Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Stawicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Stawicki. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

Po wakacjach

Witajcie czytelnicy!

Witanie jest zdecydowanie milsze niż żegnanie, które to drugie zawsze onieśmiela mnie dosyć bardzo.
Ktoś zapewne powie: - panie! Składnia nie taka!

Otóż człowieku, jeśli zasługujesz na to miano, zapamiętaj, że prawidła gramatyczne gubią adekwatność przekazu” - Sted.

Adekwatność przekazu.... Czy te listy do samego siebie to jest przekaz? Nie wiem, może tak.
Poznałem w tym roku nowych ciekawych ludzi, byłem w paru nieznanych dotąd miejscach. Najpierw chodziłem po Bieszczadach z namiotem, potem jeździłem na rowerze, chodziłem także z wykrywaczem metalu, aż do wyładowania baterii.
Plonem wędrówek są zdjęcia z telefonu i aparatu, oraz zapiski w zeszycie – bieszczadzkim komputerze.

Wędrowałem trasą: Baligród, Pod Wierchem 686, Żebrak, Wola Michowa, Balnica – Okrąglik przez Solinkę i Roztoki Górne, Smerek, Wetlina, Ustrzyki Górne, Wołosate, Rozsypaniec, Halicz, Krzemień, Bukowe Berdo, Muczne, Stuposiany, Smolnik, Lutowiska, Otryt, Chmiel, Dwernik, Zatwarnica, Smerek, Fereczata i na koniec najdłuższy jednodniowy przemarsz z Fereczatej przez Okrąglik, granicą, przez Balnicę do Woli Michowej.
    Wchodziłem także po sławnych dębowych schodach w stronę Tarnicy.
Spałem głównie w namiocie, w większości w odludnych miejscach. Dwie noce spędziłem w szałasach na połoninach i dwa razy zatrzymywałem się w agroturystykach (ach, ten boski prysznic!), gdzie ładowałem baterie w telefonie. W wyposażeniu miałem także mały paluszek-akumulator, który umożliwiał jednorazowe ładowanie telefonu, gdy nie było innej możliwości.
Bateria w telefonie starczała na ok. 5 dni, bo było nieco rozmów i robiłem sporo zdjęć. Po tym czasie ładowałem telefon z akumulatorka lub rozglądałem się za noclegiem z prądem, bo ładowania potrzebował także aparat fotograficzny. Jedna bateria w aparacie starczała na 300 zdjęć dziennych. Gdy dochodziły zdjęcia nocne, a tych także sobie nie żałowałem, z migawką otwartą przez 30 sekund, bateria siadała dużo szybciej i trzeba było zakładać drugą baterię.
      W Woli Michowej, w Kołybie miałem w tym roku przystań z której wyruszałem na wycieczki piesze i rowerowe, już bez plecakowego obciążenia. Wyjeżdżałem także dalej: na Łemkowską Watrę do Żdyni, do Ciężkowic, w odwiedziny do Jana Gabriela, do Białegostoku na wesele przyjaciela. Były także wrześniowe odwiedziny Wyspy Sobieszewskiej.

Opis tegorocznych wędrówek dedykuję mojemu przyjacielowi, Mirkowi z Gdańska.

Mirek tkwi na wózku inwalidzkim już ponad dwadzieścia lat. SM.

Kiedyś, gdy był jeszcze zdrowy przeszedł połoniny bieszczadzkie. To odległa przeszłość.
      Gdzieś na popasie, na szlaku, jakaś pani słysząc skąd idę i jakie mam plany, powiedziała: - ależ pan dużo chodzi! I po co tak?
    Odpowiedziałem: - bo ja, proszę pani, chodzę za dwóch. Za siebie i za mego przyjaciela z Gdańska, który chodzić już nie może!
 
Mirku! Ruszamy wspólnie w tegoroczną podróż.
Obiecuję obfitość zdjęć i stosowny opis do niektórych, bo większość zdjęć opisuje się sama.
Dziś będą dwa posty: bieszczadzkie maślaki i błyskawice.

poniedziałek, 2 marca 2015

Magiczne bieszczadzkie zimowe noce.



Raz jest smutno, a potem wesoło. Wdech i wydech, noc i dzień. Żyje się! 
Jest białocicho. Powoli zapada zmierzch. Na dole przy szosie zapalają się latarnie i od razu robi się magicznie.
   
   


Kościółek w Woli Michowej.

Wieś jest otulona nocą i zanurzona w ciszy (zewnętrznej), mieszka tu (bowiem) może trzydzieści niehałasujących osób. Psy przeważnie milczą, no chyba że poczują wilka....
Hałas jest odpowiednikiem wewnętrznego zgiełku myślenia. Zewnętrzna cisza natomiast ma odpowiednik w wewnętrznym cichym bezruchu.

Ludzkość zagubiła się w myśleniu.
    


Kierunek na Cisną. Godz. 22:30. Światła latarni na dole wyłączone od pół godziny (jesteśmy przecież w Parku Gwiezdnego Nieba) poza tym te latarnie są po lewej stronie pod kątem 90 stopni. Jest więc ciemna zimowa noc, bo chmury tłumią światło przybierającego księżyca, który jest za mną. Widać te chmury i jedną gwiazdę, tuż ponad największą sosną.
Na zdjęciu ( czas 15 sekund ) pokazała się także malownicza łuna. Pytanie tylko: czy to łuna od świateł Cisnej, czy z Żubraczego? Aparat stoi na stole obok miejsca na ognisko.
     


Gwiezdna noc ze wzbierającym księżycem. Czas 17 sekund. W świetle księżyca widać doskonale zielony spód jednej z nart z ogrodzenia Kołyby.
    


Tu w oknie Kołyby widoczny solarek, a więc było koło północy, bo po północy ten solarek gasł samoczynnie. Nad dachem wzbierający księżyc.
    


Wielominutowe otwarcie migawki w nocy rejestruje ruch gwiazd. Ruch jest płynny, gdy aparat jest umocowany na statywie, natomiast trzymanie aparatu „na kolanie”, rejestruje bicie serca, oraz oddechy fotografa. Widać jak fotograf przeżywa. W efekcie na zdjęciu wynikł ruch gwiazd w postaci „plemników”.
Życie powinno być zabawą?
     Jeśli uważasz, że to tylko teoria, to tak się stanie. Wszystko z myśli się bierze (bowiem).

Niech się dzieje według wiary twojej....
   


  
Na tym zdjęciu "z ręki" miały być także gwiazdy, lecz pod koniec naświetlania nadszedł któryś z kolegów z włączoną „czołówką”. I niechcący wyszły ciekawe barwy.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Młyn Kamieni

I jest Młyn. Radość powitania. Darek i Ciapek. Oczywiście Reksio, jako pierwszy już dostał swoje.
  




Psy głodne, bo dopiero co przeszły post wymuszony bieszczadzką zimową rzeczywistością. Darek Karaluch przez tydzień miał jeden chleb, którym dzielił się sprawiedliwie z psami. Czyli dla każdego stworzenia przypadała jedna trzecia chleba na siedem dni.
       

Nic dziwnego, że nastąpiło łyk-łyk i kaszanki znikły. Spadłem Darkowi i psom jakby z nieba, to była kulminacja głodu, bo już następnego dnia miał ktoś przyjechać. Darek Karaluch jest zdany na ludzi. Nie chodzi prawie, jak pisałem. Jedynie sto metrów jest w stanie przejść, a do pierwszego sklepu w Baligrodzie będzie stąd jakieś 8 km. Młyn zimą nieczynny, robotnicy i maszyny zapadają w zimowy letarg.
    
   


Reksio spuszczony z łańcucha biega swobodnie. Miał ostatnio kilka przygód z wilkami. Trzy razy uciekał przed nimi do Młyna. Ostatnim razem, gdy były dwa dni mrozu, minus 26 i 27, wilcza wataha goniła sarnę. I dogoniła. Sarna zakończyła życie zaraz za potokiem, który płynie przy Młynie. Reksio znalazł się na drodze goniącej watahy.
      Kiedy pogoń za sarną przemykała w pobliżu Reksia, jeden wilk odłączył się od pogoni i szurnął za uciekającym Reksiem. Reksio uciekał prosto do budy, ale tuż przed nią zrobił zmyłkę i ostro zakręcił pod Kamaza, który stoi blisko drzwi do Darkowej kanciapki. Pod Kamazem przemieścił się szybko w kierunku swego pana, bo Darek słysząc zamieszanie na podwórzu zdążył otworzyć drzwi i stanąć w nich. Reksio natychmiast wpadł do pomieszczenia.       
      Wilk zahamował przed psią budą nieco zbity z tropu i z warkotem pokazywał Darkowi zęby. Wilk wcale się Darka nie bał, chociaż Darek stojąc przed drzwiami wywijał laską. Wreszcie po bardzo długiej chwili, wilk pomalutku i z wilczą godnością odszedł.
Cały czas pokazywał kły i gotowało mu się w gardle. Mogło być niewesoło, jednak Reksio chociaż młody okazał się cwaniakiem.
Zdjęcie wilka – Biliński.
   


Po połknięciu kaszanek Reksio zaczął się pchać do mnie, zostałem polizany po rękach, ugłaskałem Reksia, łasił się bardzo.
Pogadaliśmy z Darkiem o tym i o tamtym. Darek przy pożegnaniu powiedział: - Po tych kaszankach Reksio pewnie ciebie teraz odprowadzi.
     Nie spodziewałem się jednak takiego odprowadzania, jakie nastąpiło.
     Życie jest tajemnicą.
W stronę przełęczy przeszła para turystów z wyżłem. Poczekaliśmy kilkanaście minut i ruszyłem do Woli Michowej. Reksio pełen radości oczywiście biegł ze mną na tych swoich króciutkich łapkach.
    


Przeszliśmy tak wspólnie jeden, drugi i trzeci kilometr. Ta kropka daleko na drodze to Reksio
   

 

piątek, 9 stycznia 2015

Marzenia i cel

Co jest w życiu ważne?

Marzenia są ważne i cel jest ważny.

Owszem, marzenia są ucieczką od tu i teraz, ale właśnie o to niekiedy chodzi, gdy nie jest nam najlepiej w bieżącej sytuacji. Marzenia dają relaks, pozwalają osłodzić nieciekawą rzeczywistość, przebrnąć przez nią.
Co ciekawe, po latach dowiedziałem się, że takie marzenia nazywają się wizualizacją. A niech się nazywają jak chcą, ale to są marzenia.
      Marzymy, a więc myśl, wyobraźnia pracuje, robi się miło – czyli dodajemy uczucia, emocje i wtedy wszechświat to odbiera do realizacji. Teraz tylko potrzebna wytrwałość. (Lub tylko odpuścić, zapomnieć). Wszechświat (bowiem) jest wielką maszyną ksero, która powiela nasze myśli.
     Bo wszystko bierze się z myśli.
Jest wiele sposobów „walki” o realizację marzeń. Jednym z nich jest wysyłanie Intencji, jak to opisał Deepak Chopra.
Cel jest niezbędny, bez niego jesteśmy żaglowcem bez steru. I bez kapitana.
     Lecz najważniejsze, na sam początek, to jest to słynne poznaj siebie.
 
Niektóre rodzaje działalności nie są (bowiem) dla nas.
Przykładowo nie każdy odniesie „sukces na giełdzie”, ale każdy zrealizuje się wspaniale w „swojej” dziedzinie.

Co jest jeszcze ważne? Ważne jest, żeby optymalnie gospodarować wysiłkiem, a nie kopać się niepotrzebnie z koniem, spróbować zajrzeć do samego siebie.
Możemy (bowiem) szukać w ciemności i z zawiązanymi oczami, swojego miejsca w życiu, niech będzie, że to Przeznaczenie Zapisane w Gwiazdach.
        Jednak dużo łatwiej trafimy do celu gdy:
- wiemy co jest tym celem
- znamy jego adres.
- ciemność znikła, jest dzień.
       Ten ulotny moment gdy znika ciemność i dzień zaczyna się budzić, gdy noc przełamuje się w dzień, gdy pokazuje się kolorowy świt, gdy kończy się mrok a zaczyna jasność, zawsze mnie pociągał. Jest w nim tajemnica i piękno. Można w takim momencie zrobić zdjęcie. O ile oczywiście będzie nam się chciało wstać.
          Świt w Woli Michowej.
  

wtorek, 2 grudnia 2014

Lecą ogniowe latawce

Watra Zdynia (Ватра Ждиня)

Bardzo, bardzo się działo. Tylko niektóre zdjęcia zamieszczam. 
Zapada cudna, pogodna, lipcowa noc. Z doliny wolniutko zaczynają unosić się światełka. Właściwie wiszą w powietrzu.   
     Swym wolnym lotem przypominają finał magicznego tańca świetlików w masywie Chryszczatej.
     Leca tak wolno.... zupełnie jak klucz żurawi w wiosennym prądzie wznoszącym nad Balnicą.
 
Inna atmosfera jest w dzień, a zupełnie inna wieczorami i nocą. Turystów o tej porze już nie ma.
   
 




poniedziałek, 1 grudnia 2014

Dzwon Pamięci



Zadzwonił Dzwon Pamięci (posłuchaj), a chór zaśpiewał Hamerycki Kraj (posłuchaj)

  (Problem techniczny - Będzie dźwięk do wpisu, ale pojawi się nieco później)
 
 
        
 

wtorek, 25 listopada 2014

Skwirtne

Upał. A nawet kulminacja upału. Parno.
Przy sklepie uzupełniam płyny w organizmie. Wychodzi przed dom mój znajomy Łemko. Poznaliśmy się w ubiegłym roku. On tak wygląda jak jego dom. Zużyty człowiek, ale z godnością się nosi. Poznał mnie od razu, „po koszuli poznałem z daleka” – mówi.
Co za nim?
Napiszę tylko jedno słowo: masakra. Czytelnicy wiedzą, że rzadko używam tego słowa. Nie chcę człowiekowi zakłócać spokoju, a także nie zapytałem się, czy mogę o tym napisać.
Gdy dzieci dorosły, wyjechały w Hamerycki Kraj. I już nie wróciły i nie chcą tu wracać. Dla nich Polska jest miejscem, gdzie ich naród
doznał wielkiej krzywdy.
   

Piszę i jeszcze raz to przeżywam. Ruszam ze Skwirtnego w przygnębieniu, pomimo słonecznej pogody i ukwieconych obejść.
   


Zbliżam się do Żdyni i nadaję do Anioła: czy człowiek człowiekowi musi urządzać piekło na ziemi?
Pod tablicą znajduję Czarne Pióro. W każdym razie czarnego jest w nim zdecydowanie więcej. To jest odpowiedź Anioła?
   

sobota, 8 listopada 2014

Wiszące grona na Fdax


Wiszące grona można było zobaczyć wczoraj na Germany 30, czyli Fdax. To świece wiszące pod SMA 55 tam, gdzie na rysunku jest szczyt fali 2. Formacja została opisana w książce Marka Marcinowskiego Sukces na giełdzie, w części astronomia finansowa.
     
Daty zwrotu astronomii finansowej, podane w abonamencie na wrzesień, październik, listopad i grudzień 2014.
     

Od dołka 16 X do szczytu ( lokalnego ? ) 2 XI daty poprowadziły bez zarzutu.
Daty zwykłe także się sprawdziły. Nie ma ich na rysunku dla przejrzystości.

Klikamy na zdjęcie, aby powiększyć.

czwartek, 6 listopada 2014

Cegła z dzieciństwa


Gdy byłem małym chłopcem, jeszcze przed pójściem do szkoły, lubiłem bawić się z dziewczynkami.
      Były to gry, skakanie przez skakankę, zabawa w klasy, te zabawy lubiłem bo były dynamiczne. Była też zabawa w dom ze starszymi dziewczynkami, tu mniej mi się podobało, bo okazywało się, że jako mąż jestem co chwila wysyłany „po coś”.
      Lecz nie buntowałem się, bo co pewien rzadki czas dziewczynki fundowały zabawę w doktora. Tu był silny podtekst seksu, a to mi się bardzo podobało. Uczyłem się, że są obowiązki, wiele obowiązków, a przyjemności niewiele. Znosiłem więc dzielnie przycinki chłopaków: - babski król.
      Dzieci są bezwzględne, nauczone przez świat dorosłych agresji, pogardy, nie znoszą inności i potrafią ranić słowem i pięścią.
Byłem buntownikiem.
      Zdałem sobie z tego sprawę już w szkole, za przyczyną religii i zatargu z księdzem, a także potem, gdy na usilne prośby matki poszedłem do komunii.
Docinki chłopaków olewałem, więc w końcu dali spokój. Bawiłem się dalej z dziewczynkami. Któregoś razu w czasie zabawy w dom, mojej „żonie” zabrakło mąki. Podała mi cegłę.
          Pytam: - co mam z tą cegłą zrobić?
          Masz utrzeć ją na mąkę – padła odpowiedź.
       To trę. Trę i trę, ręka zabolała a tu mąki tyle co na lekarstwo.
          Musisz zetrzeć całą cegłę – słyszę.
I wtedy coś się we mnie zjeżyło, pękła jakaś sprężyna. Padło mianowicie magiczne słowo musisz. Odczułem, że na dźwięk słowa „musisz” robi mi się niedobrze.
      Ojciec przynosił do domu tran, to taki paskudny tłuszcz z wieloryba przysyłany do Polski zaraz po wojnie. To paskudztwo musiałem pić i piłem przymuszany, potem świat mi gasł i rzygała dziecina ….
Więc w czasie tego tarcia cegły na mąkę, padło słowo musisz, a we mnie coś się przewartościowało gwałtownie, odechciało mi się zabawy w taki dom, rzuciłem cegłę i pobiegłem do chłopaków grać w piłkę. Taki prosty „rozwód” nastąpił.

Dlaczego to przypominam? Minęło kilkadziesiąt lat, obróciło się koło życia, trwała dorosła zabawa w dom w drugim małżeństwie. Obowiązki od rana do wieczora i gonienie własnego ogona. Nie myślałem o tym w ten sposób. Nie narzekałem, goniłem jak większość, wydawało mi się, że tak trzeba.
Taki schemat znaczy.
I tu odebrałem myśl: - to jedziesz schematem? Przecież wiesz, że ci którzy jadą schematem, właściwie są już martwi. Gdzie jest twoje życie?!!!!
No właśnie. Gdzie jest moje życie?
Metodą eskalacji, kompromisów, żyję jakimś obcym życiem, bo nie swoim. W pogoni, w wiecznym opóźnieniu, gdzieś po drodze, zgubiłem coś bardzo ważnego. Najważniejszego wręcz.
Zgubiłem własne życie. Jestem robotem.
To jest jak zły sen. Koszmar wręcz. Jestem na statku, statek na pełnym morzu. Uderzenie w górę lodową. Statek tonie a ja nie mogę znaleźć klamki, żeby otworzyć drzwi. Rozpaczliwie staram się znaleźć w bezpiecznym miejscu. To na nic, tonę razem ze statkiem, odbierając przesłanie: - tylko tak dalej trzymaj, a już po tobie! Nie chcę, żeby tak było. I wiem już, że mam skupiać się na tym, czego chcę, a nie na tym, czego nie chcę.
Więc jak chcesz żyć?
Inaczej!
                   W tym miejscu włączyło się doświadczenie: - przecież już raz była podobna rozmowa, kilkanaście lat temu była. Na pytanie jak chcę żyć, odpowiedziałem, że chciałbym się raz porządnie wyspać i wyleżeć. (Pracowałem wtedy w cyklu 36 godzin bez przerwy przy własnej wtryskarce, po zwolnieniu załogi, po pierwszej plajcie)
                 Niech się stanie według wiary twojej.

Dostałem to, czego chciałem. Wyspałem się i wyleżałem za wszystkie czasy. Leżałem bowiem 8 miesięcy w szpitalu po wypadku. Nie tak miało być! Trzeba myśleć o tym, o czym się myśli, bo myśl to potęga.
Pomyśl dobrze.
Powiedz co pomyślałeś.
Wykonaj co powiedziałeś. (Zaratustra)

Pomyśleć dobrze …. Żeby nie było jak z tym murzynem na pustyni.
Na pustynię spada złota rybka. To może się zdarzyć. Rybka mówi: trzy życzenia. Murzyn ma 40 lat, więc już coś wie o życiu.
Mówi: - chcę być biały
          • dużo wody ma być koło mnie
          • dużo damskich dup ma się koło mnie kręcić
            Rybka zamieniła murzyna w biały sedes.
Co innego uratować siebie. Zauważyć, że życie zakreśliło koło i znowu trzymam cegłę z dzieciństwa. Przypomnieć sobie, że mogę odrzucić tę cegłę z dziecęcych zabaw. Cegłą dla mnie było olśnienie, że nie jest to moje życie, mojego życia nie ma wcale. Zapragnąłem odzyskać siebie utraconego kiedyś i gdzieś. Zabrać siebie do innego, swojego świata. Wyruszyć na spotkanie z samym sobą, odnaleźć znowu w sobie zapomniane wewnętrzne dziecko, odnaleźć radość życia, narodzić się na nowo.
To cud: w tym samym życiu narodzić się po raz drugi.
Żyć po swojemu, odzyskać Wolność. Iść swoją drogą na spotkanie duszy.
Tak! Wiem czego mi trzeba: - to co jest teraz, to więzienie, potrzebuję, chcę dotrzeć do miejsca zwanego duszą. Chcę pójść swoją drogą na spotkanie duszy! Nie ważne, czy to droga łatwa, czy trudna, może będę musiał iść po ciemku? Dojdę …..
                 To są tylko słowa, albo aż słowa. Tak samo życie wymaga słów w decydującym momencie Zwrotu. Można to zrobić w milczeniu, jest to niezwykle emocjonalny, dramatyczny i intymny moment, nazywany przez jednych Odejściem z małżeństwa, a przeze mnie Odzyskaniem Wolności. Jak się zachować, co powiedzieć żonie z serca? Jak to zrobić w Miłości, która jest przecież najważniejsza?
Nieproste, ale stało się. Znalazłem w sobie siłę, aby się stało. 
Nie krzywdzić drugiego, ale też siebie nie dać krzywdzić. I nie wpaść po tym w poczucie winy, które jest wielką niszczącą siłą. Nie wpadłem.
       Może to Anioł dał mi siłę aby tak wszystko przebiegło?. 
                Pewnie tak było.
Wiedzieć o tym, to wielki dar i mnie się on przydarzył. Dziękuję memu Aniołowi za pomoc westchnieniem płynącym z głębi serca: - Ach!

wtorek, 4 listopada 2014

Dzień w Huczwicach

Na śniadanie makaron ze śmietaną plus dary natury. Poziomki dojrzewają na potęgę, pokazały się także pierwsze jagody.
      Po jedzeniu siedzę chwilę sycąc się widokiem.
Naraz dziwne dreszcze obejmują mi plecy, znam ten stan, to wyraźnie od góry przez głowę nadpłynął nadmiar energii, jakby Anioł wylądował na mnie. Brakuje odpowiednich słów, pochodnia życia płonie z obu końców aż huczy! Ten stan, krótki, ulotny, ale tak wzniosły, jakby wniebowstąpienie, jest nie do opisania. Taki stan przydarzył mi się poprzednio tylko raz, gdy nocowałem w ubiegłym roku na górze ponad Hańczową i zatańczyły świetliki.
       To jest jedynie krótka Intensywność, lecz ona zadowala bardziej niż cała wieczność przeciętnego życia. Ona się przydarza, zresztą tak, jak życie. Nie da się tego wymusić niestety.
                   Aniele! Ach! Ach! Ach!
Pogoda wymarzona, jest przefantastycznie!. ( Oraz zaprawdę powiadam wam jest także bosko )
I co zrobić z tak rewelacyjnie zapowiadającym się dniem? Przecież nie usiedzę na miejscu. Pójdę gdzieś na fajny spacer.
         Aparat wrzucam do chlebaka i wio!.
Najpierw przez łąkę, w stronę Chryszczatej, potem drogami leśnymi. Cudne manowce, idę, a jakbym podfruwał, jakbym skrzydła miał.
       Cisza niebiańska, podnosi się upał, w lesie panuje miły chłód.
Orłów nie słychać bo jest taka obfitość myszy, że orły fruwają tylko rano przez kilkanaście minut. Potem je słychać dopiero przed wieczorem. Nie mam w tym roku mapy, bo po co? Po ubiegłorocznej włóczędze mapa siedzi w głowie.         
       Pod Chryszczatą zakręcam na wschód i po kilkuset metrach na przełaj wchodzę na ścieżkę. Ta ścieżka, a potem droga zaprowadziła mnie ponad Huczwice oraz nad jeziorko bobrowe.
 
Piszę te listy do samego siebie, potem je czytam, jestem z tego pisania zadowolony i o to także chodzi, to jest ważne.
Jednocześnie co pewien czas przypominam, że opisuję swoją drogę, ona nie musi być dobra dla innych. Każdy powinien iść swoją własną niepowtarzalną drogą, i to jest właśnie tao.
       Radość niebezpiecznego życia...... 
 Co lubię robić pasjami, kiedy jestem pieszo w jakimś mieście? Lubię przechodzić na czerwonym świetle, gdy nic nie jedzie ma się rozumieć. I nie ma policjanta. Robię szybki szacunek ryzyka, nie wiem jak postąpię, czyli nie działam schematem.
       Kiedy przechodzę, młodzi ludzie często biorą ze mnie przykład, także przechodzą na czerwonym. I miło jest od razu. Jest luzik.
          Tak mam od dzieciństwa.
Nadleśnictwo Baligród wystawiło nad jeziorkiem bobrowym drewnianą wiatę i to miejsce w kraju Bojków od razu nabrało uroku. Stało się perełką Bieszczadów.
          Stąd jest wspaniały widok na Chryszczatą.
Trafiłem na wielodniowy bezdeszczowy moment, gdy woda była przejrzysta. Piłem z tego jeziorka. Tak mi się tu spodobało, że postanowiłem przyjść na nocną sesję zdjęciową. Przyjdę już drogą, a nie skrótem przez las. Skrótem droga jest trudna, wyboista, pełna korzeni i kamieni, zdarzają się żmije. Tędy jest 7 km, lecz i w dzień można zabłądzić, a co dopiero nocą. W wielu podmokłych miejscach widać tropy wilków, wokół las ciemny, niejednego by strach przeleciał......
                   Raz się żyje, potem się tylko straszy. - graffiti
Wczoraj były zdjęcia dzienne z Huczwic, jutro będzie można je porównać ze zdjęciami nocnymi.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Idę do Huczwic


Drobne kłopoty z wielkością czcionki. Za mała czcionka pojawia się na blogu. Dlatego robię próbę: zdjęcia dziś, tekst jutro.
     
        

 
    
      
   


   

       


    


Obudzić się

Wstaje kolejny dzień
 

  
Następuje kontemplacja przed śniadaniem, czyli chwila sławnego nicnierobienia.
   

Na śniadanie budyń czekoladowy (woda, płatki owsiane, kasza manna, kakao, łyżka masła, cukier )
   

Gdy po przyjściu na tę górę postawiłem namiot i pierwszy raz przyszedłem na szczyt, tak wyglądał krzyż.
      

Przekrzywiony krzyż.
Oczywiście poprawiłem, aby stał tak, jak w ubiegłym roku, w lekkim ukłonie tylko, aby dalej oddawał cześć temu, co tu się wydarzyło trzy i pół pokolenia wcześniej.

Dlaczego samotnia - 7

Wpisy na blogu, czyli listy do samego siebie, trafiają celnie do osób dojrzałych, które coś przeżyły i wiedzą o konieczności przebudzenia. Do młodych to nie trafia, bo oni muszą swoje przejść, pobyć wystarczająco długo w pogoni za własnym ogonem. Każdy idzie podobną drogą, więc każdy przez taką pogoń przechodzi.
Niektórzy z tej pogoni, z tego uśpienia nie wychodzą do końca swych dni, gromadząc bez ustanku gadżety. Ale to są zwykli Kowalscy, i nie do nich jest skierowany ten blog.
     Piszę do ludzi, którzy mają chęć się obudzić, albo już się obudzili.
Są dwie drogi wyjścia z uśpienia – obie niebezpieczne, lecz łatwe, możliwe do wykonania właściwie natychmiast. Bo całkiem bezpieczni będziemy tylko w grobie, tam już nic zaskakującego nas nie spotka.
       Proszę pana, ale ja szukam bezpieczeństwa! - Nie raz to słyszę od pań.
Czy pani chce być nie tylko bezpieczna, ale i piękna jednocześnie?
Jeśli tak, oto recepta:

Żyj krótko, umrzyj młodo, będziesz pięknym trupem – graffiti.

Życie natomiast ma dopiero smak, gdy jest niebezpieczne. Bo gdy jest bezpieczne staje się rutyną, wszystko w nim znasz, wszystko przewidzisz, czujesz się pewnie, jesteś zadowolony, tylko nie zdajesz sobie sprawy że stałeś się maszyną, powoli umierasz. Dopada ciebie nuda. Szukasz więc jakiegoś zajęcia.
      Tu przytoczę słowa Osho: - Gdy się nudzisz, jest z tobą coś nie tak. A gdy musisz coś robić, szukasz zajęcia, uciekasz od siebie do ludzi, patrzysz w telewizor aby „jakoś zabić czas”, dowiedz się, że podpowiada ci diabeł. Boisz się bowiem samego siebie.
Zwolnij, a nawet zatrzymaj się.

Kiedy się zatrzymamy, by wsłuchać się w to, co ma nam do powiedzenia znudzenie, odczytamy, że nadszedł czas, aby się z czymś pożegnać. To odnosi się zwłaszcza do naszych relacji z ludźmi. Problem ze znudzeniem polega na tym, że zakrada się ono stopniowo i jest ostatnią rzeczą, jaką zauważamy.
Kiedy nie możemy ruszyć z życiem do przodu, odczuwamy także lęk. Boimy się stracić to, co już mamy, boimy się, że nie dostaniemy tego, co chcemy dostać, boimy się co pomyślą o nas inni, boimy się sukcesu, boimy się porażki.
      Po jakimś czasie boimy się własnego cienia. 
Lęk sprawia, że trzymamy się rutyny, schematu. A przecież kto żyje schematem – rutyną, ten sam siebie uśmierca.
Boimy się zerwania z rutyną, więc trzymamy się jej i …... powoli umieramy.
Powtarzając wzorce zachowań i nawyków, stajemy się coraz bardziej przygnębieni sytuacją, Mamy wrażenie, że pracujemy wystarczająco dużo, coraz więcej wręcz, a niczego nie osiągamy. Wydaje nam się, że nie osiągamy swoich celów, a inni robią to z łatwością. Zaczynamy winić innych, coraz łatwiej ranią nas słowa lub uczynki otaczających ludzi, życie robi się niesprawiedliwe, wydaje się, że wszyscy się na nas uwzięli.
       Uznajemy życie za bezcelowe i nie wiemy dokąd się zwrócić. Rozpaczliwie szukamy swego bezpiecznego portu albo nieba i zaczynamy popełniać głupstwa...... Chwytamy się rzeczy albo ludzi, którzy nie są z naszej bajki.
        Niektórzy ludzie niestety nie są z naszej bajki.

Nie mamy dokąd pójść, nie ma wyjścia, nie ma ucieczki. Co gorsze nie widzimy sensu w dążeniu do czegokolwiek – małymi krokami nadchodzi apatia a za nią depresja.
Może nastąpić wyparcie.
Nie chcemy dostrzec, że znaleźliśmy się w ślepej uliczce. "To tylko stan przejściowy" – mówimy, bo nie chcemy zmienić wzorców postępowania.
     I w ten oto sposób wpadliśmy w wyjeżdżoną koleinę.

I to tak wpadliśmy w tę koleinę że aż cmoknęło i zassało nas całkiem.