Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwejkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwejkowo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2026

Bajka o babie Jadze


Za siedmioma (w innej wersji jest 9) górami i siedmioma rzekami mieszkała sobie baba, którą zwano Jagą. Mieszkała ci ona z dziadem, który ją mocno wkurzał. Mianowicie ów potężnie chrapał w nocy tudzież nie lubił myć nóg. Kiedy sytuacja osiągnęła stan krytyczny, czyli czerwoną linię, baba powiedziała: - Dość tego! I popędziła dziada.

    Od tej chwili mocno polepszył się jej stan psychiczny – latała sobie na miotle (bo to była także czarownica) gdzie chciała, oraz dowolnie regulowała szybkość przelotów.

  Któregoś razu przelatywała nad łąką i zauważyła małą dziewczynkę zbierającą zioła. Jako że jednak odczuwała samotność z powodu braku dziada, postanowiła lądować i porozmawiać z dzieckiem.

Rozmowa przebiegła w atmosferze wzajemnego zrozumienia, dlatego Jaga zaproponowała dziewczynce wspólny przelot. Jako że zbieranie ziół dziewczynkę nieco znudziło, przystała ochoczo na propozycję. I śmignęły one wraz pod nieboskłon. A z nieboskłonu Jaga skierowała swój pojazd do chatki na kurzej nóżce.

- Jaka ładna chatka! – wykrzyknęła dziewczynka po lądowaniu i zaraz zabrała się do pałaszowania pierników, które stanowiły dach chatki.

- Stój, stój – tak nie można! – krzyczała Jaga, ale było już za późno i jeden piernik za drugim znikał w żołądku dziewczynki, bo ponieważ była ona fanką pierników. Baba Jaga początkowo załamała ręce, atoli po chwili dołączyła do dziewczynki, gdyż także lubiła pierniki, ale do tej pory starała się chronić dach i swoją tuszę, gdyż miała skłonności do tycia.

I w ten oto sposób, dzień po dniu Jaga i dziewczynka zjadły wszystkie pierniki będące dachem chatki.

 Z tego wynikły trzy problemy:

- Po pierwsze primo chatka nie miała już dachu, a szła jesień.

- Po drugie primo Jaga tak zgrubiała, że miotła nie mogła utrzymać jej ciężaru i któregoś dnia się wzięła i połamała.

- Po trzecie primo dziewczynka okazała się krnąbrna i niemiła w obejściu, tudzież okazała się zwolenniczką ruchu MAGA, co przeważyło szalę goryczy i baba Jaga ją gwałtownie znielubiła.

Kiedy akurat przelatywał klucz gęsi, Jaga skorzystała z okazji i zawołała: - Czy możecie zabrać stąd tego bachora?

 Gęsi prośbę spełniły i znowu Jaga miała święty spokój.

Sporządziła nową, tym razem towarową miotłę, poleciała na niej po paletę pierników do Biedronki, po czym pracowicie uzupełniła nimi dach chatki. Przy tych zajęciach na powrót schudła i odtąd żyła sobie zdrowo i szczęśliwie, wystrzegając się zarówno chrapiących dziadów jak i niegrzecznych bachorów. 

   PS. Na zdjęciu z 2013 r. Krystyna Rados ze Szwejkowa - bieszczadzka czarownica z certyfikatem.

piątek, 24 października 2025

Bieszczady



Piątek, godz. 12,00. Po pracy już prawie jest dla młodych, którzy w korporacjach jeszcze dogorywają i tylko czekają na koniec dnia, udając skupienie przy biurku.

 A dla mnie chwila wspomnień w ten deszczowy piątek.

Wspomnienia zdjęciowe, bo ponieważ ludzie coraz mniej czytają. Nie wiem czy to dobre, ale tak jest.

Ktoś powiedział: - w piątek nie pisz za dużo. I ja się tego trzymam. Tylko miłe chwile na zdjęciach.




















wtorek, 3 października 2023

Kret

Zostawiam za sobą zniszczoną łączkę. Jeszcze foto z odległości i naprzód miły bracie.





Błoto, więc niespecjalnie się idzie. Na drodze jeden, a potem drugi martwy kret. Znajomy obrazek czerwcowy – nie doszedłem z jakiego powodu akurat w tym miesiącu widzi się w Bieszczadach martwe krety. 



Może ktoś z Czytelników podsunie rozwiązanie? Kiedyś o tym pisałem z okazji spotkania w Szwejkowie u Krystyny Rados grupy biologów. Rozpatrywaliśmy różne koncepcje, atoli panowie biolodzy nic przekonywającego nie wymyślili. (Utopił się, użądliła go żmija). Na zdjęciu widać ślady opon, niby (nie widać błota na futerku, nie jest wgnieciony) kret mógł być przejechany, ale spotykałem liczne krety na bocznych bieszczadzkich ścieżkach, po których nic nie jeździ, także leżące pomiędzy torami kolejki bieszczadzkiej, oraz krety nie chodzą przecież po powierzchni.
       Te drobne punkciki widoczne na futerku kreta to są wszy niestety. One, te wszy, były bardzo ruchliwe – widać się zdenerwowały, że dawca krwi jakby zaniemógł niedawno, a nie daj boże na amen i co to będzie. Jeśli ktoś trzymał żywego kreta w ręku, wie o czym mówię.

Kiedyś miałem ogród. Ogród na piaszczystej ziemi, którą nawoziłem kompostem. Więc były dżdżownice i krety. Potrafiłem złapać, wyłuskać widłami kreta z nory, bez uszczerbku dla niego i wynieść go na łąki poza ogród – czyli dać mu wolność, aby tylko nie w moim ogrodzie. Złapany kret bał się o życie, nie wiedział z kim ma do czynienia. Robił bokami – znaczy boki chodziły mu od szybkiego oddychania w zdenerwowaniu. Na łąkach podchodziłem do kopca kretowiska, w którym widniała otwarta dziura wentylacyjna, wyjmowałem kreta z kubła i delikatnie kładłem pacjenta na kopcu. W stresie, wyzuty z sił nie miał już sił, aby odzyskać darowaną wolność. Dyszał. A wszy przy ogonku się roiły - biegały w tę i we tę. Bo światło to nie była dla nich, dla pasożytów codzienność. One także miały stresa, to się roiły.  Więc atoli tknięty miłosierdziem, dawałem kretowi lekkiego klapsa, a ten znikał wtedy w kopcu. Nie swoim, ale znikał.

Każdy pasożyt się boi, chociaż głupi nie jest, ssie dawcę nie za dużo, a by ów nie wykorkował, bo wtedy dupa blada. I pasożyty nie lubią światła. Chyba można powiedzieć, że prawda to takie światło?

Definicja pasożyta brzmi: - Jest to gatunek, który rozwija się kosztem żywiciela. W przypadku ludzi żywicielem są właśnie ekosystemy. Biologia uczy, że zagłada żywiciela pociąga za sobą tragiczne skutki – najczęściej ginie także sam pasożyt.

Pasożyty żerują nie tylko na kretach. Często mąż pasożytuje na żonie, dzieci na rodzicach, a na społeczeństwie politycy. Z żoną i dziećmi bywa też odwrotnie, nigdy natomiast w przypadku polityków.

Dalej nie rozwijam tematu, bo miało być o Bieszczadach i krecie.                                                                                                                              
Jak to ułatwia pisanie, kiedy można podejrzeć na zdjęciu o której godzinie owe było wykonane.

Schodzę z błotnistej drogi i wkraczam ci ja najpierw na przełaj na szerokie łąki o godz. 7.23. Fotografuję, a że łąki spływają wodą, zaniedługo spodnie mam mokre do pachwiny. Więc wychodzę z tego przełaju i odnajduję tym razem drogę znośną, która biegnie mniej więcej w dobrą stronę, idę raźno, a spodnie sobie pomału schną.










wtorek, 29 listopada 2022

Szwejkowo




Znalazłem w archiwum niepublikowaną jeszcze wersję wpisu z 2013 roku, a jako że rzecz dotyczy Krystyny Rados, która już wędruje po Niebieskich Połoninach, z sentymentem patrzę na ten zatrzymany czas. Bieszczady, budynek byłej strażnicy pograniczników, Łupków. Łatałem osobiście dziury w spodniach, a z tych łat byłem niezmiernie dumny. Widać historyczny plecak, który wtedy miał 46 lat, a także mój pierwszy bieszczadzki namiot. 




Przyjechała grupa chłopców z ADHD. Byli pobudzeni, niesforni. Miałem komfort, namiot stał w oddalonej części obejścia. Krystyna prosiła, abym poprowadził dokazujących chłopców okrężną drogą do schroniska Koniec Świata. Okrężną drogą, żeby ich zmęczyć elegancko.



 Były także dwie opiekunki. Grube kobitki, a ja akurat zacząłem gustować w grubych kobitkach. Pewnie dlatego, bo byłem chudy. No i poszliśmy. Najpierw w drugą stronę do Osławic, gdzie stał tylko jeden dom moich znajomych od „Chleba domowego”. Można było tam w sezonie zjeść domowe lody. Wielka frajda dla chłopców na takim zadupiu pojeść prawdziwego loda. Potem był Nowy Łupków, zakosy po łąkach, żeremia bobrów i wreszcie skręcamy do schroniska Koniec Świata




Towarzystwo jeszcze rozbrykane na maksa, po drodze wskazuję miejsca, gdzie leżą skorupy po szrapnelach z pierwszej wojny. Wzbudzam w chłopcach podziw: - To pan wszystko wie?

No nie, tak nie jest. Ale co i raz coś tam opowiadam. Najciekawsza dla nich była historia wojenna, tym razem z drugiej wojny, o pobliskim tunelu kolejowym prowadzącym pod Przełęczą Łupkowską na Słowację. W schronisku Patryk, który wtedy tam gospodarzył, przejął pałeczkę opowiadacza i rozwinął taką magię, że towarzystwo wyciszył. Dosłownie. Dzieciaki przed chwilą darły gęby, a naraz zaczęły mówić szeptem. Powiewał wiaterek, dzwoniły dzwonki wietrzne feng-shui, Patryk na blacie pieca piekł podpłomyki. Chłopcy popróbowali.




Ty – mówi cichutko jeden do drugiego – to jest nawet lepsze od chipsów…..

Było miło, posiedzieliśmy godzinkę i poprowadziłem młodzież na ten niepowtarzalny stary łemkowski cmentarz. Po starym Łupkowie pozostał bowiem tylko budynek dworca kolejowego i cmentarz. 


Na cmentarzu wiatr poruszał ramionami zmurszałych drewnianych krzyży, wydawało się, że one są żywe, coś skrzypiało, szumiały liście nad głowami – były klimaty i ekipa poczuła się lekko nieswojo, ponieważ dla efektu opowiedziałem coś o duchach. 

Moc wrażeń, gorący dzień, odurzenie bieszczadzkim powietrzem, kilometry w nogach spowodowały, że już całkiem wyciszone, bo wymęczone dzieciaki dotarły do Szwejkowa akurat na obiado-kolację. Cel został osiągnięty, Krystyna miała kilka godzin spokoju, a ja się nagadałem za cały tydzień naprzód.



środa, 10 marca 2021

Sterowanie tłumem

Jadę rowerem do Nowego Łupkowa po cotygodniowe zakupy. Przy okazji odwiedzę w Łupkowie moją sympatię Mirkę, sąsiadkę Krystyny Rados.






Przechodzę przez Szwejkowo – Krystyny nie ma. I Mirki nie ma. Nie szkodzi, ja jestem i rower jest, więc wio z powrotem lokalnym super zjazdem do sklepu.





Zakupy poczynione, można uzupełnić płyn w organizmie. Dzień jak żyleta, choć ciepło tylko w miejscach zacisznych.


Skrzyżowanie z szosą Komańcza – Cisna i pruję w stronę Smolnika. Jest tu ładny zjazd, w kulminacji wiatr szumi w uszach. Droga prosta, aparat wisi na piersi - mogę pstrykać trzymając kierownicę jedną ręką. Na szosie pustki zupełne, pedałuję niespiesznie do chałupy i nachodzą mnie takie tam myśli pozjazdowe.






„Harmonia współżycia ludzi z naturą skończyła się, gdy kiedyś ktoś podrzucił do umysłów wiadomość o nowym sposobie spełnienia: - walce z naturą.

Pomysłodawcy chodziło o wskazanie błędnego kierunku, o odwrócenie uwagi człowieka od siebie samego i skierowaniu go na manowce.

Ach, gdybyż to ludzie nie byli podatni na manipulacje!

Lecz niestety są podatni.                                                                                            

Czemu tak się dzieje? Bo już od zarania dziejów w duszy człowieka mieszkał lęk i niepokój, a od tego czasu wieki utrwaliły ten wzorzec. Potem wystarczyło ten lęk i niepokój podsycić i zamienić w strach, a następnie na tej pożywce podać fałszywe przekonania. Fałszywe przekonania dokonują reszty już samoczynnie - człowiek zatraca zdolność odróżniania prawdy od kłamstwa i wtedy niknie w tłumie. A tłumem najłatwiej sterować za pomocą nacjonalizmu połączonego z religią.                        

Ciemny naród wszystko kupi. Kupi nawet myśl, że ma obowiązek zasuwać za miskę ryżu”.