piątek, 20 lutego 2026

Bajka o murarczyku

 


Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, był las. Pod tym lasem stała chatka upleciona z chrustu, a w tej chatce mieszkali dziad i baba.

   Starzy już byli oboje i samotni, bo dzieci ich w świat poszły, a wnuków nie mieli. Przykrzyło im się.

   Poszła raz baba na porębę po jagody. Drepcze, drepcze, schyla się, zbiera, a spieszy się, bo słońce już wysoko, czas wracać i dziadowi strawę gotować.

Nazbierała cały dzbanek jagód i rozgląda się za paprocią, aby jej liściem jagody przykryć. Widzi piękną paproć za białym kamieniem, podchodzi i schyla się, żeby liść zerwać, a tu naraz coś piszczy! Jakby kocię – nie kocię, a może dziecko?

   Zdziwiona odchyla paproć, a tu dziecko!

Leży malutkie w paproci i popłakuje z cicha….

- O rety! Olaboga! Co za znaleźne! Aż się baba za głowę złapała.

Czym prędzej do fartucha mchu mięciutkiego uzgarniała, na tym mchu dzieciątko ułożyła, do chałupki spieszy.

Kuśtyka baba z lasu, a dziad na chruścianej przyzbie siedzi i wyglądając baby fajkę pyka.

Przykuśtykała baba do dziada i powiada:

- Zgadnij dziadu, com znalazła, a nie szukała?

- Pewnie grzyb – zgaduje dziad.

Ale baba kręci głową, że nie.

Patrzy dziad, a w fartuchu coś się rusza.

- Już wiem – woła dziad – znalazłaś małego zajączka!

Baba się tylko uśmiechnęła i pyta:

- A co zrobimy z tym zajączkiem?

Zamyślił się dziad krzynkę, pyknął z fajeczki trzy razy i powiada:

- Będziemy go chować!

Dopiero wtedy baba rozchyliła fartuch i pokazała dzieciątko.

Ucieszył się dziad tak bardzo, że aż fajka mu z ust wypadła.

Bo jak się tu nie cieszyć? Miło zajączka mieć w chacie, ale jeszcze lepiej dzieciatko!

Dobrze było znajduszkowi w chruścianej chatce u dziada i baby, że i u rodziców lepiej być nie może.

Dostał ci on na imię Michałek i rósł na pociechę, aż wyrósł na sporego chłopaka. Dziad i baba kochali go bardzo i on też ich kochał. Dobrze im było trojgu ze sobą.

Kiedy Michałek miał już lat piętnaście, powiedział dziad do baby:

- Ja stary i ty stara, wiekować nie będziemy. Czas, aby Michałek sam nauczył się myśleć o sobie. Niech idzie w świat i rozumu nabierze. Wróci, to powie nam, kim chce zostać – stolarzem, szewcem czy może kowalem. Daj mu chleba na drogę, czystą koszulę na zmianę i niech jutro z rana idzie.

O poranku ukroiła baba kromkę chleba, powidłami z jagód ją posmarowała, czystą koszulę wyjęła ze skrzyni i powiada:

- Czas Michałku, abyś sam o sobie pomyślał. Idź w świat i nabierz rozumu.

Pocałował Michałek babę i dziada w rękę i poszedł.

      Idzie lasem, wyszedł na polanę, tam jagody, więc co i raz schyli się, jagodę zerwie i idzie dalej.

Wtem boleśnie uderzył o coś nogą, aż mu świeczki w oczach stanęły. Patrzy – kamień. Rozzłościł się i powiada:- a bodajeś się w ziemię zapadł, twardy kamieniu!

   Kamień, kiedy to usłyszał, jeno jęknął głucho, ale ani drgnął, bo przecież nie mógł. A chłopak poszedł dalej.

Idzie, idzie, aż wyszedł z lasu na pole. Po tym polu szedł chłop za pługiem i orał. Kiedy zobaczył Michałka, przystanął i dawaj narzekać: - Źle orka idzie przez te kamienie, biedę mam z nimi. Więcej na mej roli kamieni niż ziemi, a wiadomo, że na kamieniu chleb nie urośnie.

    I rozzłoszczony dalejże kamienie przeklinać!

Kamienie tylko jęczały z cicha, ale nie ruszały się z miejsca, bo nie mogły.

   Postał Michałek chwilę wysłuchując urągań oracza, a że nic pomóc mu nie mógł, to poszedł dalej.  

Szedł i szedł, aż zmęczywszy się chciał odpocząć, ale naokół było pustkowie bez ludzkiej siedziby. Rad nie rad, wyciągnął się na ugorze i zasnął.

Po dobrej godzinie obudził się rześki i wypoczęty. Wstał i zobaczył, że pod głową, zamiast poduszki, miał płaski kamień porośnięty miękkim mchem.

   - Hmm! – mruknął – widać nie wszystkie kamienie są złe i niepotrzebne. Oto znalazł się taki, co się na coś poczciwego przydał.

To mówiąc pochylił się i pogłaskał usłużny głaz.

O dziwo niby niemy głaz, a przemówił: - Michałku, Michałku! Mógłbyś ty chłopcze tak zrobić, żeby i ludziom i kamieniom było dobrze!

- A jakim to sposobem mam zrobić? – zapytał chłopak.

Ale głaz milczał, bo i tak już dużo powiedział.

Powędrował Michałek dalej.

Naraz patrzy, a tu idzie po drodze ślimak. Szedł on wolno, pewnie z powodu że niósł na sobie mocno zbudowany domek, przez który deszcz nie przeciecze, ani wiatr nie przewieje.

Pomyślał Michałek: - Ten ślimak jest mądry i szczęśliwy, bo ma zaciszny domek. Gdyby tak ludzie …… i nie dokończył, bo potknął się o kamień leżący na drodze. W pierwszej chwili chciał chwycić ten kamień, fyrgnąć nim gdzie w pokrzywy, ale …. nie zrobił tego, a coś zupełnie przeciwnego: - zamiast złości, przycisnął go do serca i rzekł: - To ja cię przepraszam kamieniu, że niechcący potrąciłem ciebie nogą!

   Ledwie wyrzekł te słowa, a kamień, do serca przyciśnięty, zadźwięczał cichutko:

- Dobry chłopcze, dam ci radę – zostań murarczykiem! My, kamienie służyć ci będziemy i gdy tylko rozkażesz, będziemy wespół budować ludziom solidne i ciepłe domy.

Michałek, słysząc te słowa uradował się wielce i z całego serca ucałował kamień w podzięce za radę.

Tym razem kamień całkiem głośno wydzwonił: - Ty, który kochasz nie tylko ludzi, ale i kamienie, będziesz wielkim murarczykiem!

   Prędko Michałek wracał do domu i podzielił się nowiną z babą i dziadem.

- Jakże ty sobie poradzisz, skoro masz tylko dziesięć palców? - Zapytał dziad.

- Ano kamienie pomoc mi przyrzekły – objaśniał chłopak - jeszcze tylko glinę, piasek i wapno do pomocy wezmę.

  I stało się; - Czary to były czy nie czary, nikt się nigdy nie dowiedział, ale paliła się robota w rękach murarczyka i śliczne murowane domy rosły jak grzyby po deszczu.

  Już bezpańskie kamienie nie leżały po drogach, po rolach, nie gniotły się w ziemi.

Na skinienie Michałka toczyły się wszystkie do kupy, jedne na drugich na zaprawie równiutko się kładły i domami się stawały.

Błogosławili ludzie kamieniom, a one błogosławiły murarczyka.

I stał Michałek na rusztowaniu kolejnego domu, a tak wysoko, że kielnią w rozmachu zawadzał o słońce!


 

 

 

 

 

 

 

 

  

czwartek, 19 lutego 2026

Zaśmiania moje niektóre

Przypominam sobie mój nieraz śmiech, zaśmiania moje niektóre, i przypominam sobie, że słyszałem w nich wcale nie dzwonki. Śmieję się nieraz całym magazynem jak katapulta i za­śmieję się nieraz inaczej. Przypominam sobie. Więc zaśmiałem się nieraz inaczej i słyszałem w śmiechu tym, jak dalekie echo, łkanie. Czy miałem zwątpić w dobry mój słuch? Zdarzyło się nieraz, że zwąt­piłem. Ile razy, kładąc się spać, bezprzykładnie wymęczony tym wszystkim, co jest, czego nie ma, co by się chciało, a czego by nie, wy­męczony więc śmiertelnie wieczną interwencją, jak powiedział je­den, ile razy, próbując zasnąć, niechętnie zresztą zawsze, coś mi na­gle strzelało w uszy, krzyk jakiś, buchnięcie, hałas, trzask, jakby pę­kały belki czy więźby podtrzymujące strop, i aż od tego szarpało mnie na podłożu, na którym leżałem, ale przecież to były jawne słu­chowe majaki i nie mogłem wierzyć w to, co słyszę.

 

     Tymczasem co do śmiechu, co do łkania tego przebijającego w niektórych krótkich zaśmianiach, tu nie mogłem zwątpić w do­bry mój słuch. Słyszałem to wyraźnie i często. Przypominam sobie. Sam śmiech zresztą słyszałem, że nie jest perlisty, ale czymś zmąco­ny jak poruszona kijem woda. Przypominam sobie. I przypomi­nam sobie teraz dokładnie, że słyszałem to samo u innych, tak jest. Tak jest na przykład: ktoś wchodzi do publicznej pijalni, a nic, nic nie wiadomo, skąd przychodzi, czy z weselnego domu, czy z domu boleści, nic nie wiadomo, jak się czuje, czy dobrze, czy źle, czy gra u niego, czy nie gra, czy tak na dwa razy, nic nie wiadomo, czy mu się poszczęściło ostatnio w życiu praktycznym, podwyższyli mu wy­płatę, urodził mu się syn długo wyczekiwany, odnalazł przyjaciela, czy odwrotnie: od dłuższego już czasu pech podstawia mu nogi pa­zur i mącą mu się w głowie pewne pojęcia, i rozum zaczyna nie ro­zumieć, i budzą się potwory, i strach zasadza się w jego duszy jak kleiste ziarno pasożytnej jemioły.

    Więc nie wiadomo. Nie wiadomo nic, czy wstąpił tu otwarty: pogadać czy pośmiać się; czy wstąpił tu zamknięty; pomilczeć, zagubić się w tłumie samotnictwa. To jest zrozumiałe. Na dworze, powiedzmy, zima jest, mróz, wiatr rwie ka­szel na kawałki jak gazetę, zimno, że psy zrywają się z łańcuchów; gdzie tu iść? Do pijalni.

                                                           Edward Stachura

 

Natomiast albowiem, gdy na dworze nie tylko ciepło, ale i pogoda jak marzenie, a my jesteśmy akurat na Wyspie Sobieszewskiej i przychodzi do nas potrzeba zagubienia się gdzieś w przestrzeni rozległej bez tłumu samotnictwa, wtedy ruszamy w plener.













środa, 18 lutego 2026

Wyprzedzić światło

 


Przez całe dekady fizycy spierali się, czy podróże w czasie są możliwe.

A tak na marginesie: - wielu ludzi twierdzi, że podróże w czasie wstecz, przynajmniej do czasów średniowiecza, można łatwo zrealizować – wystarczy wejść do kościoła.

     Dziś ci fizycy, którzy zajmują się tą coraz modniejszą dziedziną badań, dystansują się od określenia „maszyna czasu”, a zamiast niego mówią „Zamknięta krzywa czasowa”.

       Do wskoczenia w tę „Zamkniętą krzywą czasową” wystarczy jeden jedyny drobiazg – trzeba znaleźć sposób, aby wyprzedzić światło.

        Trudne?

Wobec przecieków z nawet nie najnowszych eksperymentów, to już się udało.

Czyli szybkość światła nie jest szybkością graniczną.

      To dobra wiadomość dla podróży w czasie.

Jednak jest także wiadomość zła: - podróż w czasie wstecz, z całą pewnością będzie bardzo trudna.

       Oto tylko dwa wyzwania z instrukcji przedstartowej:

- Obiekt wielkości Jowisza (Jowisz jest 345 razy większy od Ziemi) należy ścisnąć tak, aby zmieścił się do pudełka od butów.

 - Znajdź czarną dziurę o masie miliona słońc i wystrzel w nią serię gwiazd neutronowych.

 Powyższe uwagi dotyczą wyłącznie podróży wstecz. Natomiast podróże w przyszłość są łatwizną.

   Otóż w przyszłość podróżujemy przez cały czas, z prędkością jednej sekundy na sekundę.

Albert Einstein wykazał, że żadne dwa ciała poruszające się względem siebie nie mogą mieć wspólnej współrzędnej czasowej. Szybko poruszający się obiekt doświadcza innego tempa upływu czasu niż obiekt wolniejszy lub nieruchomy.

       Im szybciej podróżujesz w przestrzeni, tym wolniej poruszasz się w czasie.

Cała ta idea jest zgrabnie podsumowana w stwierdzeniu: - „Poruszające się zegary idą wolniej”.

Ten efekt został potwierdzony przez hiperdokładne zegary atomowe umieszczone w obiektach kosmicznych.

Największego efektu dylatacji czasu wśród ludzi, doświadczyli kosmonauci ze stacji „Mir”. Niektórzy z nich spędzili ponad rok, pędząc nad Ziemią z prędkością 27 tysięcy kilometrów na godzinę.

W trakcie tej długiej misji „zarobili” niemal cztery sekundy w porównaniu do pozostałych Ziemian.

Niby cztery sekundy to niewielka różnica. Jednak dylatacja czasu ilustruje dziwny fakt, że nie ma czegoś takiego jak czas absolutny.

        Cztery sekundy są niczym dla kogoś, kto chciałby się przenieść do roku dwa miliony.

Do tego okazuje się, że do takiego przeniesienia w czasie wcale nie jest potrzebny Jowisz sprasowany do rozmiarów pudełka, ani oswojona czarna dziura.

Wystarczy żwawy pojazd kosmiczny. Taki, który potrafi wyciągnąć 99 i siedem dziewiątek procent prędkości światła. Kiedy przekroczysz (bowiem) tysiąc milionów kilometrów na godzinę, zaczną się dziać rzeczy interesujące.

       Wykres dylatacji czasu jest asymptotą – kształtem przypomina pozbawiony kantów kij hokejowy.

Przy małych prędkościach efekt jest marginalny.

Nawet przy prędkości równej 80% c zegary idą tylko o 40% wolniej.

Aby efekt stał się znaczący, trzeba zbliżyć się do prędkości c.

     Przy prędkości 90% c, czas jest ponad dwukrotnie wolniejszy niż u stacjonarnego obserwatora.

Przy prędkości 99% c czas jest siedmiokrotnie wolniejszy.

Z taką prędkością mógłbyś polecieć tam i z powrotem do Proxima Centauri – w sumie osiem lat świetlnych – w czasie nieco krótszym niż czternaście miesięcy według zegara pokładowego.

   Przy prędkości 99,9999% c, każdej godzinie na pokładzie pojazdu  będą odpowiadać dwa lata w domu.

Rozpędź się jeszcze bardziej, do 99 i 14 dziewiątek po przecinku, a każdy dzień w pojeździe będzie odpowiadać dwudziestu tysiącom lat w domu i wtedy zacznie się poważna rozmowa o podróży w czasie.

     Jeszcze nieco przyspieszenia i całe tysiąclecia będą mijać z każdą sekundą lotu.

Oby tylko nie była to podróż w jedną stronę...... Chociaż nawet wtedy byłoby to doświadczenie fascynujące.

 W każdym razie szybkości bliskie c są niezbędne do podróży kosmicznych –  przestrzeń kosmiczna jest bowiem ekstremalnie obszerna.

Aby przeciąć naszą galaktykę z prędkością bliską c, potrzeba sto tysięcy lat, ale.....  jest to mierzone w układzie odniesienia Ziemi.

 Jeśli zapodróżujesz z szybkością bliską c, bez trudu starczy ci jedno życie na podróż tam i z powrotem.

Nie trzeba stosować hibernacji, napędu warp, transmisji nad-, pod-, lub hiperprzestrzennych, a także tuneli czasoprzestrzennych.

     Nie musisz się także martwić o fizjologiczne skutki dużych przyspieszeń. Jedno g przez rok w zupełności wystarczy, aby osiągnąć prędkość dostatecznie bliską c, a następnie tyle samo, aby hamować.

      To przyspieszenie, a nie prędkość jest kluczem do doświadczania efektu dylatacji czasu.

A więc wyobraźmy sobie, że poleciałeś do Andromedy i wróciłeś.

Wróciłeś i sam siebie pytasz po co to było? I do czego wróciłeś?

Nikt na ciebie nie czeka, twój gatunek wymarł (bowiem) dwa miliony lat temu.....



PS. Problemy wynikłe po powrocie z wieloletniej wyprawy międzygwiezdnej opisał nasz rodak Stanisław Lem.

wtorek, 17 lutego 2026

Smutne pola i ludzie


Na zdjęciu widzę polski dom, oczywiście z anteną satelitarną. Często jest to dom zapuszczony, samotny, przypominający stodołę albo oborę. Wszyscy śmialiśmy się z tych zdjęć, przedrukowywanych z upodobaniem przez zagraniczne tygodniki, ale cóż innego mieli sobie ci ludzie zainstalować?

  Chcieli kupić te relatywnie tanie przepustki do świata zupełnie innego iż ten wokół nich, którego granicę wyznaczają skup warzyw i trzody chlewnej oraz urząd gminy, świat o średnicy kilku, może kilkunastu kilometrów.

Widok polskich pół zawsze głęboko mnie przygnębiał, nadal uważam go za jeden z najbrzydszych widoków na świecie, bynajmniej wcale nie melancholijny, jak by chcieli niektórzy, szczególnie gdy na ugorach osiadają jesienne mgły, albo snują się leniwe dymy z palonych liści.

Melancholia zakłada bowiem piękno, choćby nawet nieładne, polskie pola żadnego piękna w sobie nie mają, za to mają w sobie wyłącznie bezgraniczną, smutną brzydotę, są brzydkie i nudne jak ludzie, którzy je uprawiają, jak, nie przymierzając, kobieta siedząca naprzeciwko mnie i lustrująca mnie podejrzliwym wzrokiem, jak zresztą większość pasażerów tego pociągu, a zaznaczam, że jest to pociąg InterCity kursujący pomiędzy największymi miastami w kraju, nie zdezelowany osobowy zapchany zdezelowanymi ludźmi, targającymi swoje wielkie toboły, wydychającymi przetrawioną wódkę i parującymi potem spod niemytych pach i z niemytych kroczy, w ubraniach z ruskiego lub wietnamskiego bazaru, z zepsutymi zębami i zepsutymi sercami, pielęgnujący w sobie agresję do świata, który jest dla nich zresztą mały jak pozytywka wygrywająca ciągle tę samą melodię.

                                                                          Krzysztof Varga


PS. Nieco przygnębiający tekst? Więc poprawka na aktualny humor youtube- <każdy może z pisu-u być>, żywiołowy folk-punk.

i jeden z komentarzy: Młodzi! Trzeba to puszczać na mszach. Tam gęby ponure, spojrzenia tępe. Z czym to walczycie bracia? - Z postępem! 

czwartek, 12 lutego 2026

O miłości

 


I wtedy zawołała Almitra:

- Mów do nas o miłości!

Prorok podniósł głowę. Zapadła cisza, a on wielkim głosem zawołał:

- Podążaj za miłością, kiedy cię wzywa, chociaż jej drogi trudne są i strome.

Kiedy obejmie cię skrzydłami – ulegnij, nawet gdyby miał cię zranić miecz ukryty.

Gdy miłość mówi do ciebie, miej wiarę, choćby ten głos miał rozbić twoje sny jak wiatr północny, co pustoszy ogrody.

Bo w tej samej chwili będziesz przez miłość ukoronowany i ukrzyżowany. Ona chce, abyś rósł wysoko i godzi się, aby cię ścieli.

Jest przy twojej wyniosłości i pieścić będzie najpiękniejsze gałęzie kołyszące się w słońcu.

A jednocześnie zejdzie w głąb do korzeni i poruszy je, gdy czepiają się ziemi.

Zbierze was jako kłosy,

Wymłóci do nagiego ziarna,

Przesieje, uwalniając od plewy,

Zmieli do białości,

Ugniecie na miękkość.

W końcu przyjmie was do jej świętego ognia.

Tam staniecie się chlebem błogosławionym i przeświętą ucztą Boga.

Wszystko to uczyni wam miłość, aby poznana została przez was tajemnica serc waszych. A przez tę wiedzę staniecie się jednią z sercem życia.

Jeśli jednak pełni bojaźni zechcecie w miłości szukać tylko pokoju i przyjemności, lepiej abyście okryli swą nagość i wyszli z jej młocarni w świat bez pór roku.

Tam śmieją się, ale nigdy pełnym śmiechem i płaczą, ale nigdy pełnym płaczem.

Bo miłość nie daje nic poza sobą. I nic prócz tego, co dała, nie odbiera.

Miłość nic nie posiada, ani ty jej nie posiądziesz.

Miłość miłości starcza.

Więc jeśli kochasz, nie mów: „Bóg jest w sercu moim”, ale raczej: „Jestem w sercu Boga”.

Nie myśl też, że potrafisz wyznaczać drogi miłości, bo ona, jeśli będziesz tego godny, wyznaczy drogi tobie.

Miłość nie pragnie niczego poza spełnieniem.

Więc jeśli kochasz i musisz pożądać, pożądaj tego:

Aby roztopić się i być jak strumyk śpiewający dla nocy.

Aby zaznać bólu największej czułości.

Aby mieć w sobie ranę zadaną przez miłości zrozumienie.

Aby krwawić chętnie i radośnie.

Aby budzić się świtem, czując uskrzydlone serce, i dziękować za kolejny dzień miłowania.

By odpoczywać w południe, rozmyślając nad miłości ekstazą.

By wracać do domu pod wieczór pełen wdzięczności w sobie.

By usnąć z modlitwą dla miłości w sercu i pieśnią chwały na ustach.

                                                Khalil Gibran – Prorok.


wtorek, 10 lutego 2026

Piłem

Od czasu do czasu ktoś szedł. Przeszedł jeden bez głowy, pół miał w kapeluszu, pół w kołnierzu wysoko postawionym. Samo­chód przejeżdżający ochlapał mu poły. Wysunął głowę i stanął. I podniósł pięść straszliwie. Jakieś słowa wypowiedział. Jakieś słowa padały. O, gałązko jabłoni, czy ja wiem, czy ja mogę wiedzieć, kto mnie i za co przeklina? Czy mogę wiedzieć? Kto mnie i za co? Prze­klina?

Wstałem poprosić w bufecie trochę pieprzu. Wróciłem, wsypa­łem pieprz do wódki na rozgrzanie piersi i wypiłem. Zapaliłem też drugiego papierosa. Tak, tak, gałązko jabłoni. Tak. Tak albo nie. Czy tylko? Właśnie. Czy aby tylko? Długo myślałem, że jest albo „tak", albo „nie". Że jest odpowiedź „tak" albo odpowiedź „nie". Koniec. Na tym koniec. W dwudziestym trzecim roku życia, może późno, może trochę późno, myśli mi się, że tak prosto zdaje się nie jest. Że wszystko nie da się tak łatwo doprowadzić za rękę do „tak" albo „nie".

Ale za oknem padało jednomyślnie. Jakiś pies z błyszczącą od deszczu sierścią, z ogonem smutno pod siebie, kroczył pod mura­mi po drugiej stronie zalanej ulicy. Kroczył wolno. Jakby nigdy nic. Bardzo obojętnie. Może wracał z nocki od suki jakiejś bardzo da­leko za miastem. I był zmęczony. Wyglądało, że jest zmęczony. Chód miał ciężki. Nie szedł miękko jak anioł.

Salon się rozgrzewał. Salon się napełniał. Znowu czterech wy­rosło na progu. Otrzepali czapki i berety, zatupali nogami i pode­szli do bufetu. Zaraz za nimi weszła postać pojedyncza. Na głowie miał chusteczkę z czterema węzełkami zawiązanymi na rogach. Zdjął ją, wyżął, wytarł czoło i kark i podszedł za tamtymi, gdzie dawali pić za nietanie pieniądze. Pierwszy szmer już dawno marnie zginął w podniesionych głosach. Gwar się teraz unosił coraz zapalczywszy. Serca biły mocniej i słychać już było tu i tam znane mowy.

O kobietach już się zaczynały żałosne przechwałki prawdziwych mężczyzn.

Powiedz sam, Feluś, ile to się w życiu przewaliło, co?

— Chryste.

— Jeszcze teraz bym znalazł szesnastkę.

— Człowiek przebierał jak w ulęgałkach.

— To jest fakt.

— Aż musiał trafić na swoją pelargonię.

— I jeszcze ci powie, że zmarnowała z tobą życie, a to człowiek był głupi. Jedna za mną latała, dziewczyna jak cukierek, jej ojciec miał przed wojną sklepik kolonialny.

 

Patrzyłem przez okno. Nie odwracałem się. Słyszałem za pleca­mi te gówniarskie mowy starszyzny, te ślinowate mowy prawdzi­wych mężczyzn. Żałość, żałość mnie wielka zawsze na to ogarnia, litość i niedobrze, wolę nie patrzeć przynajmniej, żeby nie pod­szedł mi do gardła nieprzyjemny, kwaśny smak na widok tych słów. Nie odwracałem się. Splunąłem tylko na podłogę. Dwa razy.

                                                     Edward Stachura

piątek, 6 lutego 2026

Wzmożony klimat chwili

Świt. W nocy padało, a mżawka dalej siąpi, do tego snuje się mgła. W garnku i misce zebrało się akurat tyle wody, żeby napić się do syta. Nie będę szukał wody aby coś ugotować, chociaż z mapy wynika, że mogę ją znaleźć kilometr od wiaty.

Zasiadam do zjedzenia tego co mi jeszcze zostało, najpierw jabłko, potem kilka herbatników i święto lasu!


Czekam, aż przestanie siąpić, zapisuję w zeszycie, co mam zapisać. Czas się dłuży i dopiero przed dziesiątą słyszę pierwszych ludzi.

     Od Pszczelin-Widełek nadchodzi kilka osób. Idą zobaczyć sławne schody na Tarnicę. Rozmawiamy chwilę.

   Po kilkunastu minutach nadchodzi także z dołu duża grupa może dziesięcioletnich chłopców pod opieką dwóch księży.

     Dzieciaki utytłane po kolana i zadyszane. Jakoś tam użaliłem się nad nimi, a jeden z opiekunów na to: - a niech się wprawiają!

    Zgadzam się, że w tym przypadku ksiądz ma rację (świętą rację?).

Jestem gotowy do odejścia i wreszcie wydaje się, że ma chęć przestać padać.

W tym momencie od Bukowego Berda nadbiega szybkobiegacz.

Powiedział, że wybiegł rano z …. Wetliny, potem biegł połoninami do Tarnicy i przez Krzemień, a teraz biegnie przez Pszczeliny do Ustrzyk.

    Skomentowałem lakonicznie: - No, no, no!

Natomiast pomyślałem: - taki szybkobiegacz to mógłby nawet Pendolino przegonić.....

W każdym razie mogło tak być, jak szybkobiegacz powiedział, sądząc po jego profesjonalnym wyglądzie i sprawności, z jaką się poruszał.

A nie stał ci on w miejscu, tylko bez przerwy przebierał nogami rozmawiając ze mną.

    Nie mógł sobie pozwolić (bowiem) na zgubienie rytmu w tym indywidualnym Biegu Rzeźnika.

Bieszczadzkie Biegi Rzeźnika jak wiemy mają dystans 50 – 70 km i więcej. I nie biegnie się po płaskim terenie. 

    Powiedział także, że na górze jest pogoda, tylko tu niżej mgła.

I pobiegł w dół.

A ja ruszyłem w górę.

Kiedy tylko wyszedłem z lasu, przywitało mnie ciepło i ta lepsza pogoda, o której mówił szybkobiegacz.

Dostatek ruchu na świeżym powietrzu skutkuje wzmożonym apetytem – odezwał się głód. A tu stopniowo robiło się coraz to ładniej. I cieplej. Czapka zimowa i flanelowa koszula powędrowały do plecaka i szedłem już tylko w T-shircie.

W końcu zapomniałem o głodzie, tak pięknie się porobiło i postanowiłem minąć zejście do Mucznego i pójść jeszcze kawałek w stronę Krzemienia.

Radość wielka! Pobyć jak najdłużej na Bukowym Berdzie.

Za moment zejdę z połoniny i ahoj Przygodo! Pójdę dalej.

Nade mną coraz większe okna błękitu. Na horyzoncie Ukraina.

Czuję się tak lekko! I mam czas!

To jest to sławne „na luziczku”. Wydaje mi się, że nie niosę plecaka, czyżby aż taka adrenalina z zachwytu nad tym co jest?

W tej ciszy,  w tej cudownej okolicy i pustce..... cokolwiek jest – jest bogiem.

Aby poczuć w sobie ten pierwotny, naturalny stan, wystarczy zapomnieć o wszystkich religiach wymyślonych przez przebiegłych ludzi.

     Wystarczy być zwyczajnym, wystarczy być sobą. Tylko wtedy możesz naprawdę być w teraźniejszości.

    Ludzie starają się robić coś nadzwyczajnego, niepospolitego, bo inaczej uważają, że marnują życie na prozaiczne czynności.

   To są gry ego. To są chore stany świadomości.

Kiedy stajesz się zwyczajny.... nagle to, co nazywamy błahostkami, przestaje nimi być.

Wszystko staje się uświęcone. Zwykła wędrówka i wszelkie inne działanie staje się uświęcone. A więc także medytacyjne.

    Wtedy zagłębiasz się w życie, a ono otwiera przed tobą swoje tajemnice. Stajesz się otwarty, wrażliwy i chłoniesz. Jedynie potrzeba wystarczająco dostać od życia w dupę (zwykle na własne życzenie), żeby to docenić.

Idę przeniknięty uroczystym, wzniosłym nastrojem w tej zbliżającej się chwili pożegnania z Dachem Lokalnego Świata.

(Będę już ruszał w dół, bo jeszcze chwila a odfrunę).

Wdzięczność i miłość do świata: - Dziękuję ci Aniele Opiekuńczy, tudzież Duchu Góry.

- Za co?

 - Ano za to, że Oni są.

I sobie dziękuję, że zdarzyło mi się:

wiele razy iść w deszczu i moknąć

potknąć się o kamień

z zadartą głową śledzić lot orła

chodzić boso po rosie

zgubić klucz w trawie

patrzeć na taniec świetlików

spotykać przyjaznych ludzi

iść naprzód w samotności pod dachem nieba

zachwycać się każdą chwilą, śmiać się i płakać

i często mieć wrażenie, że czegoś ważnego nie wiem.










 PS. Tekst z archiwum 2013, precyzyjnie oddający Wzmożony Klimat Chwili. Na zdjęciach zamiast połonin (na razie przesyt) moje ulubione tereny Huczwice-Rabe. 

I dedykacja dla Ciebie Czytelniku <ukrainian yodler sofia shkidchenko> - widoki bieszczadzkie ze strony ukraińskiej w porywającym rytmie.