Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrówki po Bieszczadach 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrówki po Bieszczadach 2013. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 grudnia 2013

Dedykacja dla Czytelników


Zakochałem się w Bieszczadach. Fakt. Boziuniu, jak tu jest cudnie! I to nawet w czasie listopadowej niepogody......A gdy wieczorem ogień huczy w kominku - po ścianach tańczą refleksy światła.
       Za mgłą, tam na dole zostało wszystko to, co cię męczy, patrząc  z góry wokoło, świat wydaje się lepszy....Uczesane przez wiatry, gołe szczyty połonin, proszą byś po nich poszedł......
Mój ulubiony utwór.....KSU - za mgłą

Polish Military Channel - Wadera
2 lata temu

Świetne :) jak mam dość wszystkiego to właśnie ten utwór jest lekarstwem :) a jeszcze lepszym wyjazd w Bieszczady ;)
wiolinga07
2 lata temu

c.u.d.o.w.n.y utwór, piekne słowa...głębokie...mnie podnosi na duchu
wiesława szol
9 miesięcy temu

Piękne słowa,muzyka,wykonanie;ale szkoda że takie perełki to praktycznie tylko na youtubie można posłuchać, bo w radio i tv aż się roi od "chwastów" szczególnie tych zagranicznych.Odkąd mam internet poznałam niesłychanie dużo wspaniałych utworów i wykonawców,no cuż lepiej póżno niz wcale :)
tomasz aftys
1 rok temu

Głos Siczki i Gośki pasują do siebie tak jakby były stworzone do wspólnego śpiewania tego kawałku ;)
wiesława szol
7 miesięcy temu


Tatry 2x, ale jak człowiek był w Bieszczadach uważanych przez laików za niskie góry to jednak docenia tę dzicz, to ze może odpalić sobie parówki nad Wołosatym w kuchence gazowej i nikt się nie przypierdziela
Mariusz Putkowski
1 rok temu


Wokal "kobiecy" to nie kto inny, tylko Małgorzata Ostrowska, więc nie dziw się, że rozpi... :) To nie jest dmuchana dziunia typu Dody tylko babka z najbardziej rockowym głosem w Polsce :) Pozdrawiam również :D
vitawaman
2 lata temu

zaraz rzucę wszystko w pizdu i pojadę w biesy.....
xoamamixo
11 miesięcy temu

z twarzą mokrą od deszczu, przeziębnięty, zmęczony od złych rzeczy na dole, jesteś mgłą oddzielony. ..
kiziol7
1 rok temu

Na początku jak zobaczyłem że KSU nagrało akustyczną to myślałem że to będzie lipna płyta bez żadnej mocy, a tu taki zaskok. Wszystkie kawałki z tej płyty są świetne. Naprawdę wielki szacunek że po ponad 30 latach i tylu zmianach KSU trzyma poziom.
Xemmeo
1 rok temu

Jestesmy rozni, ale jest jedno co nas laczy - gory. :)
Tomasz Redowski

Dokładnie!Ja dopiero po latach zacząłem doceniać ten zespół i Bieszczady
iroku900

 Jeszcze parę dni i jadę w Bieszczady. Tzn. Kolejny raz tam wracam....
SquashPL
2 miesiące temu

Zajebisty kawałek :D

czwartek, 28 listopada 2013

Łupków i Łemkowyna

Ten gorący prysznic wczorajszy był wspaniały!

Buty umyte suszą się. Pranie już rozwieszone. Ogoliłem tygodniowy zarost i czuję się odmłodzony. Na biwaku nie miałem lusterka...
Nie rozkładałem namiotu, bo była już noc i padało, gdy zaspokoiłem wilczy apetyt.
         W strażnicy mieszka tylko kilku robotników, którzy naprawiają drogę za Maniowem. Totalny brak turystów. Mnie to nie przeszkadza, tłumu nie lubię.
Dziś nocleg był na materacu, w śpiworze i na podłodze w strażnicy.
Jutro rano jadę do Ciężkowic, więc także dziś prześpię się tak samo.
           Pogoda piękna, nad Łupkowem dziś słońce.
Dorwałem się do swoich zapasów jedzeniowych. Krysia przydzieliła mi w Szwejkowie osobną szafkę. Ta szafka jest pełna. Jest tego na jakieś trzy tygodnie, więc na razie przystopuję z zakupami.
Po porządnym śniadaniu wyrywam na górę poziomkową.
      Boziuniu! Łemkowyna cała w kwiatach!
 
 
   
Odwiedzam zagajnik brzozowy i sprawdzam, czy tu dalej grzyby rosną. Jednego zabiorę - dodam go do zupy.
    
Łemkowyna w kwiatach cała.
Słowa są zbędne.

Do widzenia Góro nad Rabe




 
 Ranek wita chmurami i mgłą.
Zaczarowany mglisty świat. 
Mgły ciągną się jak duchy lasu.
        Gotuję jedzenie, i czekam na okienko w chmurach, aby namiot wysechł. Dopiero około południa doczekałem się długiej chwili słońca. Szybko zwijam namiot, rozkładam go na trawie jedną, a potem drugą stroną, to samo robię z płachtą. Po kilkunastu minutach już wszystko wyschnięte. Umocowanie namiotu na plecaku, zawiązanie śpiwora i do widzenia Góro nad Rabe! Do widzenia, bo wiem, że tu wrócę…..
        
       Wyćwiczonym machnięciem zarzucam na siebie plecak, który jest wyraźnie lżejszy niż był niesiony na biwak. Ubyło całe jedzenie, czyli jest około cztery kilo mniej. Dzięki temu, że nie jem mięsa, nie muszę nosić ciężkich konserw.


        Schodzę w dolinę.
Przede mną 25 km, więc sprawdzone 6 - 7 godz. marszu. Pogoda idealna: - jest chłodno, leciutko ni to mży, ni to pada. Gdy doszedłem do przełęczy Żebrak, ubranie miałem mokre po wierzchu, ale nic to! Nie lubię iść długo w pelerynie.
        Zaraz za przełęczą deszczyk ustaje. Idę drogą, którą dobrze znam ze wspaniałej jazdy rowerowej. Piję wodę ze źródełka, bo woda w strumykach, gdy padają deszcze robi się natychmiast mętna i lepiej jej nie pić na surowo.
    Jest popołudnie, gdy dochodzę do Woli Michowej. Połowa drogi za mną, nie spotkałem po drodze NIKOGO.
Teraz przyspieszam kroku, bo wchodzę na szosę Cisna - Komańcza i mijają mnie nieliczne samochody. A po wielodniowej samotni w ciszy, bardzo razi mnie hałas samochodów. Skręcam więc, po kilku kilometrach w nieco dłuższą drogę, zaraz po minięciu rozwidlenia do Smolnika.
Znowu pada mżawka…..
      Pójdę przez Zubeńsko ( nie ma dziś tej wsi ) i Koniec Świata. Koło Patryka jestem już o zmierzchu, bo błoto i kałuże bardzo opóźniają marsz. Idę slalomem – przeskakuję z jednej strony drogi na drugą.
     Prawdziwe bieszczadzkie błoto. Nic dziwnego, przecież dopiero co, przez trzy dni padało. I dziś siąpi właściwie cały dzień. Jeszcze przeprawa przez strumyk przed samym schroniskiem Patryka. Nie przeskoczę z plecakiem – strumyk zrobił się po deszczach zbyt szeroki do skoku.
      Nie ma rady – trzeba zdjąć buty.
Gdy dochodzę do cmentarza, natykam się na takie błoto, że można utonąć.
Zaczął się lipiec, a więc sianokosy! – wielki traktor rozjeździł elegancko drogę.
     Gdyby nie kosić….Las objął by w posiadanie łąki. Wszystko by zarosło. Chyba że traktory zostaną kiedyś zastąpione przez zwiększenie populacji dzikich zwierząt kopytnych, które byłyby w stanie naturalnie „kosić”, tak, jak czyniły to przez dziesiątki tysięcy lat? Za koszenie są dopłaty unijne, ale jak długo, zważywszy na sytuację finansową Europy?
      Znam teren, więc pomimo zmroku omijam drogę i idę na przełaj przez stary cmentarz łemkowski, potykając się co chwila. Robi się niemal ciemno i bardziej siąpi, ale stąd mam już tylko kilkaset metrów do stacji.
    Buty są całe w glinie – pranie będzie konieczne!
    Wchodzę na stację, oglądam się za siebie, i widzę coś bardzo znajomego.

Widzę zapalone czerwone sygnalizatory. Wzbiera we mnie uczucie ciepła, niemal miłości do nich.
Uczucia nie kłamią…..jeszcze niedawno wracałem tu, jak do swego domu, tu czekał na mnie mój namiot – ten bieszczadzki dom.
A teraz? – mój dom jest nieczynny – jest przytroczony do plecaka. Jestem wędrowcem….
          Sygnalizatory kolejowe z Łupkowa.
Można mieć uczucie prawie miłości do sygnalizatorów? Tresura społeczna nadaje: - świrujesz już po tej twojej samotni!
    Lepiej włącz telewizor, posłuchaj co mówią politycy….

Pytanie zasadnicze: - czy polityk może powiedzieć coś mądrego?
No, nie ze mną te numery!

Gdy mój ojciec wrócił po wojnie ze Szwecji - mówił: - politycy to nieudacznicy życiowi, którzy nic nie osiągnęli, a do polityki poszli po to, aby jeszcze tam coś spieprzyć!

Osho, gdy był w Ameryce, mówił nieco dobitniej - i dlatego go otruto.
        Politycy są chorzy, ich trzeba leczyć. A kto wywyższa polityków na piedestał? Społeczeństwo! Czyli to społeczeństwo jest ciężko chore, ono nie może wybierać ludzi zdrowych, skoro samo jest chore. Zgadza się?

Tu, w Bieszczadach, stykam się z prostymi ludźmi i lubię proste słowa o miłości. Na przykład?
Tu, w Bieszczadach ludzie czytają „listy do Mauren”…

„Moja najdroższa Mauren!

Tak Cię kocham, że dla Ciebie wszedł bym na najwyższą górę!
Tak Cię kocham - że (dla Ciebie oczywiście)  przepłynął bym najgłębsze morze!

P.S. Przyjdę do Ciebie dziś, gdy nie będzie padać”.

      Sygnalizatory kolejowe na nieczynnej stacji w Łupkowie.
 
One tak bardzo mnie ujmują tym swoim nieprzerwanym świeceniem na czerwono, że zdejmuję plecak, wyciągam aparat i robię jedno, prawie nocne zdjęcie pod tytułem:    
         
        -  Zatrzymany Czas w Łupkowie!
   

Nie ma przypadków!
Mówią, że gdy Bóg nie chce się pod czymś podpisać, podsuwa przypadek.

       Od zachodu, w ostatnim świetle gasnącego dnia, nadciąga okno w chmurach, a zachodzące słońce ubarwia chmury w tym oknie dziwnie na czerwono, ubarwia tak specyficznie – zupełnie tak samo wygląda łuna od pożaru. 
       W ciemności, nad strażnicą pokazuje się czerwona łuna zachodu.
Fotografuję także tę łunę zachodu.
    
 Potem odwracam się jeszcze raz w stronę sygnalizatorów i ponownie cykam, dziwiąc się, że w ciągu minuty dosłownie zapadła noc.
 
Więc tytuł: - Po jednej minucie zapadła noc.


 To jest próba chwycenia Tu i Teraz na fotografii! Takie eksperymenty poruszają coś wewnątrz człowieka…..
           
          I gwałtownie odzywa się Historia

Łuna zachodu wygląda zupełnie tak, jakby był pożar w strażnicy!
Włącza się wyobraźnia, i przenoszę się natychmiast w przeszłość: - Widzę jak płonie strażnica  w Łupkowie.
      
      W roku 1946 ówczesna strażnica rzeczywiście spłonęła. Ta dawna drewniana strażnica stała w odległości 30 metrów od powojennego murowanego budynku, który dziś nazywa się Szwejkowem.
     Komunistyczna książka Gerharda - "Łuny w Bieszczadach"...Będę o niej pisał, a jakże. A teraz garść faktów historycznych:
       
              Jest 26 marca 1946 roku.
Sotnia Łemkowska pod dowództwem Chrina i sotnia Myrona uderza pod Kożusznem.
      Wojsko Polskie ponosi ogromną klęskę. Kunszt dowódców UPA widać w statystyce: Wojsko Polskie ma kilkudziesięciu zabitych, a UPA nie notuje  w tym ataku żadnych strat! Zero strat….
(według meldunku Urzędu Bezpieczeństwa.
Bo meldunkom wojskowych „nie zawsze można wierzyć”.
 – jak przyznaje historyk, G.Motyka.)

G.Motyka   - „W Kręgu łun w Bieszczadach”.
Szcześniak - „Droga do Nikąd”.
Dominiczak - „Wojska Ochrony Pogranicza 1945 – 1948”.


Po klęsce, niedobitki Wojska Polskiego zawracają do Zagórza, a jeden oddział z kpt. Kozyrą na czele, idzie na południe do Komańczy.
      Za plecami czują oddech sotni.
Ok. godz. 21.00 docierają w pobliże Komańczy i widzą tylko kupę popiołów, które zostały ze strażnicy.         
         Wojskowa załoga z Woli Michowej, nie widząc szans na obronę, wcześniej wycofuje się, ratując życie, i przechodzi do Łupkowa.
       Oddział kpt.Kozyry nie ma wyboru, opuszcza Komańczę i maszeruje dalej do Radoszyc.
       Nad Radoszycami łuna – tu także pali się strażnica. Ledwo żywi żołnierze maszerują więc jeszcze dalej - do Łupkowa.
      W Łupkowie znalazło się w końcu113 osób. Mieli 6 ckm i moździerze 80 mm. Dowódcą został por. Trzęsikowski.
Załoga szykowała obronę.
Pierwszy atak nastąpił 25 marca w nocy. Atakowało 200 striłców…... Bitwa trwała ponad dwie godziny.
Nad ranem UPA wycofała się.
     Strona polska ocenia straty jako "niewielkie", czyli nic nie wiemy.
Wystrzelano jednak większość amunicji.
     Do Zagórza było 50 km, żołnierze nie mieli szans tam dotrzeć, a wiedzieli, że następnej nocy atak się powtórzy.
Wysłano łączników do Czechosłowaków. Ci odmówili dostarczenia amunicji, w zamian proponując ewakuację….Ewakuacja – to takie ładne słowo, które zawiera w sobie: -  ratuj się! Za drzwiami czeka śmierć! Zostaniesz – po tobie!

Sprawozdanie kpt. Kozyry: - „Kiedy weszliśmy na pasmo wzniesień, około 2 km od Łupkowa, ujrzeliśmy płonącą strażnicę. Zwiadowcy donieśli, że załoga wycofała się przez granicę. Nie mieliśmy szans wycofać się do Sanoka. Przeszliśmy więc także granicę. Następnego dnia Czesi przewieźli nas Przełęczą Dukielską z powrotem.
 Bitwę pod Kożusznem wspominam jako koszmar”...
     
       UPA odniosła wielki sukces, likwidując w marcu 1946 roku wszystkie strażnice w Bieszczadach i otwierając tym samym całkowicie granice państwa.
   ( G.Motyka – „Tak było w Bieszczadach”)


   

środa, 27 listopada 2013

Mijają dni



Słońce wschodzi nad Baligrodem, a zachodzi nad Chryszczatą. 
Mijają dni.
Jestem sam pod dachem nieba.
Wstaję przed świtem - zapadającą noc witam przy ognisku.
W ciągu dnia odbieram całym sobą symfonię życia przyrody. Zacząłem mieć wrażenie, że ta góra, na której siedzę, jest żywa, że siedzę na niej jak na wielorybie. 

 Wieczorem świat cichnie, potem niebo zapala się srebrnym piaskiem.
Śpię kolejny dzień pod gwiazdami, poza namiotem.
Boskie Kino Nocne zaczyna kolejny seans.
Wczoraj przed zaśnięciem, poczułem się w locie wśród gwiazd. Tylko kosmos wokół.
Jakby ziemski świat się skończył. 
To jest właśnie Jedność z tym, co otacza. Mnie nie ma. Znikłem.
       

          Samotnia.
Ona nie jest konieczna.
Nic nie musisz, wszystko możesz.
Mnie samotnia widocznie była potrzebna. Zajrzałem w siebie i odczytałem uczucia.

"Kto w siebie nie wchodzi, ten z siebie wychodzi" - (Rozmowy z Bogiem, Donald Walsh)

Wykonaj skok kwantowy do wewnątrz  siebie - Osho

Tak na dobrą sprawę nie jest to samotnia, tu tyle życia wokół. Właśnie przypomniał o tym pasikonik, który usiadł mi na spodniach. Chodzę z nim wokół biwaku, a on nie ma zamiaru zeskoczyć.


        Nie szukaj guru….Nikt ci nie powie jak żyć. Tylko ty sama – sam odpowiesz sobie na to pytanie. Największy guru jest w Tobie.

Zrozumiałem już wcześniej, że uczucia mówią prawdę. Ale nie zaszkodziło, że sobie o tym przypomniałem. Uczucia pokazały mi prawdę najważniejszą, bo moją prawdę, nie czyjąś.
Odczytałem z nich przesłanie: - „Byłeś w paru związkach partnerskich. W każdym z tych związków przeżyłeś cudne chwile, potem te związki wypaliły się samoczynnie.
     Być może nie znalazłeś jeszcze swojej drugiej połówki

Być może nie znalazłem, ale tu dwa pytania:
  -  Czy szukałem drugiej połówki? Może szukałem nie „połówki”, lecz wolnego człowieka.
  -  Bo co to znaczy „druga połówka”?

Podobno Bóg stworzył każdego człowiek jako półanioła. Każdy człowiek ma jedno skrzydło. I dlatego szuka drugiego człowieka, bo tylko wtedy, razem z nim może poderwać się z ziemi i pofrunąć.  
  To bardzo ładnie powiedziane.

Lecz stara nauka sufich mówi: - zwiąż ze sobą dwa wolne ptaki – nie polecą.

Nie tak jest? To także przerobiłem.

Więc co? Ano to, że może ci też wyrosnąć drugie skrzydło, może niewielkie na razie, ale masz już dwa skrzydła, swoje skrzydła, i możesz pofrunąć samodzielnie.
        - Możesz pofrunąć samodzielnie nie odbierając partnerowi wolności. Możesz fruwać bez kamienia u szyji, który ciągnie ciebie w dół. Niełatwo jest bowiem podrywać się do lotu z takim kamieniem.
        - Fruwać samodzielnie to tak, jakbym był motylem. Byłem już larwą i gąsienicą, teraz czuję się motylem, ( albo dzieckiem według Osho ) To jest stadium picia z Krynicy Samotności – z Krynicy Radości i Zdrowia. Jestem wolny, nikt nie włazi butami w moją przestrzeń, a ja nie muszę się do nikogo dostosowywać.
        Należy pamiętać, że jest też druga „Krynica”. Tu jest smutek, choroba, lęki.
             
         To OSAMOTNIENIE.

Osamotnienie jest wtedy, gdy boisz się samotności, bo w siebie nie wierzysz. Gdy boisz się siebie, boisz się Nieznanego.
Wtedy szukasz na siłę drugiego, jesteś z tym kimś na siłę, trwasz w związku, który nie daje ci radości, wybierasz mniejsze zło. Oddajesz wolność.
       
               Samotność jest Zdrowiem.

              Osamotnienie jest Chorobą.


Potrzebowałem także odpowiedzi na pytanie: kim jestem?
Dostałem odpowiedź: -    
    Jesteś wędrowcem. Masz wolną wolę. Możesz pójść, gdzie chcesz”.

     Idę więc swoją drogą, i patrzę, czy nie spotkam innego wędrowca. Ufam, więc wiem, że to może się zdarzyć.


Nadszedł ostatni dzień biwaku.


Siedzę przy ognisku, w garnku bulgocze, rozmawiam sam ze sobą prostymi myślami.
    Jaka to frajda, porozmawiać z kimś mądrym prostymi myślami! - Największego guru masz w sobie! 

Zmienia się scenografia w Boskim Hotelu, w górze wicher - chmury pędzą. Tu cisza. Powietrze jak zwykle przepojone zapachem łąki. Orkiestra symfoniczna miliona świerszczy nadaje swoją monotonną a jednocześnie niebiańską melodię. 
   Przeleciały orły. Rozległo się nad głową ich radosne zaśpiewanie; - jesteśmy królami przestworzy!
          Ciekawe, że chwilami dzień robi się bardzo pochmurny, a mnie się wydaje piękny do niewyobrażenia!. Jakbym nosił „różowe okulary”, czyli: - widzisz to, co chcesz widzieć. Noszę w sobie wielką radość.
     

 Jestem już wrośnięty w to miejsce na dachu Boskiego Hotelu, tu jest teraz cząstka mego serca.
     Za mną siedem dni samotnego biwaku. W życiu nie przeżyłem takich chwil, jak tutaj. I to pomimo tego, że przez trzy dni non stop na przemian padało i lało. Ktoś by się załamał może, a mnie.... podobało się! W każdym z tych deszczowych dni udawało mi się rozpalić ogień i ugotować coś gorącego. Pobyłem sam ze sobą na maksa i teraz chce mi się do ludzi.                 
     
     

Naładowałem akumulator i zresetowałem się. Dziś padła bateria w telefonie, jeszcze tylko resztka prądu kołacze się w aparacie. Zapełniłem całą pamięć zdjęciową, ale gdy wrócę do Szwejkowa, zrobię odsiew - wykasuję sporo nieudanych zdjęć.
Nawet muszę wykasować, bo potrzebne jest miejsce w pamięci na Ciężkowice. Tu nie mogłem tego robić, bo przeglądanie i kasowanie zużywa szybko prąd w  baterii.
   
     

Zbliża się wieczór. Jutro wyruszam do strażnicy, jedzenie wyliczyłem idealnie, mam jeszcze tylko na śniadanie.
   


wtorek, 26 listopada 2013

Krzyż



Trzysta metrów w stronę Chryszczatej, prawie na szczycie wzgórza, na zakręcie drogi, stoi krzyż.
          Gdy go zobaczyłem pierwszy raz, odniosłem wrażenie, że nie jest to zwyczajny krzyż, postawiony w przypadkowym miejscu. To zadziałał sam wzrok. 
     Bo był wieczór. Dla mnie pora magiczna.
Wydawało mi się, że niebo jest rozdarte..... Resztę odebrałem ciałem. 
      Powiem nawet więcej: - wstrząsnęło mną i już wiedziałem, że to miejsce jest niezwykłe. W ciele miałem silne wibracje, podobnie silne jak przy kapliczce nad cudownym źródłem Danusi w Radoszycach. Porównywalne sensacje w Radoszycach miał Jan Gabriel, i to w dwóch miejscach: przy źródełku i przy kapliczce.
      Jan potrafi czytać w Kronice Akashy. Przy kapliczce popełniono kiedyś zbrodnię. Miejsce było nawiedzone. Było, bo już nie jest. Mistrz odesłał zbłąkaną duszę do światła

      Obok krzyża rośnie kilka sosen…..Krzyż i Pustka.
      Space i Cisza…..Wędrowcze uklęknij!


Czas wieczora jest dla mnie jedyny w swym rodzaju, lubię tę porę. Wieczór przemawia do mnie specyficznymi cieniami, wydobywa głębię.
Stoję na kamienistej drodze tuż obok sosen. Ich gałęzie poruszają się na wietrze jak ręce ludzkie.....
      Tu, na górze często wieje wiatr. Wiatr duje....Zrywa się wiatr i szumi, świszczy, szepcze i śpiewa w igłach sosen. Zupełnie tak, jakby chciał mi coś powiedzieć......coś ci opowiem...coś ci opowiem... A wiatr jest mi bliski, przecież mam w sobie wibrację błękitnego wichru.
      Wydaje mi się, że słyszę muzykę, że cała góra śpiewa Opowieść…..
   
 Ten tajemniczy poświst w igłach, szumy i szepty przyciągały mnie tutaj od pierwszego dnia.
         A pochylony krzyż zafascynował mnie całkiem.


Ten krzyż jest pochylony. On się kłania? Komu się kłania?


Być może wyczułem, jaka jest historia tego miejsca. Przecież ziemia jest także nośnikiem informacji i zawiera w sobie przekaz. Dawne wydarzenia – silne emocje odciskają w takich miejscach swoją pieczęć. W każdym razie to miejsce  mnie przyciągało.
    
 I zdarzyło się, że przyszła myśl: - „Chciałbym wiedzieć, co tutaj się wydarzyło. Lub może nieco inaczej: - Dobrze by było wiedzieć, czemu stoi tu krzyż”.
        Taka myśl pokazała się i zaraz odfrunęła - znikła.
Teraz wiem, że pokazano mi „Coś”.
( Jan Gabriel mówi w takich momentach: - zapodaj intencję do „Góry”. ( Sił Wyższych ) one już tak zadziałają, żeby było dobrze. )
    Więc pokazano mi jeszcze raz, jak kreuje się rzeczywistość, jak działa intencja – myśl, którą wysyła się w Pustkę – Space – Przestrzeń - Pole morfogenetyczne – Kronikę Akashy.
     
Wyślij intencję i odpuść.

Pomyśl: - „Dobrze by było żeby…….ale gdy tak nie będzie, to też to przyjmę”.

   Jest cienka, czyli mądra książeczka o tym działaniu psychologicznym. Tytułu nie pamiętam. Autor – Deepak Chopra.

I jak zadziałała ta myśl – intencja wysłana przy krzyżu?

Góra” postawiła mnie w Żdyni, w czasie Łemkowskiej Watry, przed starym człowiekiem, który opowiedział historię wzgórza nad Rabe. Opowieść jest dawno spisana, czekam na odpowiedni moment, by ją zamieścić. Wszystko bowiem w swoim czasie: - jest czas siewu i czas zbiorów.
Nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz.

      Wędrówką jedną życie jest człowieka ( Stachura )

 Idzie wciąż,
Dalej wciąż,
Dokąd? Skąd?
Dokąd? Skąd?

Jak zjawa senna życie jest człowieka;
Zjawia się,
Dotknąć chcesz,
Lecz ucieka?
Lecz ucieka!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!

Wędrówką jedną życie jest człowieka;
Idzie tam,
Idzie tu,
Brak mu tchu?
Brak mu tchu!

Jak chmura zwiewna życie jest człowieka!
Płynie wzwyż,
Płynie w niż!
Śmierć go czeka?
Śmierć go czeka!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

 

Zmierzch na Górze

Słońce zniża się - jest tuż - tuż nad górą. Lubię takie światło wieczorne, robi się wtedy tajemniczo.
  I skryło się już za Chryszczatą, a chmury proszą się o foto w tym ciekawym półmroku.

Półsłówka, półszepty i pół kroku do mroku.

               Zmienia się sceneria w Boskim Teatrze – zapada ciepła noc.
Jaką radość dają wtedy chwile spędzone przy ognisku. Małe ognisko płonie wesoło, oświetlając mój maleńki świat - namiot, jałowiec, krzaki buczyny. Nie podkładam więcej. Stopniowo drewno się wypala i ogień przygasa, tylko żar widać w ciemności.
      Znowu układam spanie pod gwiazdami.
Podniosła się kurtyna w Boskim Teatrze Nocnego Nieba. Skrzy się srebrny piasek gwiazd. Rozlała się rzeka Drogi Mlecznej.
      Myśli ulatują w kosmos.

Tu podaję link:   
 http://www.youtube.com/watch?v=VjiMEFGP7nI
anomalie Marsa


I dziękuję Robertowi K. Za podsyłanie ciekawych linków.

Pieśń Łagodnych


Dużo chodzę po okolicy. Najpierw poznaję otoczenie na kilkaset metrów od biwaku.
Według map historycznych jestem już w kraju Bojków, czyli Rusinów. Granica pomiędzy Bojkami i Łemkami przebiegała przez Przełęcz Żebrak. Wola Michowa była po stronie łemkowskiej, a Rabe przypisano do Bojków.
Stopniowo przyzwyczajam się, że tu nikogo nie ma, i zostawiam namiot na dwie – trzy godziny, oddalając się nawet do pięciu kilometrów.


Wybrałem się na sąsiednią górę. Tę, po stronie północnej, w stronę wsi Huczwice (nie ma dziś tej wsi). Żeby na nią wejść, trzeba najpierw zejść na drogę na dnie doliny.
     Schodzę na drogę i idę doliną. Mam przy sobie najważniejszy majątek: portfel, telefon, aparat. Wpadam w rytm łagodny, czyli na luziczku idę, bo tak jest najprzyjemniej chodzić. Przychodzi silne uczucie ( a uczucia nie kłamią ) oderwania od świata.
      Oto jestem na dnie tej zieleni, jakby w pachnącym pudle jakiegoś potężnego instrumentu, grającego szumem potoków i wiatru w lesie. Tu nie ma wiatru, powietrze stoi. Wiatr jest tylko na górze, blisko szczytu, przy sosnach.
   Na szczycie wicher duje…..
    

 Jest bosko. Idę powoli, chłonąc każdą chwilę, idę w radosnym uniesieniu wręcz.
Skąd taka radość? 
Proste: - Takie radosne uniesienie przychodzi po trzydniowym siedzeniu w namiocie!
     
 Ogarnia mnie aż po czubki włosów dzika radość. Czuję wyraźnie tę silną energię radości, jak się podnosi obudzona gdzieś w punkcie Hara i wędruje przez głowę aż do czubków włosów. Tak się dzieje zawsze, gdy przede mną nowa ścieżka, ku czemuś nowemu, nieznanemu. Tylko jedno porównanie przychodzi mi do głowy - to jakby wewnętrzny orgazm... (Transformacja energii?) A może to moja dusza nieśmiertelna podnosi się do góry przynosząc tę radość?
     Idę. Las pachnie ściółką i grzybami.
     

Przypominam sobie powiedzenie któregoś z obieżyświatów spotkanych u Patryka: - "Chyba jestem Cyganem, bo lubię swobodę, niezależność i włóczęgę. Najlepiej się czuję, gdy zamiast zwierzchnika, mam nad głową błękit i słońce."

Jeśli tak, to ja też jestem nie tylko Łemkiem, ale i Cyganem.

Są tu miejsca niedostępne, dzikie i piękne do niezapomnienia. Grzejące się w gorącym słońcu, lub tonące we mgłach. Jest tu kraj odmienny, w którym zaklęta jest historia.

Czy piłeś w upalny dzień zimną wodę ze źródła pulsującego w górę bąblem, jak bijące serce? To jest wspomnienie szczęścia.
Zapach traw oszałamia, upija. Podnosi się pierś, bierzesz większy oddech, rozszerzają się nozdrza.
    Gdy dotrzesz w takie miejsce, chciałoby się tu zasnąć, a nie wędrować dalej. A chcieć, to móc, i człowiek wolny wykonuje swoje „chcenie”. W głowie gra starocerkiewna pieśń „Благослови душе моя” - i jest bardzo, ale to bardzo przyjemnie.


                               
                       Przecudny zapach przy potoku.

Nadchodzi wieczór po przepięknym upalnym dniu.  Schodzę do potoku po wodę i na mycie. Ten zapach, który uderza w nos zaraz po wejściu w ścieżkę wygniecioną wśród olbrzymich pokrzyw, jest odurzający…..
 Nie doszedłem, jakie ziele tak mocno i upojnie pachnie, a kilkakrotnie szukałem tego pachnidła. Rozcierałem w palcach wiele różnych listków z roślin, które rosły przy potoku i okazywało się, że to nie one.
      Stoję w potoku na golasa, zimna woda chłodzi stopy, jej resztki spływają mi po plecach. Nozdrza mam rozwarte: - oddycham głęboko, napełniam płuca przecudnym aromatycznym powietrzem.  Zauważyłem, że zapach jest najintensywniejszy wieczorem, po pogodnym dniu.
      Jest super, ale jak długo można stać w tej zimnej wodzie? Wychodzę.


Moczenie nóg dzienne.       
             
              Dziewczyna na bezludnej drodze.

Gdy po kąpieli wyszedłem od potoku przez pokrzywy, zobaczyłem na drodze pierwszego człowieka od czterech dni, a dokładnie dziewczynę z plecakiem. 
      Dziewczyna idzie pewnie do obozu studentów w Rabe, bo niby gdzie ma iść, jeśli jest zmierzch, a najbliższa ludzka osada poza studentami, to Wola Michowa, i ona jest w odległości 12 kilometrów?
    Ta dziewczyna minęła już na szczęście miejsce, gdzie wyszedłem na drogę, bo mogłaby się przestraszyć, spotykając na takim odludziu niekompletnie ubranego faceta wychodzącego z krzaków.
Mogłaby się też nie przestraszyć, skoro szła sama, pewnie z Baligrodu. Ale to pozostało już niewyjaśnione, bowiem dziewczyna nie zobaczyła mnie i szła dalej, a ja nie dawałem głosu.
 Po tych refleksjach poszedłem swoją drogą pod górę podsumowując:
        - widziałem właśnie damskiego odważnego człowieka. 
( Przecież masyw Chryszczatej to matecznik wilków  - i mnie niezadługo było pisane spotkanie z wilkiem )
  
 Pod górę podchodziłem z godnością, oraz na luziczku. Wokół była mianowicie Pora Wieczorna, i to ona narzucała takie właśnie zachowanie. Szedłem niosąc wodę i nuciłem „Pieśń Łagodnych”:


Ile światłem prowadzeni
Dróg powietrza przejść zdołamy?
W ilu rzekach zanurzymy stopy?
Ile w nas zdumienia jeszcze?
Ile złudzeń nie straconych?
Światów ile nie odkrytych wokół?
          (Wolna Grupa Bukowina)