Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbyszkowo-Chryszczata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbyszkowo-Chryszczata. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2015

Nieznajomy


Odwyknąłem od ludzi nerwowo patrzących na zegarek, w tej Krainie Nicnierobienia, i czasami wzdrygam się rano na wspomnienie, że świat startuje właśnie do kolejnego wyścigu z czasem.

Na szlaku spotykam starszego, całkiem siwego oryginała w apaszce i z namiotem przy plecaku.
Dzień dobry” i bez słów idziemy przez jakiś czas razem. A przecież pamiętam, że każdy człowiek, którego spotykam na drodze może być moim nauczycielem, i ja dla niego mogę być nauczycielem.
Poza tym.... Nie chodzę po uczęszczanych szlakach. Przeważnie nie chodzę, bo całkiem nie chodzić po szlakach, to się nie da. W każdym razie spotykam niewielu wędrowców. Spotkania na drodze bieszczadzkiej mają inny ciężar gatunkowy niż w mieście.

Przysiadamy przy sklepie i wdaję się z nieznajomym w rozmowę (piwno-niespieszną).
      Pada słowo "gadulstwo" i opowiadam nieznajomemu anegdotę Osho o Lao Tzu na ten temat.
Potem rozmawiamy o mapie: Czy mapa w Bieszczadach jest niezbędna. Usłyszałem taką wypowiedź: - „Nie mam mapy, chodzę tu głównie w lecie od ponad dwudziestu lat. W końcu Bieszczady są małe, a mapa jest potrzebna w wielkim mieście, żeby nie zgubić się w gąszczu ulic. W mieście ludzie pędzą, wpadają na siebie. No i ten hałas.....
W Bieszczadach, gdy masz trochę jedzenia i swój dom na plecach, powinno się iść tam, gdzie ci się podoba, na pewno gdzieś dojdziesz, nie zgubisz się.
Gdy idziesz na południe przykładowo, i zobaczysz palmy, znaczy doszedłeś. To jest takie snucie się bez celu, lecz z sensem. To jest tak samo, jakbyś zatrzymał myśli i trwał w Bezczasowej Chwili. (W tym miejscu dosłownie otworzyłem usta ze zdumienia)
Nigdy się nie odnajdziesz, jeśli przedtem się nie zgubisz.. Więcej: gdy się zagubisz łatwiej złapiesz kontakt z samym sobą...... Dotrzeć do źródła.... To jest ten sens.
      Żeby dotrzeć do źródła, musisz iść pod górę, pod prąd. Wbrew tłumowi, który jest unoszony z prądem podziałów, szczucia, nienawiści. Tłum chodzi po równym, po płaskiej pustyni codzienności. Na płaskim terenie nie znajdziesz źródła. Żeby znaleźć źródło, idziesz do góry. Znajdujesz je i możesz się z niego napić. Źródło daje ci Wodę-Kryształ. Wodę-Prawdę.
Daje wodę czystą, nieskażoną, smaczną. Stopniowo do tej Wody-Kryształ dołączają się ludzie i ją zanieczyszczają. Stopniowo Woda-Kryształ staje się ściekiem, szambem. Społeczeństwo nie tylko zanieczyszcza świat, ono go niszczy. Nie ma większego szkodnika na ziemi.
      To fakt, ale i przenośnia dotycząca jednostek i tej słynnej tresury, której jesteśmy poddawani od dziecka......
Zauważać małe rzeczy, których zwykli ludzie nie widzą.....Cieszyć się z nich, to jest cenne.
 Ależ rozgadałem się. Dziękuję za opowieść „Gaduła” Osho. Nie znałem tego, to mądre. Na mnie już czas. A ty staraj się robić to, co lubisz!”

I poszedł w stronę zachodzącego słońca.

Czy ja to już gdzieś słyszałem? W końcu ponownie dotarło do mnie, że przecież podobne przyciąga podobne i to jest tak samo, jakby spotkało się dwóch ludzi, którzy czytali ten sam artykuł w gazecie.
Tylko jedno „ale” : ta gazeta którą czytaliśmy wyszła z Niebiańskiej Drukarni. 
      Wracałem do Zbyszkowo-Chryszczata i miałem silne, niesamowite wrażenie, jakbym przed sklepem rozmawiał z samym sobą.

Pamiętaj, że kiedy kogoś spotykasz, jest to święte spotkanie.
Tak bowiem, jak ujrzysz drugiego człowieka, będziesz widział samego siebie, jak go potraktujesz, potraktujesz siebie, jak o nim pomyślisz, pomyślisz o sobie.
Nigdy o tym nie zapominaj, bo właśnie w nim znajdziesz albo utracisz samego siebie”.

- Donald Walsh, Rozmowy z Bogiem.

środa, 20 maja 2015

Rozciągnięty czas

Wydaje się, że w tym odludziu i na tej górze czas biegnie dziwnie wolno. Być może to tylko złudzenie, albo zmieniona perspektywa. Po prostu jestem tu w tak głębokiej symbiozie z przyrodą, że wpadłem w jej rytm, a ten rytm... jest niespieszny.
       Jest dzień i noc, słońce i deszcz, bezruch powietrza i wiatr, zimno i gorąco. Nigdzie przedtem, nawet we własnym ogrodzie nie czułem tego, co odczuwam na tej górze. Tu nie ma granicy wyznaczonej płotem, nie ma sąsiadów, chyba, że za sąsiadów uznam zwierzęta obok których jestem.
   

No i to wyrwanie się z „miejskiej indywidualnej klatki mieszkalnej” , ale także z każdego domu, nawet z domu pod lasem, do samotności i mieszkania w głuszy jest silnym przeżyciem. Właściwie jest to szok.
Przypominam sobie tak niedawne pierwsze bieszczadzkie kroki: wylądowanie w Osławicach, nocne oblężenie dzików i pobyt w byłej strażnicy WOP w Łupkowie.
To był 2013 rok, a tyle się wydarzyło, że wydaje się, jakby upłynęło wiele lat. Tak się wydaje dzięki obfitości wrażeń, gdy każdy dzień jest inny, i codziennie odkrywam jakiś nowy zakątek i nową ścieżkę, którą jeszcze nie szedłem. Wolno upływający czas niesie ze sobą zadziwienie.
   


W tym wydłużonym czasie jest przekaz: - zwolniłeś – dlatego tyle widzisz. Zatrzymaj się i rozejrzyj, a zobaczysz jeszcze więcej.
W tym przecudnym miejscu, i rozciągniętym czasie odbieram wrażenia i doznaję nowych uczuć, jakbym rozmawiał z kimś bliskim. To przychodzi do mnie mocno, wyraźnie, namacalnie niemal, a jednocześnie jakoś nieziemsko. Ktoś jest obok i wiem, kto to jest....
Pozdrawiam Ciebie, Duchu Gór! Dziękuję ci Aniele za doprowadzenie w to miejsce!
   

Tak, to dobre słowo: rozciągnięcie czasu, czas bowiem rozciąga się tu nieprawdopodobnie. Sam wschód słońca, od jasności poranka, nasycających się kolorów czerwieni, pomarańczy i wielu odcieni niebieskiego, trwa godzinę.
W tym czasie bieszczadzki świat stopniowo wynurza się z porannej mgły. Perspektywa się poszerza, przyroda się budzi. Zanim pojawi się złoty odyniec słońca, odzywają się dzięcioły w dolinie. Wstaje kolejny pogodny dzień.
    

Na zdjęciu widać plastry na namiocie – dwuletni namiot używany przez wiele miesięcy właśnie się sypie. Oba boki i podłoga są już także poklejone, ale tu dziury powstały z winy myszy, których w ubiegłym roku było zatrzęsienie.
   
Życie jest pełne niespodzianek: - śmiercionośny pocisk może się przydać do przyciśnięcia płachty okrywowej.
Wszystko wokół ocieka wilgocią. Krople rosy wyglądają jak maleńkie brylanciki, skrzą się w promieniach słońca i rzucają refleksy światła.
No, jest bosko!
  


Mam czas, w więc mogę bawić się we wstawianie łat i trwam w tej boskości, zanurzam się w niej cały, kąpię w swobodzie i nasycam. Myślę, że chodzenie nago ma tu niebagatelne znaczenie. Cieszę się, czuję się lekki, dusza śpiewa, jeszcze raz dziękuję, teraz za to, że potrafię się cieszyć, za to, że chce mi się chcieć.
I zaprawdę, powiadam wam: - dla takich chwil warto żyć.

środa, 6 maja 2015

Biwakowanie

Czytelnicy proszą o kilka słów o wyposażeniu piechura.

Tylko zerknąłem do netu i popatrzyłem co piszą praktycy o namiotach: - Piszą, że tanie jest wystarczająco dobre.
Poprzedni namiot służył mi przez dwa lata, przez kilka miesięcy w każdym roku. Owszem, dałem mu dodatkowe okrycie z płachty polipropylenowej umocowanej osobnymi szpilkami. Takie rozwiązanie się sprawdziło. Nawet ta szalona nawałnica, którą przeżyłem w Łupkowie w 2013 roku, nie zmieniła mego zdania. To była prawdziwa Inicjacja, po tym hartowaniu nic mnie już nie zaskakuje.
        Dawała mi się nieco we znaki para skraplająca się na ściankach w zimne pięciostopniowe noce. Ale tylko nieco, bo po pierwsze primo: - byłem w namiocie dwuosobowym sam.
A po drugie primo: - w końcu zastosowałem racjonalizację z patyka i problem wyparował razem z wilgocią.
       Namiot uległ po dwóch latach destrukcji słonecznej – przy końcu sezonu 2014 w czasie zasuwania moskitiery rozdarła się ścianka. Poza tym ściany były wielokrotnie klejone z powodu przegryzania przez myszy, oraz złamała się poliwęglanowa rurka stelaża. Być może z powodu stałego naprężenia. Płachta okrywowa również zaczęła się rozłazić na szczycie, na szczęście były to ostatnie dni biwakowania w 2014 roku.
Naprawę widać na fotografii.

   
Nie przeszkadzało mi to, bo namiot stał rozpięty długo w jednym miejscu. Stelaż złamał się dopiero po wielkim wichrze pod Chryszczatą, tuż przed Łemkowską Watrą 2014. Inaczej byłoby, gdybym codziennie go rozstawiał gdzie indziej i okręcał rurkę drutem i sznurkiem. W Wysokie Bieszczady wyrywałem się na dwa- trzy dni, a namiot pozostawiony w Zbyszkowo-Chryszczata wiernie czekał. Wracałem do niego, jak do prawdziwego domu.
Rozejrzałem się więc za podobnym, tylko już z tropikiem.

Ja kupiłam 2 osobowy namiot w Tesco za 44pln i był już ze mną w Norwegii, na Sycylii, w Bieszczadach, nad polskim morzem, jak również zwiedził z moimi znajomymi kawałek Rumunii i Ukrainy. Ma rok i jeszcze się trzyma więc za tą cenę... spoko.

A więc fruu do Decathlonu i już jestem po zakupie.
  



Wybrałem zielony.
Tak samo z butami: - są dwie szkoły: jedna jest za mocnymi, drogimi butami na lata (to na zimę), druga, na lato, preferuje tanie obuwie, na jeden sezon.
       W Bieszczadach noszę teraz buty za 40 – 60 zł, z mocną, twardą podeszwą, takie ceny są w Decathlonie. Dużo chodzę w ciężkich warunkach. Mokro, błoto, słońce i kamienie. Buty się niszczą szybko, mają wytrzymać ok.8 tygodni, to oznacza przejście minimum tysiąca kilometrów. Mają być wygodne i należy je po tym czasie wyrzucić, one zresztą same wołają. Oraz wyrzucić z powodów higienicznych. Piorę często wkładki, które mam na zmianę.
         A więc na trzymiesięczne nogowanie zabieram dwie pary butów, druga para powinna być na zmianę, gdy pierwsza schnie.
Koniecznie jest kilka par skarpet. W tamtym roku miałem siedem. Gdy zrobi się dziura w skarpecie, nie wyrzucamy, tylko zakładamy dziurą do góry, a potem na boki. Nie jesteśmy (bowiem) na salonach, tylko w Bieszczadach, gdzie zdarzyło mi się iść wiele kilometrów w bucie okręconym drutem, gdy odkleiła się w nim podeszwa, a drugie buty były w namiocie.
       To były mocne buty, dwuletnie. To do nich w 2013 roku właziła Łemkowska Księżniczka. Oto kleją się (butapren) po wyschnięciu, wciśnięte pod kamienny blat stołu. 
    


Po następnych dwóch tygodniach wyglądały jak widać. Zdjęcie pożegnalne i do śmietnika.
   


Siedem par skarpet po trzech miesiącach wyparowało.
Koszula flanelowa, najlepiej gdy jest sprana – dobrze chłonie pot. Albo lniana. Często prać – płukać w potokach.
      W Bieszczadach są małe sklepy, gdzie można kupić podstawowe rzeczy do jedzenia. Nie należy, tak jak zrobiłem w 2013 roku, nosić ze sobą jedzenia na tydzień. Wystarczy na trzy dni. Chyba, że idziemy świadomie w odludzie na dłużej. Mnie jest łatwiej, bo jestem „bezmięsny”. Przynajmniej w czasie biwakowania. A konserwy ważą.     
       Mała woda w rezerwie. Pijemy wodę z górnych odcinków potoków, blisko źródła, albo ze źródeł.
Sprawa prosta: gdy do szczytu jest kilometr i płynie woda, to jest właściwie źródło.
A napić się z prawdziwego źródła, tryskającego na samym szczycie ze środka łąki, to wielka sprawa.
    
Szybko nauczymy się znajdować źródła, także na połoninach. Nie trzeba z wywieszonym językiem wlec się do Chatki Puchatka, ani dźwigać wody ze sobą. Poza tym nie rozumiem, czemu ludzie muszą co chwila popijać. Przecież nawet w wielogodzinnej wędrówce w upale można się obyć bez picia. (Kilka godzin upału przeczekujemy w miłym miejscu, po co akurat wtedy wchodzić na górę?) A świt jest od czego? Albo popołudnie.
     Noszę jeden garnek stalowy, leciutki, z pokrywką. I druciany stelaż pod garnek, w którym palę ogień. Taki druciak sprawdził się, jest wygodny i skuteczny. Garnek postawiony na nim ma optymalną wysokość ponad ogniem.
    

Maj, za chwilę pokażę Czas Bursztynowy, bzy zakwitną, zakwitnie "urzepiający" rzepak, zaśpiewają na całego słowiki.
 Zbliżamy się niespiesznie do momentu, gdy pod koniec maja wpisy na blogu ustaną do jesieni. Bo nie należy czytelnika zanudzać.....

Sławny kompozytor z rozdętym ego znalazł wiernego słuchacza i opowiada o sobie. Pół godziny opowiada, godzinę opowiada, jaki jest wspaniały, niepowtarzalny i niezastąpiony. Słuchacz onieśmielony tym słowotokiem nie przerywa.
Wreszcie bufon zorientował się, że nieco przegiął i pełen hipokryzji mówi: - ależ ja pana zanudzam! Przepraszam! Porozmawiajmy teraz o panu:
- Jak podobał się panu mój najnowszy utwór?

niedziela, 3 maja 2015

Symfonia radości

Gdy tylko o świcie obudziła się razem ze mną pierwsza myśl, odczytałem: - będzie pan zadowolony, panie Zbyszku.
No to jestem zadowolony! Takie to proste!
Sami wybieramy swój nastrój, radosny nastrój.
Bo przecież taki cudny świat wokół! Czy trzeba dodawać, że także kolorowy?
Kto ma oczy, ten widzi.
   

 
Radość oznacza, że twoje ciało pozostaje w symfonii, w harmonii.
Radość oznacza, że twoje ciało trwa w rytmie muzyki. Radość to po prostu bycie sobą - żywym, tryskającym energią, pełnym wigoru.
Poczucie subtelnej muzyki otaczającej i wypełniającej twoje ciało, symfonia - oto radość. Możesz być pełen radości, kiedy twoje ciało płynie, wibruje, kiedy jest jak nurt rzeki.
       Najważniejsze jest to, by zawrzeć pokój z własnym ciałem i nigdy go nie naruszać. Kiedy już masz traktat pokojowy z ciałem, stanie się ono bardzo ci przyjazne. Dbasz o ciało, ciało zadba o ciebie: - stanie się to źródłem wspaniałych wartości, stanie się sercem świątyni.
Zdrowy organizm jest zawsze zdolny osiągać szczyty orgazmu. Jest pełen ekstazy. Ma poczucie pełni. Kiedy zdrowy człowiek się śmieje, śmieje się razem z całym swoim ciałem. To nie tylko usta, to nie tylko twarz – śmieje się od stóp do głów, całym sobą. Delikatne fale śmiechu przepływają przez niego całego. Cała jego bioenergia faluje tym śmiechem.
      Jest jak w tańcu. Kiedy zdrowy człowiek jest smutny, to naprawdę jest smutny, całkowicie. Kiedy zdrowy człowiek jest zły, jest naprawdę zły, całkowicie. Kiedy uprawia miłość, jest miłością, niczym więcej. Kiedy uprawia miłość, robi to naprawdę.
W rzeczywistości mówienie, że „uprawia miłość", nie jest właściwe. To uproszczenie, wyrażenie wulgarne samo w sobie, bo miłość nie może być „uprawiana".
                       On nie uprawia miłości, on jest miłością.
Nie jest niczym innym jak tylko energią miłości. Tak właśnie czuje i to właśnie robi. Kiedy spaceruje, jest po prostu spacerującą energią. Nie ma tam osoby. Kiedy kopie dół, jest po prostu kopaniem.
Zdrowy człowiek nie jest jednostką statyczną; jest procesem, dynamicznym procesem. Można też powiedzieć, że zdrowy człowiek nie jest rzeczownikiem, lecz czasownikiem...
           Nie jest rzeką, lecz nurtem. Bezustannie płynie we wszystkich kierunkach, wylewa się. A każde społeczeństwo, które tego zabrania, tworzy patologię. Każdy człowiek, który jest w jakikolwiek sposób krępowany, popada w patologię, wypacza się. Funkcjonuje jedynie jego część, nie całość.
Wiele kobiet nie wie, co to jest orgazm. Wielu mężczyzn nie wie, co oznacza całkowity orgazm. Większość osiąga jedynie orgazm lokalny, genitalny, ograniczony jedynie do genitaliów. Po prostu malutka fala w genitaliach - i koniec. Nie jest to jak stan, w którym ciało dostaje się w wir i ginie w otchłani, na kilka chwil zatrzymuje się czas i nie pracuje umysł, przez kilka chwil nie wiesz, kim jesteś. To właśnie byłby całkowity orgazm.
      A jest przecież jeszcze tantra seksualna.... Gdy spotkają się dwa bieguny, yin i yang, i nastąpi porozumienie mózgowo-cielesne, i wejdą ze sobą w harmonię, i zastosują procedurę tantry seksu, wtedy otworzy się Otchłań Nieskończoności i nie będzie to tylko kilka chwil.
Generalnie ludzie są chorzy, cierpią na wiele patologii, bo są powykrzywiani w różny sposób przez społeczeństwo.
Nie wolno ci kochać całkowicie, nie wolno ci się złościć; nie wolno ci być sobą. Nakładają się na ciebie tysiące ograniczeń.
Jeśli naprawdę chcesz być zdrowy, powinieneś się uniezależnić.      
      Trzeba odrzucić wszystko, co narzucają ci inni ludzie. Społeczeństwo jest bowiem jak wielka mafia, ale tylko takie mamy, nie możemy więc nic na to poradzić.
Każdy z nas odnajduje więc (gdy jest świadomy) swoją własną drogę wyjścia z tej patologicznej grupy i najlepszą drogę ku temu, aby stać się entuzjastycznym, totalnym, we wszystkim, co robi.
Gdy poczujesz w sobie wibrującą pasję, oznacza to, że jesteś na właściwej drodze. A droga to Tao......
    

Tu na biwaku, na tej górze, czuję się świetnie, bo robię jedynie to, co chcę robić. Kiedy tylko jest okazja, a często jest, chodzę nago i boso. To ogromna frajda. Czuję jak ze mnie spadają kolejne blokady, kolejne zahamowania, czuję jak całe ciało odżywa.
Tu na tej górze odzyskuję swoje życie.
     

Jeśli idziesz popływać, to pływaj, ale pływaj tak całkowicie, aż sam staniesz się pływaniem, czasownikiem. Niech rzeczownik zniknie. Kiedy biegasz, biegaj naprawdę, stań się biegiem, nie biegaczem. Na olimpiadach masz biegaczy, rozmaite ego rywali... Ambicje. Jeśli umiesz biegać bez świadomości bycia biegaczem, takie bieganie staje się zen; staje się medytacją. Tańcz, ale nie stawaj się tancerzem, bo tancerz zaczyna kontrolować i przez to rozbija całość. Po prostu tańcz i pozwól, by taniec zaprowadził cię, dokądkolwiek tylko chce.
     Akceptuj życie, zaufaj życiu, a krok po kroku życie zniszczy wszystkie twoje zahamowania i przez wszystkie te obszary, które były zablokowane, znów zacznie przepływać energia.
Toteż cokolwiek robisz, rób to, mając na uwadze, że powinieneś stać się bardziej elastyczny.
     Jeśli trzymasz czyjąś rękę, trzymaj ją naprawdę. Przecież i tak ją trzymasz, po co więc marnować tę chwilę? Trzymaj ją naprawdę! Niech to nie będą dwie nieżywe dłonie zaczepione jedna o drugą, a każda zastanawia się, kiedy ta druga rozluźni wreszcie uścisk.
Kiedy mówisz, mów z pasją, wtedy nie znudzisz innych sobą. Życie powinno być pasją, wibrującą pasją, pulsującą pasją, ogromną energią. Nic, co robisz nie powinno być bezmyślne; jeśli tak jest, nie rób tego. Nie ma obowiązku, byś cokolwiek robił, ale jeśli jest coś, co naprawdę chcesz zrobić, zrób to.
Wczuj się w rytm. Jeśli wchodzisz w harmonię z Istnieniem, to jesteś na właściwej ścieżce. Jeśli zaczynasz czuć dysharmonię, napięcie, jeśli pojawią się dyskomfort, drżenie, zaczynasz tracić kierunek i pojawia się przekonanie, że jesteś przypadkowy, że nic nie ma sensu - jest to właśnie wskazówka, że wypadłeś z rytmu Istnienia
Stopniowo wszystkie zahamowania znikną i odzyskasz swoje życie. Odzyskasz swoje ciało, odzyskasz swój umysł. Społeczeństwo wykrzywiło ciało, umysł - wszystko. Narzuciło ci pewne wybory. Pozostawiło bardzo wąskie szczeliny, przez które wolno ci patrzeć.
Zabroniono ci widzieć całość.
      

sobota, 7 marca 2015

Zbyszkowo - Chryszczata

Trawa pocięta na makaron po kilku dniach wyschła i zmieniła kolor, już można działać. Mam także czas, dużo czasu, dlatego przy pracy mogę również myśleć. Bo gdybym czasu nie miał, tobym tylko pracował.
       A czas jest słuszny, bo poobiedni, zasiadam więc wygodnie i ...... coś mnie uwiera w pupę, coś leży pod śpiworem na którym usiadłem. Sięgam - to szyszka. Wypadła z torby pełnej szyszek, bo torbę trzymam w namiocie, aby mieć zawsze suchą rozpałkę.
I na hasło „uwiera - dokucza” przypomina mi się momentalnie anegdota:

Przychodzi baba do lekarza.
 - Panie doktorze, wyrostek mi dokucza.
- A w mordę gówniarza, to się zaraz odczepi.
   



Motyle siadające na rękach i nogach to zwykła sprawa. Dzieło stopniowo nabiera kształtów. Gotowe! Teraz trzeba korę umocować na zbielałym kiju wyciągniętym z potoku.
    


I tak powstał kolejny mebel - moje gospodarstwo rozwija się. Robię historyczne fotografie. Kolor serwetki na stole wskazuje, że wokół jest lipiec, a kora bukowa ma niepowtarzalnie ciekawe odcienie.
    



W końcu napis ustawiam na wybranym dla niego miejscu: w drzwiach kuchni – tu mam go na oku. Jest bardzo miło oraz niezwykle przyjemnie. Patrzę na to dzieło z miłością i czuję się jak …... w domu.

piątek, 6 marca 2015

Eden

Wstał mglisty dzień. Trawy są już bardzo wysokie, na nich silna rosa. Wczoraj padało. Nie muszę już schodzić codziennie do potoku przez ociekające wodą gąszcze – mam zapas wody w butli pięciolitrowej. 
     
 
Namiot w tych wysokich trawach jest już ledwo widoczny.
    



Koło południa wyszło słońce i postanowiłem zrobić wizytówkę z nazwą miejsca: -  Zbyszkowo Chryszczata. Pociąłem trawę na makaron i na korze bukowej wyłożyłem do wyschnięcia.
    



Trawa się suszy, przy cięciu wyłączam się zupełnie.
(Bo jest taka cisza, że przerywa ją tylko milczenie).

A tu dzień zrobił się cudny, wokół jak w raju, kto by siedział na miejscu? Pochodzę więc po tym Edenie!
        Aniele! Dziękuję....
  


niedziela, 16 listopada 2014

Dlaczego samotnia? - 10

Przygotowałem wpisy na kilka dni naprzód i dobrze się stało. Życie jest tajemnicą.
Wyjadę za niedługo na urlop, ponieważ dawno na urlopie nie byłem. Wpisy ustaną na jakiś czas. To jeszcze nie wakacje, ono nadchodzą wolno i w tym jest ich piękno. Piszę więc w niedzielę kalendarzową, jakby nadrabiam i życzę Czytelnikom, żeby każdy dzień był dla Was niedzielą. Wiadomo gdzie mnie ciągnie. To myśl poparta uczuciem tak działa.
Na zdjęciu drogowskaz na stacji w Nowym Łupkowie.
     

Cierpienie.
Człowiek współczesny cierpi z powodu przeszłych uwarunkowań, indoktrynacji społecznej, która ma za zadanie zamienić każdego w niewolnika. Nie cierpimy z powodu swych własnych grzechów, jak próbują przekonywać tak zwani religijni kaznodzieje.
Na cierpienie nie jesteśmy skazani, ono tylko coś ma pokazać. Ono uwrażliwia, jak mówią: uszlachetnia. Cierpienie może spowodować przemianę, otwarcie na głos duszy i w końcu wyzwolenie od cierpienia. Cierpienie jest więc listem poleconym od duszy do nas. Cierpienie to posłaniec.
Są dwa wyjścia:
    • Kiedyś cierpienie musi się ulać, wtedy „coś” ustawi nas szybciutko na właściwym torze.
    • Albo to cierpienie nas zabije.
- Co ciebie nie wzmocni, to ciebie zabije.
Drogi ucieczki nie widzimy, bo szukamy nie tam, gdzie trzeba. Nie możemy otworzyć drzwi, są zamknięte? Spróbuj je pociągnąć do siebie, nie pchaj ….. Te drzwi nigdy nie były zamknięte, niepotrzebnie szukałeś klucza.
Szukamy wyjścia w świecie zewnętrznym, a wyjście jest wewnątrz nas. To jest ten skok kwantowy do wnętrza, o którym ciągle mówił Osho, Einstein, a teraz mówi o nim Nassim Haramein.
Suszy się kora bukowa. To na niej będzie napis Zbyszkowo – Chryszczata.
     

Żeby stworzyć warunki do spotkania z duszą należy niewątpliwie coś zrobić. Co?
Gdzieś wyjechać, pobyć w samotności, wyciszyć się. Z pewnością dobrze jest, gdy otoczenie jest inne niż zwykle.
I należy zrozumieć różnicę pomiędzy zdrową samotnością, a chorobą osamotnienia. Żeby nie było jak w poniższej sentencji:

Niejeden tonący w osamotnieniu chwyta się obroży myśląc, że to koło ratunkowe.
 
Nie możesz sobie Czytelniku pozwolić na wyjazd, utknąłeś na amen?
To napiszę inaczej: Teraz wiem, że nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, chodzi o to, żeby osiągnąć synchronizację obu półkul mózgowych, chodzi o relaks mózgu, wprowadzenie go w odpowiedni stan. Tylko wtedy osiągamy nasz twórczy potencjał. Ten stan można osiągnąć na wiele sposobów, tylko jednym z nich jest Samotnia.
Jedno jest konieczne: należy przemienić się w obserwatora – zobaczyć siebie z zewnątrz i być świadomym swoich myśli.

Miej świadomość tego o czym myślisz....
Kiedy raz tego spróbujesz, zaczniesz się budzić. Stopniowo radość z bycia świadkiem będzie tak ogromna, tak nieziemska, że będziesz chciał zagłębiać się w nią coraz bardziej. Będziesz chciał to robić w każdej wolnej chwili.
To nie ma nic wspólnego z przybieraniem jakiejś pozy, to nie kwestia świątyni, kościoła czy synagogi. Siedząc w autobusie czy w pociągu, gdy nie masz nic do roboty, zamknij oczy. To je ochroni od zmęczenia spowodowanego patrzeniem na zewnętrzny świat i da ci wystarczająco dużo czasu abyś mógł poobserwować siebie. Takie chwile staną się chwilami najpiękniejszych doświadczeń.

Trwaj w zadowoleniu, rozkoszuj się czasem obecnym
i pozostaw daleko od siebie nieprzyjemności.
           Horacy

Czy nie jest to zaproszenie do bycia w Tu i Teraz? Czy nie jest tu mowa o porzuceniu przeszłości?
Powoli, wraz z pojawianiem się świadomości, twoja osobowość zacznie się zmieniać. Przemiana od nieświadomości do świadomości to największa z możliwych zmian.

Aktywna młoda kobieta wykazywała oznaki stresu. Lekarz przepisał jej środki uspokajające i poprosił, żeby zgłosiła się do niego za parę tygodni.
Kiedy przyszła ponownie, zapytał, czy czuje jakąś zmianę. Powiedziała:
    Nie, ja nie czuję, ale zauważyłam, że inni ludzie wydają się o wiele bardziej odprężeni.
  • Anthony de Mello

Październikowy widok na Wołosań z łąki Henryka Bieszczadnika.
     


piątek, 14 listopada 2014

Zbyszkowo - Chryszczata

Po śniadaniu zwykle wybywam aż do wieczora. Często obiad połączony z kolacją jem już przy świetle ogniska.
   


Żyję tu w zgodzie i radości ze sobą i otoczeniem. Po co pisać, że w wielkiej radości? Radość to radość.
Nie umartwiam się, nie poszczę, nie robię rachunku sumienia, nie kajam się, nie biczuję. Nie siedzę także w pozycji lotosu. Szczerze? Nie lubię siedzieć w tej pozycji. Moją domeną jest wędrówka. Uprawiam medytację w drodze, w czasie iścia. (To bardzo potrzebne słowo).
      
           
  Co to znaczy dla mnie medytować? Rozglądam się uważnie, a jednocześnie jestem świadomy tego o czym myślę. I tyle.
Siedzenie na miejscu zdarza się tylko w czasie niepogody, wtedy więcej piszę. Oraz gdy coś robię, a zwykle nic nie robię. Zero obowiązków. No zjeść trzeba, ale to już nabożeństwo, uroczystość, celebracja od momentu zapalenia ogniska.
Nadmiar energii nie daje mi usiedzieć spokojnie. Ta energia goni po prostu, wyłazi uszami i końcami palców, potrzebuję ją upuścić. I się temu nie sprzeciwiam. Czyli poddaję się. Wtedy jest bosko! Od razu robi się bosko!
Jakbym frunął na pierzynie z chmury. 
Dobrze, że nikogo nie ma, zachowuję się bowiem całkiem swobodnie, zupełnie jak wariat. ( Znowu przepraszam wariatów, oni więcej rozumieją od tych niby zdrowych)
Podskakuję nagle gdy mi się tak zachce, śmieję się w głos do własnych myśli, podśpiewuję. Radość tryska fontanną!
Och! Jak dobrze mi tutaj!
Schodziłem już ładny kawał terenu, poznałem wiele nowych ścieżek. Tylko taki fakt stwierdzam patrząc jak zniszczone są kolejne buty. 
Nogi mnie niosą i korzystam z tego.
Chodząc, patrzę pod nogi, ale też wyżej.
     




Na podejściach do szczytu Chryszczatej, zwłaszcza w Wilczym Przesmyku, natykam się na amunicję z czasów Powstania Ukraińskiego 1945 -1947. Niektóre pociski są zadziwiająco dobrze zachowane. 
      

Te niewystrzelone pociski, wymyte deszczami leżą po prostu na spadzistej drodze. Wiem, że wielokrotnie na tej drodze sotnia Chrina urządzała zasadzki na oddziały wojska polskiego.
Wielu polskich żołnierzy głupio prowadzonych zakończyło tu życie.
Pogoda zrobiła się właśnie niespecjalna na wycieczki, pada chwilami. Odpocznę więc po ostatnich włóczęgach. 
    

Popisałem trochę i doszedłem do wniosku, że czegoś tu obok namiotu brakuje. Brakuje mianowicie nazwy miejsca. Postanawiam nazwać swoją samotnię. Przychodzi mi do głowy pomysł zrobienia napisu: Zbyszkowo Chryszczata.
Jest myśl, jest postanowienie, teraz trzeba wykonać. Napis będzie z trawy, nie ma to jak kreatywność. A więc biorę się do działalności artystycznej. Ścinam kilkanaście wysokich na półtora metra traw, takich, jak na zdjęciu......