Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osławice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osławice. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 listopada 2022

Szwejkowo




Znalazłem w archiwum niepublikowaną jeszcze wersję wpisu z 2013 roku, a jako że rzecz dotyczy Krystyny Rados, która już wędruje po Niebieskich Połoninach, z sentymentem patrzę na ten zatrzymany czas. Bieszczady, budynek byłej strażnicy pograniczników, Łupków. Łatałem osobiście dziury w spodniach, a z tych łat byłem niezmiernie dumny. Widać historyczny plecak, który wtedy miał 46 lat, a także mój pierwszy bieszczadzki namiot. 




Przyjechała grupa chłopców z ADHD. Byli pobudzeni, niesforni. Miałem komfort, namiot stał w oddalonej części obejścia. Krystyna prosiła, abym poprowadził dokazujących chłopców okrężną drogą do schroniska Koniec Świata. Okrężną drogą, żeby ich zmęczyć elegancko.



 Były także dwie opiekunki. Grube kobitki, a ja akurat zacząłem gustować w grubych kobitkach. Pewnie dlatego, bo byłem chudy. No i poszliśmy. Najpierw w drugą stronę do Osławic, gdzie stał tylko jeden dom moich znajomych od „Chleba domowego”. Można było tam w sezonie zjeść domowe lody. Wielka frajda dla chłopców na takim zadupiu pojeść prawdziwego loda. Potem był Nowy Łupków, zakosy po łąkach, żeremia bobrów i wreszcie skręcamy do schroniska Koniec Świata




Towarzystwo jeszcze rozbrykane na maksa, po drodze wskazuję miejsca, gdzie leżą skorupy po szrapnelach z pierwszej wojny. Wzbudzam w chłopcach podziw: - To pan wszystko wie?

No nie, tak nie jest. Ale co i raz coś tam opowiadam. Najciekawsza dla nich była historia wojenna, tym razem z drugiej wojny, o pobliskim tunelu kolejowym prowadzącym pod Przełęczą Łupkowską na Słowację. W schronisku Patryk, który wtedy tam gospodarzył, przejął pałeczkę opowiadacza i rozwinął taką magię, że towarzystwo wyciszył. Dosłownie. Dzieciaki przed chwilą darły gęby, a naraz zaczęły mówić szeptem. Powiewał wiaterek, dzwoniły dzwonki wietrzne feng-shui, Patryk na blacie pieca piekł podpłomyki. Chłopcy popróbowali.




Ty – mówi cichutko jeden do drugiego – to jest nawet lepsze od chipsów…..

Było miło, posiedzieliśmy godzinkę i poprowadziłem młodzież na ten niepowtarzalny stary łemkowski cmentarz. Po starym Łupkowie pozostał bowiem tylko budynek dworca kolejowego i cmentarz. 


Na cmentarzu wiatr poruszał ramionami zmurszałych drewnianych krzyży, wydawało się, że one są żywe, coś skrzypiało, szumiały liście nad głowami – były klimaty i ekipa poczuła się lekko nieswojo, ponieważ dla efektu opowiedziałem coś o duchach. 

Moc wrażeń, gorący dzień, odurzenie bieszczadzkim powietrzem, kilometry w nogach spowodowały, że już całkiem wyciszone, bo wymęczone dzieciaki dotarły do Szwejkowa akurat na obiado-kolację. Cel został osiągnięty, Krystyna miała kilka godzin spokoju, a ja się nagadałem za cały tydzień naprzód.



środa, 20 maja 2015

Rozciągnięty czas

Wydaje się, że w tym odludziu i na tej górze czas biegnie dziwnie wolno. Być może to tylko złudzenie, albo zmieniona perspektywa. Po prostu jestem tu w tak głębokiej symbiozie z przyrodą, że wpadłem w jej rytm, a ten rytm... jest niespieszny.
       Jest dzień i noc, słońce i deszcz, bezruch powietrza i wiatr, zimno i gorąco. Nigdzie przedtem, nawet we własnym ogrodzie nie czułem tego, co odczuwam na tej górze. Tu nie ma granicy wyznaczonej płotem, nie ma sąsiadów, chyba, że za sąsiadów uznam zwierzęta obok których jestem.
   

No i to wyrwanie się z „miejskiej indywidualnej klatki mieszkalnej” , ale także z każdego domu, nawet z domu pod lasem, do samotności i mieszkania w głuszy jest silnym przeżyciem. Właściwie jest to szok.
Przypominam sobie tak niedawne pierwsze bieszczadzkie kroki: wylądowanie w Osławicach, nocne oblężenie dzików i pobyt w byłej strażnicy WOP w Łupkowie.
To był 2013 rok, a tyle się wydarzyło, że wydaje się, jakby upłynęło wiele lat. Tak się wydaje dzięki obfitości wrażeń, gdy każdy dzień jest inny, i codziennie odkrywam jakiś nowy zakątek i nową ścieżkę, którą jeszcze nie szedłem. Wolno upływający czas niesie ze sobą zadziwienie.
   


W tym wydłużonym czasie jest przekaz: - zwolniłeś – dlatego tyle widzisz. Zatrzymaj się i rozejrzyj, a zobaczysz jeszcze więcej.
W tym przecudnym miejscu, i rozciągniętym czasie odbieram wrażenia i doznaję nowych uczuć, jakbym rozmawiał z kimś bliskim. To przychodzi do mnie mocno, wyraźnie, namacalnie niemal, a jednocześnie jakoś nieziemsko. Ktoś jest obok i wiem, kto to jest....
Pozdrawiam Ciebie, Duchu Gór! Dziękuję ci Aniele za doprowadzenie w to miejsce!
   

Tak, to dobre słowo: rozciągnięcie czasu, czas bowiem rozciąga się tu nieprawdopodobnie. Sam wschód słońca, od jasności poranka, nasycających się kolorów czerwieni, pomarańczy i wielu odcieni niebieskiego, trwa godzinę.
W tym czasie bieszczadzki świat stopniowo wynurza się z porannej mgły. Perspektywa się poszerza, przyroda się budzi. Zanim pojawi się złoty odyniec słońca, odzywają się dzięcioły w dolinie. Wstaje kolejny pogodny dzień.
    

Na zdjęciu widać plastry na namiocie – dwuletni namiot używany przez wiele miesięcy właśnie się sypie. Oba boki i podłoga są już także poklejone, ale tu dziury powstały z winy myszy, których w ubiegłym roku było zatrzęsienie.
   
Życie jest pełne niespodzianek: - śmiercionośny pocisk może się przydać do przyciśnięcia płachty okrywowej.
Wszystko wokół ocieka wilgocią. Krople rosy wyglądają jak maleńkie brylanciki, skrzą się w promieniach słońca i rzucają refleksy światła.
No, jest bosko!
  


Mam czas, w więc mogę bawić się we wstawianie łat i trwam w tej boskości, zanurzam się w niej cały, kąpię w swobodzie i nasycam. Myślę, że chodzenie nago ma tu niebagatelne znaczenie. Cieszę się, czuję się lekki, dusza śpiewa, jeszcze raz dziękuję, teraz za to, że potrafię się cieszyć, za to, że chce mi się chcieć.
I zaprawdę, powiadam wam: - dla takich chwil warto żyć.

środa, 30 kwietnia 2014

Kimadło Wampira

To zdjęcie zrobione wczoraj. Za tablicą w oddali Osławice - dom moich znajomych - agroturystyka "Chleb domowy", w tamtym roku tutaj zaczynałem swą przygodę z Bieszczadami.
Zaciekawiła mnie ta tablica: - co to za Kimadło? Zostałem oświecony, że tam już kimałem, tylko nie wiedziałem, że ten hotelik tak się nazywa.
      

       Oto zdjęcia z ubiegłego roku, z sierpnia, gdy w odwiedziny do Zbyszka przyjechał Jan Gabriel. Spaliśmy tutaj dwie noce, bo w Szwejkowie zrobiła się atmosfera niemiła.
               
           Jeździliśmy z Janem po Bieszczadach ( przejechaliśmy trzysta kilometrów przez dwa dni ) odwiedzając ciekawe miejsca.
   Hotelik w Nowym Łupkowie ładny, dopiero postawiony, bardzo byłoby przyjemnie, gdyby nie jedno "ale" .... I to nie chodzi o tytułowego wampira.
                    
     

     
       Wampirek



        Ledwie dmuchnął poranny zefirek,
        Wylazł z norki nieduży wampirek.
        Miał spiczaste dwa ząbki,
        Do ssania rodzaj trąbki,
        Oraz dwoje chudziutkich miał girek.

        Sysu, sysu, cmok, cmok, cmok

        Oraz dwoje chudziutkich miał girek.

        Zaraz skrzydła jak gacek rozepnie
        I śniadanie czym prędzej gdzieś chłepnie.
       Tak się spieszy nieludzko,
       Że aż rzęzi mu płucko,
       Bo się boi, że zupka mu skrzepnie.

       Sysu, sysu...

       Często potem dostaje on czkawki,
       Siada nagle bezradnie wśród trawki
       I słychać głos biedaczka:
       Znów wyssałem pijaczka...
       I to jest popijawka pijawki.

       Sysu, sysu...

        Nasz wampirek to smakosz i znawca,
        Przy tym wcale nie żaden oprawca,
        Za wyssanie kolacji
        Płaci jak w restauracji,
        Chyba, że honorowy krwiodawca...

        Sysu, sysu...

        Często mówi się źle o wampirze:
        Że kaleczy, że wkręca się w pirze,
        Lecz ty nie wierz w te plotki,
        Nie wyganiaj sierotki,
        Niech se czasem chudzinka poliże.


W pokoju ( tak samo w innych ) nieprzyjemny zapach. Mówiąc krótko: śmierdziało.
Otwieramy okno i sprawa wydaje się załatwiona. Otóż nie. Wieczorem, gdy wróciliśmy, źródło smrodu zostało zlokalizowane: - łazienka. To szambo śmierdzi. Został popełniony błąd w sztuce budowlanej. Trzeba było spać przy zamkniętych drzwiach do łazienki i otwartym oknie. Zarówno Jan, jak i ja, nie mamy wielkich wymagań, na drobiazgi nie zwracamy uwagi, ale Kimadła Wampira nie polecam.
Gdzieś spać jednak trzeba, nie każdy ma do dyspozycji zaprzyjaźnioną wielką, pustą chałupę. Na obecny majowy weekend na przykład w Cisnej już wszystkie miejsca zajęte.
Bo w Bieszczadach jest teraz cudnie, oraz malowniczo! Przepiękna pora, gdy lasy się właśnie kolorują.
    (Drwala trzeba pokolorować samemu)
Żubry chodzą w stadach po kilkadziesiąt sztuk (czterdzieści), dzikie, wolne hucuły na pastwiskach, można się zaprzyjaźnić ze żmiją zygzakowatą, kleszcze już gotowe do ataku, trawa nabiera zieloności, coraz więcej kwiatów, jeszcze miejscami kwitnie tarnina, miotły deszczu chwilami zamiatają po górach, noce gwiezdne, kolacje przy świecach i płonącym kominku, Giga liże po twarzy - znaczy daje buzi o świcie.
Jak tutaj dobrze, jak dobrze!!!

Stary kawał, który tak lubię:

Jak dobrze, jak dobrze! - powiedział lekarz do pacjenta, po obejrzeniu wyników badań.
   - Tak dobrze ze mną? - zapytał pacjent.
     -  Nie, to ze mną tak dobrze, że nie choruję na to, co pan - odpowiedział lekarz.

niedziela, 13 października 2013

Jak trafiłem do Szwejkowa.



Dwie noce w agroturystyce w Osławicy? - Wystarczy! 
No to panie Zbyszku - ruszamy na szlak!
Jest niedziela. Pogoda? – cudo! Więc dzisiaj ruszam dalej. Pytam gospodarzy: - "Gdzie dojdę tą szosą?"
 I pokazuję na południe. Gospodarze widzieli mój bagaż, wiedzą już, że jestem pierwszy raz w Bieszczadach, wiedzą, ile mam lat, dlatego, zanim odpowiedzieli, wymienili między sobą znaczące spojrzenia.
     - "Do Cisnej "- pada odpowiedź.
Nie pytam dalej, więc gospodarze sami z siebie informują: - "ale wcześniej jest Smolnik w połowie drogi, bo do Cisnej to aż 25 km".
Ufam swojej sprawności fizycznej, więc tylko pomyślałem: - " dla mnie te 25 km to pryszcz" - i się nie odezwałem.
         Jest 10.00. wszystko spakowane, zarzucam ciężki plecak z wyposażeniem, ten na oba ramiona, zapinam sprzączkę na piersiach, na prawe ramię zarzucam drugi plecak z samym jedzeniem, jakieś 8 kg, jeszcze przez głowę aparat.....Trochę się kiwnąłem przy tym na bok, ale malutko, jeszcze zamawiam lody włoskie u gospodarzy ( Tak, mają maszynę do lodów i w niedzielę w sezonie sprzedają lody ) i ruszam na luziczku, polizując lody włoskie. 

     Jest bosko. Zjadłem już podwójne lody. Gorąco trochę. Ale co mi tam!


Idę niespiesznie. Jejku! Plecak taki ciężki. Dwa plecaki ciężkie. Myślałem, że tu sklepów prawie nie ma, dlatego tyle jedzenia mam. Przecież nie wyrzucę tych kasz, fasol, cieciorek, grochu, soczewicy i makaronów?
     Jest bardzo gorąco i ciężko. Uszedłem z kilometr i odpoczynek. Spociłem się nieźle. Koszula na plecach mokra. Odpocząłem nieco i ruszam dalej. Kurcze - trzeba się uczyć jak ciężki plecak zakładać z ziemi. Uczę się. Teraz drugi plecak. Fajtnęło mną znowu, ale stoję. I na końcu aparat założyć...
    Idę. Boziuniu! Jak gorąco! Pewnie temperatura doszła do 30 stopni - pierwszy prawdziwie upalny dzień tegoroczny. Czy te aniołki bieszczadzkie muszą tak grzać? Przeszedłem jeszcze ze dwa kilometry, i to było wszystko, na co sobie w tym momencie pozwoliłem, ponieważ myślałem tak:
     - "Z każdą chwilą plecaki robią się coraz cięższe, plecy mam mokre, ciężko dyszę, zataczam się nawet momentami w rytm bujającego się na ramieniu plecaka z jedzeniem, aparat lekko obija mi bok, obie te rzeczy kiwają się w przeciwne strony jakby, nie mogę złapać rytmu, nie wiem, co mam zrobić, żeby było wygodnie, generalnie jest coś nie tak, jest bardzo niewygodnie i mam w nosie taką wędrówkę! Oczy mi chyba troszkę wychodzą na wierzch z wysiłku…Co ja tu robię? Mam się wykończyć? Mam dość!!!
     Rozejrzałem się. Jest niedaleko od szosy las, wygląda dość sympatycznie. Skręciłem z szosy, po kilkuset metrach znalazłem odpowiednie miejsce i zrzuciłem z ulgą plecaki. Uff! Jak dobrze!

    Miałem ze sobą buteleczkę super napitku na przeziębienie ( dostałem od Kasi ) spróbowałem - dobre! A nawet bardzo dobre! Pychota!
              I wydoiłem wszystko.
Zapobiegawczo. Przecież mogłem się z tego wszystkiego przeziębić? – noce dalej były zimne. Ależ ten napitek mi smakował! Teraz wiem, że dzięki temu Zaczarowanemu Napitkowi od Kasi nie imały się mnie przeziębienia w Bieszczadach. Dopiero nad morzem dostałem kataru. A to wyłącznie z powodu niemania Napitku od Kasi.    
       Pobłogosławiłem więc Kasię i pochodziłem nieco po najbliższej okolicy. Jest strumyk – mam wodę, zostanę więc tu na noc. Rozstawiłem namiot, naznosiłem patyków na ognisko, podpaliłem, ugotowałem mój ulubiony budyń czekoladowy i po zjedzeniu doszedłem do wniosku, że życie znowu piękne jest! A wokół mnie był właśnie przecudny zmierzch, i to jeszcze niedzielny zmierzch na dodatek.


sobota, 12 października 2013

Osławice




Wylądowałem w Osławicach, niedaleko Komańczy, w agroturystyce „Chleb Domowy” - tu nastąpiła inauguracja bieszczadzkiej przygody i spania w namiocie. Do Osławic przywiózł mnie Jan Gabriel. Dzięki niemu ominęła mnie uciążliwa podróż z nadmiarem bagażu. Taszczyłem bowiem ze sobą drugi plecak pełen żywności – całkiem niepotrzebnie, jak się okazało.
     Wyjeżdżaliśmy z Janem z Ciężkowic przy ładnej pogodzie, po drodze witały nas coraz to piękniejsze widoki. Dusza śpiewała! Ta ładna pogoda w Osławicach zamieniła się właściwie w upał. Osławice to niewielka miejscowość. Jest mianowicie w tej miejscowości tylko jedno jedyne gospodarstwo przy drodze.
     Stąd jest ładny widok na Chryszczatą…Więc stop! Stop! 


 
Zatrzymujemy się przy budynku. Właścicielka agroturystyki „Chleb domowy” - kosi trawnik kosiarką spalinową. Przy okazji kosi też grzyby - kozaki. I mówi przy tym: - „ jest plaga grzybów”!
       Padało przez trzy tygodnie, teraz zrobiło się ciepło, więc nastał czas grzybowy. Inaugurację sezonu grzybowego 2013 miałem już za sobą w Ciężkowicach, był tam spory wysyp grzybów, ale żeby zaraz używać słów: - „plaga grzybów”? Taka jednak jest specyfika Bieszczadów: - obfitość w przyrodzie. Pierwsze obfitością obdarzyły mnie poziomki, gdy już za dwa dni trafiłem do Szwejkowa. Do nich natychmiast dołączyły się grzyby. I przestrzenie obfite, i widoki, i baaaardzo mało ludzi. Czyli obfitość odludzia. Za to dużo zwierząt i ptaków. Łąki w kwiatach. Powietrze pachnące. Góry pokryte ciemnym starym lasem. Niebo wielkie, chmury inne niż w mieście....
Poza tym...tu wszystko widać! Nic nie zasłania widoku. No, może ten pień złamanego po wichurze drzewa trochę zasłania, ale ja specjalnie przykucnąłem, żeby mu zrobić zdjęcie, bo on mi się wydaje piękny....Po kilku godzinach robię zdjęcie z telefonu,

    Nieco się zachmurzyło i jakby czegoś brakuje…Czego? Hałasu! Jest zajebista, wszechobecna Cisza. Tylko raz na pół godziny przejeżdża samochód. W Osławicach jeszcze nie grały świerszcze, było dopiero kilkanaście dni po ostatnich przymrozkach majowych. Teraz nastąpiło:  
      - Pierwsze prawdziwe gotowanie na druciaku od Bożenki – to trochę jest przypalone od zbyt dużego ognia, ale smakuje wybornie - mniam!   
     
- I mocne uczucie ( zwracaj uwagę na uczucia – one mówią prawdę) - Jestem Wolny! Nic nie muszę. Nie muszę niczego z kimś uzgadniać, o nic nie muszę pytać, jestem sobie sterem i okrętem, mogę pójść tu, albo tam, albo nie muszę nigdzie chodzić. Nikt mnie nie poucza, nikt do mnie nie kieruje oceanu zbędnych słów, nie muszę myć rąk przed jedzeniem.
         

Wątek mycia rąk:
W czasie studiowania w SGGW, na zajęciach z mikrobiologii, wykonywałem dziesiątki prób na talerzykach Petriego, na podłożu agar-agar. Zobaczyłem wtedy, i to było dla mnie prawdziwym szokiem, ile mikrobów jest w jednym centymetrze sześciennym powietrza, w miastach więcej nieco, w „czystym” powietrzu nieco mniej. W powietrzu są bowiem zarazki wszystkich chorób jakie możemy sobie tylko wymarzyć. Chodzi jedynie o odporność wewnętrzną – żeby nasz organizm dał odpór zarazkom. Gdy tak postępujemy, organizm sobie świetnie radzi, bo do tego jest stworzony. Robiono badania, które wykazały, że po myciu rąk i wytarciu ich w ręcznik, na skórze dłoni jest nieraz więcej bakterii, niż przed myciem.
       Nie mam zamiaru niczego narzucać i prostować czyichś ścieżek, niech więc każdy postępuje jak chce. Tak się zdarzyło jednak, że kilka znajomych osób, przeważnie kobiet, które bardzo zwracały uwagę na sterylność otoczenia, nie jadły wielu rzeczy, które im rzekomo szkodziły, obierały pomidory ze skórki, ale głównie były nudne jak flaki z olejem, bo godzinami przynudzały o jedzeniu, czystości i zdrowiu, więc tych kilku nudziarzy – moich rówieśników, już dawno nie żyje.
Wysłuchuję ludzi, którzy mi tłumaczą, co trzeba jeść, żeby być zdrowym.
       Po wysłuchaniu zadaję pytanie: - „A Jan Gabriel? A inni bretharianie? Jan jest zdrowy, silny, pełen energii i chęci do życia, nie przynudza – a nie przyjmuje pokarmów od jedenastu lat w ogóle???? Czyli: - Co ty pieprzysz człowieku o czymś, o czym nie masz pojęcia, a mądrzysz się!”
       
Popijam i tak ze sobą rozmawiam w myślach, bo przecież z kimś mądrym trzeba wieczorem pogadać...A wyjścia nie mam - gospodarze pojechali gdzieś.

       A więc, gdy jestem w Wolności, już nie noszę masek „dobrego wychowania” – potrafię zdecydowanie powiedzieć każdemu, co myślę i odejść, gdy mi z kimś nie po drodze.    
     A generalnie: - wyczuj, czy ktoś chce ciebie słuchać i tylko wtedy nadawaj.
Zaczyna się zmierzchać coraz bardziej...Zdjęcie powyżej i poniżej, to strona wschodnia na Chryszczatą,



 No to teraz dla odmiany, robię pierwsze zdjęcie zachodu słońca w Bieszczadach


Robię zdjęcia, aparat fotograficzny okazał się cennym sprzętem, który daje mi wielką radość. A w pewnym momencie rozważałem, czy go zabrać. Ze względu na wagę rozważałem, bo waży 1,5 kg. Technika wali jednak do przodu i widzę że nowe telefony robią zdjęcia wystarczająco dobrej jakości. I mają zdecydowaną przewagę: - są leciutkie i małe.
    Aparat…. Canon z obiektywem szerokokątnym. Elektronika, ale także manual. Waga półtora kilograma. To była prawie jedna dziesiąta wagi całego mojego bagażu. Na szczęście miałem tylko krótki moment wahania. Tu i Teraz chodzę i robię pierwsze zdjęcia ucząc się obsługi aparatu. Fotografowanie było kiedyś moją pasją. Tylko że kiedyś inaczej było. 50 lat temu miałem dobry aparat, Altix. Miał on "pamięć" na 36 zdjęć. Zdjęcia robiło się bowiem na kliszy. Zdjęcia były czarno - białe. Gdy skończyła się szpulka - kaseta z kliszą, trzeba było wejść pod kołdrę, lub koc i na "macanego" w ciemności założyć nową szpulkę. Trwało to nieraz długo. Bywało, że nowo założona klisza urywała się i trzeba było zakładać następną. Łatwo było prześwietlić kliszę przy wydobywaniu z aparatu, czyli stracić zdjęcia już zrobione. Jednym słowem to była inna epoka, inna bajka. Ale nauka też była. Wtedy ustawiało się trzy parametry ręcznie: - odległość, czas naświetlania i przesłonę, czyli wielkość otwarcia migawki. Dziś to wszystko robi za fotografa sama elektronika w aparacie, lub telefonie,
Potem oddawało się kliszę do punktu foto, do wywołania kliszy i zrobienia odbitek. Trzeba było czekać nawet tydzień na gotowe zdjęcia. Często dostawało się odbitki wszystkich zdjęć, także tych całkiem nieudanych - zamazanych, lub niechcący cykniętych w podłogę. To po pierwsze kosztowało, po drugie primo: - trzeba było czekać do następnej okazji, czytaj urlopu, wyjazdu, wakacji, aby zdobyte doświadczenie w obsłudze aparatu, zastosować w praktyce.
             Dziś wszystko dzieje się szybko. A najcenniejsze dla mnie jest oglądanie zdjęcia na bieżąco i kasowanie go, gdy się nie podoba. A także zabawa światłem, gdy mogę robić zdjęcia o zmroku, lub w nocy bez flesza. Niestety, nauczyłem się tego pod koniec pobytu w Bieszczadach. To są zdjęcia o długim czasie naświetlania, robione bez statywu, "z ręki".

Dzień lądowania się kończy, biorę prysznic gorący przed spaniem - prysznic jest w sprytnie pomyślanym, drewnianym osobnym domku z toaletą. Potem długo obserwuję gwiazdy i wreszcie moszczę się w śpiworach. To moszczenie przypomina mi zupełnie dzień świra z Kondratem w roli głównej: - tu mnie uwiera, tam niewygodnie, namiot wydaje się za krótki, kręcę się i wiercę, spadam z materaca, w końcu przypomniałem sobie, że nie wysikałem się. Więc wstaję i boso wychodzę sikać. Jejku! nadepnąłem na szyszki! One są suche i otwarte, tak bardzo kłują. Moje stopy są jeszcze całkiem delikatne. Wracam do namiotu i znowu się moszczę...W końcu mnie to rozśmiesza i...śmieję się w głos!. Gdy usłyszałem swój śmiech, to mnie jeszcze bardziej rozśmiesza i śmieję się na całego! Aż mi łzy ze śmiechu poleciały. W końcu z trudnością usypiam. 
 .