wysadzili Tunel i wycofali się. 


piątek, 27 lutego 2026

Cztery Pory Roku

 W lecie 2022, w Kampinosie, natknąłem się na zgrabny krążek – plasterek, odziomkowy obrzynek sosny pozostawiony przez drwali. 


Był wpis. Spodobał mi się ten kawałek drewna od razu. Policzyłem słoje i wypadło, że sosna była moim rówieśnikiem. To miłe – pomyślałem – oraz: - nie ma przypadków. Następnego dnia wróciłem w to miejsce na sesję zdjęciową, a plasterek zatargałem do domu.


Krążek sechł sobie pomału. Najpierw nieco ściemniał, więc przetarłem go papierem ściernym. Pojaśniał, azaliż był jakiś taki surowy, nijaki, jakby prosił o upiększenie.



Patrzyłem na tę "cząstkę lasu" i wreszcie stało się – zainspirowany symbolami słowiańskimi: Swadziebnikiem, Swarzycą




tudzież sławnym obrazkiem
Czterech Pór Roku w wykonaniu konstelacji Wielkiego Wozu

przerobiłem krążek na słowiańskie dzieło sztuki - czyli według literatury to po prostu Svastika.





Z powodu wiadomych konotacji wolę jednak mówić o Czterech Porach Roku.

czwartek, 26 lutego 2026