Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lutowiska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lutowiska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 października 2025

Bieszczady



Piątek, godz. 12,00. Po pracy już prawie jest dla młodych, którzy w korporacjach jeszcze dogorywają i tylko czekają na koniec dnia, udając skupienie przy biurku.

 A dla mnie chwila wspomnień w ten deszczowy piątek.

Wspomnienia zdjęciowe, bo ponieważ ludzie coraz mniej czytają. Nie wiem czy to dobre, ale tak jest.

Ktoś powiedział: - w piątek nie pisz za dużo. I ja się tego trzymam. Tylko miłe chwile na zdjęciach.




















poniedziałek, 26 marca 2018

Pożegnanie bieszczadzkiej zimy

Pani Danusi dziękuję za komentarz do wpisu „Bieszczadzkie jedzenie”. Wcześniejszego komentarza nie było bo widocznie zabłądził w bezkresie wirtualnego świata.
          Po informację o imprezach odsyłam do Jagody Miłoszewicz z Chaty Magoda – Lutowiska.
To miejsce gorąco polecam wszystkim, którzy w Bieszczadach potrzebują pełnego luksusu za umiarkowaną cenę.
         Letnią wędrówkę zaczynam 2 czerwca lądowaniem w Polańczyku skąd będę szedł przed siebie i z pewnością zahaczę o Magodę na sesję zdjęciową.

A teraz pora na obrazkowe pożegnanie bieszczadzkiej zimy.


Kilka dni temu było jeszcze jak wyżej, a teraz miejscami prawie wiosna.


Jak widać po śladach, ludzie tędy nie chodzą, za to wilki jak najbardziej. Jutro napiszę o wilkach.


środa, 23 marca 2016

Biesiada

Upał był jak się patrzy, kiedy
zasiadłem w znajomym miejscu w Lutowiskach, żeby uzupełnić płyny.

I znowu nie wiadomo skąd, jak spod ziemi, pojawił się mój kolega Furman i dwaj jego znajomi, których nie znałem. Jeden o ksywce Trzęsionka, drugiego nie zapamiętałem.
     Furman i ten drugi byli już nieźle nawaleni i sprzeczali się o coś.
Przynieśli ze sobą wódkę, chcieli mnie poczęstować, ale od czego asertywność? Wymówiłem się argumentem, że za duży upał.
Nie nalegali.
    Zaczęli za to namawiać Trzęsionkę, żeby się napił. Ten na początku się wzbraniał: - że nie, że nie może, bo przyjechał samochodem (Fakt, nieopodal stał bardzo zardzewiały, rozklekotany Żuk).
Po namyśle dodał, że ma nadciśnienie i jest po wylewie, po zawale i po śmierci klinicznej oraz ma padaczkę, czyli trzęsionkę.
 
Furman wysłuchał spokojnie i powiedział: - Jak nie to nie, nie namawiam, ale przecież ty jedziesz w boczną drogę, w zadupie, a tam nigdy nie stoją.
I nalał sobie i kompanowi.
Trzęsionka przełknął ślinę, aż mu grdyka ożyła jakby mysz łykał. Patrzył pilnie jak koledzy wychylają do dna i powiedział: - no chyba że dla towarzystwa! Dla towarzystwa oczywiście kieliszeczek, dwa, (litr) jak najbardziej można!
      Furman nalał więc tym razem całej trójce i panowie wychylili zgodnie po kieliszeczku. A kieliszeczkami były sławne musztardówki (takie szklanki) Momentalnie w pierwszej 0,7 pokazało się dno i na stół wjechała następna.
      Było niezwykle zabawnie, bo Furman chciał mi koniecznie opowiedzieć coś o pewnym człowieku, zaczynał kilka razy, od określenia kim jest ten człowiek. Koledzy mu nieco przeszkadzali, (Trzęsionka się całkiem rozmarzył i właśnie zaintonował „O mój rozmarynie”)
W końcu Furman wybrnął z sytuacji ciekawą woltą mówiąc: - ten facet, to jest jakiś mason, albo farmazon, czy coś takiego i dołączył do śpiewu Trzęsionki.
     Z pewnym zdziwieniem usłyszałem, że Furman ma świetny głos i śpiewa naprawdę ładnie. Śpiewali pełnymi głosami, w przedpołudniowej ciszy małej miejscowości głosy niosły się hen, daleko, daleko.....
Nieliczni przechodnie machali przyjaźnie rękami, z uśmiechem pozdrawiając śpiewających.
    Dla mnie był to zupełnie nietypowy obrazek. Z przyjemnością posiedziałem z tymi szczęśliwymi w tym momencie ludźmi i wysłuchałem koncertu do końca.
Kiedy biesiadnicy sięgnęli znowu po kieliszeczki, skorzystałem z okazji i pożegnałem rozbawione towarzystwo.

Wracałem na Otryt ugotować budyń czekoladowy, a w głowie słyszałem śpiew „O mój rozmarynie”. 
Przepiękny dzień, urocza droga przez las. Udzieliło mi się i idąc, sam podśpiewywałem. 


Przed Chatą mój psi kolega bawił się piłką, a z Chaty akurat wychodziła kolejna grupa turystów, a inna przywędrowała.
Ta inna grupa także składała się z cichych ludzi. Takie zachowanie wymusza energia miejsca i ludzi, którzy są gospodarzami i stanowią jedność z tą energią.
To działanie opisywałem kiedyś, gdy przyprowadziłem grupę dzieci z ADHD do Patryka, a Patryk był wtedy gospodarzem schroniska Koniec Świata w Łupkowie.




wtorek, 22 marca 2016

Iwan i Mychajło

Schodzę z Otrytu, pogoda przepiękna, ptaki śpiewają, szlak pusty. Dopiero na dole na drodze biegnącej przez las w stronę Smolnika, widzę stojące dwa samochody. Rejestracja Rzeszów, pewnie drwale? Po kilkuset metrach widzę jednak kilku młodych przeczesujących las wykrywaczami.
      Odezwała się pasja poszukiwacza skarbów: - zagaduję do młodych.
Swój ze swoim porozumie się w mig. Wystarczyło, że wyjąłem z chlebaka fanty znalezione na górze 686 Pod Wierchem.
I zaraz oglądam dzisiejsze trofea młodych: - klamry z wypukłym carskim orłem z pierwszej wojny, jakiś medal. Kieszenie mają wypchane amunicją, ale ta już jest z drugiej wojny.
    Opowiadam o militariach z cerkwii baligrodzkiej – wystawie, którą zwiedzałem pierwszego czerwca.
(Nie wspominałem jeszcze o tej wystawie na blogu, bo nie wolno było robić zdjęć militariów, mogę tylko napisać, że eksponaty były jak z fabryki! Karabiny, amunicja do dział, granaty, wyposażenie. Byłem jedynym zwiedzającym, miałem czas, więc pogadałem z panem kustoszem do woli o tym i owym)

   Młodzi słuchają z zaciekawieniem. Orientuję się, że z wiedzą o historii to u nich słabiutko. No tak, rośnie pokolenie „pokoloruj drwala”.
Czytelnicy bloga znają anegdotę o tym tytule.

Cerkwisko w Lutowiskach.

Niewielki pagórek otoczony wieńcem starych lip. Kiedyś wznosiła się tu perełka bieszczadzkiej architektury drewnianej – cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Wzniesiono ją w 1898 roku.
      Była to okazała trójkopułowa świątynia z transeptem. Całość otaczał wydatny dach okapowy wsparty na ozdobnych rysiach. Blacha kryjąca główną kopułę została pokryta napisami w języku starocerkiewnosłowiańskim.
      Bryła nawiązywała do tradycyjnej architektury ukraińskiej. Zaprojektowana została przez zespół architektów ze Lwowa.
W należącej do Polski części Bieszczadów podobnych cerkwii było pięć. Do dziś dotrwała jedna w Bystrem koło Michniowca.
    Cerkiew z Lutowisk przetrwała wojenną zawieruchę. Do 1963 roku była użytkowana jako łaciński kościół. Po 1963 roku opuszczona i sukcesywnie niszczona. W końcu resztki cerkwii wykorzystano jako budulec dla powstającej małej cerkwi w Dwerniku.
Oto miniatura cerkwii z Lutowisk, stojąca na pagórku cerkwiska.

Na następnym zdjęciu dwa dzwony z cerkwi: Mychajło (130 kg) oraz Iwan (500 kg). Odlane przez rodzinę Felczyńskich w Kałuszu koło Stanisławowa (dzisiejsza Ukraina).

Felczyńscy to słynny w Europie ród ludwisarski, który odlewa dzwony od dwustu lat.
Dzwony zostały zakopane w ostatniej chwili przed deportacją ludności Lutowisk w rejon Odessy w 1951 roku.
Odkopano je w 1999 roku, kiedy do Lutowisk przyjechali potomkowie wysiedlonych i wskazali miejsce.

czwartek, 17 marca 2016

Cebularz na Otrycie

Wychodzę na polanę.

Pierwsze, co do mnie dotarło, to cisza, której tu się nie spodziewałem.
Przy stole przed Chatą Socjologów siedzi 13 osób osób i ….. kompletna cisza.
Czy ci ludzie są w depresji? Absolutnie! Po prostu odnalazłem tu cichych ludzi.
Oni rozmawiają półgłosem, a we mnie głos nadaje:

Niech będą błogosławieni cisi, albowiem do nich należeć będzie królestwo.
To jest święte zdanie.

Oraz do tego ci cisi ludzie zebrali się w świętej liczbie oznaczającej miłość.

- Dzień dobry! Chciałbym tu gdzieś postawić namiot.....
- Dzień dobry! - idzie w moją stronę trzydziestolatka.
- Gdzie chcesz namiot postawić?
Zero konwenansów, już jestem przyjęty za swojego.
- Najchętniej to bym zamieszkał w sławnym miejscu z widokiem!
- Nie ma sprawy, tu jest Wolna Republika Otrycka!
I koleżanka prowadzi mnie na sławne miejsce widokowe.
- Miłego pobytu! I poszła.

Mija kilkanaście minut i mogę porozkoszować się swym letnim mieszkaniem na Otrycie.


Następują błogie chwile kontemplacji tego, co jest.

Potem ceremonia: - niespiesznie wchłaniam cebularz, który niosłem z Lutowisk
Jedno pewne: - ten cebularz smakuje tu o niebo bardziej niż ten jedzony w Lutowiskach.

środa, 9 marca 2016

Luje z Lutowisk




Lutowiska (1944-1957 Szewczenko) – wieś w Bieszczadach, mieszkańców 2200.



Usiadłem na tarasie tak, że widzę jednocześnie dwa ptaki: koguta i bociana.



Ten widok, to jakby telewizja lokalna. Na razie bez dźwięku ta telewizja, bo dźwięk się dopiero szykuje.
Luj, który wyłonił się z niebytu, stoi, ja pogryzam drożdżówkę i czekam na tekst, który mi pewnie zaraz zaserwuje.
Luj przestępuje z nogi na nogę, nie wie jak zacząć.
- Dzień dobry! Pan z daleka?
Grzeczny, nienamolny początek. Odpowiadam:
- Z Woli Michowej ci ja idę. Trzeci tydzień idę niespiesznie.
- Jak niespiesznie, to znaczy, że ma pan czas.
- Ano mam! Mam czas, czego i panu życzę.
- E tam, panie! Czas to ja mam, ale co z tego, jak kasy nie ma.
- A czemu kasy nie ma?
- Bo robić się nie chce, co ja będę w bawełnę owijał. Tak się obijam z dnia na dzień, najgorsza to zima jest.
- Czemu najgorsza?
- Jak to czemu najgorsza? Bo panie w zimie zimno jest! Marznie człowiek sakramencko!
- Racja. W zimie jest zimno.
- Ale teraz jest ciepło?
- No tak, teraz tak....
Siedzę i jem, rozmawiamy, a luj stoi, trochę nieładnie....
Lecz przecież wszyscy domyślają się, o co chodzi.
- Ciepło jest to i pić się chce – rzucam tak ogólnie.
Zabłysły oczy luja.
- O tak, panie tak! Święte słowa pan powiedział!
Wyjmuję dwa złote i podaję lujowi ze słowami: - proszę, oto na puszkę. (piwo od 1,29 zł puszka, jak zauważyłem kupując bułki).
Luj machnął się do sklepu, akurat skończyłem jeść, kiedy zdarzenia nabrały tempa: - wraca mój luj nie tylko z puszką już otwartą, ale i z drugim lujem.
- Kolega! Przedstawia powierzchownie kamrata.
No, na taką ładną prezentację wypada się zachować: podaję lujowi-koledze rękę i przedstawiam się: Zgrywus!
- Siara! Odpowiada.
- A ja Furman, wyciąga rękę pierwszy luj.
I Siara już biegnie po swoją puszkę z moją dwuzłotówką.
Popijam wodę.
- A pan piwa nie? Pyta Furman.
Żeby przeciąć temat, mówię: - niestety nie, lekarz zabronił.
- Toś pan chory?
- Tak, i to bardzo. Mam trzy choroby: - syfilis, różę i śpiączkę kurzę!
Luje zgodnie rżą ze śmiechu, bo Siara już zdążył obrócić.
- Zgrywus z pana! - Oceniają.
- To wam powiem jeszcze, że mam taką pigułkę uniwersalną, którą łykam....
Viagra! Wykrzyknął Siara.
Sragra! Zareplikował Furman.                                                                                   - Milcz, kiedy pan jeszcze nie skończył mówić. Dobrych obyczajów nie znasz?        - To na co, panie, ta pigułka jest?
- Na głowy bolenie i kuśki stojenie!
Ha, ha, ha! Zaśmiali się luje szeroko, wspólnie podsumowując: Zgrywus zupełny! Jajcarz! Dobrą ksywkę masz! I w ten oto sposób niewidoczny przeszliśmy na „ty”.
- A słyszałeś co powiedział..... i tu Siara rzuca nazwisko jakiegoś polityka.
- Nie słyszałem – odpowiadam zgodnie z prawdą.( Od maja odciąłem się od giełdy, od komputera, a od telewizyjnych czy radiowych wiadomości to już piąty czy któryś rok będzie, tyle, co mi ludzie powiedzą, a przeważnie to moja niereformowalna, prawie stuletnia ciocia)
     Siara wyrzuca z siebie to bulwersujące go zdanie wypowiedziane przez kogoś.
Następuje długa chwila ciszy.
Nawet lekko zgrozą powiało.  
Siara delektuje się efektem jaki wywarł na słuchaczu.
A słuchacz, czyli ja, pyta: - A co na to Gomułka? On pozwala na takie wypowiedzi?
- Jaka Gomułka?!!!
Furman i Siara patrzą na mnie nic nie rozumiejąc.
- No jak to jaka Gomułka? Pierwszy sekretarz partii komunistycznej!
Cisza. Luje myślą. - Nie ma już go, tego Gomułki.... po głębszym namyśle rzecze Siara.
- To kto teraz jest? Pytam robiąc wielkie oczy.
Odpowiada mi milczenie......
Luje patrzą się na siebie porozumiewawczo... Świr znaczy? Nie, przecież on jaja sobie z nas robi!
I piwo stawia. Znaczy się zupełnie przyzwoity normalny zgrywus-jajcarz!
    Wybuchamy śmiechem, ja się aż załkałem.
Furman idzie po kolejne puszki.
Następnie rozmowa toczy się dalej. Byłoby za długo, żebym ją przytaczał w całości. Napiszę więc krótko: była to bardzo całkiem niegłupia rozmowa.
Opowiedziałem między innymi jak zostałem okradziony przez Dzikiego w Smolniku nad Osławą.
     Że to dla mnie była nauczka. I że trzeba wybaczać, bo inaczej cierń w sobie się nosi. I że pobieramy lekcje, a każdy na naszej drodze może być nauczycielem.
Furman natomiast wykazał się naprawdę nie byle jakim podejściem filozoficzno-logicznym. Niby się ze wszystkim zgadzał, powtarzał: racja, racja, ale na koniec dopowiadał jedno celne słowo, górnolotne słowo, a więc niezrozumiałe dla Siary, którego to coraz bardziej denerwowało.
Na koniec Siara się wkurzył i mówi:
- A co ty Furman tylko racja i racja! Co ty tak łatwo zgadzasz się z nami?
I tu pada niezwykle trzeźwy osąd, biorąc pod uwagę tę kolejną kolejkę dwuzłotowych piw:
- Bo to co mówicie, nie koliduje z moimi osobistymi poglądami, przeważnie dlatego, ponieważ ich nie mam.

Bardzo mi się to spodobało i uznałem, że to jest miły akcent do pożegnania. Kończę więc to przyjacielskie spotkanie mówiąc: na mnie już czas!
Żegnamy się w przyjacielskiej atmosferze i bardzo odpowiedniej chwili, bo właśnie nadchodzą trzej inni luje – koledzy Furmana i Siary.

Ruszam w całkowitej i bezbłędnej samotności w powrotną drogę do Smolnika. Tam wezmę swój dom na plecy i wio na Otryt!
    Myślę sobie: - To była pouczająca rozmowa dla obu stron, mam nadzieję. Lubię bowiem rozmawiać z ludźmi, którzy potrafią mądrze mówić o wszystkim i niczym, a także znają się na żartach.
Idę i jestem zadowolony. 
Nie ma się czym przejmować, każdy przecież osiągnie swój czas i miejsce. O czym przypomina tabliczka z centrum Lutowisk.

Nieco dalej widzę malunek z kolejnym niegłupim ponadczasowym tekstem - przecież to słynne greckie "Panta rhei". A dokładnie to sentencja Heraklita o zmienności Wszechświata. No, no, aż tyle filozofii w Lutowiskach?












wtorek, 8 marca 2016

Śniadanie w Lutowiskach

Budzę się i wybieram nastrój na dziś: będzie taki, jak wczoraj, czyli pogodny.

Rano snują się gęste mgły, ale słońce szybko się z nimi rozprawia.

Postanawiam udać się do Lutowisk na śniadanie.
Gospodyni mówi, że w nocy było tylko plus jeden.
W ten oto sposób ominęło mnie brr - brr w namiocie.


Idę a jakbym podfruwał – przecież nie mam plecaka, został w pokoju.




Do Lutowisk tylko parę kilometrów. Od czasu do czasu pstrykam w interesujących miejscach.

Bocian wita - ależ naściągał gałęzi.

Siadam na tarasie przy zamkniętej jeszcze restauracji i zaczynam jeść. Naraz znikąd, z niebytu wyłania się luj – menel.
Nie jest to zwykły luj, to jest luj bieszczadzki. Jak się niebawem okazało, ten luj był lujem niezwykłym z zacięciem filozoficznym.