Astronomia Finansowa - Daty Zwrotu na FOREX i kontrakty terminowe
Astronomia Finansowa wykorzystywana do skutecznej gry na FOREX, kontraktach terminowych i ETF. Daty zwrotne wielokrotnie udowodniły swoją moc. Można dzięki nim osiągnąć wolność finansową.
piątek, 24 kwietnia 2026
czwartek, 23 kwietnia 2026
Noc świetlikowa
Od szczytu idę szybkim krokiem po równej
drodze, tu są tylko niewielkie odcinki zejść i podejść na przemian. Raz po raz
oglądam się za siebie – wypatruję tego młodego małżeństwa, które wyprzedziłem
przed szczytem. Oni też szli do studentów w Rabe.
Nie ma ich, ani jakiejkolwiek żywej duszy na szlaku! Nic dziwnego, o tej porze
wszyscy „turyści dzienni” schodzą z wysokich szlaków w kierunku noclegu
lub samochodów zostawionych gdzieś na dole…
Zrobiło
się wyraźnie chłodniej, zapanowała bardzo przyjemna temperatura do marszu. Mija
godzina, czyli 4 km z pewnością przeszedłem, przełęczy Żebrak nie widać, ani wcześniejszego żółtego szlaku. Zaczynam się
niepokoić, bo powolutku się zmierzcha…
Naraz zauważam
tablicę - jest ten oczekiwany i wypatrywany żółty szlak!
Napis: - Rabe - 30 minut! I strzałka pokazuje w dół bardzo stromego zbocza.
Nie zastanawiam się jednak ani chwili i fruu w dół!
Nie odnawiane,
wyblakłe, zmyte przez deszcze, żółte znaki na drzewach coraz trudniej zobaczyć
w zapadającym zmierzchu – dobrą chwilę się waham, szukając kolejnych znaków.
Schodzę trochę "na nosa".
Nie ma
najmniejszego śladu jakiejś ścieżki. Jest równo 45 stopni spadku, a chwilami
więcej. Idzie się od znaku do znaku, po drodze leżą w poprzek zwalone drzewa,
trzeba je obchodzić. W pewnym momencie niefortunnie postawiona stopa na
zeszłorocznych liściach bukowych, daje poślizg i wywijam orła! Zjeżdżam w dół
padając na pupę. Upadek jest nad podziw łagodny - miękki - to druciak przytroczony
do plecaka wziął na siebie główne uderzenie.
Jadę!
Jadę! Zsuwam się w rynnie liści na siedzeniu, jak na sankach,
próbując hamować nogami. Wreszcie, gdy przejechałem dobre kilkanaście metrów,
udaje mi się zatrzymać. Spodnie rozerwane elegancko, dziura wielkości dłoni,
albo lepiej! Ale dla spodni to nic, a nawet dobrze, bo im więcej łat tym
ładniejsze - taka tu jest moda.
Po drodze
próbowałem się zatrzymywać rękami, łapiąc za co popadnie, za jakieś kije
leżące. Okazuje się, że siedzę w tych rozerwanych spodniach, dłonie trzymam na
glebie, a tuż obok mojej lewej dłoni leży przewrócony duży grzyb! Jest to
dorodny borowik, nieco tylko poszkodowany gwałtownym wyrwaniem zjazdowym! No
tak: patrzę wokół - wylądowałem w grzybowym miejscu, jest tych grzybów tutaj –
wokół mnie siedzącego po szalonym zjeździe - dużo więcej.
Ale nie jest to pora
na zbieranie grzybów, i zresztą po co zbierać? Wezmę tego jednego wyrwanego, on
jest tak duży, że zajmie pół garnka.
Teraz trzeba dalej w dół zbiegać, czy
schodzić, bo z każdą chwilą jest coraz ciemniej. Wstawanie z ciężkim plecakiem
mam opanowane: - przekręcić się na kolana, na czworaki i dopiero do góry.
Wstaję, biorę grzyba do ręki i dalej w dół! Trafiam na starą, zarośniętą drogę
do zwózki drewna.
Jeszcze kilka
minut szybkiego schodzenia i docieram do strumyka. - Pić!
Piję, i mam myśl, żeby poszukać tu w
lesie miejsca na spanie. Wiem, że do studentów w Rabe jest blisko, pewnie z kilometr, ale właściwie towarzystwo nie
jest mi potrzebne. Więcej - wolę być sam. Lasu już się nie boję, sławna
przygoda z dzikami okazała się w końcu niegroźna.
Nie ma, jak
spontaniczna zmiana planów.
Zostawiam plecak przy strumieniu i
biegnę w górę szukać w miarę równego miejsca pod namiot. Jeszcze coś widać,
więc się spieszę. Mam szczęście, bo już za moment, na tym spadzistym zboczu
znajduję maleńki kawałek równego terenu. Akurat pod namiot, ani kawałka więcej!
Szybki powrót po plecak i błyskawiczne postawienie namiotu. Ufff! Gotowe.
Tuż obok namiotu jest
kawałek kamiennego miejsca bez ściółki, akurat na ognisko. Ściągam trochę
suchych gałęzi, zbiegam z garnkiem, miską i butelką po wodę. Nabieram wody,
opłukuję twarz.
Wracam i opada ze mnie
cały pośpiech, już mam wszystko, co niezbędne. Patrzę z czułością na namiot -
przychodzi silne uczucie wielkiego zadowolenia: - Jestem w domu! Oto mój dom, i
każde miejsce gdzie stoi ten namiot, jest moim domem! I czuję się tak….lekko i
bezpiecznie. Ciekawe są te uczucia, a one przecież nie kłamią.
Zapalam malutkie
ognisko, tu także mam wystarczające doświadczenie - tyle ognia, aby tylko
płonęło pod garnkiem. Kroję grzyba do wody, nieco masła od Jana, do tego
marchew i przyprawy. Woda się grzeje, a ja pompuję materac.
Druciak pod garnek
wykrzywił się od uderzenia, ale wartości użytkowych nie stracił. Jest już
całkiem ciemno, gdy w garnku zaczyna bulgotać. Ognisko płonie rzucając refleksy
światła na okoliczne pnie drzew..... Siedzę na materacu, tuż przy ognisku,
wracając pamięcią do początku dzisiejszego dnia. Przelatują myśli: - ileż to
może się wydarzyć nowych fajnych rzeczy w ciągu jednego jedynego dnia? To nowe
– Nieznane, nazywa się właśnie życiem. Bo nie jest życiem jednostajne robienie
tego samego, jechanie wyjeżdżoną koleiną…. W głowie myśli a wokół….
A wokół trwa cisza.
Taka cisza, taka gęsta cisza, że wydaje mi się: - można ją ukroić nożem jak
tort….. Słychać jedynie cichutkie bulgotki w garnku….
- Sam jeden na biwaku
w takim miejscu, w tym gęstym starym lesie, w masywie Chryszczatej, a to ci znowu przygoda! A my przygody lubimy. Jak to
„my lubimy’? To jeszcze ktoś jest oprócz ciebie? Tak. Jest nas
dwóch: - ja i mój brzuch!
Dokładam do
garnka kartofla (!), cebulę, jeszcze majeranek, jeszcze dosolić - w garnku
bulgocze radośnie, jedzenie pachnie aż w dołku ściska, w brzuchu burczy z głodu
- przecież od śniadania nic nie jadłem, a taki forsowny marsz za mną.
Na koniec gotowania dosypuję garstkę
makaronu, żeby zupa była gęsta. Wychodzi gęsta i to bardzo, a od tych
dołożonych różności jest jej pełniutki garnek. Od przybytku głowa jednak nie
boli - będę miał za jednym zamachem gotowe jedzenie na śniadanie.
Makaron dochodzi, a ja
patrzę wreszcie na gwiazdy.
OOOO! Nade mną, pomiędzy koronami drzew
widać kawałek nieba. Ten widoczny kawałek nieba jest jakby posypany srebrnym
piaskiem....Gwiezdny pył... A Droga Mleczna? To biała chmura
dzieląca niebo!
Boziuniu jak tu
przecudnie! Po pniach pląsają świetlne refleksy od ogniska, niebo wygwieżdżone
aż nierealnie, a wokół .... wokół zaczyna się dziać coś tak nieprawdopodobnego,
że wpadam w absolutne osłupienie!
Magia
teatru w wykonaniu Robaczków Świętojańskich.
Przede mną zaczyna się taniec maleńkich
błękitnych światełek!
To robaczki świętojańskie – świetliki, które przyleciały, jak mi się wtedy wydawało, zwabione niezwykłym nocnym ogniskiem w lesie.
Przyleciały, jakby Znikąd, z Niebytu. Najpierw dwa, potem trzy, pięć, w końcu kilkanaście. Zaczynam jeść i ze zdumieniem patrzę na poczynania tych światełek. One się cieszą! Tak pląsają wokół, w odległości 2 - 3 metrów, że co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. To taniec radości! Nadają do mnie: - Helo koleś!
Wykonują
piruety, zygzakowania, układy solowe i grupowe. Jedne stoją w powietrzu, inne
wykonują kręciołki, potem zmiana. Przychodzi skojarzenie z podświetloną
fontanną w nocy. To jest tańcząca, radosna Fontanna
Świetlików! One mnie pozdrawiają, a ja im odpłacam tym samym.
I
pogadałem oczywiście do tych świetlików - tancerzy! Mówię; - „Jesteście
śliczne i egzotyczne i kochane. Tańczycie z takim wdziękiem, zupełnie jak elfy!
Dzięki za przepiękne widowisko!”
Pląsy świetlików trwają bez ustanku.
Dokonują nieprawdopodobnych łamańców. Trwa dłuuuuugie widowisko. Obserwując
przedstawienie, jadłem i co pewien czas w uniesieniu śmiałem się w głos
wykrzykując: - „Boziuniu! Jak cudnie, jak cudnie!”.
Wreszcie
następuje kolejne sięgnięcie łyżką do garnka, i łyżka stuknęła! Zaglądam do
garnka ze zdziwieniem - a tu dno! Okazuje się, że zjadłem przy tym widowisku
wszystko, co było. Nie ma już zupy na śniadanie….. Odbija mi się głośno….
Magiczny
taniec świetlików trwa już co najmniej godzinę.
Naraz następuje zmiana w programie: -
niektóre z robaczków gasną - wyłączają baterie. I to zupełnie tak, jakby ktoś
nacisnął pstryczek. Pstryk – nie świecę już. Pstryk – znowu świecę!
Następuje część
przedstawienia pod tytułem: - włączamy i wyłączamy światło. Świetliki zaczynają
(do mnie?) mrugać. I jest to kulminacja - nadchodzi Wielki Finał Występu Świetlików w noc czerwcową 2013 na Chryszczatej!
Jest tak czarodziejsko i
nieoczekiwanie, w tej scenerii nocy, lasu, ogniska, wszystko jest to jest
tak nowe, i wzruszające, że mam na przemian łzy w oczach i jednocześnie śmieję
się w głos. O czymś takim nawet nie słyszałem, nie wiedziałem, że to możliwe.
To jest rozmowa. To jest Kontakt!
- W pewnym
momencie Wszystkie na raz, WSZYSTKIE jednocześnie stają w powietrzu w grupie, i
kilkakrotnie i JEDNOCZEŚNIE ZAPALAJĄ i gaszą SWOJE ŚWIATŁA!!!!
Odbieram to jako: - Dobranoc!
Boziuniu! Ale zdarzenie!!!!
Jestem wzruszony i zszokowany, ale
przemawiam do robaczków: - „Dobranoc kochane świetliki -
przepięknie mrugacie! Jesteście zupełnie jak z bajki! Wyglądacie, jak
zaczarowane lampki mrugające na magicznej choince! Jesteście śliczne, mądre,
kochane! Tak baśniowo wygląda wasze mruganie! Fantastyczne jesteście! Dziękuję
wam bardzo za przedstawienie! Kocham was i dziękuję! Dziękuję!”
Finał
dobiegł końca. Zamiast oklasków lecą mi łzy…..
Kto powiedział, że mężczyźni nie płaczą?
Światełek robi się coraz mniej, gasną po
kolei….Wreszcie został tylko jeden świecący. Ten krąży wolno, chwilami zamiera
w bezruchu i jest na wyciągnięcie ręki. To jest może Dyrygent? Ognisko dawno
zgasło, minęła północ.
Nie chce mi się
spać. Senność, która opanowała mnie po jedzeniu, ulotniła się gdzieś. Ten dzień
za mną, ukoronowany nocnym występem świetlików, spowodował szybkie krążenie
krwi i czujność zmysłów. Nieziemskie było to przedstawienie w Świetlikowym Teatrze Jednego Widza! Tyle
wrażeń dziś. Odkąd wylądowałem w Bieszczadach
wydaje mi się co i raz, że dopiero się narodziłem. Życie jest cudne!
Myję zęby i w wodzie
z miski myję stopy. Miałem zaparzyć miętę, ale zupy było tyle, że też się nią
napiłem. Zakładam nowe skarpetki, opieram się o plecak i patrzę w gwiazdy….
Na zdjęciu gwiazdy w ruchu.
Odzywa się gdzieś niedaleko puchacz. Jego wołanie jest takie .... nocne i groźne….
Przysnąłem..... Budzi mnie chłód.
Wciągam materac do namiotu i pakuję się do śpiwora.
Dobranoc.
PS. Z podobnym tańcem świetlików, lecz w
wykonaniu mniej licznego zespołu, spotkałem się jeszcze tylko raz, w czasie
biwaku <noc ponad Hańczową>, kiedy szedłem na Łemkowską Watrę i noc 18 lipca zastała
mnie w lesie. Nie paliłem wtedy ognia, nie było takiej potrzeby, ani warunków,
więc świetliki nie przybyły zwabione światłem. Przyszło mi wówczas do głowy, że
one odbierają wibracje człowieka i nie chodzi tu o ciepło ciała, ale o
coś duchowego. Świetliki są ciekawskie, mądre i przyjacielsko nastawione.
środa, 22 kwietnia 2026
O małżeństwie
Starzec rzekł:
- Jako urodziliście się w jedności, tak i razem
pozostaniecie na wieki. Nawet gdy dni wasze rozproszą białe skrzydła śmierci,
wciąż będziecie złączeni. A w cichej pamięci Najwyższego także razem
zostaniecie.
Jednak
bądźcie ze sobą tak, aby we wspólności trwał zawsze oddech przestrzeni. Niech
między wami tańczy wiatr Niebios.
Kochajcie
się wzajem, lecz nie przemieniajcie miłości w więzy niewoli.
Dotykajcie brzegów dusz waszych jako morze swobodne. Puchary wzajemnie
sobie napełniajcie, ale z jednego pucharu nie pijcie.
Dzielcie
się wzajem chlebem, ale nie pożywajcie jednej kromki. Śpiewajcie i tańczcie
razem i oddawajcie się wspólnej radości, ale pozwólcie sobie również na
samotność.
Bo choć
oddzielne od siebie, struny lutni drżą pieśnią jednaką.
Oddajcie
sobie serca, ale nie zawłaszczajcie ich. Bo tylko dłoń Życia pomieścić może
serca wasze.
Bądźcie
przy sobie, ale nie nazbyt blisko.
Przecież i kolumny świątyń stoją w oddzieleniu, a
dąb i cyprys nie rosną wzajem w cieniu drugiego.
Khalil Gibran - Prorok
PS. Nadeszła czterdziesta rocznica ślubu, żona
pyta:
- Może kurę
na tę okoliczność zarżnę?
- A co ona winna? – zdziwił się mąż.
wtorek, 21 kwietnia 2026
Klucze
"Prezes spółki Zondacrypto zapewnił, że giełda ta jest stabilna i wypłacalna, azaliż klucze do portfela ma pan Suszek, który razem z kluczami zaginął w marcu 2022.
Po raz ostatni pan Suszek był widziany w firmie paliwowej
w Czeladzi. W dniu jego zaginięcia monitoring na terenie firmy przestał (chwilowo) działać".
W związku z powyższym wyłoniły się dwa primo:
Pierwsze: - nie można wykluczyć, że w Czeladzi pojawił się seryjny samobójca od afery podkarpackiej i Epsteina - gdyż ponieważ nastąpił klasyczny myk z monitoringiem.
Drugie primo: - Jak to jest, że klucze giną, natomiast dziurkom od klucza jakoś nigdy to się nie przytrafia?
niedziela, 19 kwietnia 2026
O wykresie Wig 20
W poniedziałek bez wpisu.
Wychodzi na to, że "umowny " porządek fal opisany 10 marca był błędny. Piszą do mnie co prawda inwestorzy, że być może mamy do czynienia z falą B, która wybija mocno ponad właściwy szczyt. I tu podpierają się tym, co wyrysowało się w 1995 roku. Tak może być, azaliż nie opierajmy się na "być może". No było tak, ale jeśli masz wątpliwości - daj sobie luz i wyjdź na jakiś czas z rynku, bo to wydaje się szukaniem racji dla swoich racji.
Prosta harmoniczność dla Wig pokazuje kolejną ewentualną datę 523 dni (2,856), a potem 183 x 3 = 549 dni.
piątek, 17 kwietnia 2026
Bajka o babie Jadze
Za siedmioma (w innej wersji jest 9) górami i siedmioma rzekami mieszkała sobie baba, którą zwano Jagą. Mieszkała ci ona z dziadem, który ją mocno wkurzał. Mianowicie ów potężnie chrapał w nocy tudzież nie lubił myć nóg. Kiedy sytuacja osiągnęła stan krytyczny, czyli czerwoną linię, baba powiedziała: - Dość tego! I popędziła dziada.
Od tej
chwili mocno polepszył się jej stan psychiczny – latała sobie na miotle (bo to
była także czarownica) gdzie chciała, oraz dowolnie regulowała szybkość
przelotów.
Któregoś
razu przelatywała nad łąką i zauważyła małą dziewczynkę zbierającą zioła. Jako
że jednak odczuwała samotność z powodu braku dziada, postanowiła lądować i porozmawiać
z dzieckiem.
Rozmowa przebiegła w atmosferze wzajemnego
zrozumienia, dlatego Jaga zaproponowała dziewczynce wspólny przelot. Jako że
zbieranie ziół dziewczynkę nieco znudziło, przystała ochoczo na propozycję. I
śmignęły one wraz pod nieboskłon. A z nieboskłonu Jaga skierowała swój pojazd
do chatki na kurzej nóżce.
- Jaka ładna
chatka! –
wykrzyknęła dziewczynka po lądowaniu i zaraz zabrała się do pałaszowania
pierników, które stanowiły dach chatki.
- Stój, stój
– tak nie można! – krzyczała Jaga, ale było już za późno i jeden piernik za
drugim znikał w żołądku dziewczynki, bo ponieważ była ona fanką pierników. Baba Jaga początkowo załamała ręce,
atoli po chwili dołączyła do dziewczynki, gdyż także lubiła pierniki, ale do
tej pory starała się chronić dach i swoją tuszę, gdyż miała skłonności do
tycia.
I w ten oto sposób, dzień po dniu Jaga i dziewczynka zjadły wszystkie
pierniki będące dachem chatki.
Z tego
wynikły trzy problemy:
- Po pierwsze primo chatka nie miała już dachu, a
szła jesień.
- Po drugie primo Jaga tak zgrubiała, że miotła
nie mogła utrzymać jej ciężaru i któregoś dnia się wzięła i połamała.
- Po trzecie primo dziewczynka okazała się
krnąbrna i niemiła w obejściu, tudzież okazała się zwolenniczką ruchu MAGA, co
przeważyło szalę goryczy i baba Jaga ją gwałtownie znielubiła.
Kiedy akurat przelatywał klucz gęsi, Jaga
skorzystała z okazji i zawołała: - Czy
możecie zabrać stąd tego bachora?
Gęsi prośbę
spełniły i znowu Jaga miała święty spokój.
Sporządziła nową, tym razem towarową miotłę, poleciała na niej po paletę pierników do Biedronki, po czym pracowicie uzupełniła nimi dach chatki. Przy tych zajęciach na powrót schudła i odtąd żyła sobie zdrowo i szczęśliwie, wystrzegając się zarówno chrapiących dziadów jak i niegrzecznych bachorów.
PS. Na zdjęciu z 2013 r. Krystyna Rados ze Szwejkowa - bieszczadzka czarownica z certyfikatem.
czwartek, 16 kwietnia 2026
środa, 15 kwietnia 2026
Morszkulce
Nieco spóźniona relacja z tegorocznej wyjątkowej zimy na wybrzeżu. Gdańsk i okolice.
Na zdjęciach poniżej ciekawostka: morszkulce.
W specyficznych warunkach bryły lodowe zostają przez fale obturlane na jednolite kule.
wtorek, 14 kwietnia 2026
Świetliki
Dolina Orsigna. Stąd odejdę, to moje Himalaje. Gdy przyjechałem tu jako dziecko, poczułem magię natury. A kiedy nadchodzi nowoczesność, magia ustępuje i pozostaje w drzewach, lasach, zachodach słońca. Wiem, że moje wnuki żyją tu w świecie, który ich zaskakuje, w którym można dojrzeć coś cudownego.
Wczoraj zobaczyłem pierwszego świetlika i przystanąłem, żeby popatrzeć, jak w ciemnościach nocy migocze nikłe światełko… Na taki widok człowieka ogarnia radość!
Pamiętam z dzieciństwa zasłyszane w domu różne opowieści o świetlikach. Na przykład ta, że jeżeli złapanego wieczorem świetlika nakryjesz szklanką, rano w tym miejscu znajdziesz monetę.
Dzięki
tym opowieściom świat stawał się bogatszy, toteż moim wnukom chciałbym pokazać
świetliki, żeby zachwyciły się światem. W Himalajach żyją gąsienice, które nocą
świecą na zielono, zupełnie jak lampiony. Niezwykły widok. Czy nie pięknie
byłoby opowiedzieć dziecku bajkę o takich gąsienicach? Wtedy świat się ożywia,
wzbogaca, a nie tylko telewizja i
idziemy na pizzę. To stąd pochodzi cała przemoc, sami ją codziennie tworzymy. A
wystarczyłoby powiedzieć dość i zabrać dziecko na spacer nocą, żeby zobaczyło
świetliki.
Żyjemy w
biegu, za dużo stymulacji, jesteśmy rozrywani między pracą, telefonem,
telewizją i ludźmi, którzy nas odwiedzają. Nie zatrzymujemy się nawet na
chwilę, żyjemy w ciągłym biegu. Konsumizm to coś w rodzaju spisku, to maszyna
która nas pożera.
Terziano Tiziani – wspomnienia
PS. I mnie przydarzyły się niezapomniane noce świetlikowe (Noc w masywie Chryszczatej, Noc ponad Hańczową). Te wpisy były bez zdjęć tych cudnych, delikatnych stworzeń, co nadrabiam dziś.
poniedziałek, 13 kwietnia 2026
piątek, 10 kwietnia 2026
Iść przez życie we dwójkę
Jest taka obiegowa opinia i to zwykle wygłaszana
przez tych, którzy na związku z drugim korzystają, wysysają go i depczą,
dowartościowując się dzięki niemu.
Tu widzę dwie możliwości:
- po pierwsze primo oboje są zbudowani z tej samej
debilskiej gliny pod nazwą tradycja.
- po drugie primo tym chorym związkiem rządzi
masochizm.
Ci
doświadczeni, którzy dostali w związku, czy w związkach w dupę, przeważnie nie
udzielają pouczeń małżeńskich i siedzą cicho.
Azaliż zdarzają się wyjątki, spotykam bowiem mocno nieliczne stare małżeństwa, które
autentycznie po 50 latach związku kochają się. Jeśli jedno mówi – drugie słucha
i ma przy tym „perły w oczach”, jak to ładnie ujął Stachura.
Temat wyjątków Stachura
wyjaśnił krótko: Wyjątek nie potwierdza
reguły, on ją kompromituje.
Teza: - We
dwójkę łatwiej iść przez życie.
Iść? I czytamy Krzysztofa
Vargę:
- Chyba się czołgać i to przez pustynię swojej ukrywanej samotności. Czołgać się stękając z wysiłku i bylejakości, z nudów i beznadziei. Wokół nie ma już żadnej oazy, a ty czołgaj się człowieku w zawziętym milczeniu, albo wśród wzajemnych pretensji, gniewów i oskarżeń. W takim związku walczysz, dopóki ci się nie znudzi, wtedy zapada decyzja rozwodu, albo zostałeś uzależniony, zniewolony i poddając się dominacji, czy zgadzając się na kompromisy, tracisz stopniowo chęć do życia.
PS. Fakt - jak Czytelnicy wiedzą, wspomniane wyżej czołgania przerobiłem wystarczająco dokładnie. Kiedy postanowiłem "skoczyć nie mając skrzydeł" - one wyrosły mi już w locie, a życie po nowemu okazało się zaskakująco przyjazne.
czwartek, 9 kwietnia 2026
Zagadki przyszłości
Niektórzy ludzie uważają, że zdarzenia przyszłe są dane raz na zawsze, jakby je KTOŚ wyrył na skale.
Inna
część populacji zupełnie nie wierzy, że jest coś takiego jak Przeznaczenie. Ta część uważa, że życie
składa się ze zbiegów okoliczności, a przyszłość jest niepoznawalna.
Najliczniejsza
grupa zakłada, że przyszłość znajduje się we mgle, że „coś w tym jest” - czyli
dopuszcza istnienie Zagadkowych Zdarzeń, których
logika nie potrafi wytłumaczyć.
Pojawia się Niepewność.
Aby
stawić czoło tej niepewności, tudzież nieznośnej świadomości ludzkiej
śmiertelnej natury, poszukują Ostatecznej
Odpowiedzi.
Azaliż aby znaleźć taką odpowiedź,
przedtem należy sformułować Ostateczne Pytanie.....
Tu
rozum wycofuje się do tylnej ławki, a my jesteśmy prowadzeni prosto do Czegoś, co większość nazywa Bogiem,
ponieważ istotą istnienia Boga jest wiara, a nie rozum.
W każdym razie inteligentna istota powinna
powziąć przeczucie, że Rzeczy Nie Są
Takie, Jakie Się Wydają. O tym od wieków wiedzą mistycy, czyli osoby mające wgląd: nasz świat "realny" to tak naprawdę maya - sen.
W
umocnieniu takiego przeczucia pomaga nauka, wykazując na przykład, że barwy, które widzimy są zwykłym złudzeniem.
Co stwierdzam z przykrością, jako pasjonat kolorowych fotografii.
Tę kwestię zwięźle ujęli twórcy Star Treka w słynnej frazie: „To jest
życie Jim, ale nie takie, jakie znamy”.
Sześć
prostych liczb, a ludzie coraz bardziej stają się uzależnieni od sieci internetowej
oplatającej świat. Dziś elektroniczne zabawki są w każdym dziecinnym pokoju, a
sieć niestety umożliwia także kontakt z pedofilami.
W tle tych rozważań widzę Stanisława Lema i jego jakże swojskich Międzygalaktycznych Konstruktorów.
W
świecie tym działają samopowielające się olbrzymie komputery zaprojektowane
jako zaawansowane liczydła.
Lem
nie przewidział bowiem miniaturyzacji powodującej, że mózgi wielkie jak cała
planeta mogą mieścić się w kieszeni.
Nie przewidział miniaturyzacji, ale i tak
osiągnął niewiarygodnie dużo w prognozowaniu przyszłości.
.jpg)










.jpg)





















.jpg)
.jpg)