piątek, 6 lutego 2026

Wzmożony klimat chwili

Świt. W nocy padało, a mżawka dalej siąpi, do tego snuje się mgła. W garnku i misce zebrało się akurat tyle wody, żeby napić się do syta. Nie będę szukał wody aby coś ugotować, chociaż z mapy wynika, że mogę ją znaleźć kilometr od wiaty.

Zasiadam do zjedzenia tego co mi jeszcze zostało, najpierw jabłko, potem kilka herbatników i święto lasu!


Czekam, aż przestanie siąpić, zapisuję w zeszycie, co mam zapisać. Czas się dłuży i dopiero przed dziesiątą słyszę pierwszych ludzi.

     Od Pszczelin-Widełek nadchodzi kilka osób. Idą zobaczyć sławne schody na Tarnicę. Rozmawiamy chwilę.

   Po kilkunastu minutach nadchodzi także z dołu duża grupa może dziesięcioletnich chłopców pod opieką dwóch księży.

     Dzieciaki utytłane po kolana i zadyszane. Jakoś tam użaliłem się nad nimi, a jeden z opiekunów na to: - a niech się wprawiają!

    Zgadzam się, że w tym przypadku ksiądz ma rację (świętą rację?).

Jestem gotowy do odejścia i wreszcie wydaje się, że ma chęć przestać padać.

W tym momencie od Bukowego Berda nadbiega szybkobiegacz.

Powiedział, że wybiegł rano z …. Wetliny, potem biegł połoninami do Tarnicy i przez Krzemień, a teraz biegnie przez Pszczeliny do Ustrzyk.

    Skomentowałem lakonicznie: - No, no, no!

Natomiast pomyślałem: - taki szybkobiegacz to mógłby nawet Pendolino przegonić.....

W każdym razie mogło tak być, jak szybkobiegacz powiedział, sądząc po jego profesjonalnym wyglądzie i sprawności, z jaką się poruszał.

A nie stał ci on w miejscu, tylko bez przerwy przebierał nogami rozmawiając ze mną.

    Nie mógł sobie pozwolić (bowiem) na zgubienie rytmu w tym indywidualnym Biegu Rzeźnika.

Bieszczadzkie Biegi Rzeźnika jak wiemy mają dystans 50 – 70 km i więcej. I nie biegnie się po płaskim terenie. 

    Powiedział także, że na górze jest pogoda, tylko tu niżej mgła.

I pobiegł w dół.

A ja ruszyłem w górę.

Kiedy tylko wyszedłem z lasu, przywitało mnie ciepło i ta lepsza pogoda, o której mówił szybkobiegacz.

Dostatek ruchu na świeżym powietrzu skutkuje wzmożonym apetytem – odezwał się głód. A tu stopniowo robiło się coraz to ładniej. I cieplej. Czapka zimowa i flanelowa koszula powędrowały do plecaka i szedłem już tylko w T-shircie.

W końcu zapomniałem o głodzie, tak pięknie się porobiło i postanowiłem minąć zejście do Mucznego i pójść jeszcze kawałek w stronę Krzemienia.

Radość wielka! Pobyć jak najdłużej na Bukowym Berdzie.

Za moment zejdę z połoniny i ahoj Przygodo! Pójdę dalej.

Nade mną coraz większe okna błękitu. Na horyzoncie Ukraina.

Czuję się tak lekko! I mam czas!

To jest to sławne „na luziczku”. Wydaje mi się, że nie niosę plecaka, czyżby aż taka adrenalina z zachwytu nad tym co jest?

W tej ciszy,  w tej cudownej okolicy i pustce..... cokolwiek jest – jest bogiem.

Aby poczuć w sobie ten pierwotny, naturalny stan, wystarczy zapomnieć o wszystkich religiach wymyślonych przez przebiegłych ludzi.

     Wystarczy być zwyczajnym, wystarczy być sobą. Tylko wtedy możesz naprawdę być w teraźniejszości.

    Ludzie starają się robić coś nadzwyczajnego, niepospolitego, bo inaczej uważają, że marnują życie na prozaiczne czynności.

   To są gry ego. To są chore stany świadomości.

Kiedy stajesz się zwyczajny.... nagle to, co nazywamy błahostkami, przestaje nimi być.

Wszystko staje się uświęcone. Zwykła wędrówka i wszelkie inne działanie staje się uświęcone. A więc także medytacyjne.

    Wtedy zagłębiasz się w życie, a ono otwiera przed tobą swoje tajemnice. Stajesz się otwarty, wrażliwy i chłoniesz. Jedynie potrzeba wystarczająco dostać od życia w dupę (zwykle na własne życzenie), żeby to docenić.

Idę przeniknięty uroczystym, wzniosłym nastrojem w tej zbliżającej się chwili pożegnania z Dachem Lokalnego Świata.

(Będę już ruszał w dół, bo jeszcze chwila a odfrunę).

Wdzięczność i miłość do świata: - Dziękuję ci Aniele Opiekuńczy, tudzież Duchu Góry.

- Za co?

 - Ano za to, że Oni są.

I sobie dziękuję, że zdarzyło mi się:

wiele razy iść w deszczu i moknąć

potknąć się o kamień

z zadartą głową śledzić lot orła

chodzić boso po rosie

zgubić klucz w trawie

patrzeć na taniec świetlików

spotykać przyjaznych ludzi

iść naprzód w samotności pod dachem nieba

zachwycać się każdą chwilą, śmiać się i płakać

i często mieć wrażenie, że czegoś ważnego nie wiem.










 PS. Tekst z archiwum 2013, precyzyjnie oddający Wzmożony Klimat Chwili. Na zdjęciach zamiast połonin (na razie przesyt) moje ulubione tereny Huczwice-Rabe. 

I dedykacja dla Ciebie Czytelniku <ukrainian yodler sofia shkidchenko> - widoki bieszczadzkie ze strony ukraińskiej w porywającym rytmie.  


środa, 4 lutego 2026

Efekt wilka

 


Czyli zależności wewnątrz ekosystemów.

Niby nic nowego, ponieważ wiemy, że wszystko jest połączone ze wszystkim, atoli przykład jest istotny, mianowicie chodzi o kaskady troficzne. To są zaburzenia łańcuchów pokarmowych, w których szczytowy drapieżnik oddziałuje na zachowanie i liczebność swoich ofiar, a pośrednio wpływa na wszystkie poziomy ekologicznej piramidy.

   Jedną z najbardziej znanych kaskad troficznych zanotowano w Parku Narodowym Yellowstone, gdy po koniec XX wieku na powrót zasiedlono w nim wilki.


Filmik opisujący wynikłe zmiany (How Wolves Change Rivers) był swego czasu hitem internetu.

 Otóż wilki zredukowały liczebność jeleniowatych i wypchnęły je z otwartych przestrzeni. Jednocześnie ograniczona została liczba kojotów. W efekcie pojawiło się więcej roślin, z drzewami włącznie. Wzrosły populacje gryzoni i zajęczaków. To z kolei stworzyło nisze, wabiące do parku wiele gatunków wymarłych od ponad stu lat, na przykład bobry.

Brzegi rzek wzmocnione roślinnością umocniły się i utrwaliły, koryta ustaliły i zwęziły, bobry potworzyły nowe rozlewiska i nie tylko bioróżnorodność, ale nawet krajobraz Yellowstone się zmienił.

A wszystko za sprawą fascynującego stworzenia nazwanego wilkiem.


Mała dygresja o Koronie Stworzenia: - od jakiegoś czasu mówi się o powstaniu nowego gatunku, a nawet superorganizmu, tudzież antropocenie – o erze  człowieka. Otóż warstwą geologiczną umożliwiającą w przyszłych epokach jej identyfikację, będą pokłady plastikowych śmieci.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Cykle Finansowe Pozatrumpowe

 


Inwestorzy ze zdziwieniem odkrywają grawitację.

Złoto, srebro i miedź spadają, gdy nerwowi inwestorzy odkrywają grawitację
Reuters - Biznes
30 sty 2026, 14:51

 

Na tytułowej stronie Astronomii Finansowej napisałem, że według Ralpha Elliotta finansami rządzi grawitacja planet. To dawne odkrycie wciąż budzi zdziwienie u inwestorów. Co pewien czas na nowo budzi. Najpierw reagują inwestorzy nerwowi, a potem pozostali.

Sedno sprawy tkwi w słowie „grawitacja”, a więc w uproszczeniu w tym, co mówią gwiazdy za pomocą Liczb wskazujących zwroty na rynkach finansowych. Jeśli ma być wyraźne przesilenie, zawsze w danym momencie albo coś  się wydarzy, albo ktoś coś istotnego powie. Czyli najpierw mamy potencjalną datę „zapisaną w gwiazdach” i dzieje się to na długo przedtem, zanim tuż przy samej dacie nastąpi to coś, co ruszy rynkiem i co opinia ogółu uzna za rzekomą przyczynę ruchu na indeksie.

Azaliż człowiek stara się wszystko tłumaczyć sobie za pomocą tego, co wie, czyli bez angażowania nadmiernego wysiłku umysłowego. Najlepiej więc, gdy ktoś podsunie gotowca o tym, jak należy myśleć (Ignorancja).

Inwestorzy dobrze wiedzą, że rynki bywają „chimeryczne”. Zwykle „dobre” wiadomości wywołują ruch indeksów w górę, aliści rzadziej co prawda, jednak bywa, że rynek reaguje nielogicznie, czego już "racjonalnie" wytłumaczyć się nie da. Na tę właśnie okoliczność wymyślono słowo „pułapka”, które delikatnie wskazuje jakąś magiczną, ukrytą przyczynę. To po pierwsze primo.

Po drugie primo: - jeśli obserwujemy działania Pomarańczowego Pacjenta i  powiemy, że są one sprzeczne z prawem (między innymi ataki na Powella), ogólnie chamskie i podłe, to jakbyśmy nic nie powiedzieli.

Mamy bowiem do czynienia z ewidentną, prymitywną manipulacją (nie tylko rynkami finansowymi). Inwestorzy wiedzą, że to Wall Street pokazuje kierunek.  Ktoś, kto ma dostęp do informacji niejawnych i z nich korzysta, popełnia przestępstwo. Tak przynajmniej było do tej pory. A jak jest teraz? Teraz objawił się Pacjent, który sam jest Informacją

USA - Trump: nie kazałem Warshowi, by obniżył stopy, ale on chce to zrobić
PAP - Biznes
30 sty 2026, 19:43


 Jakieś pozytywy? - Dzięki Pomarańczowemu Pacjentowi Europa się budzi.

    - W dłuższej pespektywie rynki podlegają wyłącznie

            Cyklom Naturalnym Pozatrumpowym.

Żeby było lepiej, najpierw musi być gorzej. Kiedy to gorzej staje się nie do wytrzymania, wtedy następują zmiany na lepsze. Prezydenci przychodzą, a potem odchodzą, co widzimy na załączonych obrazkach. 

 - Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie.

piątek, 30 stycznia 2026

Zielone dzieci

 


Czemu stare opowieści są tak cenne? Ponieważ żyjemy w coraz bardziej zakłamanym świecie, tak pełnym informacyjnego śmiecia, że właściwie nie wiadomo, w co wierzyć, a niby ważna wiadomość dziś, jutro okazuje się fejkiem. I wydaje się, że wszystko wraca do normy, jednak zbyt łatwo pomijamy to "niby". Fejk (tak jak kiedyś plotka) jest narzędziem sił ciemności do robienia spustoszenia w zbiorowym mózgu. Natomiast wiarygodność faktów z zamierzchłej przeszłości weryfikuje czas – jeśli się ostały, znaczy to, że są nie tylko legendą.

     Aliści z sieczki internetowej każdy zainteresowany może dziś wyłuskać wartościową pozycję. I tak dzięki Tomaszowi Dąbrowskiemu nie potrzebuję już tyle pisać o reinkarnacji, dzieciach indygo, zwierciadle Kozyriewa. 

Były wpisy na blogu o Janie Gabrjelu z Ciężkowic i kiedy będziesz Czytelniku oglądał film z Grzegorzem Walerzakiem, poczujesz się, jak ja w Domu na Górze u Jana - czyli odlotowo

Także odpuszczam pisanie o wampirach energetycznych, samoleczeniu, ziołach, wierzeniach przodków słowiańskich, właściwej diecie, tudzież o wielu innych fascynujących, a ważnych sprawach. Mogę spokojnie zająć się tematami niszowymi.

                       

W roku 1200 kronikarz klasztoru w Yorkshire, napisał:

„- Trzy mile od klasztoru Męczennika Edmunda leży wioska, w pobliżu której znajdują się starożytne kanały, zwane woolpittes – to od nich właśnie pochodzi nazwa wioski Woolpit.

Podczas żniw, gdy żniwiarze zbierali się na polu, z jednego z tych kanałów wydostało się dwoje dzieci o zielonym ciele. Był to chłopiec i dziewczynka, w ubraniu dziwnego koloru i z nieznanego materiału. Dzieci wędrowały zdezorientowane po polu, aż zobaczyli je żniwiarze i zaprowadzili do wioski, gdzie zebrało się wielu, żeby ten cud zobaczyć”.

Czyli na polach obecnej wioski Woolpit w Suffolk pojawiło się dwoje dziwnych dzieci – starsza dziewczynka i młodszy o parę lat chłopiec. Dzieci mówiły w nieznanym języku, ich ubrania były niezwykłego kroju i z niezwykłego, srebrzystego materiału. Najdziwniejsza była jednak ich skóra – według niektórych źródeł całkiem zielona. Dzieci zostały zaprowadzone do pana tych terenów sir Richarda de Calne. Dalsza historia rozgrywała się na jego dworze (mansion) w Wikes. Dzieci nie chciały, czy też nie potrafiły jeść typowych pokarmów tamtej epoki. Podawano chleb na zakwasie, polewkę (cienka zupka – kisiel z rozgotowanego zboża), mięso. I pewnie umarłyby z głodu, gdyby służący nie zauważyli ciekawej rzeczy, którą kronikarz tak opisuje:

   „Postawiono przed nimi chleb i inne wiktuały, lecz one tylko patrzyły i niczego nie tknęły, choć wyraźnie dręczył je wielki głód, jak potem przyznała dziewczynka. Dzieci płakały z głodu i w końcu, gdy przyniesiono do domu świeżo zebraną fasolę, nie obraną ze strąków, dzieci zaczęły z wielką pożądliwością dawać znaki, aby im ją podano. Kiedy ją dostali, jedli całe strąki, dopiero gdy pokazano im jak się wyłuskuje ziarna, jadły je z wielkim upodobaniem i przez długi czas nie tknęły innego pożywienia”.


Niestety organizm chłopca nie potrafił się przestawić na nowy rodzaj diety i ten po pewnym czasie umarł. Dziewczynka natomiast przywykła do nowych dla siebie warunków i wiodła życie typowe dla dwórki, na zwykłym ówczesnym angielskim dworze.

   Kronikarz pisał : - „Dziewczyna cieszyła się dobrym zdrowiem i z czasem zaczęła jeść bardziej urozmaicone pożywienie, przez co zapewne jej skóra utraciła zieloną barwę”.

   Na koniec opowieści mnich wplótł a jakże kościelną indoktrynację: „Później całkowicie się odrodziła, dzięki przyjęciu chrztu świętego”.

Jeśli kogoś historia zainteresowała, więcej może doczytać <zielone dzieci woolpit>.

 

    

środa, 28 stycznia 2026

Ukryty guzik



"Spytano kiedyś Henry'ego Forda, jednego z najbogatszych ówcześnie ludzi, choć urodził się w biedzie:

 - Co chciałby pan robić w przyszłym życiu?

 - Nie chciałbym być znowu najbogatszy. Zawsze więcej niż inni pracowałem, nie miałem nigdy czasu dla siebie, i po co tak? Nie miałem nawet czasu, żeby cieszyć się swym bogactwem. Uważam, że każdy ma taki guzik, który należy przycisnąć, aby zmienić swoje życie. Ja niby o tym guziku wiedziałem i był moment, że chciałem go użyć, jednak nie potrafiłem odkryć, gdzie on jest".

  Znany jest efekt psychologiczny napinania się na osiągnięcie jakiegoś celu. Podążamy do niego z uporem, z coraz większym wysiłkiem, a on jest ciągle w tej samej odległości od nas, ciągle na linii horyzontu.

   W jakiejś chwili odpuszczamy, poddajemy się i mówimy DOŚĆ!. Ooo... I wtedy dzieje się! Oto okazuje się, że cel jest tuż przy nas, w zasięgu ręki. I zawsze tam był, tylko przez wysiłek odsuwaliśmy go od siebie.

   Zrozumienie tego mechanizmu, takiego stanu, Osho określa czymś pośrednim między stanem Łaski, a oświeceniem. Aby go osiągnąć, potrzebne jest całkowite odpuszczenie, stan całkowitego spokoju, sama wiedza, że tylko należy czekać (z właściwą myślą), o czym przecież już pewnie słyszałeś. 

Każda prawda dociera dopiero wtedy, kiedy człowiek jest gotowy ją przyjąć.

wtorek, 27 stycznia 2026

Majowy las

 


Nie spodziewałem się jeszcze grzybowych atrakcji, dlatego zabrałem na wyprawę kilka znanych już Czytelnikom gadżetów dla urozmaicenia zdjęć. O dziwo (30 maja) trafił się jednak pierwszy prawdziwek, tudzież dorodne siarkowce.






































poniedziałek, 26 stycznia 2026

Ciepły szal w zimny czas

 


Wakacje, kawiarnia w Poznaniu. Spotkanie dopiero za pół godziny - podchodzę do stolika z czasopismami. Na wierzchu leży tygodnik dla kobiet. Biorę, bo przecież wiem, że przypadków nie ma. Już pierwszy artykuł okazał się zajmujący, a jednocześnie nie nachalnie motywacyjny, więc foto do archiwum i dziś spisuję urywki z tekstu:

„Siódme przykazanie:

Kochaj siebie. Dla to znaczy: bądź dla siebie dobra, nie oceniaj zbyt surowo, naucz się odpuszczać. A z tym dużo osób ma kłopot. Od dziecka jesteśmy wtłaczani w rytm działania i powinności: - musisz skończyć szkołę, musisz zdać maturę, musisz zdać na studia, musisz iść do pracy, musisz być grzeczna,, musisz się uśmiechać….

    A ty w pewnym momencie zatrzymujesz się i myślisz: a gdzie ja w tym wszystkim jestem? Co robię dla siebie, co lubię? Bo narzucona nadodpowiedzialność odziera z przyjemności życia. Trzeba w jakimś momencie życia dać sobie pozwolenie na przyjemności.

    Warto nauczyć się tego, że w życiu są nie tylko obowiązki.

Ósme: - bądź wdzięczna za to co masz, naucz się wdzięczności

Dziewiąte: - Kochaj! Bo jak mawiała Wisława Szymborska: - każda miłość jest pierwsza! A wraz z mijającymi latami kocha się inaczej. I to jest piękne.

Co zrobić ze starą miłością?

Dziesiąte: - Przechowuj dobre wspomnienia. Wspomnienia miłych chwil otulają nas jakby ciepłym szalem w zimny czas”.

 

PS. - I zaprawdę powiadam Wam, serce piknęło, zrobiło mi się miło w środku człowieka, ponieważ przypomniałem sobie, jak pisałem o Tobołku Cennych Chwil: - pilnuj go, nie zgub i nie daj sobie ukraść.

piątek, 23 stycznia 2026

Przypomnienie



Rewelacji żadnej tym stwierdzeniem nie uczynię:

W polityce zawsze pewną rolę odgrywały – świnie.

Ale dzisiaj, z grubsza biorąc, tak na oko,

Mam wrażenie, że zalazła coś ta świnia za wysoko.

 

Z tego, co lansują na ekranie, na papierze, i w eterze,

Świnia nam się dziś objawia jako symbol i nadzwierzę.

Gdy to widzę, serce z bólu mam ściśnięte,

Gotowiśmy się ukorzyć nie przed całą nawet świnią,

Ale przed fragmentem.

 

Wiem, że na nic jeremiady, płacze, oraz gorzkie żale.

Mocno tkwi ten świński ryj na piedestale.

Lecz przypomnieć przy okazji chcę jedynie,

Że my orła mamy w herbie, a nie świnię.

 

                          Ludwig Jerzy Kern, 1965 r.

czwartek, 22 stycznia 2026

Kosmiczny Nicpoń

Niesprawdzalne idee. 

Przykładem niesprawdzalnej idei były atomy. Wielu fizyków w XIX wieku nie wierzyło, że atomy rzeczywiście istnieją. One mogą być jedynie matematycznym wymysłem – mówili. I ten matematyczny wymysł, przypadkiem oczywiście – umożliwił prawidłowy opis świata. Na przykład filozof Ernst Mach traktował atomy wyłącznie jako hipotezę pomagającą prowadzić obliczenia. Przecież nawet dzisiaj nie możemy otrzymać bezpośrednich obrazów atomów, jednak już wiemy dlaczego – otóż w ich świecie obowiązuje zasada nieoznaczoności Heisenberga.  

             Niebezpośredni, chociaż najbardziej przekonujący dowód istnienia atomów podał w 1905 roku Albert Einstein, opierając się na ruchach Browna. Zamiast usiłować robić zdjęcie obiektu, może powinniśmy zadowolić się fotografią jego cienia?


Jak wiemy, niesprawdzalną ideą w fizyce było także nieuchwytne neutrino.

W 1930 r. fizyk Wolfgang Pauli, badając radioaktywność, przedstawił hipotezę istnienia tej nowej niewidzialnej cząstki. Pauli zdawał sobie sprawę z trudności, ponieważ z jego obliczeń wynikało, że neutrina bardzo rzadko oddziałują na materię, ponieważ są niezwykle przenikliwe i przechodzą przez całą Ziemię jakby ona w ogóle nie istniała.

Pauli podawał przykład: – gdybyśmy hipotetycznie zbudowali blok ołowiu rozciągający się na kilka lat świetlnych(!) między Układem Słonecznym a najbliższą gwiazdą Alfa Centauri umieszczając go na drodze neutrin, to i tak większość z nich przeniknęłaby przez tę przeszkodę.

Biliony neutrin emitowanych przez Słońce ciągle przenikają nasze ciała, nawet w nocy. Pauli przyznawał: - popełniłem niewybaczalny błąd – przepowiedziałem istnienie cząstki, której nigdy nie będzie można zarejestrować.

Fizycy kwantowi miewają zacięcie artystyczne i takie nieuchwytne i niewykrywalne neutrino zainspirowało Johna Updike’a do napisania wiersza Kosmiczny Nicpoń:

Neutrina to cząstki bardzo małe, nie mają ładunku, nie mają masy                                                     

I nie oddziałują wcale. Ziemię traktują jak głupią kulę,                                                      

Mknąc przez dolinę i górski masyw, jak pokojówki przez puste hole                                                           

Lub foton, co w szkle nie zmienia trasy.

Nie baczą na najszlachetniejsze gazy, o gruby mur nie dbają wcale,                                                            

Ni zimną stal. I wiele razy kpią z konia idącego w pole.                                                              

A za nic mając społeczne klasy, wnikają w ciebie i mnie.

Jak małe gilotyny spadają na nas i na trawę w dole.                                                                      

Wieczorem są już pod Nepalem i przeszywają kochanka, który czule obejmuje dziewczynę.                                                     

To wspaniale – mówisz, głupie – powiedzieć wolę.

(Niestety tłumaczenie zgubiło całą lotność utworu).

Czyli kiedyś istnienie neutrina było uważane za stuprocentowo nietestowalną ideę, a dziś już nawet wiemy, że one mają masę nie przekraczającą dwóch elektronowoltów.

Potrafimy wytwarzać wiązki neutrin w akceleratorach i wykrywamy ich obecność z pomocą detektorów umieszczonych w zbiornikach ukrytych pod powierzchnią Ziemi, w głębokich nieczynnych kopalniach. Był wpis o pierwszym zarejestrowaniu neutrin w kopalni w 1987 roku, gdy do Ziemi na południowej półkuli dotarło promieniowanie po wybuchu supernowej.

I tym sposobem neutrina w ciągu trzech dziesięcioleci przeistoczyły się z niesprawdzalnej idei w jedną z sił napędowych współczesnej fizyki.

 

środa, 21 stycznia 2026

Bruno Schulz

 


Bruno zginął 19 listopada 1942. Zastrzelił go na ulicy gestapowiec nazwiskiem Gunter, aby w ten sposób dokuczyć swojemu antagoniście, gestapowcowi Landauowi, u którego Schulz pracował. Gunter wiedział, że Schulz malował portret Landaua i freski w jego mieszkaniu, więc, że jest artystą. Otóż powiedzieć, że Schulza zabił gestapowiec, faszysta – to ograniczyć definicję Guntera w taki sposób, że umknie nam istota rzeczy.

    Chodzi o to, że Gunter, nim stał się faszystą, był tępym, brutalnym chamem. Schulza zabił rozjuszony, nienawistny cham. Gdyby nie było chamstwa, nie byłoby faszyzmu, faszyzm bowiem bez chamstwa jest nie do pomyślenia. Chamstwo jest nosicielem pogardy i przemocy, podłości i woli zniszczenia.

                                                  Ryszard Kapuściński - Lapidarium


poniedziałek, 19 stycznia 2026

Cykl butelkowy

 



Rzeczywistość, której doświadczamy, niesie ze sobą cykliczność. 

Mamy cykl życia człowieczego, cykl biologiczny męski 324 dni, cykl księżycowy żeński, centralny 52. letni cykl dołków i szczytów na rynkach finansowych. Tyle wiemy z teorii.

Azaliż jak wiemy teoria powinna być uzupełniona praktyką. Albo inaczej: - teoria bez praktyki zalicza się do ignorancji i jest podobna do znanej nam już zdrewniałej skóry z Tybetańskiej Księgi Snów. Dlatego dziś wpis o cyklu butelkowym.

    To cykl artystyczny, który objawia się u mnie na kilka sposobów. 50 lat temu malowałem w oleju, potem był cykl malowania na szkle, następnie rzeźbiłem w korze, urządzałem ogródki skalne. Minęły lata i w 2015 roku w Bieszczadach znowu malowałem butelki (był wpis). A to okazał się podwójnie dobry uczynek, ponieważ nie tylko zagospodarowałem wszystkie butelki z Kołyby, wyzbierałem butelki z lasu, Staszek First przyniósł mi swój zbiór. Także sprawiłem radość ludziom, ponieważ  całość rozeszła się w mig (w trybie bezgotówkowym).

   Ma się rozumieć, że z cyklem butelkowym łączy cykl fotograficzny, no bo jak inaczej?