- Wiesz Rzepciu, tego jarzębatego kogutka zostawimy na chowanie – powiedziała mama.
I Rzepcia
zaniosła piszczący kosz do kuchni. Tam wyciągnęła chudego kogutka o długich, żółtych nogach spętanych gałgankiem. Kogutek miał siwe i czarne piórka,
trzepotał skrzydłami i krzyczał zachrypłym głosem. Pewnie się bał.
Rzepcia zręcznymi palcami
rozwiązała cienkie kogutkowe nogi, a
potem wzięła kogutka w obie ręce, przytuliła do siebie i powoli wyszła z nim na
podwórko.
Na
podwórku były kury z kaczkami, a w kącie kicały króliki. Rzepcia zaniosła kogucika do komórki.
Będzie ci się przykrzyło – mówiła do
kogutka – ale masz tu we drzwiach dużą
szparę, możesz nią wyglądać. A potem dostaniesz wody i kaszy jaglanej, żebyś
się przyzwyczaił.
Kogutek
przyzwyczajał się szybko. Już na drugi dzień biegał razem z kurami i darł się
tym swoim okropnym głosem. Upływały dni, kogutek rósł w oczach, a właściwie to
rosły przeważnie jego nogi. Chodził jak na szczudłach i głowę nosił tak wysoko,
że bez wielkiego wysiłku porywał Rzepci z
kieszonki fartuszka kromki pytlowego chleba.
Wiedział
przecież, że ma długie nogi i nikt go nie dogoni. O ten chleb to mniejsza, bo Rzepcia naumyślnie wykręcała się
kieszonką do Jarzębatego.
Podkradanie chleba szybko kogutka znudziło i
znalazł sobie inna rozrywkę – zainteresował się mianowicie piętami Rzepci.
Były one
bardzo okrągłe i różowe. Kiedy tylko Jarzębaty
zauważał te poruszające się różowe pięty, nadbiegał co sił na tych swoich
żółtych szczudłach i dziób! Dziób! – z całej siły, a potem w nogi!
Wojowała
z nim Rzepcia na różne sposoby, ale
nic nie pomagało. Opędzić się Rzepcia
od niego nie mogła. Straszyła go, krzyczała, ale on sobie nic z tego nie robił,
bo wiedział, że jest ulubieńcem mamusi.
Rzepcia daje mu co dzień jeść i pić,
głaszcze go, a on przepada za mamusią. Chodził za mamusią jak piesek, a gdy szyła
przy oknie, to on na parapecie siadywał i na mamusię patrzył. Rzepcia nawet
trochę zazdrościła tej miłości.
Inne
koguty po sąsiedzkich ogrodach piały kukuryku jak należy, a jarzębaty na to: Pro-szę p-aaa-ni!
Naprawdę. Każdy, kto usłyszał jak Jarzębaty pieje, słyszał to samo i
wydziwić się nie mógł.
Niedługo wytrzymał Jarzębaty bez kolejnej psoty.
Poszła raz Rzepcia w maliny koło
pasieki. Rwie te maliny, jedną do garnuszka, dwie do buzi. Rwie i patrzy, że
coś się rusza koło niebieskiego ula. A to Jarzębaty
podsuwał się coraz bliżej deszczułki na którą wychodzą pszczoły przed odlotem.
Podsunął się, położył głowę na deszczułce i czeka. Co tylko która pszczoła
wyjdzie z ula na deszczułkę, ten ją dziób! I zjada!
A ty
niegodziwcze! I narobiła Rzepcia
krzyku po czym odgoniła Jarzębatego od ula. Ale czy to pomogło? Nic a nic. Tak
się znęcił do pasieki, tak się przy niej zagnieździł, że już nie było sposobu,
aby go upilnować. Ciągle wyjadał pszczoły i to zawsze z tego niebieskiego ula.
Aż się
tatuś rozgniewał, gdy się o tym dowiedział. Kazał go zamykać na dzień w
komórce, ale i to nie na wiele się przydało, bo jak tylko kto drzwi uchylił –
już Jarzębaty buch pod nogami i pędzi do pasieki na polowanie z zasadzki!
Przyszła
wreszcie kryska na Matyska. Któraś mądra pszczoła użądliła oprawcę w sam
grzebień.
Co się biedaczysko nacierpiał! Grzebień mu spuchł
jak pomidor i na oba oczy całkiem zaniewidział. Już wszyscy myśleli, że umrze. A
on siedział w najciemniejszym kącie i zipał ciężko. Nie jadł, tylko pił wodę,
jak mu się ją łyżeczką do dzioba lało. A spuchnięty grzebień okładało mu się
mokrą gliną, aby opuchlizna zeszła.
Pięć dni
tak chorował.
Szóstego dnia przewidział na oczy, potem grzebień
mu całkiem stęchł, a siódmego dnia znowu skubał Rzepcię po piętach, jakby nic się nie stało.
Po
piętach skubał, dokazywał jak dawniej, ale na pszczoły już nigdy nie polował. I
nawet jak mamusia szła do pasieki, to on tam nie wchodził.
PS. Zwykle dotąd popełniamy te same błędy, aż nas
w końcu życie boleśnie ugryzie w grzebień.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)





.jpg)

.jpg)




.jpg)