Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Himalaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Himalaje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2026

Świetliki

 


Dolina Orsigna. Stąd odejdę, to moje Himalaje. Gdy przyjechałem tu jako dziecko, poczułem magię natury. A kiedy nadchodzi nowoczesność, magia ustępuje  i pozostaje w drzewach, lasach, zachodach słońca. Wiem, że moje wnuki żyją tu w świecie, który ich zaskakuje, w którym można dojrzeć coś cudownego.

Wczoraj zobaczyłem pierwszego świetlika i przystanąłem, żeby popatrzeć, jak w ciemnościach nocy migocze nikłe światełko… Na taki widok człowieka ogarnia radość!





Pamiętam z dzieciństwa zasłyszane w domu różne opowieści o świetlikach. Na przykład ta, że jeżeli złapanego wieczorem świetlika nakryjesz szklanką, rano w tym miejscu znajdziesz monetę.

    Dzięki tym opowieściom świat stawał się bogatszy, toteż moim wnukom chciałbym pokazać świetliki, żeby zachwyciły się światem. W Himalajach żyją gąsienice, które nocą świecą na zielono, zupełnie jak lampiony. Niezwykły widok. Czy nie pięknie byłoby opowiedzieć dziecku bajkę o takich gąsienicach? Wtedy świat się ożywia, wzbogaca, a  nie tylko telewizja i idziemy na pizzę. To stąd pochodzi cała przemoc, sami ją codziennie tworzymy. A wystarczyłoby powiedzieć dość i zabrać dziecko na spacer nocą, żeby zobaczyło świetliki.

    Żyjemy w biegu, za dużo stymulacji, jesteśmy rozrywani między pracą, telefonem, telewizją i ludźmi, którzy nas odwiedzają. Nie zatrzymujemy się nawet na chwilę, żyjemy w ciągłym biegu. Konsumizm to coś w rodzaju spisku, to maszyna która nas pożera.

                Terziano Tiziani – wspomnienia





PS. I mnie przydarzyły się niezapomniane noce świetlikowe (Noc w masywie Chryszczatej, Noc ponad Hańczową). Te wpisy były bez zdjęć tych cudnych, delikatnych stworzeń, co nadrabiam dziś.

wtorek, 18 stycznia 2022

Przełęcz Nangpa La

Widok na Himalaje z Nepalu.


Przez dziesięciolecia Tybetańczycy uciekając ze swojej ojczyzny, którą Chińczycy rzekomo zamienili w oazę szczęśliwości, przechodzili na drugą stronę Himalajów przez przełęcz Nangpa La, położoną na północnym zachodzie Everestu. Szlak biegnący na wysokości 5750 metrów n.p.m. jest zdradziecki. 



Wielu uchodźców nabawiło się tu odmrożeń, ślepoty śnieżnej, czy choroby wysokościowej. To na tej przełęczy w 2006 roku rumuński himalaista nagrał film, jak chińscy żołnierze strzelają do grupy uchodźców, zabijając siedemnastoletnią mniszkę buddyjską (google: egzekucja na przełęczy  Nangpa La). W proteście wobec chińskiej okupacji, wśród mnichów buddyjskich wzrastała ilość samospaleń - żywych pochodni. Nie dawało się tej fali powstrzymać. Propagandzie rządowej coraz trudniej było przekonywać opinię publiczną, że Tybetańczycy są szczęśliwi. 


W 2011 roku wydatki z chińskiego budżetu na bezpieczeństwo wewnętrzne wyniosły dziewięćdziesiąt pięć miliardów dolarów i po raz pierwszy przekroczyły poziom wydatków na obronę. Według Human Rights Watch budżet na tak zwane „utrzymanie stabilnej sytuacji” w prefekturze Ngawa (to tutaj znajduje się sławny klasztor Kirti) wzrósł sześciokrotnie w latach 2002 – 2009. Nic dziwnego, ponieważ w tej najbardziej buntowniczej prefekturze liczba chińskich żołnierzy przewyższyła ilość rdzennych mieszkańców.

Chińczycy – 50 tys. Tybetańczycy – 35 tys.






poniedziałek, 17 stycznia 2022

Przepowiednie tybetańskie


Dziś wpis o dwóch przepowiedniach. 

O przepowiedni pierwszej, która wisi nad ludzkością jak fatum, już pisałem: - To nadchodząca wojna z maszynami – robotami, stare proroctwo namalowane w Lhasie, na ścianie pomieszczeń pałacowych XIII Dalajlamy: - „Z podziemnej, tajemniczej krainy Shambala, wychodzą niezliczone zastępy wojowników, aby odpierać atak dziwnych maszyn”.

Rzecz wydaje się całkiem realna, biorąc pod uwagę gwałtowny i niekontrolowany rozwój AI.



Drugą starą przepowiednię już zweryfikował czas. Wygłosił ją sławny lama w VIII wieku:

 „Gdy przyleci żelazny ptak - niszczyciel, a konie pobiegną na kołach, naród tybetański rozpierzchnie się po świecie jak mrówki”.

O tym proroctwie sprzed tysiąca lat, Tybetańczycy przypomnieli sobie w 1956 roku. To wtedy tysiące ludzi uciekając przed komunistami Mao, schroniło się w klasztorze Changtreng Sampeling, jednym z największych w regionie, w którym samych mnichów zamieszkiwało trzy tysiące. Chińskie siły powietrzne wysłały produkowany przez Rosjan bombowiec Iliuszyn i ten żelazny ptak obrócił w perzynę klasztor razem z ludźmi. Wtedy to w pamięci przerażonych Tybetańczyków, z których prawie nikt nie widział przedtem samolotu, śmierć z powietrza obudziła pamięć o wspomnianej wyżej starodawnej przepowiedni.

Chiny komunistyczne napierały i mordowały, dziesiątki tysięcy Tybetańczyków ze wschodnich terenów uciekały do środka kraju. Jeszcze trwał kruchy rozejm, kiedy w marcu 1959 roku Chińscy wojskowi zaprosili XIV Dalajlamę „na przedstawienie teatralne” domagając się, żeby przybył bez swojej świty. Chińczykom już wtedy nikt nie ufał, a ludność obawiała się najgorszego. Dziesiątki tysięcy Tybetańczyków otoczyło pałac Norbulingka, przysięgając, że będą bronić Dalajlamy. Tłumy były zdesperowane i domagały się wyrzucenia Chińczyków z Tybetu. Ci ściągnęli artylerię i jeszcze wieczorem ostrzelali tłum z moździerzy. Nie chcąc niepotrzebnego przelewu krwi, nie widząc innego wyjścia, niedługo przed północą 17 marca 1959 roku, Dalajlama w cywilnym ubraniu opuścił pałac tylnym wyjściem i wraz z niewielkim orszakiem wyjechał konno z Lhasy na wygnanie do Indii. Skierowali się do granicy z Nepalem, gdzie znajdowało się najwygodniejsze przejście wiodące do Indii. Ostatnia, graniczna przełęcz na tej drodze to Nangpa La. Przełęcz znajduje się blisko dzisiejszej bazy himalaistów pod Everestem.




Po ucieczce Dalajlamy, w Tybecie nastał czas terroru i  represji, a kolejne osiemdziesiąt tysięcy Tybetańczyków uciekło z kraju, rozpraszając się po świecie. 

wtorek, 9 listopada 2021

Kto jest dziś ludożercą


 

Kanibalizm

Afryka w początkach XX wieku. Ferdynand Ossendowski pisał, że murzyni wcale nie kryli się z tym upodobaniem. Tak, upodobaniem, bo po pierwsze było to działanie uświęcone tradycją – wroga należy zjeść, a po drugie twierdzili, że mięso ludzkie jest najsmaczniejsze.



      Cywilizowany świat oburzał się z tego powodu, a podróżnik argumentował:

 „Kiedy napastnicy spychali tubylców coraz głębiej w nieurodzajny teren, głód i pragnienie przysłaniały wszystko. Ciało wroga stawało się cennym pokarmem, a jego krew gasiła pragnienie.

     Potem było coraz gorzej. Dlatego wodzowie ustalili Krwawe Ofiary z najsłabszych ludzi szczepu, a gdy i to nie wystarczało, ogłoszono zakaz grzebania zmarłych i poległych, ciała ich oddając na pożywienie dla wojowników, kobiet i dzieci.

To surowa potrzeba spowodowała powstanie właśnie takich obyczajów wśród zrozpaczonych szczepów, które były ścigane przez zaborczych i okrutnych przybyszów. Tubylcy cofali się przez długie wieki, aż oparli się w niedostępnych lasach”.







 

       Cywilizowany świat atakował Ossendowskiego, za obronę murzyńskich zwyczajów, a podróżnik wcale nie miał zamiaru się bronić, w myśl zasady, że najlepszą bronią jest atak.

Dlatego pisał: 

„A przypomnijcie sobie, jak długo żyły starodawne kulty w waszym społeczeństwie!

     W Anglii i Irlandii druidowie zniknęli i to nie od razu, z chwilą narzucenia siłą nauki Chrystusa. Przez wieki jednak druidyzm wypływał walcząc z wpływami Nazarejczyka!

Przypomnijcie sobie Juliana Odstępcę i powrót do wierzeń helleńsko-rzymskich!

A zapomnieliście już, że podczas wojen, klęski głodu w Rosji 1921-23, wśród rozbitków z tonących okrętów, więźniów uciekających z francuskich, czy angielskich galer, z rosyjskich więzień, wśród poszukiwaczy złota, błądzących w puszczy czy w górach – przypadki ludożerstwa były na porządku dziennym!

    Czyż w Rosji Wschodniej, a nawet Środkowej nie istnieją nawet dziś ( lata dwudzieste XX wieku) kulty przodków, obok licznych świątyń obrządku wschodniego i zastępów policji, nauczycieli i lekarzy?

      Czyż tam nie modlono się oficjalnie w urzędowych kościołach, a szczerze przed figurami szczepów Czuwaszów, Mordwińców, Czeremisów, lub przed starosłowiańskimi zbutwiałymi pniami dębów poświęconymi Perunowi?

    Powiecie mi, wy dumni ludzie, że piszę o Rosji – kraju niepojętym, gdzie wiedza i czarnoksięstwo, zabobony i ohyda są dziełem jednej matki.

 Przypomnę więc wam coś, na co godzicie się bezmyślnie.

 

Boicie się trzynastki tak dalece, że w waszych hotelach nie ma pokoju o tym numerze. Tę bojaźń ktoś zaszczepił w ludziach w średniowieczu.

(Żydowska kabalistyczna Księga Zohar podaje znaczenie liczby trzynaście jako „miłość”. Pełen pychy KK zawsze starał się i to na wiele sposobów przykrywać swymi symbolami znaki innych, rzekomo gorszych religii. Tak stało się ze świętymi miejscami naszych słowiańskich ojców – dziś stoją w tych miejscach kościoły. Trzynastki nie udało się przykryć, więc zastosowano dyskredytację – trzynastka jest zła. I tak było dopóki trzynastka nie pokazała się w godzinie śmierci Wojtyły – od tej pory stała się jakby święta.  Przyp.autora bloga)

   Mówicie o Belzebubie, a zapominacie, że był to babiloński i fenicki Baal-Zebub – Stwórca. Bóg Asurbanipala i Sargonidów.

 (Aż do naszych czasów przetrwały potężne fundamenty Świątyni Boga Baala w Libanie w miejscowości Baalbek – autor bloga).

      

Korzystacie z wróżbiarek tak samo, jak to czynili mieszkańcy asyryjskiej Niniwy, pastuchy z północnej Gobi, wojownicy z Himalajów i myśliwi znad morza Beringa.

       Macie uświęcone obyczajem huczne święta po zbiorach urodzajów i karnawałowe szaleństwa, lecz tak samo czynili czciciele Demeter i Persefony w kulcie agrarnym.

W tych samych porach roku tańczyły bachantki, uwieńczone kwiatami, nagie, pijane winem i żądzą.

     Boicie się, panie i panowie, samotnych drzew dziuplastych, mogiły samobójcy, a nie chcecie wiedzieć, że tych samych miejsc boją się Arabowie, Tauregowie i Murzyni, bo tam mają swe siedziby duchy przodków i złe duchy – dżiny.

      Wierzycie, że podkowa przynosi szczęście, a zapominacie, że wykuł ją kowal – haddad, półczarownik.

      Pukacie w niemalowane, czy w pierwszy lepszy drewniany przedmiot, nie wiedząc czemu, a wasz czarny brat robi to samo, tylko, że on wie, że w drzewie osiedlił się duch jego przodka-opiekuna.

      Rozprawiacie o reinkarnacji i transmigracji dusz, wasi okultyści znają nawet górę, do której one zdążają, a czyż co innego od wieków mówią bramini i buddyści w Indiach, czy Tybecie, ale także kapłani ziemi szczepów Mossi, Senufo, Aszanti czy Guro?

      Wy również jesteście ludożercami, gdyż wasze prawo, wasza nauka i wiara, pozwalają przekładać w chore, sterane ciało – młode i silne kości, skórę i narządy zdrowych ludzi z waszego społeczeństwa, wlewać ich krew do waszych zwiędłych żył.

      Czyż dla wypchania brzuchów waszych banków nie składacie ofiary z ciała i krwi waszych biedniejszych braci, pozbawiając ich odporności zatrutym oddechem fabryk i kopalń?

     Pomyślcie, czy wasze ludożerstwo i wasze krwawe ofiary nie są bardziej potworne od murzyńskich, bo wy pożeracie nie tylko ciała, lecz także z niezwykłą perfidią ludzkie dusze, zabijając w nich radość życia i chęć istnienia!

      Powinniście czuć nie pogardę, lecz współczucie dla czarnych zjadaczy ludzi.

     Należy bowiem przekonać ich, że minęły czasy, gdy bogowie łaknęli krwi i że teraz ludzie powinni nazywać siebie braćmi.

Powinna nadejść chwila, gdy wszystkie drewniane i kamienne fetysze trafią do muzeów, a biali i czarni ludzie z jednakowym wstrętem będą się im przyglądać jak straszliwym potworom przedpotopowym”.

sobota, 11 kwietnia 2020

Wesołych Świąt

Ileż to schematów postępowania nam towarzyszy. To jest ta Wyjeżdżona Koleina Życia, o której często wspominam. 
Zmienić się samemu nie jest łatwo, atoli nagle pojawił się czas zupełnie inny niż dotychczas i próbuje coś pokazać. Próbuje pokazać nam nas samych. Pokazać co było dobre, a co nie. Co ulotne, a czego się warto trzymać, bo jest godne i sprawiedliwe. 
Czas przewartościowań powinien wstrząsnąć człowiekiem dostatecznie mocno i podsunąć zdrową myśl, że mniej może oznaczać więcej.
W takiej myśli zawiera się ratunek dla jednostki, jej zdrowie psychiczne. Społeczeństwo składa się z jednostek. O tym, że wszystko bierze się z myśli, znowu przypomnę jutro, we wpisie "Siła myśli - przykład wojenny".  

I zobacz Czytelniku: - zwykle po życzeniach świątecznych następowała przerwa w kontaktach, pisaniu. Czyli schemat, koleina życia. 
Co kiedyś mnie pomogło zerwać z życiową koleiną?
Słowa Barbary de Angelis: - Skocz w Nieznane! Nie masz skrzydeł? One wyrosną ci już w locie!

Osobista hierarchia wartości.

Na początku postawmy pytanie: - czy kiedykolwiek, lub dziś, poza eremitami z Himalajów byli ludzie, którzy nigdy nie sprzeniewierzyli się osobiście wyznawanej hierarchii wartości?


I zawsze potrafili sprostać wszystkim swym obowiązkom?
Sprostać swemu idealnemu modelowi życia religijnego, lub świeckiego?
Sprostać, to znaczy dopasować do niego wszystkie swoje uczynki i myśli?
      Przecież wcześniej czy później każdy znajduje się w sytuacji, kiedy musi wybierać mniejsze zło. Lub tak działać, żeby możliwie mniej krzywdzić. Także siebie mniej krzywdzić. 
      
Wydarza się więc wiele mniejszych lub większych odstępstw od osobistego ideału. Część osób będzie udawać, że nic się nie stało. Czyli kłamstwo.
Część się rozgrzeszy argumentem, że to był wyjątek.
Bo wyjątek potwierdza regułę, jak powiedział kiedyś ktoś.
Otóż nie.
Wyjątek regułę kompromituje.
Czyli następuje moralne bankructwo, a my tak czy tak pogrążamy się w kłamstwie.

Jednak dziś ludzie są przygotowani na podobne alternatywy dzięki otaczającym nas codziennym przykładom hipokryzji i nauce o nieopłacalności pewnych postaw.
    (Tu przypominam przyczynę upadku państwa Atlantydów – wejście w kłamstwo).
W każdym razie sprawny umysłowo współczesny człowiek wie, że jest jakiś Wielki Brat, który za niego myśli, jednocześnie stopniowo pozbawiając swobód. Jesteśmy osaczani gąszczem stanowionych praw i szpiegowani w sposób coraz bardziej bezczelny.

Jaka przyszłość nas czeka? Dokąd zmierza cywilizacja?
Ano najpierw mamy się pozbyć tradycyjnego pieniądza na rzecz karty płatniczej. Z okazji wirusa sprawa jakby przyspiesza.
Kiedy tak się stanie:                                                                                                              - twoja płatność namierzona miejscowo uzupełni wskazania inwigilacji telefonicznej. Urośnie także baza danych do skanowania twarzy. Służby gwałtownie powiększają również bazę danych o nazwie: -"Co na niego mamy?" 
 - gdy władze uznają, że stałeś się dla nich zagrożeniem zablokują ci kartę.
Na początek nie kupisz jedzenia. Będziesz musiał iść do nich, wyjaśniać, kajać się i prosić, coś podpisywać.
Gdybyś ominął te rafy, w każdej chwili będą mogli zaliczyć cię do terrorystów i wsadzić do więzienia, lub zabić. 
Służby doskonalą swe działania, ponieważ zdarzało w Polsce, że tak zwani terroryści najpierw lądowali w Klewkach, tam Amerykanie ich torturowali, polscy komuniści brali kasę, sprawa się rypła, Leppera trzeba było zabić z powodu chlapania ozorem, a w końcu Polska płaciła odszkodowanie za tortury.

Polityczni psychopaci tradycyjnie dzielą ludzi na lepszych i gorszych. 
Wróg musi być.
Ja mam od razu skojarzenie z selekcją w Auschwitz: zdatni do pracy na lewo - niezdatni na prawo i do gazu. 

Komuniści nie tak dawno jeszcze sterowali ludźmi za pomocą reglamentacji wszystkiego. Kto chciał życia nieco lepszego od przeciętnej zapisywał się do Jedynie Słusznej Partii. Tylko przebojowe jednostki wybijały się ponad przeciętność bez wiszenia u klamki, w oczekiwaniu na jakiś spadnięty ochłap ze stołu jaśnie państwa komunistów.
Państwo komuniści zaczynali według nauk klasyka: - jeśli coś działa - popsuć.
Terrorem doprowadzić ludzi do nędzy. Naszczuć jednych na drugich. Kiedy wylezą niskie instynkty, będzie jeszcze łatwiej rządzić. 
Potem reglamentacja - przydzielać po uważaniu.
Stąd powiedzenie: - wpuść komunistę na pustynię, a piachu zabraknie. 
A przecież oni wzorem wszystkich nieudaczników (nieudacznik dobrze wie, że o wiele łatwiej coś popsuć niż zbudować) musieli zaczynać od terroru i psucia, bo gdyby wszystko działało sprawnie - nie byliby potrzebni. 

                        Wielki Brat czuwa. I to nie jeden.


A jeśli Wielki Brat zatrudnił w tajnych laboratoriach
grupę genetyków i nanotechników, pracujących nad serum, które po 
wstrzyknięciu potrafi usunąć niepotrzebne już odruchy buntu i nadziei, wartościowania i krytycyzmu?

Przecież ludzie z takimi cechami są niebezpieczni dla systemu.
Nie dają sobą sterować.
Kiedyś nie pozwalał sobą sterować buntownik o imieniu Jezus, a że nie było nanotechniki, zastosowano proste fizyczne rozwiązanie i Instytucja mogła rządzić bezkarnie dalej (wpis Wynalazca), aż się wynaturzyła do imentu.

Atoli nic nie trwa wiecznie, wszystko mija.
Jak mówi Pismo kiedyś dawno temu bogowie stworzyli człowieka jako niewolnika. 
W jednym z bogów po pewnym czasie obudziło się sumienie (W doktrynie chrześcijan to Archanioł Lucyfer) i on wziął i wszczepił człowiekowi cóś. 
Jedni mówią że owe cóś to była wolna wola, a inni nazywają to umiejętnością korzystania z własnego rozumu. 
Dziś zdążamy jakby do zamknięcia koła; - znowu potrzebni są niewolnicy, którzy zasuwają za miskę ryżu.

                     Nowi Ludzie

I zaprawdę powiadam wam: - będą się rodzić Nowi Ludzie.
Gatunek spreparowanych stworzeń, z informacjami  zawartymi w kodach, a przez to z przewidywalnymi reakcjami.
Będą to bardzo funkcjonalne istoty, wyzwolone z konfliktów, egzystujące w sztucznej „przyrodzie”, ponieważ notoryczne niszczenie środowiska naturalnego do tego w końcu doprowadzi.
     Dzisiejszy zwykły człowiek niby przeczuwa te niebezpieczeństwa, ale jednocześnie łyka papkę destrukcji:
- Łyka ocean przemocy w stu kanałach telewizji.
- Patrzy jak zabijają i mówi: - ten przegrał. A ten co wygrał nie jest przecież mordercą broń boże!
- Zło to inni – oto moja moralność.
- Jestem Mądry, oraz Lepszy. Tudzież przygotowany do życia w bieżących realiach.
- Jestem Ostrożnym Lepszym, umiejętnie rozgrywającym swoją życiową partię.
Wiem dostatecznie dużo i precz z Gorszymi!
A co będzie, kiedy władzę (chwilowo oczywiście) przejmą Gorsi?

Wtedy zwykły człowiek uruchomi wpisaną w geny hipokryzję. Przecież zawsze można mówić jedno a robić drugie.

Niemiłe te myśli? 

Przecież musi być wdech i wydech, noc i dzień. Nie można mieć tylko radosnych myśli, gdyż to by świadczyło o wariactwie takiego osobnika. Spójrzmy na siebie oczami innych.



środa, 5 lutego 2020

Tajemniczy Tybet


Alexandra David-Neel (1869-1969) nazywana jest najbardziej zdumiewającą kobietą XX wieku. Dzięki swym podróżom, pisarstwu i odkryciom zyskała międzynarodową sławę.

Zafascynowana filozofią Dalekiego Wschodu, jako pierwsza Europejka dotarła na początku XX wieku do szczególnych miejsc w Tybecie, do stref zamkniętych dla cudzoziemców.
    Swym lekkim piórem oddaje atmosferę wyprawy, opisując praktyki magiczne, techniki medytacji, rytuały i niezwykłości ezoterycznego świata, w którym tybetańscy mnisi w sposób niesamowity pokonują ograniczenia własnego ciała.


Po wielu latach podróży po Tybecie i przejściu licznych treningów buddyjskich i jogicznych w Himalajach, osiągnęła nie tylko godność lamy, poznała również i opisała zjawiska, które Zachodowi znane są jedynie z dawnych legend tybetańskich.


Podczas mojego pobytu w Podangu miało miejsce dziwne wydarzenie.

Sidkong tulku, zostawszy maharadżą, chciał sprawić, by jego poddani zrezygnowali z przesądów i zaczęli praktykować prawowierny buddyzm. W tym celu zaprosił mnicha należącego do szkoły filozoficznej rodem z południa, by podjął się misji zwalczania antybuddyjskich zwyczajów, takich jak czarownictwo, kult duchów i picie napojów wyskokowych. Zakonnik imieniem Kali Kumar przystąpił do dzieła.




Maharadża-lama jako przełożony klasztoru miał w Podangu mieszkanie, w którym zatrzymywał się przy rzadkich okazjach, gdy odprawiał ze swoimi mnichami nabożeństwo. W czasie mojego pobytu w klasztorze przyjechał, by spędzić tam dwa dni. Przed wieczorem wypiliśmy razem herbatę, rozmawiając o misji Kali Kumara, oraz o innych środkach, jakie należało przedsięwziąć, by oświecić górali i wyleczyć ich z głęboko zakorzenionych poglądów.


- Nie można – powiedziałam – dowiedzieć się prawdy, jaki był Padmasamghawa, który głosił w Tybecie swoje nauki. Natomiast pewne jest, że Tybetańczycy – „czerwone czapki” z Sikkimu – zrobili z niego bohatera legend, zachęcającego do pijaństwa i do absurdalnych, wręcz zgubnych praktyk. To zły duch, któremu nadali jego imię i którego wynieśli na ołtarze, tak jak i pan to robi – dorzuciłam i z uśmiechem wskazałam statuetkę wielkiego maga, stojącą w głębi pomieszczenia. U jego stóp płonęła lampka.
- Żałoba…. Powiedziałam i zamilkłam, ledwo rozpocząwszy zdanie.

Nagle coś mi przerwało. Nikt się nie odezwał, w pokoju panowała kompletna cisza, jednakże bardzo wyraźnie czułam czyjąś obecność. Trzeci, niewidzialny rozmówca włączył się do naszej pogawędki.

- Nic się nie uda, czegokolwiek będziesz próbował – mówił – Mieszkańcy tego kraju należą do mnie. Jestem od ciebie silniejszy.
Słuchałam tych słów zaskoczona, bo one nie były wyrażone dźwiękiem. Może odezwało się echo moich wątpliwości co do sukcesu reformy planowanej przez maharadżę?                         

Wtedy odezwał się on sam.
Odpowiedział na to, czego nie wymówiłam głośno – rozmawiał z niewidzialnym przeciwnikiem o swoich planach.
- Czemu miałoby mi się nie udać? – zapytał. Wiem, że trzeba będzie bardzo dużo czasu, żeby zmienić poglądy wieśniaków i niższych duchownych. Czczone przez nich demony nie poddadzą się tak łatwo, nie chcąc umierać z głodu. Ale niezależnie od tego racja będzie po mojej stronie.

Śmiał się robiąc aluzje do praktykowanego przez czarowników zwyczaju składania złym duchom ofiar ze zwierząt…..


wtorek, 22 października 2019

W sercu tybetańskiego buddyzmu


Alexandra David-Neel (1869-1969) nazywana jest najbardziej zdumiewającą kobietą XX wieku. Dzięki swym podróżom, pisarstwu i odkryciom zyskała międzynarodową sławę.


Zafascynowana filozofią Dalekiego Wschodu, jako pierwsza Europejka dotarła na początku XX wieku do szczególnych miejsc w Tybecie, do stref zamkniętych dla cudzoziemców.
    Swym lekkim piórem oddaje atmosferę wyprawy, opisując praktyki magiczne, techniki medytacji, rytuały i niezwykłości ezoterycznego świata, w którym tybetańscy mnisi w sposób niesamowity pokonują ograniczenia własnego ciała.


Po wielu latach podróży po Tybecie i przejściu licznych treningów buddyjskich i jogicznych w Himalajach, osiągnęła nie tylko godność lamy, poznała również i opisała zjawiska, które Zachodowi znane są jedynie z dawnych legend tybetańskich.


„Samotność, wciąż samotność.
Umysł i zmysły wyostrzają się, gdy prowadzi się życie w kontemplacji, na ciągłych refleksjach.
Czy człowiek staje się wizjonerem?
A może dotychczas był tylko ślepy?

Kilka kilometrów na północ, za ostatnimi szczytami Himalajów, przez które nie mogą się przedrzeć chmury indyjskiego monsunu, świeci słońce, a błękitne niebo rozciąga się nad Płaskowyżem Tybetańskim.
      Lecz tutaj lato jest deszczowe, zimne i bardzo krótkie.
Od września zaczynają się opady śniegu i wkrótce znów następuje coroczna zimowa blokada.

Czego się nauczyłam przez lata spędzone w odosobnieniu?
      Poza nauką języka tybetańskiego, w czym pomogły mi podręczniki gramatyki i słowniki, były także spotkania z gomczenem, z którym czytałam żywoty mistyków tybetańskich.
Gomczen często przerywał lekturę, aby opowiadać o zdarzeniach, których był naocznym świadkiem, a podobne były opisane w książce.
      Opowiadał o spotkanych ludziach, ich czynach i przytaczał ich słowa. Razem z nim odwiedzałam pustelnie ascetów, pałace bogatych lamów, podróżowałam i spotykałam ciekawe postacie. W ten sposób uczyłam się samego Tybetu, zwyczajów i myśli jego mieszkańców. To były cenne nauki, które swą przydatność potwierdzały na każdym kroku.

Nigdy nie dałam się zwieść iluzji, że pustelnia mogłaby by być dla mnie ostatnią oazą. Zbyt wiele przyczyn zewnętrznych sprzeciwiało się pragnieniu, które odczuwałam, by osiąść w Tybecie na zawsze i raz na zawsze pozbyć się absurdalnego ciążenia idei, starań i konwencjonalnych powinności.
     Wiedziałam bowiem, że wykreowana osobowość anachorety mogła być wyłącznie epizodem w moim podróżniczym życiu, albo co najwyżej przygotowaniem do przyszłego wyzwolenia.
Często z przykrością, a nawet niemal z przerażeniem patrzyłam na opadającą ku dolinie ścieżkę, która, wijąc się, biegła od mojej samotni, znikała wśród wzgórz i prowadziła do ukrytego za nimi świata.
A tam czekała na mnie gorączka, niepokój. Na myśl o dniu, w którym wyruszę tą ścieżką, by powrócić do zwykłej gehenny, ogarniało mnie niewyobrażalne cierpienie”.

wtorek, 20 grudnia 2016

Oświecenie na Wall Street

Każda świadomość dociera kiedyś do ślepego zaułka.
Do pustyni.
Staje się tak częściej w krajach bogatych, bo dostatek bardzo przybliża pustynię.
     Masz wszystko: kobietę, dom, pieniądze, prestiż, władzę. Jeszcze się oszukujesz, szukasz miejsc, gdzie jeszcze nie byłeś.
Jedziesz tam, i albo gromadzisz fakty w głowie - googlach, goniąc z wywieszonym językiem, w rozgorączkowaniu, po muzeach i zabytkach ( jak to? Zapłacone przecież – trzeba JAK NAJWIĘCEJ zobaczyć! No…jeśli tak trzeba….), albo ciebie wożą na safari.

Może wybierasz drugą drogę: - być na luziczku, ale nieprawdziwym, pozornym.
    To jest zblazowany świat.
Nie trzeba w tym świecie gonić, ani zwiedzać. Spokój, komfort. I… te same drinki, podobne plaże, tylko nieco inny kolor piasku, podobne rozmowy. W głębi siebie jesteś znużony. Marzenia zostały spełnione.
Czas umierać? Nie, to tylko twoja pustynia.
To prawdziwy kryzys, ale i prawdziwa okazja.


Chiński ideogram słowa „kryzys”, jest piękny. Składają się na niego dwa obrazki, jeden oznacza niebezpieczeństwo, drugi okazję. Co będzie, zależy od ciebie.
     Jeśli będziesz zapatrzony w przeszłość – popełnisz samobójstwo. Zapatrzenie w przeszłość jest niebezpieczne.



Lecz masz przecież inteligencję, dostrzeżesz, że problem jest nowy, a więc i odpowiedź musi być nowa. Bądź pomysłowy, porzuć przeszłość. Nie bój się błędów i pomyłek, będziesz się na nich uczył. Tylko nie postępuj po staremu. Przechodzisz pustynię. 
Jeśli wsłuchasz się w swój kryzys, usłyszysz w ciszy słowo. Znajdziesz klucz do otwarcia drzwi.
W problemie jest rozwiązanie.
W chorobie jest lekarstwo.

Wejdź w problem, odrzuć wszystkie gotowe rozwiązania. Gotowe rozwiązania są wrogami. To twoja wiedza jest wrogiem. A więc odrzuć ją!
Osiągasz wielką dojrzałość i integrację.
Nie uciekaj od świata. Nie uciekaj w Himalaje, aby tam szukać oświecenia. Odśwież się tylko i wracaj.
A wracając pamiętaj, że o wiele więcej osób doznało oświecenia grając na Wall Street.


Nie bądź mnichem. Mnich (ang. monk) oznacza kogoś żyjącego samotnie, w odosobnieniu. Słowo klasztor (ang. Monastery) ma ten sam źródłosłów – osoby, która wyrzekła się świata i żyje w samotności.
     

Słowa monopol, czy monogamia, też wywodzą się z tego samego słowa. Wszystkie one oznaczają „jeden”. Jeden mąż dla jednej żony (monogamia), lub władzę jednostki ( monopol).

Nie niszczę ludzi. Nie doradzam ci, abyś został mnichem.
Zakonnica jest ruiną kobiety. Mnich jest karykaturą mężczyzny.
A chodzi przecież o to, żeby wzmocnić człowieczeństwo, a nie osłabić.

                                          Osho 

Zdjęcia z Fereczatej 2015