piątek, 30 października 2026

Niewybuchający olej Danforth'a

 


Ludzie sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie brali pod uwagę, że umrą. Inni tak, a nawet jak najbardziej! Oni nawet powinni umrzeć, tylko nie ja. Mnie śmierć omija właśnie i mnie ominie całkiem, tudzież zupełnie.

2026 rok. Opolskie. Paralotniarz spadł na cmentarz i tam zabił się.

                Tradycja

Mam prawo pisać o sobie, czyli przygotowania do pierwszego listopada kiedyś.

Kilka dni przed terminem ustalam z moją drugą żoną harmonogram postępowania, czytaj: instrukcję użytkowania.

Mamy odwiedzić cztery warszawskie cmentarze. Nie będę wymieniał ich nazw bo po co. Ustalamy kiedy ruszamy, co potrzeba, aby wśród naszych umarłych bliskich wzniecić wzmożenie. Znicze, wieńce, chęć -  niby wszystko na miejscu. Niby, więc rozwiewamy ostatnie wątpliwości:

- Znicze? – pyta żona.

- Mamy 24 – odpowiadam.

- Mało – słyszę - dokup do 48.

Mam zadanie - wykonuję.

Następnie ustalamy co będziemy jedli przez te zbliżające się wiekopomne trzy dni 30, 31 października i pierwszego listopada.

Wychodzi na bigos nieśmiertelny, coroczny. Więc gar duży, tam się pichci, ja mieszam, druga żona miesza. Koty nie mieszają. One mają w dupie głęboko wszystko wokół. A jest tych kotów trochę.

Za moją zgodą, żeby nie było niedomówień.

   Bigos gotowy, samochód wyładowany pod dach badziewiem cmentarnym: - liguster, marcinki, pierdzinki itd.

  Następuje wczesno poranny udział w karnawale cmentarnym poprawiania nastroju nieboszczykom za pomocą udręczenia żyjących. Jeden cmentarz, poprawka na drugi cmentarz, jeden wujek, druga ciotka, trzecia ciotka i finito nocne.

   Zjadamy odgrzewany bigos z gara. Nieco się przypalił, jako że uczestnicy zgłodnieli i przyspieszali podgrzewanie, ale nic to.

   Start do dnia drugiego.

Powaga, smutek, bowiem podobno umarlaki nie tolerują śmiechu. Wytrwaliśmy. Minął kolejny dzień i dawaj do bigosa. Teraz my spowolnieli, więc się nie przypalił. Zjedliśmy i zmęczeni posnęli, po sprawieniu licznego obrządku kociego.

Budzi się Dzień Centralny 1 listopada. Tradycja.

Szykujemy się do głównego uderzenia – dziś podobno będą wszyscy czczący tradycję.

 Tym razem Bródno. Mamusia żony tam leży, dlatego to miejsce najważniejsze. Moja mamusia, znaczy jej powłoka leży gdzie indziej, ale to kolejność drugorzędna (drugorzędna kiedy się zgadzasz na takie traktowanie).

Oto wiekopomny dzień nastał i samochód stawiam jak najbliżej, gdzie wolno. Ale i tak jest to dość daleko. Idziemy. Wiązanki, znicze, znaczy coś niesiemy. Tłum gęstnieje, zbliżamy się do bramy od Wincentego.

  I nie wiadomo kiedy, znajduję się w kleszczach tłumu. Ani zipnąć. Wiązanka poszła w górę z jedną ręką, a druga ręka z reklamówką ze zniczami została w dole i dalej ani rusz w tym ścisku. Ciżba mnie niesie. Dosłownie. Nawet miłe uczucie i pomyślałem że gdybym nogi poderwał to może jak w lektyce by mnie niosło dalej? Ale do śmiechu jak się okazało nie jest, bo ja stosunkowo młody, a tu staruszka krzyczy:

- Ratunku! Wody! Ludzie pomóżcie! But zgubiłam, duszę się i chyba ja umieram, zwymiotuję, albo cóś podobnego!

  Ciżba niesie mnie do murowanej bramy, za którą jak wiem z doświadczenia, będę już mógł odetchnąć rześkim powietrzem cmentarnym, przesyconym mgłą, tudzież zjadliwymi dymami ze zniczy.

 I zaprawdę powiadam Wam: - teraz czuję się normalnym człowiekiem, myślimy z żoną podobnie, a tradycję zostawiamy tym, którzy jej potrzebują.   


Nagrobek Ellen Shannon z Girard, Pennsylvania:

Spłonęła 21. marca 1870
w wyniku eksplozji lampy
wypełnionej 
Niewybuchającym Olejem Danforth’a.


czwartek, 29 października 2026

Grzyby wrześniowe

 


Jeszcze lato nie odeszło,

a już jesień bliska.

Wrzesień milczkiem borowiki

skrył we wrzosowiskach.

Na polany rude rydze

stadkami wygonił

i rumiane jabłka strąca

raz po raz z jabłoni.










wtorek, 27 października 2026

Przemijanie

 















Zdjęcia: Łazienki Królewskie, Ermitaż. Instalacja zbudowana przez studentów Wydziału Architektury.

  Przygotowałem obrazki i miałem pisać o tym co widać, azaliż zmieniłem zamiar, bo zamiarów nie zmienia tylko martwy albo głupi.

No właśnie – padło słowo „martwy” – a tu akurat zbliża się Halloween i bardziej pasuje refleksja o przemijaniu. Przeminęła także instalacja z dzisiejszych zdjęć, jako że owe są rozbierane jesienią.

     Po latach pisania z pomocą klawiatury, moje pismo odręczne, tak ładne kiedyś (wszak uczyłem się kaligrafii), stopniowo stawało się coraz bardziej kulfoniaste jakieś. Doszło nawet do problemów z autentycznością podpisu przy wypłacie gotówki z banku. Kilkakrotnie powtarzałem podpis, ponieważ pracownik banku żądał, aby ów bardziej zygzak niż podpis był nieco zgodniejszy z oryginałem.

    Kiedy akcja zakończyła się sukcesem, pomyślałem: - oto wszechogarniająca nowoczesność robi z człowieka wtórnego analfabetę. Do kompletu brakuje jeszcze zatracenia zdolności mówienia i mielibyśmy Komplet Syberia. (wpis <Dookoła mgła>).

poniedziałek, 26 października 2026

Bieszczadzkie wędrowanie

 


Kiedy planuję trasę kolejnego przemarszu z punktu A do B, pilnuję tylko jednego primo: - żeby aktualny odcinek liczył maksymalnie 15 do 20 km. Nie chodzi bowiem ponieważ o to, aby się udręczyć, tylko by mieć przyjemność.

 Więc idę skrajem drogi w swoim rytmie i w tej sławnej straszliwej i cudownej samotności (Stachura). W czasie takiej właśnie wędrówki zamiast się zmęczyć, zaznaję relaksu, a chwilami wydaje mi się nawet, że rosną mi skrzydła.

Być może tam w Górze Ktoś kręci korbą i napycha mi powera do dupy – jak rzekł był klasyk (Lulla la Polaca).

    Przemieszczanie się poza uczęszczanymi szlakami, to przeważnie widokowe nie jest – w większości droga leśna, albo przez teren zarośnięty, z ciążeniem do miejsc bezludnych. Jak bowiem Czytelnicy wiedzą, ludzi to mam po kokardkę w mieście. Przestrzeń pojawia się dopiero blisko celu.












Oczywiście każdy żyje jak chce i robi to, co lubi, a jeśli masz człowieku chęć być w tłumie (uciekać od największego przyjaciela - siebie samego) – twoja wola i prawo.



piątek, 23 października 2026

Gulasz z turula

Kiedy słucham wypowiedzi, czy oświadczeń trumpistów na temat starlinka, dostaw opłaconej broni dla Ukrainy, a także warunków pokoju (kapitulacji chyba?), po pierwsze primo stwierdzam, że trumpiści nie mają odwagi „stanąć w prawdzie”. 

 I stąd drugie primo: - być może Jałta pomiędzy Krasnovem i Putinem odbyła się już na Alasce, tylko Ukraina i Europa nie mówi o tym głośno. Argumenty przemawiające za takim przypuszczeniem pominę. Plus dodatni? - Europa obudziła się.

Polityka? W niej mamy zarówno mężów stanu, jak i zdrajców, prawda trudno się przebija, wyjaśnienia bywają pokrętne, azaliż i tu można odkryć perełki humoru.

Nieustająca Chwała Ukrainie! 

 




"W roku 1941 faszystowskie Węgry, będące w sojuszu z Hitlerem, wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. W gabinecie prezydenta Roosevelta miał się odbyć taki oto dialog:

Ambasador Węgier: - Szanowny panie prezydencie, z największą przykrością muszę pana poinformować, że z dniem dzisiejszym Węgry wypowiadają wojnę Stanom Zjednoczonym.

Roosevelt: - Węgry? Co to za kraj?

Ambasador: - To jest królestwo, panie prezydencie.

Roosevelt: - Królestwo? A kto jest królem?

Ambasador: - Nie mamy króla, panie prezydencie.

Roosevelt: - To kto tam rządzi?

Ambasador: - Admirał Miklos Horthy.

Roosevelt: - Admirał? Ach, więc będziemy mieli przeciwko sobie kolejną flotę!

Ambasador: - Niestety, panie prezydencie, Węgry nie mają dostępu do morza i w związku z tym nie mają floty.

Roosevelt: - O co więc wam chodzi? Macie z nami jakiś konflikt terytorialny?

Ambasador: - Nie, panie prezydencie, Węgry nie mają roszczeń terytorialnych wobec USA. Mamy konflikt terytorialny z Rumunią.

Roosevelt: - A więc prowadzicie także wojnę z Rumunią?

Ambasador: - Nie, panie prezydencie, Rumunia jest naszym sojusznikiem" ….

 

Krzysztof Varga – gulasz z turula.

 

czwartek, 22 października 2026

Drewniana łyżka

 



Czyli biwak w przeddzień zaćmienia.

Kiedy obejście było gotowe, znaczy namiot stał, woda przyniesiona, sucha podpałka awaryjna zgromadzona, nadeszła pora na obiad złożony jak wiadomo z garnka, wody i kaszy.

Uszykowałem ci ja druty pod garnek, wypoziomowałem sprawę praktycznie za pomocą wody, po czym wpadłem w chwile zachwytu nad lśnieniem tak wzorowo wyszorowanego naczynia.




Azaliż głód ponaglał do działania, więc nasypałem ja kaszy, wrzuciłem pół kostki rosołowej, buchnął ogień i wtedy rozejrzałem się za łyżką, bo ponieważ najpierw trzeba było nieco pomieszać.



Poszukiwań atoli zaraz zaprzestałem z bardzo prozaicznego powodu – mianowicie pominąłem ten niezbędny przedmiot w czasie pakowania przed aktualnym rajdem. Otóż odłożyłem łyżkę na pieniek pod krzakami i miałem ją zabrać do plecaka jako ostatnią, co w końcu pominąłem. Nic to – za dwa – trzy dni będę wracał przez to poprzednie miejsce biwakowe, to zgubę odzyskam, a teraz trzeba działać.

Zestawiłem więc garnek z ognia i metodą praojców szybciutko wykonałem łyżkę - łopatkę. Oto awers i rewers.



Łyżkę nieco wygładziłem niezastąpioną bieszczadzką gliną - potem małe popłukanie i już mogłem przystąpić do kulinarnych działań. Wydawało mi się, że kolejne gorące posiłki z użyciem tej prymitywnej drewnianej łyżki były szczególnie smaczne. 



Teraz mam w warszawskim mieszkaniu pamiątkę – niby drobiazg, jednak jak wiemy życie składa się także z małych rzeczy ….. Łyżka wisi na honorowym miejscu, obok znanego już Czytelnikom Klucza Znikąd.