poniedziałek, 19 października 2026

Różowy tunel

 Warszawa, piątek 18 października

W Bonito czeka na mnie książka - ul. Rutkowskiego przy Nowym Świecie. Ruszam z ronda ONZ, mam nie daleko, a pogoda słoneczna, więc uskuteczniam ulubione per pedes. Przy Okrąglaku widzę, że szykowana jest impreza na weekend. Zajrzę do netu, co to będzie.



Idę dalej. Po stronie wschodniej Pałacu Kultury już z daleka ktoś odlicza przez megafon. Impreza w toku? Zbliżam się i słyszę: - lewa noga wyżej, dobrze, ale jeszcze trochę wyżej, raz dwa!

Widzę instalacje – namioty, wszystko w kolorze barbie. Podchodzę bliżej do pierwszej instalacji. To różowy tunel, a przed nim imitacja porcji lodów kręconych czekoladowych. Pomyślałem że akurat to są moje ulubione i bym kupił, azaliż nie widzę na razie sprzedającej panienki. Przesuwam się odrobinę dalej i jednocześnie rejestruję rozmowę ojca z synkiem, którzy stoją jakby pierwsi w mini kolejce (więcej nikogo nie ma) do tych lodów:

Zanim zdążyłem pstryknąć, tatuś z synkiem odszedł. Została atrapa loda.


Zanim odeszli:

- Tato, co to jest? – synek wskazuje na sztucznego loda.

- Chodźmy dalej – odpowiedział ojciec.

 - A to sknera jakiś – pomyślałem – żałuje ponieważ na loda dla synka.

Atoli zaraz przyszła refleksja:

- Nie oceniaj! Może tatuś biedny jest, przecież niektórzy cienko przędą i ledwo wiążą koniec z końcem. Chwalebne, że on w ogóle poszedł z synkiem na spacer.

Tak myśląc stoję ci ja przed drugą instalacją – tunelem? Nie! To cały czas ten sam pierwszy tunel, tylko jakiś zakręcony.

A ja też jestem zakręcony po wczorajszych pięciu godzinach na grzybobraniu i w związku z tym odparowuję sławne zbyszkowe na luziczku, dlatego być może wolno myślę (bo także mam czas).

Więc stoję przed wejściem do różowego tunelu i próbuję rozeznać się w sytuacji przedpałacowej, ponieważ nie było mnie tu od maja.

Stoję i czytam: - Jelito. 

No jelito. Ok i co z tego?

Jako człowiek z otwartą głową na nowości, tudzież na wspomnianym wyżej luziczku, więc ponieważ pełen miłości do świata, wchodzę do środka tunelu i czytam co należy jeść, aby wypróżnienie było cacy!

I myśl jak błyskawica: - to nie imitacja loda na wyjściu z jelita – kiszki, tylko piękna czekoladowa kupa! Okazuje się, że takie czasy nastały, iż teraz musisz wiedzieć co należy jeść, aby pięknie srać!

Ok. Nic co ludzkie itd. Nie jestem pruderyjny, czy wiktoriański, idę dalej.

Obok Muzeum Nowoczesności stoi pomnik nożyczek.



Mnie się ten pomnik podoba. A ponieważ nożyczki złote, natychmiast przychodzi refleksja o innym  złotym pomniku, który widziałem rano w necie. Ta pozłacana instalacja stanęła w Parlamencie Europejskim, a wykonana została przez artystę z Danii i nosi tytuł Pomarańczowa Zaraza. 

Artysta wyjaśnia: - Trump siedzi na chudzielcu (Ukraina? Europa?) i mówi: „Pragnę ci pomóc, ale z twoich pleców nie zejdę”.


Przechodzę przez Marszałkowską i odnajduję się w całkiem innym, całkiem europejskim świecie. Oto zakończyła się przebudowa dawnej ulicy Hibnera – dziś Zgoda. Anturaż, trotuar, kawiarenki, krzesełka, stoliki... Haj lajf, bon ton, sawuar vivr, pardon.




Następują ciepłe myśli o gospodarzu Warszawy - Panu Prezydencie Rafale Trzaskowskim. Otóż bardzo dużo w stolicy się zmienia. Na dobre się zmienia, żeby nie było niedomówień. O przebudowie „mojej” ulicy napiszę, do tego czwarta linia metra. Więc Gość. Wiedza, obycie, klasa. No przegrał z kibolem, bo widocznie takie czasy. Za grzeczny na chama. I znowu refleksja: podobne energie się przyciągają – alfons ciągnie do pedofila, a dewotka do dewotki.

Ludzie psioczą także na Pana Premiera Donalda Tuska, atoli nie interesują się astrologią i nie wiedzą, że bardzo podły układ planet z horoskopu urodzin Pana Donalda, dopiero w marcu – maju zaczął odpuszczać. Radykalnie odpuszczać. Czyli wynika z powyższego, że fanem ćpuna z pałacu namiestnikowskiego i jego ekipy, tudzież prawej brunatnej strony, to ja nie jestem.

 

 




czwartek, 15 października 2026

Klucz Znikąd

W maju zbierałem kurczaki, czyli siarkowce. Były wpisy o tym grzybie.







Nawet jeśli ktoś jest tylko częściowo uważny, zarejestruje w swojej egzystencji kilka dziwnych, czy niewyjaśnionych zdarzeń. Do takich zdarzeń zaliczają się nagłe zniknięcia drobnych przedmiotów, a potem pojawianie się ich w miejscach zniknięcia, lub w miejscach wręcz nieprawdopodobnych, „przypadkowych”.

Dziś o jednym z takich ostatnich przypadków, który przydarzył się mojej żonie.

   Jako otwarte umysły żeglujemy po necie, a w nim po kanałach traktujących o dziwach związanych z duchową stroną życia. Wiedza czerpana stąd pozwala w spokoju przechodzić „do porządku dziennego” nad wydarzeniami, które mogłyby zamącić umysł niedowiarka, podsuwając mu myśl, że właśnie traci zmysły.

Żona ma swoje mieszkanie, ja swoje. Sytuacja idealna, zupełnie jak w przepięknym opowiadaniu (wpis <Rabindranath Tagore>) o miłości na środku jeziora.

 Przedmioty mają u nas swoje wyznaczone miejsca i tak jest u mojej lubej w kąciku z butami: na haczykach wisi kilka łyżek – dłuższe, krótsze, plastikowe, metalowe.

   Wczesną wiosną tego roku żona sięga po ulubioną metalową łyżkę, a owej nie ma. Niby zawsze można nie odwiesić rzeczy na miejsce, czy położyć nie tam, gdzie trzeba, a potem się szuka.

  Poszukiwania atoli rezultatu nie dały. Nie ma łyżki. Kamień w wodę! Przyszedłem z odsieczą – szukamy razem, bo bywa tak, że niby jakaś drobna rzecz, a człowieka to dręczy, wręcz nie daje spokoju. Więc ponawiamy poszukiwania i ze zdziwieniem odkrywamy zagadkowy klucz, który wisi dokładnie na miejscu zaginionej łyżki. Klucz do sejfu? Jako że od jakiegoś czasu myślałem jakim nowym gadżetem otworzę tegoroczny sezon grzybowy, nie miałem wątpliwości, że to Znak - materializacja w wykonaniu Anioła żony! A tak na marginesie - nie była to pierwsza materializacja.

Czyli: - Odczytuj znaki stojące na Poboczu Drogi Życia.

Wydarzyła się więc ta materializacja, azaliż jakby spóźniona, ponieważ zamiast na otwarcie sezonu, klucz pojawił się bliżej końca pojawu prawdziwków.

A może jednak nie spóźniona, w myśl prawa, że wszystko dzieje się w odpowiednim czasie i miejscu? Już Anioł to wie lepiej.




PS: Nie ma większej frajdy niż zgodność słów (także pisanych) z czynami – ponieważ dopiero wtedy jesteśmy w harmonii ciała i duszy, czyli wpadamy w Autentyczność.

środa, 14 października 2026

Kości rogacza



Kości rogacza ogólnie, ponieważ mógł to być jeleń, albo łoś.

Podczas wielogodzinnych leśnych wędrówek odkryłem nieduży teren, na którym leżały rozwleczone kości. (Przez wilki, bo były widoczne ślady ich zębisków). Zacząłem te kości znosić w jedno miejsce. Znosiłem je i tak sobie myślałem, że może uda mi się z nich złożyć całego nieboszczyka. Niestety trochę zabrakło.












Najpierw były same kości, a kiedy pokazały się grzyby, w sposób naturalny miałem gotowy anturaż, czyli ekspozycję. Na kilku zdjęciach widać niezwykły klucz, o którym napiszę jutro.

wtorek, 13 października 2026

Konkurs latawców

 


Zaraz po przyjeździe biegnę ci ja na znajomą plażę, za którą już mocno tęskniłem. Biegnę i z daleka widzę coś kolorowego wiszącego na ogrodzeniu wejścia – latawiec!



I od razu mam uśmiech od wnętrza, od środka człowieka, czyli uradowało się najpierw moje wewnętrzne dziecko, a potem cała moja osobistość!

Przypomniało się (bowiem) dzieciństwo, kiedy to na łąkach pod Warszawą pasjami pilotowałem latawce wykonywane z papieru przez jednego z wujków. 

Latawiec jest, przestrzeń jest, wiatr – tu zawsze jest, a więc dalej do zabawy.


Na niskim pułapie latawiec manewrował samodzielnie lewo – prawo, a wystarczyło popuścić żyłki o kilkanaście metrów, aby tkwił stabilnie. Niby takie nic, a dla mnie Wielka Frajda.

Któregoś razu podszedł chłopiec i patrząc do góry na latawca powiedział: 

- Ale fajny!

- To ja krótko; - chcesz?

- Co?

- Latawca!

Oczy mu zabłysły i wydusił tylko jedno słowo: - No! 

Co zrozumiałem bezbłędnie jako „chcę”. I dostał.

Potem był konkurs latawców w Bohnsack, czyli Sobieszewie.


(Tu miały być zdjęcia z konkursu, ale wyskakuje błąd i nie chcą się wpisać. Proszę
kliknąć <latawce sobieszewo 2026>)



poniedziałek, 12 października 2026

Wyspa Sobieszewska 2026

 







Czyli maj nad Zatoką Gdańską.

Po pierwsze primo nałykać się jodu i nasycić przestrzenią, po zimie spędzonej w kamiennej pustyni miasta.




Wędrówki po lesie dla sprawdzenia, co wydobyli poszukiwacze militariów, a czego nie zabrali. Amunicja coraz bardziej skorodowana, ale też zdarzają się pojedyńcze sztuki w stanie dobrym. W zimie saperzy wywozili z bliskiej okolicy niewybuchy.

Jako że w miesiącach listopad 1944 – maj 1945 koczowały na wyspie dziesiątki tysięcy ludzi, pozostało wyposażenie ziemianek. Bańka na mleko przerobiona na piecyk.

Jednak czas robi swoje i większość depozytów chyba już wykopano, bo widać było w tym roku o wiele mniej nowych odkrywek niż w latach poprzednich, pewnie z powodu korozji - metalowe przedmioty w wielu przypadkach rozpadają się już w rękach.

Prom Świbno. Jak widać polityka dotarła także do kaczego karmnika.