Na Okrągliku spotykam młodego.
- Dzień
dobry
- Ano dobry!
Maszerujemy niespiesznie w stronę Smereka. Młody przedstawił się jako Marek, a ja czuję, że coś go gnębi. Ścieżka
wąska, idzie za mną. Na początku pyta o sprawy miejscowe: gdzie warto zajść w
najbliższej okolicy, jako że ma jeszcze trzy dni urlopu. Potem się otwiera.
Całkiem przyjaźnie się otwiera.
- Bo wie pan,
mieszkam razem z matką, a kiedy tylko mogę, staram się być poza domem. Mam taki
problem, że moja matka zarzuca mi, że nie jestem taki jak inni, że niby ciągle
chodzę niezadowolony, wszystko mnie wkurza. Wynikają z tego tylko kłótnie i ja
już sam zaczynam się zastanawiać, czy może jest ze mną coś nie halo. I nie
bardzo mam z kim o tym porozmawiać. Jak pan myśli, czy koniecznie trzeba być
takim jak inni? Znaczy ożenić się, dzieci, dorabiać się wypruwając sobie flaki
i te rzeczy?
- Myślę, że
każdy jest inny i tak powinno pozostać. Niezadowolenie, niezgoda na to co jest,
buntowniczość, to domena ludzi młodych. Mój wnuczek na przykład. Przekroczył
już co prawda 30 lat, ale nie pozbył się jeszcze swego ulubionego powiedzenia –
dupy nie urywa. Ja także za młodu byłem buntownikiem i nie zgadzałem się na
stare myślenie, zawsze stawiałem na swoim, co tak na marginesie często wychodziło
mi tak zwanym bokiem. Młodzi się buntują i to jest naturalne. Gdyby byli od
urodzenia zadowoleni, nie tylko nie byliby młodzi, ale byliby od razu starzy.
Wszystko bowiem przychodzi w swoim właściwym czasie.
Marek idzie w milczeniu, znaczy
myśli.
- To ładnie
pan powiedział.
Pomyślałem, że podsunę inspirację:
- Masz Marku dwa wyjścia: -
Wydaje się, ze twoja matka należy do rodziców toksycznych. (Nie wspominał o
ojcu – być może nie wytrzymał z zołzą, a ja zwykle o nic nie dopytuję, bo tak naprawdę gówno mnie to obchodzi) więc może odpuść jej to. Ona przecież
ciebie z pewnością kocha, chociaż jak widać na swój specyficzny sposób. Odpuść
matce, a żyj dalej po swojemu, nie dając się jednak wpędzić w poczucie winy.
- Albo wyfruń z tego domu!
Szliśmy, nie odzywał się. Doszliśmy do Fereczatej, gdzie zdjąłem plecak i
rzekłem informacyjnie:
- Ja tu zostaję na noc. (I żeby nie było niedomówień, czyli sławna asertywność)
- Do widzenia Marku!
Młody z widocznym wahaniem pożegnał się wreszcie i odszedł. Kontemplowałem widok, objęty ciepłą myślą, że oto wykonałem maleńki dobry uczynek i chyba mój Anioł Opiekuńczy jest ze mnie zadowolony.






.jpg)


.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)





.jpg)

.jpg)




.jpg)