piątek, 2 października 2026

Dziewięćsił bezłodygowy






Do wczorajszego nagrania: - w chwili kiedy puknąłem w ikonkę „zakończ film”, tuż nade mną, 
z sosny widocznej po lewej, dobiegło poirytowane miauknięcie – warknięcie i jakiś zwierz zeskoczył na ziemię za moimi plecami. Niestety tego miauknięcia nie ma na nagraniu, jest tylko wiatr (wschodni, 9 stopni Celsjusza) i trzaskanie patyków pod butami, gdy się nieco przemieszczałem. Susza bowiem była sakramencka. Skok natomiast był tak szybki, że zdążyłem tylko odwrócić głowę i zobaczyć pupę stworzenia z krótkim ogonkiem, znikającą w nieskoszonej części łąki, jakieś 5 metrów za mną. W pierwszej chwili pomyślałem: zając!

   Azaliż jak wiemy zające przeważnie nie siedzą na drzewach, tudzież nie miauczą. Owszem, wydają w zagrożeniu życia odgłos nazywany kniazieniem, co jest podobne do lamentu małego dziecka. W czasie studiów na Leśnictwie SGGW, brałem kilkakrotnie udział w jesiennych nagonkach, gdy tyralierą całego wydziału (60 osób) pędziliśmy zające w przygotowane sieci – pułapki. Sztuki uwięzłe w sieci płakały – kniaziły, aż się serce kroiło nowicjuszowi. Były to łowy bezkrwawe, bowiem na miejscu stały już przygotowane potrójne klatki, a po określeniu płci złapanego osobnika, do takiej trojki pakowano dwie samice i jednego samca. Łowy zakończyły się sprawnie i więźniowie zaraz odjechali do Niemiec na rozmnożenie.

Czyli wychodzi na rysia (żbik ma długi ogon). Zdjęcia rysiów będą w kolejnym wpisie.




 

 Dziewięćsiły bezłodygowe.

W tym roku trafiłem na kulminację rozkwitu tych specyficznych kwiatów – barometrów.

Organoleptycznie stwierdziłem, że są one miododajne i to mocno.

- Po pierwsze primo szukając w skoszonej łące odpowiedniego kwiata do wianka, miałem palce polepione słodką (sprawdziłem lizem) substancją.

- Po drugie primo obserwowałem pszczoły, które właziły z głową w dziurki „słonecznikowego” talerzyka. Kiedy wynurzały się z powrotem, wyraźnie lepiły im się nóżki od słodkiej substancji i nie mogły się początkowo odlepić, a od nóżek ciągnęły im się nitki - ciągutki. Albo te pszczoły były dzikie, znaczy z leśnej barci, albo z najbliższej pasieki, która znajduje się w Huczwicach, blisko jeziorka bobrowego. Jeśli z Huczwic, to mają trzy kilometry w linii prostej. Jednak aktualnie lot po prostej wykluczony z powodu silnego (zimnego) wiatru. Zupełnie tak samo mają żurawie w locie wiosennym na północny wschód – aby tylko przelecieć barierę przełęczy w ostatniej zimowej zamieci.

W każdym razie dziewięćsił ma w źródłosłowie 9. A wymiarów jak wiemy jest 10 albo 26. Bajki mówią, że coś jest za 9. Górą, lub rzeką. Albo dziesiątego dnia docieramy do celu.

- Po trzecie primo dojrzały dziewięćsił jest naturalnym barometrem – wskaźnikiem. Zapowiada bowiem deszcz (kiedy się zamyka w ciągu dnia, bo na noc (rosa) także się zamyka). Znaczy na kilka godzin przed deszczem zaczyna się zamykać. Gdy to widzisz, szykuj się na nie wiadomo jak długie posiedzenie w namiocie, albo przemieszczaj swoją osobistość w kierunku jakiejś najbliższej wiaty.

 

Znalazłem jedno zgrupowanie tych cudnych w pełni rozwiniętych kwiatów, tak wręcz nierealnych, że od razu skojarzyły mi się z plastikową wiązanką pogrzebową (!). Za takie porównanie przepraszam dziewięćsiły. Te kwiaty były tak piękne, że aż umysł próbował uznać je za nieprawdziwe.

 

Policzyłem skrupulatnie słoneczka w owej grupie – było ich w 11. Czyli pozdrowienie akurat dla mnie, bo także jestem 11. (Gematria – były wpisy, imię, nazwisko, potem drugie imię, alfabet numerologiczny itd). 

Nie ma przypadków bowiem, jak Czytelniku wiesz.




  

czwartek, 1 października 2026

Rozmowa z wiatrem

 


Witam Ciebie z pomocą bieszczadzkiego wiatru i dziewięćsiłów bezłodygowych. Filmik z 12 sierpnia, dnia wieczornego zaćmienia słońca. 

 

 

Rozmowa z wiatrem

 

O czym śpiewasz pod moim oknem?

O tym, że hulam po polach i moknę,

że przeganiam mgły nad polami,

że psocę i żartuję z chmurami...

 I jeszcze o czym?

 O tym, że pani jesień dostojnie już kroczy,

w malachitowej sukience do ziemi

i że się zakochałem w tej pięknej jesieni...

Do stóp rzucam jej liście oliwkowo-płowe,

kąpię drobniutkie stopy w rosie kryształowej,

rumieńcem jabłek witam jej uśmiech z bursztynu,

stroję ją w najczerwieńsze kiście jarzębiny,

barwnym płaszczem otulam przed zimnem

i deszczem

i szepczę jej do ucha kolorowe wiersze...

 Pozwól, że moje okno otwarte zostanie,

chcę cię wpuścić do domu i twoje śpiewanie.

 

/Renata Strug/


piątek, 3 lipca 2026

RADOŚĆ KOCHANIA

Wpis z 2012 roku powtórzony niechcący 3 lipca 2026.



Kiedy kochasz, jesteś radosny. Gdy nie potrafisz kochać, nie je­steś w stanie odczuwać radości. Radość jest elementem miło­ści, jej cieniem, podąża za miłością.

Kochaj więc coraz bardziej, a staniesz się radośniejszy. Nie przejmuj się tym, czy twoja miłość będzie odwzajemniona. Nie ma to znaczenia. Radość automatycznie podąża za miłością niezależnie od tego, czy jest ona odwzajemniona, czy nie, czy druga osoba podziela ją, czy nie. Na tym polega piękno miło­ści, że jej skutek jest nieodłączny - jej wartość jest niezależna -od tego, co się dzieje na zewnątrz. Nie zależy ona od odzewu drugiej osoby; jest całkowicie twoja.

I nie ma znaczenia, kogo kochasz - psa, kota, drzewo czy ka­mień. Po prostu siedź obok tego kamienia i kochaj. Pogawędźcie sobie. Pocałuj go i połóż się na nim. Poczuj, jak łączycie się w je­dność, a nagle przebiegnie cię dreszcz energii, poczujesz jej gwałtowny przyrost - będziesz niesamowicie szczęśliwy. Skała może się odwzajemnić lub nie, ale to nie ma znaczenia. Stajesz się radosny, ponieważ kochasz. Ten, kto kocha, jest radosny.

Gdy poznasz już ten sekret, możesz być szczęśliwy przez dwa­dzieścia cztery godziny na dobę. A jeśli kochasz przez całą dobę, przestajesz być zależny od obiektu swojej miłości, stajesz się bardziej niezależny - ponieważ możesz kochać nawet, gdy nikogo nie ma. Możesz kochać otaczającą cię pustkę. Siedząc w samotności w swoim pokoju, wypełniasz go swoją miłością. Możesz być w wię­zieniu i w ciągu sekundy przemienić je w świątynię. W momencie, gdy wypełnisz je miłością, przestaje być więzieniem. Z kolei świą­tynia, w której nie ma miłości, może stać się więzieniem.

. Zakochaj się we wszystkim, co istnie­je, i pozwól swojej miłości być jak oddech. Wdychaj, wydychaj, ale niech to będzie miłość, która przychodzi i odchodzi. Stop­niowo z każdym oddechem musisz tworzyć tę magię miłości. 

                                                                                            Osho 

PS. Nie ma znaczenia, czy kocham psa, kota, drzewo czy kamień? To ja się zakochałem w motocyklu.......


środa, 29 kwietnia 2026

Wakacje 2026

 


Jesień przejdzie, zima będzie, zima przejdzie, wiosna będzie itd. – jak śpiewał kiedyś staruszek przy promie Świbno. Nieustanny cykl przyrody sygnalizuje nadchodzące wakacje. U mnie już Święto Lasu! Kilkanaście ostatnich zdjęć z Warszawy:

















Inwestorów giełdowych czeka ostatnia (?) konferencja Powella. Chyba ostatnia, bo być może koleś Trumpa nie zostanie wybrany na szefa FED. Jeśli jednak zostanie wybrany, wtedy Pomarańczowy Pacjent może wykonać próbę dorwania się do stóp procentowych.

Jak mawiała papuga z anegdoty Osho: - To była bardzo ciekawa sztuczka, zobaczymy co będzie dalej!

Czytelnikom bloga życzę pogody ducha, udanej majówki, a potem wakacji i żegnam się z Wami do jesieni. Ahoj Przygodo!

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Dwie szkoły

 


Dualizm, a więc dwie strony tego samego zagadnienia.

Pierwsza szkoła (według Osho): - Szczęścia nie znajdziesz w świecie zewnętrznym – szukaj go wewnątrz siebie. Kiedy to zrozumiesz i w to uwierzysz, znajdziesz się na zielonych, rajskich pastwiskach. Odtąd zadowolenie, czy nawet chwilowy błogostan będą twoimi przyjaciółmi i będziesz potrafił cieszyć się z byle czego, aby wywołać rozfalowanie oceanu twoich wzruszeń. Żeby to się stało, należy jednak zaangażować osobiste myślenie.

 

Drugą szkołę opisał Stanisław Lem w książce: Maska – rozdział Wyprawa profesora Tarantogi.

„Dyrektor: - Głównym problemem naszej cywilizacji są Propsy. Te urządzenia wymyśliliśmy, aby zwiększały inteligencję jednostki, bo cywilizacja wymaga rozumu, atoli okazało się, że owe zaczęły się często psuć. Zbadanie sprawy wykazało jednak, że to sami właściciele je psują. Dlaczego to robią? Ano myślenie bywa uciążliwe, dlatego ludzie nie lubią za dużo myśleć. I psuli te osobiste Propsy. Potem otwarło się pole do licznych nadużyć i na czarnym rynku ukazały się specjalne wkładki do Propsów, tak zwane ujemne. Są zakazane, ale popyt jest olbrzymi!

Profesor Tarantoga: - Jakie jest ich działanie?

Dyrektor: - Są ujemne, to znaczy zmniejszają inteligencję! Po włączeniu w jednej chwili staje się pan kompletnym idiotą! Boskie uczucie!

Tarantoga: - Pan żartuje chyba?

Dyrektor: - Skąd? To powszechne marzenie – żeby choć na godzinkę, wieczorem, po kolacji ….

Tarantoga: - Żeby zidiocieć?! Niemożliwe! Kto chce być idiotą?!

Dyrektor: - Jak to – kto? Każdy! Czy pan nie pojmuje, jaki wspaniały jest świat idioty?

Tarantoga: - Co pan mówi! Ależ to ubóstwo ducha ….

Dyrektor: - Też coś! Jakie ubóstwo? Idiota jest, według pana, ubogi duchem? Proszę pana, jego dusza to rajski ogród i wstęp do tego ogrodu nie kosztuje ani złamanego szeląga! Wiele musi się namęczyć człowiek inteligentny, zanim znajdzie książkę, która go zaspokoi, sztukę, która wypełni jego olbrzymie wymagania, kobietę, której duch i ciało staną na pożądanej przezeń wysokości!

    Idiota natomiast nie jest wybredny, idiocie wystarczy byle co żeby rozfalował się ocean jego wzruszeń! Dlatego, proszę pana, idiota ma wszystkiego w bród! Człowiek inteligentny to by tylko grymasił, ulepszał, poprawiał, a to nie tak, a tamto niedobre, a idiota jest zawsze zadowolony, łaskawy panie!

Tarantoga: - Ależ to rozum stworzył cywilizację!

Dyrektor: - A to skąd pan wziął? Pan wybaczy, ale cywilizację zaczął tworzyć jaskiniowiec. I myśli pan, że on był inteligentny? Skąd, idiotą był właśnie, proszę pana, nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi! Cywilizację zaczynają właśnie idioci, a potem ludzie inteligentni ponoszą konsekwencje, kombinują, mordują się, jak ja za tym biurkiem! Ale, panie … wieczorem, kiedy skończę urzędowanie, zakładam sobie taką małą, ujemną wkładkę … tu ją mam, w szufladzie …. I nucę sobie kretyńskie piosenki o ruczaju w gaju, o tym, że serce w poniewierce …. i łkam i szlocham i tak mi wtedy dobrze …. I nic się nie wstydzę”.

        

 

czwartek, 23 kwietnia 2026

Noc świetlikowa


Niedawno był post o świetlikach w wykonaniu
Terziano Tizianiego, a dziś opanowany nostalgią powtarzam swoją osobistą Przygodę Świetlikową z 2013 r.    Poprzedni tytuł: <Noc w masywie Chryszczatej>.    

 „Dochodzi 19.00, a chciałbym dojść do bazy studenckiej Rabe. To jeszcze ładnych parę kilometrów. Trzeba się sprężać..... To się sprężam.

Od szczytu idę szybkim krokiem po równej drodze, tu są tylko niewielkie odcinki zejść i podejść na przemian. Raz po raz oglądam się za siebie – wypatruję tego młodego małżeństwa, które wyprzedziłem przed szczytem. Oni też szli do studentów w Rabe. Nie ma ich, ani jakiejkolwiek żywej duszy na szlaku! Nic dziwnego, o tej porze wszyscy „turyści dzienni” schodzą z wysokich szlaków w kierunku noclegu lub samochodów zostawionych gdzieś na dole…

     Zrobiło się wyraźnie chłodniej, zapanowała bardzo przyjemna temperatura do marszu. Mija godzina, czyli 4 km z pewnością przeszedłem, przełęczy Żebrak nie widać, ani wcześniejszego żółtego szlaku. Zaczynam się niepokoić, bo powolutku się zmierzcha…

    Naraz zauważam tablicę - jest ten oczekiwany i wypatrywany żółty szlak!

Napis: - Rabe - 30 minut! I strzałka pokazuje w dół bardzo stromego zbocza. Nie zastanawiam się jednak ani chwili i fruu w dół!

    Nie odnawiane, wyblakłe, zmyte przez deszcze, żółte znaki na drzewach coraz trudniej zobaczyć w zapadającym zmierzchu – dobrą chwilę się waham, szukając kolejnych znaków. Schodzę trochę "na nosa".

     Nie ma najmniejszego śladu jakiejś ścieżki. Jest równo 45 stopni spadku, a chwilami więcej. Idzie się od znaku do znaku, po drodze leżą w poprzek zwalone drzewa, trzeba je obchodzić. W pewnym momencie niefortunnie postawiona stopa na zeszłorocznych liściach bukowych, daje poślizg i wywijam orła! Zjeżdżam w dół padając na pupę. Upadek jest nad podziw łagodny - miękki - to druciak przytroczony do plecaka wziął na siebie główne uderzenie.    

      Jadę! Jadę!  Zsuwam się w rynnie liści na siedzeniu, jak na sankach, próbując hamować nogami. Wreszcie, gdy przejechałem dobre kilkanaście metrów, udaje mi się zatrzymać. Spodnie rozerwane elegancko, dziura wielkości dłoni, albo lepiej! Ale dla spodni to nic, a nawet dobrze, bo im więcej łat tym ładniejsze - taka tu jest moda.

     Po drodze próbowałem się zatrzymywać rękami, łapiąc za co popadnie, za jakieś kije leżące. Okazuje się, że siedzę w tych rozerwanych spodniach, dłonie trzymam na glebie, a tuż obok mojej lewej dłoni leży przewrócony duży grzyb! Jest to dorodny borowik, nieco tylko poszkodowany gwałtownym wyrwaniem zjazdowym! No tak: patrzę wokół - wylądowałem w grzybowym miejscu, jest tych grzybów tutaj – wokół mnie siedzącego po szalonym zjeździe - dużo więcej.

   Ale nie jest to pora na zbieranie grzybów, i zresztą po co zbierać? Wezmę tego jednego wyrwanego, on jest tak duży, że zajmie pół garnka.

Teraz trzeba dalej w dół zbiegać, czy schodzić, bo z każdą chwilą jest coraz ciemniej. Wstawanie z ciężkim plecakiem mam opanowane: - przekręcić się na kolana, na czworaki i dopiero do góry. Wstaję, biorę grzyba do ręki i dalej w dół! Trafiam na starą, zarośniętą drogę do zwózki drewna.

    Jeszcze kilka minut szybkiego schodzenia i docieram do strumyka.   - Pić!

Piję, i mam myśl, żeby poszukać tu w lesie miejsca na spanie. Wiem, że do studentów w Rabe jest blisko, pewnie z kilometr, ale właściwie towarzystwo nie jest mi potrzebne. Więcej - wolę być sam. Lasu już się nie boję, sławna przygoda z dzikami okazała się   w końcu niegroźna.

    Nie ma, jak spontaniczna zmiana planów. 

Zostawiam plecak przy strumieniu i biegnę w górę szukać w miarę równego miejsca pod namiot. Jeszcze coś widać, więc się spieszę. Mam szczęście, bo już za moment, na tym spadzistym zboczu znajduję maleńki kawałek równego terenu. Akurat pod namiot, ani kawałka więcej! Szybki powrót po plecak i błyskawiczne postawienie namiotu. Ufff! Gotowe.

   Tuż obok namiotu jest kawałek kamiennego miejsca bez ściółki, akurat na ognisko. Ściągam trochę suchych gałęzi, zbiegam z garnkiem, miską i butelką po wodę. Nabieram wody, opłukuję twarz.

   Wracam i opada ze mnie cały pośpiech, już mam wszystko, co niezbędne. Patrzę z czułością na namiot - przychodzi silne uczucie wielkiego zadowolenia: - Jestem w domu! Oto mój dom, i każde miejsce gdzie stoi ten namiot, jest moim domem! I czuję się tak….lekko i bezpiecznie. Ciekawe są te uczucia, a one przecież nie kłamią.

   Zapalam malutkie ognisko, tu także mam wystarczające doświadczenie - tyle ognia, aby tylko płonęło pod garnkiem. Kroję grzyba do wody, nieco masła od Jana, do tego marchew i przyprawy. Woda się grzeje, a ja pompuję materac.

   Druciak pod garnek wykrzywił się od uderzenia, ale wartości użytkowych nie stracił. Jest już całkiem ciemno, gdy w garnku zaczyna bulgotać. Ognisko płonie rzucając refleksy światła na okoliczne pnie drzew..... Siedzę na materacu, tuż przy ognisku, wracając pamięcią do początku dzisiejszego dnia. Przelatują myśli: - ileż to może się wydarzyć nowych fajnych rzeczy w ciągu jednego jedynego dnia? To nowe – Nieznane, nazywa się właśnie życiem. Bo nie jest życiem jednostajne robienie tego samego, jechanie wyjeżdżoną koleiną…. W głowie myśli a wokół….

   A wokół trwa cisza. Taka cisza, taka gęsta cisza, że wydaje mi się: - można ją ukroić nożem jak tort….. Słychać jedynie cichutkie bulgotki w garnku….

   - Sam jeden na biwaku w takim miejscu, w tym gęstym starym lesie, w masywie Chryszczatej, a to ci znowu przygoda! A my przygody lubimy. Jak to „my lubimy’? To jeszcze ktoś jest oprócz ciebie? Tak. Jest nas dwóch: - ja i mój brzuch!

    Dokładam do garnka kartofla (!), cebulę, jeszcze majeranek, jeszcze dosolić - w garnku bulgocze radośnie, jedzenie pachnie aż w dołku ściska, w brzuchu burczy z głodu - przecież od śniadania nic nie jadłem, a taki forsowny marsz za mną. 

Na koniec gotowania dosypuję garstkę makaronu, żeby zupa była gęsta. Wychodzi gęsta i to bardzo, a od tych dołożonych różności jest jej pełniutki garnek. Od przybytku głowa jednak nie boli - będę miał za jednym zamachem gotowe jedzenie na śniadanie.

   Makaron dochodzi, a ja patrzę wreszcie na gwiazdy.

OOOO! Nade mną, pomiędzy koronami drzew widać kawałek nieba. Ten widoczny kawałek nieba jest jakby posypany srebrnym piaskiem....Gwiezdny pył...   A Droga Mleczna? To biała chmura dzieląca niebo!

    Boziuniu jak tu przecudnie! Po pniach pląsają świetlne refleksy od ogniska, niebo wygwieżdżone aż nierealnie, a wokół .... wokół zaczyna się dziać coś tak nieprawdopodobnego, że wpadam w absolutne osłupienie!

       

         Magia teatru w wykonaniu Robaczków Świętojańskich.

 

Przede mną zaczyna się taniec maleńkich błękitnych światełek!

   To robaczki świętojańskie – świetliki, które przyleciały, jak mi się wtedy wydawało, zwabione niezwykłym nocnym ogniskiem w lesie.


Przyleciały, jakby Znikąd, z Niebytu. Najpierw dwa, potem trzy, pięć, w końcu kilkanaście. Zaczynam jeść i ze zdumieniem patrzę na poczynania tych światełek. One się cieszą! Tak pląsają wokół, w odległości 2 - 3 metrów, że co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. To taniec radości! Nadają do mnie: - Helo koleś!

     Wykonują piruety, zygzakowania, układy solowe i grupowe. Jedne stoją w powietrzu, inne wykonują kręciołki, potem zmiana. Przychodzi skojarzenie z podświetloną fontanną w nocy. To jest tańcząca, radosna Fontanna Świetlików! One mnie pozdrawiają, a ja im odpłacam tym samym.

     I pogadałem oczywiście do tych świetlików - tancerzy! Mówię; - „Jesteście śliczne i egzotyczne i kochane. Tańczycie z takim wdziękiem, zupełnie jak elfy! Dzięki za przepiękne widowisko!”

Pląsy świetlików trwają bez ustanku. Dokonują nieprawdopodobnych łamańców. Trwa dłuuuuugie widowisko. Obserwując przedstawienie, jadłem i co pewien czas w uniesieniu śmiałem się w głos wykrzykując: - „Boziuniu! Jak cudnie, jak cudnie!”.

    Wreszcie następuje kolejne sięgnięcie łyżką do garnka, i łyżka stuknęła! Zaglądam do garnka ze zdziwieniem - a tu dno! Okazuje się, że zjadłem przy tym widowisku wszystko, co było. Nie ma już zupy na śniadanie….. Odbija mi się głośno…. 

     Magiczny taniec świetlików trwa już co najmniej godzinę.

Naraz następuje zmiana w programie: - niektóre z robaczków gasną - wyłączają baterie. I to zupełnie tak, jakby ktoś nacisnął pstryczek. Pstryk – nie świecę już. Pstryk – znowu świecę!

    Następuje część przedstawienia pod tytułem: - włączamy i wyłączamy światło. Świetliki zaczynają (do mnie?) mrugać. I jest to kulminacja - nadchodzi Wielki Finał Występu Świetlików w noc czerwcową 2013 na Chryszczatej!

Jest tak czarodziejsko i nieoczekiwanie, w tej scenerii nocy, lasu, ogniska, wszystko jest to jest tak nowe, i wzruszające, że mam na przemian łzy w oczach i jednocześnie śmieję się w głos. O czymś takim nawet nie słyszałem, nie wiedziałem, że to możliwe. To jest rozmowa. To jest Kontakt!

 

  - W pewnym momencie Wszystkie na raz, WSZYSTKIE jednocześnie stają w powietrzu w grupie, i kilkakrotnie i JEDNOCZEŚNIE ZAPALAJĄ i gaszą SWOJE ŚWIATŁA!!!!

Odbieram to jako: - Dobranoc!

    

 Boziuniu! Ale zdarzenie!!!!

 Jestem wzruszony i zszokowany, ale przemawiam do robaczków: - „Dobranoc kochane świetliki - przepięknie mrugacie! Jesteście zupełnie jak z bajki! Wyglądacie, jak zaczarowane lampki mrugające na magicznej choince! Jesteście śliczne, mądre, kochane! Tak baśniowo wygląda wasze mruganie! Fantastyczne jesteście! Dziękuję wam bardzo za przedstawienie! Kocham was i dziękuję! Dziękuję!”

     Finał dobiegł końca. Zamiast oklasków lecą mi łzy…..

Kto powiedział, że mężczyźni nie płaczą?

Światełek robi się coraz mniej, gasną po kolei….Wreszcie został tylko jeden świecący. Ten krąży wolno, chwilami zamiera w bezruchu i jest na wyciągnięcie ręki. To jest może Dyrygent? Ognisko dawno zgasło, minęła północ.

    Nie chce mi się spać. Senność, która opanowała mnie po jedzeniu, ulotniła się gdzieś. Ten dzień za mną, ukoronowany nocnym występem świetlików, spowodował szybkie krążenie krwi i czujność zmysłów. Nieziemskie było to przedstawienie w Świetlikowym Teatrze Jednego Widza! Tyle wrażeń dziś. Odkąd wylądowałem w Bieszczadach wydaje mi się co i raz, że dopiero się narodziłem. Życie jest cudne!

    Myję zęby i w wodzie z miski myję stopy. Miałem zaparzyć miętę, ale zupy było tyle, że też się nią napiłem. Zakładam nowe skarpetki, opieram się o plecak i patrzę w gwiazdy….

 Na zdjęciu gwiazdy w ruchu.


Odzywa się gdzieś niedaleko puchacz. Jego wołanie jest takie .... nocne i groźne….

Przysnąłem..... Budzi mnie chłód. Wciągam materac do namiotu i pakuję się do śpiwora.

 Dobranoc.

 

PS. Z podobnym tańcem świetlików, lecz w wykonaniu mniej licznego zespołu, spotkałem się jeszcze tylko raz, w czasie biwaku <noc ponad Hańczową>, kiedy szedłem na Łemkowską Watrę i noc 18 lipca zastała mnie w lesie. Nie paliłem wtedy ognia, nie było takiej potrzeby, ani warunków, więc świetliki nie przybyły zwabione światłem. Przyszło mi wówczas do głowy, że one odbierają wibracje człowieka i nie chodzi tu o ciepło ciała, ale o coś duchowego. Świetliki są ciekawskie, mądre i przyjacielsko nastawione.

 

środa, 22 kwietnia 2026

O małżeństwie

 


Starzec rzekł: 

- Jako urodziliście się w jedności, tak i razem pozostaniecie na wieki. Nawet gdy dni wasze rozproszą białe skrzydła śmierci, wciąż będziecie złączeni. A w cichej pamięci Najwyższego także razem zostaniecie.

   Jednak bądźcie ze sobą tak, aby we wspólności trwał zawsze oddech przestrzeni. Niech między wami  tańczy wiatr Niebios.

   Kochajcie się wzajem, lecz nie przemieniajcie miłości w więzy niewoli.

   Dotykajcie brzegów dusz waszych jako morze swobodne. Puchary wzajemnie sobie napełniajcie, ale z jednego pucharu nie pijcie.

   Dzielcie się wzajem chlebem, ale nie pożywajcie jednej kromki. Śpiewajcie i tańczcie razem i oddawajcie się wspólnej radości, ale pozwólcie sobie również na samotność.

   Bo choć oddzielne od siebie, struny lutni drżą pieśnią jednaką.

   Oddajcie sobie serca, ale nie zawłaszczajcie ich. Bo tylko dłoń Życia pomieścić może serca wasze.

   Bądźcie przy sobie, ale nie nazbyt blisko.

Przecież i kolumny świątyń stoją w oddzieleniu, a dąb i cyprys nie rosną wzajem w cieniu drugiego.

 

                Khalil Gibran - Prorok

 

PS. Nadeszła czterdziesta rocznica ślubu, żona pyta:

- Może kurę na tę okoliczność zarżnę?

- A co ona winna? – zdziwił się mąż.


wtorek, 21 kwietnia 2026

Klucze

 


"Prezes spółki Zondacrypto zapewnił, że giełda ta jest stabilna i wypłacalna, azaliż klucze do portfela ma pan Suszek, który razem z kluczami zaginął w marcu 2022.

Po raz ostatni pan Suszek był widziany w firmie paliwowej w Czeladzi. W dniu jego zaginięcia monitoring na terenie firmy przestał (chwilowo) działać".

W związku z powyższym wyłoniły się dwa primo: 

Pierwsze: - nie można wykluczyć, że w Czeladzi pojawił się seryjny samobójca od afery podkarpackiej i Epsteina - gdyż ponieważ nastąpił klasyczny myk z monitoringiem.

 Drugie primo: - Jak to jest, że klucze giną, natomiast dziurkom od klucza jakoś nigdy to się nie przytrafia?