czwartek, 23 kwietnia 2026

Noc świetlikowa


Niedawno był post o świetlikach w wykonaniu
Terziano Tizianiego, a dziś opanowany nostalgią powtarzam swoją osobistą Przygodę Świetlikową z 2013 r.    Poprzedni tytuł: <Noc w masywie Chryszczatej>.    

 „Dochodzi 19.00, a chciałbym dojść do bazy studenckiej Rabe. To jeszcze ładnych parę kilometrów. Trzeba się sprężać..... To się sprężam.

Od szczytu idę szybkim krokiem po równej drodze, tu są tylko niewielkie odcinki zejść i podejść na przemian. Raz po raz oglądam się za siebie – wypatruję tego młodego małżeństwa, które wyprzedziłem przed szczytem. Oni też szli do studentów w Rabe. Nie ma ich, ani jakiejkolwiek żywej duszy na szlaku! Nic dziwnego, o tej porze wszyscy „turyści dzienni” schodzą z wysokich szlaków w kierunku noclegu lub samochodów zostawionych gdzieś na dole…

     Zrobiło się wyraźnie chłodniej, zapanowała bardzo przyjemna temperatura do marszu. Mija godzina, czyli 4 km z pewnością przeszedłem, przełęczy Żebrak nie widać, ani wcześniejszego żółtego szlaku. Zaczynam się niepokoić, bo powolutku się zmierzcha…

    Naraz zauważam tablicę - jest ten oczekiwany i wypatrywany żółty szlak!

Napis: - Rabe - 30 minut! I strzałka pokazuje w dół bardzo stromego zbocza. Nie zastanawiam się jednak ani chwili i fruu w dół!

    Nie odnawiane, wyblakłe, zmyte przez deszcze, żółte znaki na drzewach coraz trudniej zobaczyć w zapadającym zmierzchu – dobrą chwilę się waham, szukając kolejnych znaków. Schodzę trochę "na nosa".

     Nie ma najmniejszego śladu jakiejś ścieżki. Jest równo 45 stopni spadku, a chwilami więcej. Idzie się od znaku do znaku, po drodze leżą w poprzek zwalone drzewa, trzeba je obchodzić. W pewnym momencie niefortunnie postawiona stopa na zeszłorocznych liściach bukowych, daje poślizg i wywijam orła! Zjeżdżam w dół padając na pupę. Upadek jest nad podziw łagodny - miękki - to druciak przytroczony do plecaka wziął na siebie główne uderzenie.    

      Jadę! Jadę!  Zsuwam się w rynnie liści na siedzeniu, jak na sankach, próbując hamować nogami. Wreszcie, gdy przejechałem dobre kilkanaście metrów, udaje mi się zatrzymać. Spodnie rozerwane elegancko, dziura wielkości dłoni, albo lepiej! Ale dla spodni to nic, a nawet dobrze, bo im więcej łat tym ładniejsze - taka tu jest moda.

     Po drodze próbowałem się zatrzymywać rękami, łapiąc za co popadnie, za jakieś kije leżące. Okazuje się, że siedzę w tych rozerwanych spodniach, dłonie trzymam na glebie, a tuż obok mojej lewej dłoni leży przewrócony duży grzyb! Jest to dorodny borowik, nieco tylko poszkodowany gwałtownym wyrwaniem zjazdowym! No tak: patrzę wokół - wylądowałem w grzybowym miejscu, jest tych grzybów tutaj – wokół mnie siedzącego po szalonym zjeździe - dużo więcej.

   Ale nie jest to pora na zbieranie grzybów, i zresztą po co zbierać? Wezmę tego jednego wyrwanego, on jest tak duży, że zajmie pół garnka.

Teraz trzeba dalej w dół zbiegać, czy schodzić, bo z każdą chwilą jest coraz ciemniej. Wstawanie z ciężkim plecakiem mam opanowane: - przekręcić się na kolana, na czworaki i dopiero do góry. Wstaję, biorę grzyba do ręki i dalej w dół! Trafiam na starą, zarośniętą drogę do zwózki drewna.

    Jeszcze kilka minut szybkiego schodzenia i docieram do strumyka.   - Pić!

Piję, i mam myśl, żeby poszukać tu w lesie miejsca na spanie. Wiem, że do studentów w Rabe jest blisko, pewnie z kilometr, ale właściwie towarzystwo nie jest mi potrzebne. Więcej - wolę być sam. Lasu już się nie boję, sławna przygoda z dzikami okazała się   w końcu niegroźna.

    Nie ma, jak spontaniczna zmiana planów. 

Zostawiam plecak przy strumieniu i biegnę w górę szukać w miarę równego miejsca pod namiot. Jeszcze coś widać, więc się spieszę. Mam szczęście, bo już za moment, na tym spadzistym zboczu znajduję maleńki kawałek równego terenu. Akurat pod namiot, ani kawałka więcej! Szybki powrót po plecak i błyskawiczne postawienie namiotu. Ufff! Gotowe.

   Tuż obok namiotu jest kawałek kamiennego miejsca bez ściółki, akurat na ognisko. Ściągam trochę suchych gałęzi, zbiegam z garnkiem, miską i butelką po wodę. Nabieram wody, opłukuję twarz.

   Wracam i opada ze mnie cały pośpiech, już mam wszystko, co niezbędne. Patrzę z czułością na namiot - przychodzi silne uczucie wielkiego zadowolenia: - Jestem w domu! Oto mój dom, i każde miejsce gdzie stoi ten namiot, jest moim domem! I czuję się tak….lekko i bezpiecznie. Ciekawe są te uczucia, a one przecież nie kłamią.

   Zapalam malutkie ognisko, tu także mam wystarczające doświadczenie - tyle ognia, aby tylko płonęło pod garnkiem. Kroję grzyba do wody, nieco masła od Jana, do tego marchew i przyprawy. Woda się grzeje, a ja pompuję materac.

   Druciak pod garnek wykrzywił się od uderzenia, ale wartości użytkowych nie stracił. Jest już całkiem ciemno, gdy w garnku zaczyna bulgotać. Ognisko płonie rzucając refleksy światła na okoliczne pnie drzew..... Siedzę na materacu, tuż przy ognisku, wracając pamięcią do początku dzisiejszego dnia. Przelatują myśli: - ileż to może się wydarzyć nowych fajnych rzeczy w ciągu jednego jedynego dnia? To nowe – Nieznane, nazywa się właśnie życiem. Bo nie jest życiem jednostajne robienie tego samego, jechanie wyjeżdżoną koleiną…. W głowie myśli a wokół….

   A wokół trwa cisza. Taka cisza, taka gęsta cisza, że wydaje mi się: - można ją ukroić nożem jak tort….. Słychać jedynie cichutkie bulgotki w garnku….

   - Sam jeden na biwaku w takim miejscu, w tym gęstym starym lesie, w masywie Chryszczatej, a to ci znowu przygoda! A my przygody lubimy. Jak to „my lubimy’? To jeszcze ktoś jest oprócz ciebie? Tak. Jest nas dwóch: - ja i mój brzuch!

    Dokładam do garnka kartofla (!), cebulę, jeszcze majeranek, jeszcze dosolić - w garnku bulgocze radośnie, jedzenie pachnie aż w dołku ściska, w brzuchu burczy z głodu - przecież od śniadania nic nie jadłem, a taki forsowny marsz za mną. 

Na koniec gotowania dosypuję garstkę makaronu, żeby zupa była gęsta. Wychodzi gęsta i to bardzo, a od tych dołożonych różności jest jej pełniutki garnek. Od przybytku głowa jednak nie boli - będę miał za jednym zamachem gotowe jedzenie na śniadanie.

   Makaron dochodzi, a ja patrzę wreszcie na gwiazdy.

OOOO! Nade mną, pomiędzy koronami drzew widać kawałek nieba. Ten widoczny kawałek nieba jest jakby posypany srebrnym piaskiem....Gwiezdny pył...   A Droga Mleczna? To biała chmura dzieląca niebo!

    Boziuniu jak tu przecudnie! Po pniach pląsają świetlne refleksy od ogniska, niebo wygwieżdżone aż nierealnie, a wokół .... wokół zaczyna się dziać coś tak nieprawdopodobnego, że wpadam w absolutne osłupienie!

       

         Magia teatru w wykonaniu Robaczków Świętojańskich.

 

Przede mną zaczyna się taniec maleńkich błękitnych światełek!

   To robaczki świętojańskie – świetliki, które przyleciały, jak mi się wtedy wydawało, zwabione niezwykłym nocnym ogniskiem w lesie.


Przyleciały, jakby Znikąd, z Niebytu. Najpierw dwa, potem trzy, pięć, w końcu kilkanaście. Zaczynam jeść i ze zdumieniem patrzę na poczynania tych światełek. One się cieszą! Tak pląsają wokół, w odległości 2 - 3 metrów, że co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. To taniec radości! Nadają do mnie: - Helo koleś!

     Wykonują piruety, zygzakowania, układy solowe i grupowe. Jedne stoją w powietrzu, inne wykonują kręciołki, potem zmiana. Przychodzi skojarzenie z podświetloną fontanną w nocy. To jest tańcząca, radosna Fontanna Świetlików! One mnie pozdrawiają, a ja im odpłacam tym samym.

     I pogadałem oczywiście do tych świetlików - tancerzy! Mówię; - „Jesteście śliczne i egzotyczne i kochane. Tańczycie z takim wdziękiem, zupełnie jak elfy! Dzięki za przepiękne widowisko!”

Pląsy świetlików trwają bez ustanku. Dokonują nieprawdopodobnych łamańców. Trwa dłuuuuugie widowisko. Obserwując przedstawienie, jadłem i co pewien czas w uniesieniu śmiałem się w głos wykrzykując: - „Boziuniu! Jak cudnie, jak cudnie!”.

    Wreszcie następuje kolejne sięgnięcie łyżką do garnka, i łyżka stuknęła! Zaglądam do garnka ze zdziwieniem - a tu dno! Okazuje się, że zjadłem przy tym widowisku wszystko, co było. Nie ma już zupy na śniadanie….. Odbija mi się głośno…. 

     Magiczny taniec świetlików trwa już co najmniej godzinę.

Naraz następuje zmiana w programie: - niektóre z robaczków gasną - wyłączają baterie. I to zupełnie tak, jakby ktoś nacisnął pstryczek. Pstryk – nie świecę już. Pstryk – znowu świecę!

    Następuje część przedstawienia pod tytułem: - włączamy i wyłączamy światło. Świetliki zaczynają (do mnie?) mrugać. I jest to kulminacja - nadchodzi Wielki Finał Występu Świetlików w noc czerwcową 2013 na Chryszczatej!

Jest tak czarodziejsko i nieoczekiwanie, w tej scenerii nocy, lasu, ogniska, wszystko jest to jest tak nowe, i wzruszające, że mam na przemian łzy w oczach i jednocześnie śmieję się w głos. O czymś takim nawet nie słyszałem, nie wiedziałem, że to możliwe. To jest rozmowa. To jest Kontakt!

 

  - W pewnym momencie Wszystkie na raz, WSZYSTKIE jednocześnie stają w powietrzu w grupie, i kilkakrotnie i JEDNOCZEŚNIE ZAPALAJĄ i gaszą SWOJE ŚWIATŁA!!!!

Odbieram to jako: - Dobranoc!

    

 Boziuniu! Ale zdarzenie!!!!

 Jestem wzruszony i zszokowany, ale przemawiam do robaczków: - „Dobranoc kochane świetliki - przepięknie mrugacie! Jesteście zupełnie jak z bajki! Wyglądacie, jak zaczarowane lampki mrugające na magicznej choince! Jesteście śliczne, mądre, kochane! Tak baśniowo wygląda wasze mruganie! Fantastyczne jesteście! Dziękuję wam bardzo za przedstawienie! Kocham was i dziękuję! Dziękuję!”

     Finał dobiegł końca. Zamiast oklasków lecą mi łzy…..

Kto powiedział, że mężczyźni nie płaczą?

Światełek robi się coraz mniej, gasną po kolei….Wreszcie został tylko jeden świecący. Ten krąży wolno, chwilami zamiera w bezruchu i jest na wyciągnięcie ręki. To jest może Dyrygent? Ognisko dawno zgasło, minęła północ.

    Nie chce mi się spać. Senność, która opanowała mnie po jedzeniu, ulotniła się gdzieś. Ten dzień za mną, ukoronowany nocnym występem świetlików, spowodował szybkie krążenie krwi i czujność zmysłów. Nieziemskie było to przedstawienie w Świetlikowym Teatrze Jednego Widza! Tyle wrażeń dziś. Odkąd wylądowałem w Bieszczadach wydaje mi się co i raz, że dopiero się narodziłem. Życie jest cudne!

    Myję zęby i w wodzie z miski myję stopy. Miałem zaparzyć miętę, ale zupy było tyle, że też się nią napiłem. Zakładam nowe skarpetki, opieram się o plecak i patrzę w gwiazdy….

 Na zdjęciu gwiazdy w ruchu.


Odzywa się gdzieś niedaleko puchacz. Jego wołanie jest takie .... nocne i groźne….

Przysnąłem..... Budzi mnie chłód. Wciągam materac do namiotu i pakuję się do śpiwora.

 Dobranoc.

 

PS. Z podobnym tańcem świetlików, lecz w wykonaniu mniej licznego zespołu, spotkałem się jeszcze tylko raz, w czasie biwaku <noc ponad Hańczową>, kiedy szedłem na Łemkowską Watrę i noc 18 lipca zastała mnie w lesie. Nie paliłem wtedy ognia, nie było takiej potrzeby, ani warunków, więc świetliki nie przybyły zwabione światłem. Przyszło mi wówczas do głowy, że one odbierają wibracje człowieka i nie chodzi tu o ciepło ciała, ale o coś duchowego. Świetliki są ciekawskie, mądre i przyjacielsko nastawione.

 

środa, 22 kwietnia 2026

O małżeństwie

 


Starzec rzekł: 

- Jako urodziliście się w jedności, tak i razem pozostaniecie na wieki. Nawet gdy dni wasze rozproszą białe skrzydła śmierci, wciąż będziecie złączeni. A w cichej pamięci Najwyższego także razem zostaniecie.

   Jednak bądźcie ze sobą tak, aby we wspólności trwał zawsze oddech przestrzeni. Niech między wami  tańczy wiatr Niebios.

   Kochajcie się wzajem, lecz nie przemieniajcie miłości w więzy niewoli.

   Dotykajcie brzegów dusz waszych jako morze swobodne. Puchary wzajemnie sobie napełniajcie, ale z jednego pucharu nie pijcie.

   Dzielcie się wzajem chlebem, ale nie pożywajcie jednej kromki. Śpiewajcie i tańczcie razem i oddawajcie się wspólnej radości, ale pozwólcie sobie również na samotność.

   Bo choć oddzielne od siebie, struny lutni drżą pieśnią jednaką.

   Oddajcie sobie serca, ale nie zawłaszczajcie ich. Bo tylko dłoń Życia pomieścić może serca wasze.

   Bądźcie przy sobie, ale nie nazbyt blisko.

Przecież i kolumny świątyń stoją w oddzieleniu, a dąb i cyprys nie rosną wzajem w cieniu drugiego.

 

                Khalil Gibran - Prorok

 

PS. Nadeszła czterdziesta rocznica ślubu, żona pyta:

- Może kurę na tę okoliczność zarżnę?

- A co ona winna? – zdziwił się mąż.


wtorek, 21 kwietnia 2026

Klucze

 


"Prezes spółki Zondacrypto zapewnił, że giełda ta jest stabilna i wypłacalna, azaliż klucze do portfela ma pan Suszek, który razem z kluczami zaginął w marcu 2022.

Po raz ostatni pan Suszek był widziany w firmie paliwowej w Czeladzi. W dniu jego zaginięcia monitoring na terenie firmy przestał (chwilowo) działać".

W związku z powyższym wyłoniły się dwa primo: 

Pierwsze: - nie można wykluczyć, że w Czeladzi pojawił się seryjny samobójca od afery podkarpackiej i Epsteina - gdyż ponieważ nastąpił klasyczny myk z monitoringiem.

 Drugie primo: - Jak to jest, że klucze giną, natomiast dziurkom od klucza jakoś nigdy to się nie przytrafia?


niedziela, 19 kwietnia 2026

O wykresie Wig 20

W poniedziałek bez wpisu.


Wychodzi na to, że "umowny " porządek fal opisany 10 marca był błędny. Piszą  do mnie co prawda inwestorzy, że być może mamy do czynienia z falą B, która wybija mocno ponad właściwy szczyt. I tu podpierają się tym, co wyrysowało się w 1995 roku. Tak może być, azaliż nie opierajmy się na "być może". No było tak, ale jeśli masz wątpliwości - daj sobie luz i wyjdź na jakiś czas z rynku, bo to wydaje się szukaniem racji dla swoich racji.


 Po drugie primo dostaję mejle, że jest jeszcze możliwość RGR na DJ30. Bo jak wiemy to Ameryka dyktuje kierunek - wykres Day.

Wolę być realistą i odpowiadam, że taka możliwość jest dopóty, dopóki nie odpłynie w siną dal. Wyjaśnienie zobaczymy niebawem. 
Poza tym kilka osób wtopiło ostatnio na ropie, usiłując coś wydedukować samemu, atoli jak można było przewidzieć Trump ich ograł. Doradziłem dystans i cieszenie się pogodą, albo czymś innym przyjemnym.

Prosta harmoniczność dla Wig pokazuje kolejną ewentualną datę 523 dni (2,856), a potem 183 x 3 = 549 dni.

piątek, 17 kwietnia 2026

Bajka o babie Jadze


Za siedmioma (w innej wersji jest 9) górami i siedmioma rzekami mieszkała sobie baba, którą zwano Jagą. Mieszkała ci ona z dziadem, który ją mocno wkurzał. Mianowicie ów potężnie chrapał w nocy tudzież nie lubił myć nóg. Kiedy sytuacja osiągnęła stan krytyczny, czyli czerwoną linię, baba powiedziała: - Dość tego! I popędziła dziada.

    Od tej chwili mocno polepszył się jej stan psychiczny – latała sobie na miotle (bo to była także czarownica) gdzie chciała, oraz dowolnie regulowała szybkość przelotów.

  Któregoś razu przelatywała nad łąką i zauważyła małą dziewczynkę zbierającą zioła. Jako że jednak odczuwała samotność z powodu braku dziada, postanowiła lądować i porozmawiać z dzieckiem.

Rozmowa przebiegła w atmosferze wzajemnego zrozumienia, dlatego Jaga zaproponowała dziewczynce wspólny przelot. Jako że zbieranie ziół dziewczynkę nieco znudziło, przystała ochoczo na propozycję. I śmignęły one wraz pod nieboskłon. A z nieboskłonu Jaga skierowała swój pojazd do chatki na kurzej nóżce.

- Jaka ładna chatka! – wykrzyknęła dziewczynka po lądowaniu i zaraz zabrała się do pałaszowania pierników, które stanowiły dach chatki.

- Stój, stój – tak nie można! – krzyczała Jaga, ale było już za późno i jeden piernik za drugim znikał w żołądku dziewczynki, bo ponieważ była ona fanką pierników. Baba Jaga początkowo załamała ręce, atoli po chwili dołączyła do dziewczynki, gdyż także lubiła pierniki, ale do tej pory starała się chronić dach i swoją tuszę, gdyż miała skłonności do tycia.

I w ten oto sposób, dzień po dniu Jaga i dziewczynka zjadły wszystkie pierniki będące dachem chatki.

 Z tego wynikły trzy problemy:

- Po pierwsze primo chatka nie miała już dachu, a szła jesień.

- Po drugie primo Jaga tak zgrubiała, że miotła nie mogła utrzymać jej ciężaru i któregoś dnia się wzięła i połamała.

- Po trzecie primo dziewczynka okazała się krnąbrna i niemiła w obejściu, tudzież okazała się zwolenniczką ruchu MAGA, co przeważyło szalę goryczy i baba Jaga ją gwałtownie znielubiła.

Kiedy akurat przelatywał klucz gęsi, Jaga skorzystała z okazji i zawołała: - Czy możecie zabrać stąd tego bachora?

 Gęsi prośbę spełniły i znowu Jaga miała święty spokój.

Sporządziła nową, tym razem towarową miotłę, poleciała na niej po paletę pierników do Biedronki, po czym pracowicie uzupełniła nimi dach chatki. Przy tych zajęciach na powrót schudła i odtąd żyła sobie zdrowo i szczęśliwie, wystrzegając się zarówno chrapiących dziadów jak i niegrzecznych bachorów. 

   PS. Na zdjęciu z 2013 r. Krystyna Rados ze Szwejkowa - bieszczadzka czarownica z certyfikatem.

środa, 15 kwietnia 2026

Morszkulce

 





Nieco spóźniona relacja z tegorocznej wyjątkowej zimy na wybrzeżu. Gdańsk i okolice.

Na zdjęciach poniżej ciekawostka: morszkulce.

W specyficznych warunkach bryły lodowe zostają przez fale obturlane na jednolite kule.



wtorek, 14 kwietnia 2026

Świetliki

 


Dolina Orsigna. Stąd odejdę, to moje Himalaje. Gdy przyjechałem tu jako dziecko, poczułem magię natury. A kiedy nadchodzi nowoczesność, magia ustępuje  i pozostaje w drzewach, lasach, zachodach słońca. Wiem, że moje wnuki żyją tu w świecie, który ich zaskakuje, w którym można dojrzeć coś cudownego.

Wczoraj zobaczyłem pierwszego świetlika i przystanąłem, żeby popatrzeć, jak w ciemnościach nocy migocze nikłe światełko… Na taki widok człowieka ogarnia radość!





Pamiętam z dzieciństwa zasłyszane w domu różne opowieści o świetlikach. Na przykład ta, że jeżeli złapanego wieczorem świetlika nakryjesz szklanką, rano w tym miejscu znajdziesz monetę.

    Dzięki tym opowieściom świat stawał się bogatszy, toteż moim wnukom chciałbym pokazać świetliki, żeby zachwyciły się światem. W Himalajach żyją gąsienice, które nocą świecą na zielono, zupełnie jak lampiony. Niezwykły widok. Czy nie pięknie byłoby opowiedzieć dziecku bajkę o takich gąsienicach? Wtedy świat się ożywia, wzbogaca, a  nie tylko telewizja i idziemy na pizzę. To stąd pochodzi cała przemoc, sami ją codziennie tworzymy. A wystarczyłoby powiedzieć dość i zabrać dziecko na spacer nocą, żeby zobaczyło świetliki.

    Żyjemy w biegu, za dużo stymulacji, jesteśmy rozrywani między pracą, telefonem, telewizją i ludźmi, którzy nas odwiedzają. Nie zatrzymujemy się nawet na chwilę, żyjemy w ciągłym biegu. Konsumizm to coś w rodzaju spisku, to maszyna która nas pożera.

                Terziano Tiziani – wspomnienia





PS. I mnie przydarzyły się niezapomniane noce świetlikowe (Noc w masywie Chryszczatej, Noc ponad Hańczową). Te wpisy były bez zdjęć tych cudnych, delikatnych stworzeń, co nadrabiam dziś.

piątek, 10 kwietnia 2026

Iść przez życie we dwójkę




Człowiek nie powinien iść przez życie sam, potrzebuje bowiem drugiego człowieka.

Jest taka obiegowa opinia i to zwykle wygłaszana przez tych, którzy na związku z drugim korzystają, wysysają go i depczą, dowartościowując się dzięki niemu.

Tu widzę dwie możliwości:

- po pierwsze primo oboje są zbudowani z tej samej debilskiej gliny pod nazwą tradycja.

- po drugie primo tym chorym związkiem rządzi masochizm.

   Ci doświadczeni, którzy dostali w związku, czy w związkach w dupę, przeważnie nie udzielają pouczeń małżeńskich i siedzą cicho.

   Azaliż zdarzają się wyjątki, spotykam bowiem mocno nieliczne stare małżeństwa, które autentycznie po 50 latach związku kochają się. Jeśli jedno mówi – drugie słucha i ma przy tym „perły w oczach”, jak to ładnie ujął Stachura.

Temat wyjątków Stachura wyjaśnił krótko: Wyjątek nie potwierdza reguły, on ją kompromituje.

      Teza: - We dwójkę łatwiej iść przez życie.

Iść? I czytamy Krzysztofa Vargę:

- Chyba się czołgać i to przez pustynię swojej ukrywanej samotności. Czołgać się stękając z wysiłku i bylejakości, z nudów i beznadziei. Wokół nie ma już żadnej oazy, a ty czołgaj się człowieku w zawziętym milczeniu, albo wśród wzajemnych pretensji, gniewów i oskarżeń. W takim związku walczysz, dopóki ci się nie znudzi, wtedy zapada decyzja rozwodu, albo zostałeś uzależniony, zniewolony i poddając się dominacji, czy zgadzając się na kompromisy, tracisz stopniowo chęć do życia.

 PS. Fakt - jak Czytelnicy wiedzą, wspomniane wyżej czołgania przerobiłem wystarczająco dokładnie. Kiedy postanowiłem "skoczyć nie mając skrzydeł" - one wyrosły mi już w locie, a życie po nowemu okazało się zaskakująco przyjazne.












czwartek, 9 kwietnia 2026

Zagadki przyszłości

 


Niektórzy ludzie uważają, że zdarzenia przyszłe są dane raz na zawsze, jakby je KTOŚ wyrył na skale.

Inna część populacji zupełnie nie wierzy, że jest coś takiego jak Przeznaczenie. Ta część uważa, że życie składa się ze zbiegów okoliczności, a przyszłość jest niepoznawalna.

Najliczniejsza grupa zakłada, że przyszłość znajduje się we mgle, że „coś w tym jest” - czyli dopuszcza istnienie Zagadkowych Zdarzeń, których logika nie potrafi wytłumaczyć.   

       Pojawia się Niepewność.

Aby stawić czoło tej niepewności, tudzież nieznośnej świadomości ludzkiej śmiertelnej natury, poszukują Ostatecznej Odpowiedzi.

     Azaliż aby znaleźć taką odpowiedź, przedtem należy sformułować Ostateczne Pytanie.....

 

Tu rozum wycofuje się do tylnej ławki, a my jesteśmy prowadzeni prosto do Czegoś, co większość nazywa Bogiem, ponieważ istotą istnienia Boga jest wiara, a nie rozum.

    W każdym razie inteligentna istota powinna powziąć przeczucie, że Rzeczy Nie Są Takie, Jakie Się Wydają. O tym od wieków wiedzą mistycy, czyli osoby mające wgląd: nasz świat "realny" to tak naprawdę maya - sen.

W umocnieniu takiego przeczucia pomaga nauka, wykazując na przykład, że barwy, które widzimy są zwykłym złudzeniem.

       Co stwierdzam z przykrością, jako pasjonat kolorowych fotografii.







Maki niebieskie - himalajskie, żółte - alpejskie.

Znany kosmolog Carl Sagan, ostrzegał przed szowinizmem, który zakłada, że obce formy życia muszą w jakiś zasadniczy sposób przypominać życie ziemskie.

      Tę kwestię zwięźle ujęli twórcy Star Treka w słynnej frazie: „To jest życie Jim, ale nie takie, jakie znamy”.

 W 1999 roku brytyjski astronom królewski napisał, że wszechświat sprowadza się do sześciu prostych liczb.

Sześć prostych liczb, a ludzie coraz bardziej stają się uzależnieni od sieci internetowej oplatającej świat. Dziś elektroniczne zabawki są w każdym dziecinnym pokoju, a sieć niestety umożliwia także kontakt z pedofilami.

      W tle tych rozważań widzę Stanisława Lema i jego jakże swojskich Międzygalaktycznych Konstruktorów.

W świecie tym działają samopowielające się olbrzymie komputery zaprojektowane jako zaawansowane liczydła.

Lem nie przewidział bowiem miniaturyzacji powodującej, że mózgi wielkie jak cała planeta mogą mieścić się w kieszeni.

   Nie przewidział miniaturyzacji, ale i tak osiągnął niewiarygodnie dużo w prognozowaniu przyszłości.